Bo żyje się raz…

Nadmiar smutku się śmieje. Nadmiar radości płacze.

William Blake - Zaślubiny Nieba i Piekła

Słońce nieśmiało wyglądało zza gęstych, szarych chmur, rozświetlając swoimi jasnymi promieniami zmokły krajobraz. Złociste smugi światła leniwie wdzierały się do pokojów przez szpary w zasłonach i drażniły śpiący kwiat młodzieży wyrywając go z ramion Morfeusza. Krótkowłosa, ruda dziewczyna jęknęła niezadowolona, gdy na jej twarzy zatańczyły rozmigotane światełka i przykryła się szczelniej kołdrą.

- Dziś sobota… - wymamrotała pod nosem i z powrotem zasnęła.

Jednak niedane było jej na dłużej pozostać w krainie sennych rozkoszy, a wszystko za sprawą pewnego osobnika płci męskiej, który z niewyobrażalnym wręcz hałasem, który obudziły nawet spetryfikowanego, wparował do pokoju głośno trzaskając drzwiami.

- Evaaaans! – Donośny głos Syriusza zawibrował w powietrzu i siłą wdarł się pod poduszkę, którą nakryła sobie głowę panna E. Chłopak w tym czasie podszedł szybkim krokiem do okna i odsłonił ciężkie, ciemnozielone zasłony wpuszczając do pomieszczenia wesołe promienie październikowego słońca. – Wstawaj rudzielcu! Idziemy biegać… - Zgrabnie uchylił się przed lecącą w jego stronę poduszką i siłą zerwał z broniącej się dziewczyny kołdrę.

- Black! Wykastruje cię łyżeczką do herbaty! – Zielone oczy ciskały gromy w śmiejącego się w najlepsze chłopaka. – Mógłbyś śmiać się ciszej? – Syknęła dziewczyna niepewnie wstając z łóżka i kierując się w stronę szafki z eliksirami.

Syriusz patrzył na nią z iskierkami rozbawienia drgającymi w oczach, gdy mrucząc pod nosem epitety, których nie powstydziłby się zawodowy chuligan szukała czegoś w przepastnej szafce.

- Mam! – Krzyknęła uradowana, krzywiąc się nieznacznie jakby tembr jej głosu wbijał w jej obolałą głowę małe szpileczki. Nie mogąc zlokalizować nigdzie swojej różdżki podeszła do chłopaka i wyrwała mu jego. Zanim zdążył zareagować z powrotem dzierżył ją w dłoni a Lilka odmierzała pięć kropli błękitnego eliksiru do wyczarowanej szklanki wody.

- No ładnie. Skoncentrowany eliksir na kaca. – Black pokiwał głową z uznaniem. – Zdolna jesteś. – Mrugnął do niej porozumiewawczo patrząc jak wracają jej kolory.

- Zamknij się Black, jeśli ci życie miłe. – Sarknęła odkładając pustą szklankę na stolik i odpalając papierosa.

- Wcale nie zamierzam być cicho! Jak mogłaś pić beze mnie? – Syriusz zrobił minę obrażonego dziecka i skrzyżował ręce na piersi. – Proszę mi się tu ładnie tłumaczyć…

- Daj spokój… - Dziewczyna otworzyła okno i objęła się ramionami, gdy owiał ją chłodny wiatr. – Urządziłyśmy sobie wczoraj pogaduchy z Sashą i chyba za dużo wina wypiłyśmy. Szczęściara jeszcze pewnie śpi… - Mruknęła patrząc z ukosa na chłopaka.

Syriusz uśmiechnął się kpiąco i drapiąc po głowie rzucił na miękkie łóżko należące do dziewczyny. Wyciągnął z kieszeni bluzy papierosa i odpalając go spojrzał znacząco najpierw na dziewczynę a później na drzwi prowadzące do łazienki. Ruda zrezygnowana wyrzuciła niedopałek przez okno i kręcąc głową zniknęła w pomieszczeniu zabierając ze sobą swój czarny dres. Nie omieszkała ostentacyjnie trzasnąć drzwiami, co wywołało kpiący chichot leżącego chłopaka.

