Rozdział IX: Prawdziwa moc
"Jedyna moc, jaka istnieje, jest wewnątrz nas samych."
Luanne Rice
"Wywiad z wampirem"
Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, czym jest magia?
Wielcy uczeni od wieków zadają sobie to pytanie.
Czym jest magia?
Co sprawia, że niektórzy mogą się nią posługiwać, a inni nie? Dlaczego z jej pomocą jesteśmy w stanie dokonywać rzeczy niemożliwych?
Niektórzy z mędrców uważają, iż magia jest energią pozostałą po Wielkim Wybuchu, jaki ukształtował wszechświat. Nazywają ją "energią chaosu", siłą sprawczą, swoistym perpetum mobile, jaki stworzył kosmos. Inni stawiają ją na równi z Ki, używając obu tych nazw zamiennie. I jest coś w tym z prawdy, ale nie do końca. Jeszcze inni, nie wierzą w nią, traktując ją jako ciemnotę i zabobony, w które wierzą "prymitywne" ludy. Uważają, że tam, gdzie wkracza zaawansowana technologia, znika wszelki mistycyzm. Ostatni zaś, wszelkie praktyki magiczne traktują jako obrazę boską i nielegalną ingerencję w siły przyrody. W ich mniemaniu, człowiek nie powinien posługiwać się czarami, "naginając", dzięki nim rzeczywistość, gdyż taka moc powinna należeć jedynie do bogów. Tacy każdego, kto potrafi rzucić urok, lub nawet powiesi sobie tylko nad drzwiami ochronny symbol uwity z ziół, paliliby na stosach , topili i nabijali na pal. Nimi kieruje wyłącznie strach, nie próbują nawet zrozumieć istoty magii. Bo gdyby tylko spróbowali pojąć, czym ona jest, musieliby nabrać do niej szacunku. Magia nie jest zła. Właściwie, to ona nie jest ani dobra, ani zła. To, w jaki sposób zostanie wykorzystana, zależy wyłącznie od tego, kto się nią posługuje, od jego poglądów i systemu wartości. Jest narzędziem, więc jak możemy ją osądzać? Czy oskarżasz młotek, czy gwóźdź, gdy rozleci się krzesło na którym siedzisz, czy raczej stolarza, który je zrobił? Co? Wracając jednak do tematu, powiem wam, czym dla mnie jest magia.
Jest siłą, tkwiącą w każdej żywej istocie, w każdym elemencie przyrody, w każdej kropli deszczu, pojedynczym listku czy płomieniu. Krąży w naszym ciele niczym krew, i tak jak krew, każdy ma jej określony rodzaj, "grupę". Ma swoją naturę, swój kolor, a nawet zapach. Jest oddechem, jaki tchnęli w nas bogowie, sprawiając, że ożyliśmy. Jest życiem, jest siłą przekazywaną w chwilach narodzin dziecku przez matkę. Jest czystą energią, pochodzącą z wyższego wymiaru, z boskiej sfery sacrum. Dlatego też nic na świcie nie może się jej oprzeć. Dlatego umiejętnie użyta może uczynić wszystko. Nie krępują ją żadne prawa, żadne zasady. Może uczynić z nas bogów, lub strącić w otchłań piekła. To prawdziwa moc, tkwiącą w każdym z nas, czekająca tylko na uwolnienie. Jest błogosławieństwem i przekleństwem, czymś będącym ponad wszystkim i wszystkimi...
Ostara - zrównanie dnia i nocy. Noc, która rodzi wiosnę, przeganiając precz zimę. Wszystko budzi się do życia, wszystko rozpiera energia, jakaś niezmącona radość, unosi się w powietrzu, napędzając wszystkich. Ten dzień w tradycji Starszego Ludu* zawsze był wyjątkowy. Oznaczał zwycięstwo życia, nad śmiercią. Był obchodzony jako jedne z największych świąt, a obrzędy, rozpoczynające się o północy, trwały do białego rana. Wśród tańców, radosnych śpiewów i pochodów, czczono pierwszy dzień wiosny. Ostara jest wyjątkowa z jeszcze jednego powodu. Wraz z obudzeniem się przyrody, następuje co roku niezwykle wysoki skok Mocy. Energia magiczna unosi się w powietrzu, przepełniając je zapachem ozonu. Wszystko zdaje się pękać od niej w szwach, a magia za wszelką cenę stara znaleźć sobie ujście. Ostara dla istot obeznanych ze sztuką magiczną jest nocą wyzwolenia, oczyszczenia. Moc, wypełniająca ich bezgranicznie i wprawiająca w stan euforii, szuka ujścia, a obrzędy sabatu pozwalały jej go znaleźć.