- Masz pięć minut! – Krzyknął w stronę drzwi i rozłożył się wygodniej na pościeli nucąc pod nosem jakąś skoczną melodię. Pogodne dni zawsze wprawiały go w dobry nastrój, a denerwowanie Lily dodatkowo go poprawiało.

xXxXxXx

W sobotni poranek Wielka Sala świeciła pustkami. Każdy korzystał z okazji odespania ciężkiego tygodnia i wylegiwał się dłużej niż zwykle. Przy stole Gryffindoru James Potter jadł śniadanie czytając Proroka Codziennego i od czasu do czasu gładząc dłoń Mary leżącą na stole. Do jego uszu powoli docierał zbliżający się tupot stóp, głośny śmiech i znajomy głos rzucający przysłowiowym mięsem. Leniwie spojrzał w stronę drzwi i zobaczył wbiegającą Evans, która z prędkością światła skryła się za wysokim blondynem. Po chwil w tych samych drzwiach pojawił się Black w ubraniu ociekającym wodą i zielonymi wodorostami przewieszonymi przez ramię.

- Masz szczęście Evans, że nie chcę wylądować w Azkabanie, bo już leżałabyś trupem – Warknął chłopak siadając z chlupotem na swoim miejscu po lewej stronie Pottera. – Jestem cały mokry wariatko, a woda w jeziorze nie jest najcieplejsza.

- Trzeba było mnie nie budzić tak brutalnie. – Lily uśmiechnęła się słodko i posłodziła swoją kawę, która już stała na jej talerzu. – A podobno to Blackowie są czarodziejami od zawsze… - Mruknęła z dezaprobatą patrząc na wciąż mokrego chłopaka. – Weź ty użyj różdżki matole. – Jęknęła kręcąc głową i ze spokojem zabrała się za jedzenie sałatki.

- Seco

- No widzisz. Jak chcesz to potrafisz.

Potter przysłuchiwał się tej wymianie zdań jednym uchem. Próbował oszukać siebie samego, że niewiele go interesuje wszystko, co jest związane z Evans. Wychodziło mu to całkiem nieźle, więc uśmiechnął się z zadowoleniem. Pocałował Mary lekko w policzek, na co ta zareagowała radosnym uśmiechem i drgającymi iskierkami szczęścia w brązowych oczach. Z uśmiechem odwrócił się do pijącego kawę Blacka.

- Idziemy dziś do Trzech Mioteł?

Syriusz zakrztusił się i potrzebował mocnego uderzenia w plecy by dojść do siebie po tym niespodziewanym pytaniu.

- Dzięki… - Mruknął do Sashy, która próbowała stłumić chichot zaciskając z całej siły usta, jednak rozbawione spojrzenie zdradzało jej wesołość. „Znowu wyszedłem na fajtłapę…" przeszło mu przez myśl. Popatrzył na Pottera zdziwionym wzrokiem, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

Lily przyglądała się całej sytuacji z zainteresowaniem nieświadomie gładząc dłoń Detlefa leżącą na stole. Gdy uchwyciła pytający wzrok Blacka, wzruszyła ramionami. „Rob, co chcesz…" pomyślała, jednak jej dobry humor gdzieś się ulotnił. Mieli w końcu razem pokazać wampirom wioskę.

- Rogacz nie obraź się, ale obiecałem, że oprowadzę Sashę i chłopaków po wiosce. – Podjął decyzję tak szybko, że sam się tym zdziwił. – Może później wpadnę i napijemy się kremowego, ok?

- Myślę, że pani prefekt poradziłaby sobie świetnie bez twojej pomocy, ale niech będzie. W końcu obietnic się dotrzymuje. – Potter popatrzył na chłopaka obojętnym wzrokiem. – Więc widzimy się na miejscu. – Uśmiechnął się odchodząc wraz z Mary, Alice i Remusem w stronę drzwi, a dobry humor wciąż mu dopisywał.

xXxXxXx

Słońce świeciło tego dnia jak najęte, nic sobie nie robiąc z daty widniejącej w każdym kalendarzu. W powietrzu czuło się zapach lata, za którym tak tęsknili wszyscy uczniowie zrzucający z lubością płaszcze i rozkoszujący się ciepłymi promykami w drodze do wioski czarodziejów.

- Wesoła ferajna za mną! – Krzyknął roześmiany Syriusz prowadząc całą grupkę w dół zbocza u stóp, którego znajdował się cel ich wędrówki. – Jako wasz dzisiejszy przewodnik obiecuję, że przeżyjecie niezapomniane chwile, pełne wspaniałych wrażeń. A to wszystko dzięki spędzeniu tego, jakże pięknego, dnia w towarzystwie mojej skromnej osoby.

Po tej przemowie wszyscy roześmiali się dźwięcznie.

- Black, widać, że słoneczko ci szkodzi. – Wysapał Dimitr między kolejnymi atakami śmiechu.

Chłopak podrapał się po głowie z zakłopotanym wyrazem twarzy, który po chwili ustąpił miejsca złośliwemu uśmieszkowi. Po chwili kolejne grupki uczniów odwracały się zdziwione głośnym kobiecym krzykiem, który przerwał ciszę panującą w około.

- Zabiję Cię! – Blond włosa dziewczyna z niemałym trudem próbowała podnieść się z wielkiej sterty suchych liści, w której przed chwilą wylądowała. – A wy się lepiej przestańcie śmiać i mi pomóżcie. – Popatrzyła wściekle na tarzających się po ziemi ze śmiechu Dimitra i Detlefa, po czym fuknęła niczym kotka i stanęła na nogach o własnych siłach.

Blondynowi zamarł śmiech na ustach, gdy zobaczył minę swojej siostry. Szturchnął wciąż śmiejącego się kuzyna w bok i wskazał na dziewczynę.

- Stary, ja dobrze radzę uciekaj gdzie pieprz rośnie, jeśli ci życie miłe…

- Ona naprawdę jest groźna jak ją ktoś zdenerwuje…

Syriusz nie przejmując się ostrzeżeniami kolegów podszedł do Sashy i delikatnie wyciągnął brązowy listek z jej włosów. Uśmiechnął się przy tym subtelnie i popatrzył prosto w ciskające gromy, fiołkowe oczy. Dostrzegł, że ich barwa stała się ciemniejsza i bardziej głęboka.

- Czy w ramach przeprosin za ten niewinny acz głupi żarcik dasz się zaprosić na najlepszą herbatę w miasteczku? – Powiedział spokojnym głosem wciąż wpatrując się w fioletowe tęczówki.

- Ty płacisz… - Odpowiedziała z trudem odrywając wzrok od jego szarych oczu. „Uspokój się…" skarciła się w duchu i ruszyła raźnym krokiem w stronę pierwszych zabudowań. Uśmiechnięty chłopak pobiegł za nią, przez ramie mrugając do zszokowanych chłopaków.

Lily przypatrywała się z boku całej sytuacji. Jej bystre oczy śledziły każdy gest, a uszy chciwie łapały każde słowo. Uśmiechnęła się zadowolona ze swojego odkrycia i podeszła do stojących bez ruchu chłopaków. Delikatnie zamknęła im usta i uśmiechnęła się ironicznie.

- No to wychodzi na to, że zostaliśmy sami. – Ruszyła w stronę wioski, jednak nie słysząc za sobą kroków odwróciła się zrezygnowana. – Przestaniecie tak stać i wpatrywać się w miejsce gdzie przed chwilą stali Sasha i Syriusz, czy mam iść sama? – Jej kpiący głos obudził ich z otępienia. Szybko zrównali się z Lily.

- Jak on to zrobił? – Detlef nie mógł wyjść z podziwu.

- Nie wiem stary. Tak zdenerwowana Sasha jest nieobliczalna i nie da się jej uspokoić… - Dimitr również był zszokowany zaistniałą sytuacją.

- Więc jak jemu się udało? – Blondyn skierował to pytanie do Lily, która uśmiechnęła się tajemniczo. – No powiedz…

- Niewiele jeszcze wiecie o Blacku i jego zdolnościach… - Mruknęła dziewczyna nie patrząc na nich. – To, co? Zaczynamy zwiedzanie?

Ona Syriusza znała od dawna, mimo że od niedawna się przyjaźnili wiedziała o nim sporo. Znała na wylot jego zachowanie, jego gesty i mimikę. Więc śmiało mogła stwierdzić, że się nie myli. Chociaż stuprocentowej pewności nie miała, wiedziała, że wiele się jeszcze wydarzy.

xXxXxXx

Tłumy wesołych uczniów przechadzały się od sklepu do sklepu, żywo rozprawiając o swoich sprawach. W Miodowym Królestwie ludzie cisnęli się jak sardynki by kupić zapas swoich ulubionych słodyczy, szczególnie, że specjalnie na ten dzień zrobili promocję czekoladowych żuczków.

- No nie! Ja chcę moje czekoladowe żuczki! – Lily stała przed sklepem i z naburmuszoną miną małego dziecka patrzyła na śmiejących się chłopaków. - Z czego się śmiejecie pacany? – Warknęła w ich stronę.

- Czy mi się tylko wydaje, czy jesteś uzależniona od tych robaczków? – Dimitr ledwo zadał to pytanie między kolejnymi wybuchami chichotu.

Zdenerwowana do granic możliwości dziewczyna odwróciła się na pięcie i zniknęła za najbliższym rogiem budynku, nie odwracając się za siebie. Chłopcy popatrzyli na siebie z dziwnymi minami.