Dla Yale jednak ten dzień był ważny z zupełnie innego powodu. W sabat Ostary przyszła właśnie na świat, jako najmłodsza Amon-shi, ostatnia kapłanka ziemi, córka Amifryty. Nadano jej imię Adamantis - "kamienne serce", gdyż takie winna mieć, by spełnić swoją misję. Twarde, nieczułe, jakby z głazu. Bez krztyny litości i miłosierdzia. Nieludzkie. Tego wymagali od niej wszyscy, tego domagało się jej przeznaczenie. Jednak nikt, nawet bogowie, nie przewidzieli, że ta mała dziewczynka, która przez swe urodzenie powinna być im bezwzględnie posłuszna, podejmie walkę ze swoim losem. Tego nikt nie był w stanie przewidzieć. Batalię o swoje życie zaczęła od odrzucenia imienia Adamantis, a przybrania nowego.
Yale Dellron -"ta, która walczy z przeznaczeniem".
Vegeta wędrował przez las, pogrążony jakby w transie. Czas zdawał się tutaj zatrzymać, zupełnie jak gdyby ktoś rozpostarł nad Creaspenct niewidzialny parasol, oddzielając go w ten sposób, od rzeczywistości. Wszystko spowijała gęsta mgła, nadająca scenerii bardziej fantastyczny klimat. Saiyanin szedł przez las, wiedziony melodyjnym głosem. Jego ruchy były ciężkie, ospałe, zupełnie jakby brodził w wodzie. Cudem było to, iż ani razu się nie potknął, gdyż zupełnie nie zwracał uwagi na to, co dzieje się dookoła niego. Podobny był teraz do konia z klapkami na oczach. Mogłoby przed nim przebiec stado rozwścieczonych nosorożców, a on by i tak niczego nie zauważył. Teraz dla księcia istniało tylko jedno - kobiecy głos, który przyciągał go do siebie niczym magnes, który sprawiał, iż wszystko za wyjątkiem niego, stawało się być mniej realne. Wiedziony jego brzmieniem, parł niestrudzenie naprzód, dawno już przekroczywszy wschodnią granicę Creaspenct. Od kilku minut znajdował się w tej "dzikiej" części lasu, tej, której tak się obawiano...
Vegeta zatrzymał się gwałtownie, chwiejąc się niepewnie na nogach. Przetarł dłońmi oczy, po czym ze zdziwieniem zaczął rozglądać się po okolicy.
- Gdzie ja jestem? - zapytał sam siebie.
Zaraz jednak przypomniał sobie, co go tu sprowadziło. Głos. Tylko, że teraz, zamiast tego jednego, słyszał kilkanaście różnych, mieszających się ze sobą, oraz z odgłosami... muzyki? Saiyanin wytężył słuch. Nie mylił się, w oddali rozbrzmiewały dźwięki fletów, lutni, dzwonków i bębenków. Całość mieszała się ze sobą chaotycznie, nie tworząc żadnej, konkretnej melodii. Zupełnie tak, jakby każdy z muzykantów, wbrew reszcie, starał się zagrać swój utwór. Vegeta ruszył w stronę, z której dochodził cały ten hałas. Ostrożnie rozgarnął gąszcz gałęzi, po czym zamarł, niczym zamieniony w słup soli. Jego oczom ukazał się najdziwniejszy widok, jaki kiedykolwiek oglądał. Na polanie, w samym sercu lasu, miało zebranie z tuzin najbardziej niesamowitych stworzeń, zamieszkujących tę okolicę. Każde z nich albo grało na jakimś instrumencie, albo śpiewało czystymi głosami pieśni, w nieznanym mu języku. Całości towarzyszyły tańce, a raczej coś, co taniec zapewne miało przypominać. Wszystko działo się bez jakiejkolwiek organizacji. Nie widać było żadnego przywódcy, który starałby się jakoś ogarnąć całe to fantastyczne towarzystwo. Saiyaynin przykucnął bliżej, starając się pozostać niezauważonym, obserwując, i czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Nagle ponad całym tym jazgotem, uniósł się jeden mocny, kobiecy głos. Vegete przeszedł dreszcz - to był ten sam, który zwabił go w te miejsce. Śmiechy i muzyka umilkły tak nagle, że teraz cisza dzwoniła księciu w uszach.