- Dobra. – Dimitr popatrzył na kuzyna kręcąc głową. – Ty idziesz za nią i próbujesz jakoś uspokoić. Nie interesuje mnie jak to zrobisz bylebyś jej nie całował…

- Musisz mi przypominać, że nie mogę? – Przerwał mu z ironicznym uśmiechem, jednak w oczach czaił mu się smutek.

- Muszę, bo jesteś gotów o tym zapomnieć. – Niebieskooki wzruszył niedbale ramionami. – Kontynuując. Ty idziesz za obrażalską panną Evans, a ja postaram się jakoś kupić dla niej te czekoladki.

Powiedziawszy to zniknął w tłumie uczniów oblegających największy sklep ze słodyczami w miasteczku. Detlef patrzył za nim przez chwilę zastanawiając się jak on zamierza kupić cokolwiek w tej puszcze sardynek, po czym jego myśli zawróciły w kierunku rudowłosej dziewczyny. Przeszedł kilka kroków rozglądając się w około, gdy doleciał do niego zapach lilii zmieszany z dymem tytoniowym. Uśmiechnął się do siebie i ruszył za tą wonią. Po kilku krokach, kiedy znalazł się w jednej z bocznych uliczek zobaczył ją. Stała opierając się plecami o ścianę budynku i z zamkniętymi oczami paliła papierosa. Słońce igrało w jej rudych włosach tworząc w nich miedziane refleksy. Zapatrzył się na moment pozwalając sercu wykonać kilka koziołków, po czym wziął głęboki oddech i ruszył w jej stronę. Bez słowa oparł się o ścianę ramieniem i delikatnie odgarnął zabłąkany kosmyk z bladego policzka dziewczyny.

- Już się uspokoiłaś? – Spytał miękko gładząc jej jedwabistą skórę opuszkami palców. Mruknęła zadowolona i pokiwała głową dalej nie otwierając oczu. – Pokażesz mi swój ulubiony sklep?

- Jesteś tego pewny? – Spytała gasząc papierosa na ziemi i patrząc na niego spod półprzymkniętych powiek.

- Jak najbardziej.

Zastanawiała się przez chwilę, kalkulując wszystkie za i przeciw, po czym zdecydowanie złapała go za rękę i pociągnęła w sobie tylko znanym kierunku. Szli labiryntem bocznych uliczek, oddalając się od tych częściej uczęszczanych. Detlef z zainteresowaniem przyglądał się mijanym witrynom sklepowym, które z każdym krokiem stawały się coraz mroczniejsze i bardzie zapuszczone. Niczym nie przypominały kolorowych, krzykliwych wystaw z ulicy głównej. Niespodziewanie dziewczyna zatrzymała się przed jednym z rozpadających się budynków. Nad starymi popękanymi drzwiami, z których płatami schodziła zielona farba widniał dotknięty zębem czasu szyld. Napis na nim, był trudny do odczytania, litery przez lata wyblakły i zamazały się.

- Antykwariat u Pytii? – Przeczytał chłopak i spojrzał pytająco na Lily, która już stała z ręką na klamce. Gdy drzwi się otworzyły pomieszczenie wypełnił dźwięk delikatnego dzwoneczka. Uderzył ich w nozdrza zapach starych książek i pergaminów pomieszany z subtelną wonią kadzidełek. Na niezliczonej ilości zakurzonych półek leżało mnóstwo starych, wielkich ksiąg i małych niepozornych książeczek. Przy biurku, którego praktycznie nie było widać spod stosu różnych papierów paliła się mała, naftowa lampka, która dawała nikłe światło. Na twarzy Lily pojawił się delikatny uśmiech i spokój, jakby właśnie w tym miejscu odzyskiwała wewnętrzny ład. Powoli zaczęła przechadzać się wzdłuż półek, wodząc wzrokiem po tytułach. Detlef robił to samo.

- Szukamy czegoś? – Spytał cichym głosem.

- Wszystko, czego potrzebujecie znajdzie was samo… - Z ciemnego kąta rozległ się spokojny, lekko zachrypnięty głos. Spojrzeli w tamtym kierunku, Lily z wyraźnym rozbawieniem, Detlef ze zdziwieniem. – Powinieneś o tym wiedzieć bardzo dobrze książę wampirów.