- W kręgi! W kręgi, moi mili! Zaczynamy! - zawołała radośnie.
Zbity tłum począł rozstępować się na boki tak, iż na samym środku polany pozostał wolny plac. Jednocześnie z jednej strony robiono miejsce na przejście dla trzech kobiet. Vegeta przysunął się jeszcze bliżej, żeby lepiej obserwować nowo przybyłe. Wytężył wzrok i zdusił w sobie okrzyk zaskoczenia, gdy rozpoznał, kto idzie na czele pochodu. Bo oto z asystą dwóch nimf, zbliżała się Yale, którą z trudem rozpoznał. Ubrana w białą, powłóczystą suknię, z jakiegoś cienkiego materiału, który opinał jej sylwetkę, z rozpuszczonymi włosami, które zdobił wieniec białych jak śnieg kwiatów, szła dumnie, wyprostowana jak struna, pełna elegancji. Zmęczenie i ból zdały się całkowicie ją opuścić - teraz cała jej osoba promieniała jakimś fantastycznym blaskiem, majestatem i potęgą. W zielonych niczym szmaragdy oczach, błyszczała radość, ale też i ukojenie, jakby dziewczyna pozbyła się wszelkich trosk i zmartwień. Z sercem lekkim jak piórko, ze spokojem w duszy, stąpała delikatnie, zdając się ledwie co muskać ziemię stopami, a tłum cofał się przed nią z szacunkiem. Wszyscy patrzyli na nią z taką czcią, jakby była ich królową. Vegeta znów miał wrażenie, iż Yale jest starsza niż na to wygląda, lecz tym razem nie wiązało się to z bólem doświadczeń, odbijającym się w jej twarzy, lecz właśnie z tą niewymuszoną elegancją, z gracją ruchów, z tym dostojeństwem, jaki ją otaczał, z niezachwianą pewnością siebie, jaką zdobywa się przez lata. Obok niej szły dwie nimfy, ubrane w krótkie, zwiewne sukienki, poruszające się lekko niczym tancerki, zdające się płynąć w powietrzu. Obie, podobnie jak Yale, miały na głowach wieńce ze świeżych kwiatów i rozpuszczone włosy, które mieniły się złotymi refleksami przy każdym ruchu. Trzy kobiety dotarły na sam środek polany; tłum rozstąpił się dookoła nich, pozostawiając jednak wokół sporą przestrzeń. Yale uniosła dłonie do góry, pozdrawiając w ten sposób wszystkich zebranych. Kryształ Io na jej czole rozbłysnął na moment oślepiającym blaskiem. Rozległy się radosne okrzyki, które jednak szybko zamilkły. Wszyscy stali, wpatrując się w jaśniejącą postać Amon-shi.
- Niechaj rozpoczną się obchody Ostary! - wykrzyknęła.
Odpowiedziała jej radosna wrzawa, na polanie zawrzało niczym w ulu. Yale ujęła nimfy za dłonie, tworząc z nimi małe kółko, wokół którego powstawały coraz to większe. Do każdego z nich dołączało co trzy osoby więcej, przy czym skrupulatnie pilnowano, by została zachowana odpowiednia liczba osób w kręgu. Kiedy wreszcie każdy znajdował się na swoim miejscu, Dellron zaczęła nucić cicho jakąś pieśń. Z każdym nowym wersem, jej śpiew był mocniejszy, bardziej pewny. W ślad za nią poszły najpierw jej najbliższe towarzyszki, zaś za nimi reszta zebranych. Po chwili cała polana rozbrzmiewała powtarzanymi w kółko słowami:
Pani poranka i mrocznej nocy,**
Splata jasność i ciemność.
Ziemia, Powietrze, Ogień i Woda,
Łączą nas w jedność.
Izyda, Astarte, Diana,***
Hekate, Demeter, Kali, Inanna,
Stąpaj lekko po Ziemi,
Wdychaj łagodnie Powietrze,
Otul się miękką Wodą,
Ostrożnie dotykaj Ognia.
Izyda, Astarte, Diana,
Hekate, Demeter, Kali, Inanna!
Po odśpiewaniu drugi raz refrenu, Yale wraz z nimfami zaczęły kręcić się w kółko, nie zaprzestając jednak śpiewu. Kolejne kręgi zaczęły dołączać do nich, i po chwili już wszyscy wirowali w radosnym uniesieniu.
Izyda, Astarte, Diana,
Hekate, Demeter, Kali Inanna!
Zwiększyli tempo, kręcąc się coraz to szybciej i szybciej, aż w końcu nie można było rozpoznać pojedynczych osób. Całe towarzystwo rozmyło się, w jedną wielką ferie barw. Vegeta poczuł, iż od samego patrzenia na nich, zaczyna mu się robić niedobrze. Opadł ciężko na kolana, próbując opanować zawroty głowy.
Izyda, Astarte, Diana,
Hekate , Demeter, Kali, Inanna!
Saiyanin zacisnął mocno powieki, zatykając jednocześnie dłońmi uszy, próbując odciąć się w ten sposób od tego całego zgiełku. Przez jego ciało przebiegł dreszcz. Wiedział, iż dzieje się z nim coś złego, że powinien wycofać się z tego miejsca, ale nie mógł się ruszyć. Był sparaliżowany, nie mógł zmusić się do wykonania jakiekolwiek ruchu. Nagle wszystko skończyło się jak nożem uciął. Vegeta poczuł, iż odzyskuje kontrolę nad własnym ciałem. Ostrożnie oderwał dłonie od głowy, powoli otwierając oczy. Zamrugał kilkakrotnie, wlepiając spojrzenie w polanę. Wszyscy na niej zebrani zamarli, wciąż jednak trzymając się za ręce, które unieśli wysoko nad głowy. Teraz śpiewała już tylko Yale.
Pani poranka i mrocznej nocy,
Splata jasność i ciemność.
Ziemia, Powietrze Ogień i Woda,
Łączą nas w jedność!
Nimfy odbiegły na chwilę od niej, wracając jednak szybko z powrotem. Jedna z nich niosła srebrny sztylet, zaś druga złoty sierp. Podały oba narzędzia Dellron, dygając przy tym z elegancją przed nią. Amon-shi ujęła je ostrożnie, krzyżując nad głową. Na jej znak dwaj mężczyźni o dzikim wyglądzie, wtaszczyli ogromny kocioł wypełniony wodą. Ustawili go przed trójką kobiet, po czym wycofali się, zgięci w ukłonie. Jedna z nimf podeszła do kotła i celując w niego palcem powiedziała:
- Ayane!****
Spod denka buchnął ogień, obejmując całe naczynie. Jednak zaraz zmalał, sycząc i skwiercząc. Woda w środku zaczęła bulgotać. Yale przysunęła się bliżej, kreśląc sztyletem i sierpem mistyczne znaki, oraz szepcząc coś do siebie. Kryształ na jej czole zaczął impulsywnie migotać. Nimfy odebrały narzędzia od Adamantis, i zaczęły podawać jej składniki eliksiru.
- Stąpaj lekko po Ziemi - powiedziała Yale, wrzucając jakieś zioła; z kotła buchnął zielony dym, a woda zmieniła kolor na szmaragdowy.
- Wdychaj łagodnie Powietrze - wyszeptała nimfa, wsypując biały proszek; dym i eliksir przybrały szarawy odcień.
- Otul się miękką Wodą - teraz druga nimfa dodała coś od siebie - błękitną ciecz, która zabarwiła całość na szafirowo.
- Ostrożnie dotykaj Ognia - zakończyła Yale, wrzucając węgielki do kotła, eliksir zasyczał i zamigotał krwistą czerwienią.
Kobiety odsunęły się na kilka kroków - mikstura zaczęła wściekle bulgotać i syczeć, mieniąc się wszystkimi kolorami tęczy.
- Prawie gotowe - wyszeptała Yale, wyciągając dłonie w kierunku kotła.
- Wszyscy pochodzimy od Bogini,
i do Niej powrócimy.
Tak jak kropla deszczu wraca do Oceanu - zaintonowała.
- Kopyto i Róg, Kopyto i Róg.
Wszystko co umiera, odrodzi się.
Zboża i Ziarno, Zboża i Ziarno
Wszystko, co upadnie, powstanie znów.
Mędrzec i Przyjaciel, Mędrzec i Przyjaciel.
Dar mądrości nam dany.
Przyjaciel i Mędrzec, Przyjaciel i Mędrzec,
Mądrość jest darem wieku - odpowiedzieli pozostali chórem.
Teraz Dellron powoli zbliżyła się do kotła, nabierając odrobinę wywaru, w przygotowaną wcześniej miseczkę. Zbliżyły się do niej jej pomocnice. Yale napoiła je obie ostrożnie, bacząc, by nie uronić ani kropli.
- Pijcie siostry - zachęcała Yale.
Nimfy westchnęły z ulgą, mrużąc z rozkoszy oczy. Odsunęły się na bok, robiąc miejsce dla reszty towarzystwa, które poczęło tłoczyć się dookoła. Pomocnice Dellron zaczęły nabierać wywar do miseczek, a Yale podawała go każdemu. Kolejka zaczęła powoli posuwać się do przodu. Każda osoba, która spróbowała magicznego eliksiru, odchodziła na bok i siadała na ziemi po turecku. Vegeta przyglądał się temu wszystkiemu z ukrycia, nie przestając analizować tego, co działo się na jego oczach. W powietrzu unosił się teraz mocny, oszałamiający, korzenny zapach naparu, otępiając zmysły. Saiyanin ze znużeniem przetarł piekące go oczy. Czuł, jak zaczyna ogarniać go senność. Potrząsnął głową, ponownie zerkając na polanę. Ostatnie już osoby przyjmowały swoją porcję napoju. Książę z niecierpliwością czekał na dalszy rozwój wydarzeń, gdy nagle coś złapało go od tyłu, uniemożliwiając wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Vegeta krzyknął zaskoczony. Nie zauważył, kiedy to "coś" podkradło się do niego. Saiyanin zaklął w duchu. Ta dziwna atmosfera i unoszący się, otumaniający zapach, musiały osłabić jego czujność, w innym przypadku nie dałby się tak głupio podejść. Napiął mięśnie, próbując uwolnić się od krępującego uścisku, lecz im mocniej się opierał, tym bardziej wzmagało się uczucie, iż opuszczają go wszystkie siły. Zupełnie jakby napastnik wysysał z niego energię. Vegeta osłabł, z wściekłością wlepiając spojrzenie w więzy. Dopiero po chwili dotarło do niego, na co tak naprawdę patrzy. Wokół jego ciała zaciskało się ogromne, wężowe cielsko, a raczej coś wężopodobnego, gdyż u góry stwór posiadał humanoidalny korpus. Zamiast nóg, poczwara miała gadzi ogon, którym mocno trzymała księcia. Stworzenie wpatrywało się w Vegetę z ciekawością, posykując od czasu do czasu. Saiyanin z wysiłkiem uwolnił jedną rękę, usiłując zgromadzić w dłoni pocisk Ki. Energia zamigotała, tworząc niedużą kulę, zaraz jednak znikła.
"Co jest do cholery?!" - pomyślał Vegeta, ponawiając próbę.
Tym razem zdołał utrzymać Ki-blast, ale wykorzystał do tego resztki sił. Wiedział, że ma tylko jeden strzał. Skoncentrował się, celując w oczy potwora, który w dalszym ciągu obserwował go z ciekawością. Pocisk uniósł się kilka centymetrów w górę. Przez twarz stwora przebiegł cień niepokoju i niedowierzania. Przysunął się bliżej swej ofiary, wpatrując się mętnym wzrokiem w jaśniejącą, skoncentrowaną energię. W tej chwili był niczym ćma, wabiona ciepłym światłem, do zabójczego płomienia. Jeszcze sekunda i on też spłonie.
Vegeta tylko na to czekał. Błyskawicznym ruchem cisnął pociskiem, który trafił napastnika prosto w prawe oko. Stwór zawył przeraźliwie, przyciskając dłonie do rany. Spomiędzy palców popłynęła czarna posoka. Saiyanin poczuł, jak krępujący go uścisk się rozluźnia. Szybko wyswobodził się z niego, przetaczając się na bok. Poczwara miotała się gwałtownie, uderzając ogonem we wszystko naokoło. Vegeta uniknął ciosu, starając się odejść spoza zasięgu wężoludzia. Zagryzł wargę, wycofując się ostrożnie. Kimkolwiek był jego przeciwnik, jakimś cudem wyssał z niego wszystkie pokłady energii, i teraz książę czuł się, jak po kilkugodzinnej bitwie. Stwór przestał się miotać - wściekłe spojrzenie jednego oka wlepił w Vegetę. W miejscu drugiego oczodołu ziała czarna dziura, z której wypływała ciemnoczerwona krew. Potwór zasyczał, rzucając się w stronę Saiyanina. Książę zacisnął pięści, gotów walczyć do samego końca.
- Dosyć!
Jaszczuroludź zatrzymał się niechętnie w połowie drogi. Widać było, iż miał ochotę rozerwać Vegetę na drobne kawałeczki za to, co mu zrobił. Jednak nie odważył się sprzeciwić rozkazowi. Saiyanin zmarszczył brwi, wpatrując się w idącą ku nim, jaśniejącą postać. Yale stąpała lekko, skąpana w bladym świetle. Z bliższa, jej sukienka wydawała się być utkana z mgły - cały czas lekko falowała, otulając delikatnie postać Amon-shi. Adamantis przystanęła, ruchem dłoni nakazując jaszczuroludziowi zbliżyć się do siebie, co też stwór niezwłocznie uczynił. Kobieta przyłożyła dłoń do rany, nie zważając na to, iż ciemna posoka brudzi jej suknię. Jej ręka rozbłysła na moment jaskrawym światłem. Stwór zasyczał z bólu, lecz zaraz widocznie się rozluźnił. Yale odsunęła dłoń od oczodołu - po ranie nie było ani śladu, ale oka nie zdołała odtworzyć.
- Przykro mi, to wszystko, co mogę uczynić - wyszeptała z żalem.
Jaszczuroludź wzruszył ramionami, ostrożnie dotykając blizny.
- Zaskoczyłeś mnie, Vegeta. Nie sądziłam, iż będziesz w stanie stawić opór Sthyssowi, pomimo wyssania Ki. Do tej pory nie udało się to nikomu - powiedziała, odwracając się do księcia.
- Najwidoczniej nigdy nie mieliście do czynienia z prawdziwym wojownikiem - odparł Saiyanin, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek. - Powiesz mi, po co mnie tu ściągnęłaś, czy mam to z ciebie wydusić siłą?
- Nie pochlebiaj sobie, książę - odpowiedziała chłodno Amon-shi, a w jej oczach na moment rozbłysnął ogień. - To, że poradziłeś sobie ze Sthyssem, nie zmienia faktu, iż w tym stanie nie masz co się ze mną mierzyć.
Vegeta zerwał się na równe nogi, z zamiarem odpłacenia za to "oszczerstwo", lecz zaraz upadł, dysząc ciężko. Utracona energia nie wraca ot tak sobie, i Saiyanin miał teraz poważne kłopoty.
- Jednak wracając do twojego pytania, wezwałam cię tu z konkretnego powodu - kontynuowała jak gdyby nigdy nic Yale. - Mam dla ciebie pewną propozycję.
- I założę się, że jest nie do odrzucenia, co? - zadrwił Vegeta. - Już mi jedną dzisiaj taką złożono, więc wyczerpaliście swój limit.
- Tamto wcześniejsze, miało cię jedynie przygotować na to, co zamierzam ci zaoferować - odparła Adamantis ostrożnie dobierając słowa. - Miałeś trochę czasu na zastanowienie się, czy przyłączysz się do nas, czy zostaniesz przy tyranie?
- Już to słyszałem - uciął zniecierpliwiony Vegeta. - W zamian za pomoc, chcecie mi ofiarować moc, tak? Pomijając fakt, iż nie mam bladego pojęcia, jak niby chcielibyście dać mi siłę większą niż ta, która władam, po co tak naprawdę jestem wam potrzebny? Czyżby potężna Amon-shi, sama nie mogła dać sobie rady z Freezerem?
Głos Vegety wręcz ociekał jadem i złośliwością, co mocno ugodziło Yale. Jednakże życie przyzwyczaiło ją do pogardy, jaka otaczała jej rasę, więc nie dała po sobie poznać, jaką przykrość wyrządziły jej te słowa.
- Właśnie dlatego, iż jestem Amon-shi, potrzebuje twojej pomocy - odparła po chwili. - Potrafię bez ograniczeń posługiwać się magią ziemi, lecz za to nie mam "dostępu" do swoich pokładów Ki. Ty zaś masz niemalże nieograniczone możliwości rozwoju w tej dziedzinie. Niestety, nie potrafisz obudzić drzemiącej w tobie prawdziwej mocy...
- Nie będziesz mi mówić, co mam robić! Tym bardziej, że sama nie potrafisz stworzyć marnego Ki-blasta! - krzyknął Vegeta ze złością.
Jaszczuroludź syknął ostrzegawczo, ale Yale uspokoiła go ruchem ręki.
- Wy Saiyanie nie potraficie słuchać, i dlatego większość z was nigdy nie osiągnęła maksimum swoich możliwości - powiedziała kobieta wzdychając ciężko. - To, że nie mogę kontrolować swojej Ki nie oznacza, iż nie mam o niej pojęcia, wręcz przeciwnie. Chyba zapomniałeś o moim pochodzeniu. Amon-shi przez setki lat zgłębiały jej tajemnice, ucząc się kontroli nad energią, nie tylko magiczną. Gdyby nie ta "bariera", i ja mogłabym się posługiwać swoją mocą - odparła, mimowolnie dotykając kryształu na czole. - Sęk w tym, że nie potrafię jej zniwelować, przynajmniej nie sama.
- Czego więc chcesz?
- Żebyś mi pomógł. Aarin i Kuhl nie dysponują taką siłą, by obudzić we mnie drzemiącego demona, zaś tobie się to udało. Może gdybym przeszłą więcej takich "transformacji", udałoby mi się nad tym zapanować... Cóż, jednak to są plany na trochę dalszą przyszłość. Teraz najważniejsze jest pokonanie Freezera.
Vegeta wytrzeszczył na nią oczy, wpatrując się z niedowierzaniem w zaciętą twarz Yale. W pierwszej chwili pomyślał, iż kobieta z niego żartuje, jednak wyglądała zbyt poważnie. Dłonie splotła za plecami, jej oblicze się zachmurzyło, i w tym momencie przypominała jakąś pradawną boginię wojny, szykującą się do bitwy.
"Ona naprawdę jest gotowa to zrobić" - pomyślał Vegeta.
- Zwariowałaś - powiedział na głos; kąciki ust drgały mu nieznacznie, jakby książę nie mógł zdecydować, uśmiechnąć się czy nie.
- Gdybym zwariowała, to sama porwałabym się na Freezera - odpowiedziała poważnie Yale. - Mam jednak na tyle oleju w głowie, by wiedzieć, iż sama w pojedynku z Changellinem miałabym zerowe szanse. Co innego, jeśli połączylibyśmy siły. Gdyby udało obudzić drzemiące w tobie pokłady energii, to wraz z moją magią, moglibyśmy raz na zawsze pozbyć się tyrana!
Vegeta zmrużył oczy, mierząc wzrokiem Adamantis. W środku wykiełkowała mu pewna myśl, która nie dawała mu spokoju i nie pozwalała do końca uwierzyć w słowa Yale.
- Wyjaśnij mi jedną rzecz - zaczął powoli, uważnie obserwując kobietę. - Dlaczego tak bardzo chcesz zabić Freezera? Szukasz zemsty za pozostałe Amon-shi, czy pragniesz jego władzy?
Yale zamrugała, zaskoczona tymi pytaniami, lecz zaraz wybuchnęła dźwięcznym śmiechem.
- Nie trafiłeś bratku, wcale, a wcale - odparła, opanowując nagły atak wesołości. - Wymordowanie moich "kochanych" sióstr uwolniło mnie od szeregu problemów i gdyby nie to, iż Freezer też się na mnie uwziął, pewnie wybudowałabym mu pomnik ze złota. A władza? Nigdy jej nie pragnęłam i bodajby nie zaświtał taki dzień, w którym bym ją miała... - tu Adamantis zawiesiła głos, a przez jej twarz przebieg cień smutku. - Byłby to najczarniejszy dzień dla tego świata.
- Więc czego chcesz? - spytał całkowicie zbity z tropu Vegeta.
- Chcę tylko uwolnić tę plintę od jego władzy. Nie pragnę niczego innego.
- Coś niskie masz wymagania - prychnął książę. - A co ja będę miał z pokonania Freezera?
- Wszystko - oświadczyła z mocą Yale. - Wolność, zemstę... Nie mów, że nigdy nie pragnąłeś uwolnić się spod jego tyranii i pomścić swój lud.
- A gdybym tak... zechciał zająć jego miejsce?
Pytanie Vegety zawisło w powietrzu. Książę z niecierpliwością oczekiwał na odpowiedź, od której wiele zależało. Kobieta wzruszyła ramionami.
- Proszę bardzo. Nie interesuje mnie, co się stanie z całym wszechświatem, nie jestem zbawcą ludzkości. Obchodzi mnie wyłącznie Toril. Z resztą możesz zrobić co ci się żywnie podoba.
Saiyanin uśmiechnął się równie szeroko, co paskudnie.
- To mi pasuje - powiedział, próbując się podnieść.
- Czyli umowa stoi? - chciała upewnić się Yale.
- Powiedzmy, że tak.
- Świetnie, w takim razie możemy zaczynać - Amon-shi uśmiechnęła się do niego promiennie. - Chodź ze mną - powiedziała, wyciągając dłoń do księcia.
Vegeta ujął jej rękę ostrożnie, wstając z ziemi. Ruszyli razem na polanę, nieświadomi, iż ten układ będzie dla obojga początkiem zupełnie nowej drogi...
*Starszy Lud - ogólna nazwa określająca istoty, które były na o wiele wyższym szczeblu ewolucji od człowieka, lecz później proces ich rozwoju zupełnie stanął w miejscu np. elfy, Amon-shi, repilotini, yuan-ti, smoki itp. Określenie to nie obejmuje tzw. Młodszych Plemion, czyli ludzi, krasnoludów, niziołków i gnomów, którzy z naukowego punktu widzenia, wciąż podlegają ewolucji.
** Pieśń nie jest mojego autorstwa, znaleziona została na jednym z forum o magii i zaklęciach ( niestety, zapomniałam zanotować na jakim :( ). Jeśli ktoś zna autora lub źródło pochodzenia, będę bardzo wdzięczna za informację :)
*** Wymienione w refrenie imiona odnoszą się do jednej osoby - bogini magii, panującej nad wszystkimi żywiołami.
****Ayane - czar wzniecający płomienie, jego zasięg nie jest zbyt duży więc często używany jest przy rozpalaniu ogniska; zaklęcie pochodzi z sagi o Wiedźminie autorstwa .