W krąg światła weszła niska staruszka, podpierająca się misternie rzeźbioną laską. Długie, siwe włosy odcinały się od czerni jej szaty i wyglądały niczym nici czystego srebra. Drobna twarz poorana zmarszczkami zdradzała długi pobyt na tym świecie. Starowinka poruszała się powoli w ich kierunku i gdy była już dostatecznie blisko podniosła głowę i spojrzała prosto w fosforyzujące oczy chłopaka. Ten na widok jej jasnoniebieskich, prawie białych tęczówek i nieruchomych źrenic wciągnął szybciej powietrze i rozejrzał się niepewnie po pomieszczeniu, które nagle wydało mu się za małe.

- Spokojnie… - Mruknęła do niego Lily i delikatnie chwyciła za dłoń splatając ich palce ze sobą. Fala ciepła rozlała się po ich ciałach i spowodowała, że chłopak się uspokoił i zaczął z ciekawością przyglądać się starowince.

- Mam coś, co cię zainteresuje rudzielcu. – Powiedziała staruszka przenosząc spojrzenie na Evans. – Piąty regał, czwarta półka od dołu. Idź poszukaj. – Dziewczyna kiwnęła głową i udała się we wskazanym kierunku. – Detlefie Romanow nie musisz się mnie obawiać. – Kobieta usiadła ciężko na fotelu stojącym przy biurku i splotła ze sobą długie palce.

- Nie obawiam się… - Zaprzeczył szybko chłopak. Za szybko.

- Nie musisz kłamać. Wiedz, że nic złego ci z mojej strony nie grozi, już dawno porzuciłam swoją profesję. – Mówiąc to powinęła rękaw szaty i pokazała blondynowi wyblakły tatuaż przedstawiający dwa krzyżujące się sztylety oplecione dzikim winem. Oczy chłopaka rozszerzyły się ze zdziwienia a po twarzy przeszedł cień strachu. – Tak mój chłopcze. Raskolnicy wciąż są na tym świecie. A jednemu z nich bardzo zależy na tym by cię zniszczyć...

- Ale jak…

- Kiedyś poznasz odpowiedzi na wszystkie pytania. Póki, co opiekuj się nią… - Stara wiedźma spojrzała w kierunku regału, zza którego po chwili wyszła Lily dźwigając naręcze książek. – Idź chłopcze poszperaj na trzeciej półce od góry w drugim regale. Jest tam coś, co się może wam przydać, a potem idźcie. Jestem już zmęczona.

- Dziękuję Rafa. – Powiedziała Ruda i delikatnie ucałowała kobietę w policzek. – Do następnego razu.

Obydwoje wyszli na zalaną słońcem ulicę dzierżąc w dłoniach opasłe księgi. Chłopak przez chwilę szedł zamyślony jednak szybko zreflektował się i mimo protestów wziął od dziewczyny wszystkie tomy, pomniejszył je i schował do torby. W milczeniu dotarli na główną ulicę i zgodnie ruszyli w kierunku księgarni Starodruk by uzupełnić zapasy pergaminu i atramentu oraz poszukać jeszcze jakiś ciekawych książek. Po dzisiejszej wizycie w antykwariacie wiedzieli, że to drugie, też nie może żyć bez czytania. Wyszli z dużo lżejszymi sakiewkami i z wielkimi uśmiechami na twarzach.

- Nie wierzę, że udało mi się dostać „Zapomniane zaklęcia staro magiczne"! – Krzyknęła uradowana Lily, gdy przysiedli na jednej z ławek by chwilkę odpocząć. – Szukałam tej książki od kilku miesięcy, nawet Rafa jej nie miała.

- Jak poznałaś Rafę? – Spytał chłopak bawiąc się zamkiem swojej bluzy.

- Kiedyś chodząc po wiosce zamyśliłam się i zgubiłam w tym labiryncie uliczek. Weszłam do jej sklepiku spytać o drogę powrotną… No i tak jakoś zostało, że wracam tam za każdym razem, kiedy tutaj jestem. – Lily chciała jak najszybciej skończyć temat, co Detlef wyczuł i nie zadawał już więcej pytań na ten temat.

Siedzieli rozkoszując się ciepłymi promieniami słońca. Nieświadomi spletli ze sobą swoje dłonie i spokój wypełnił ich ciała. Ruda oparła głowę na ramieniu blondyna i przymknęła oczy wdychając jego upajający zapach. Jednak spokój nigdy nie trwa wiecznie, o czym dane im się było szybko przekonać.

- No gołąbeczki dość tych amorów, przewodnik Black zabiera państwa na piwo. – Donośny głos Syriusza przerwał błogą ciszę, jaka ich otaczała mimo zatłoczonej ulicy.

Lily leniwie podniosła powieki z trudem wyrywając się ze stanu odrętwienia. Przez chwile cały świat był rozmazany przez jasne promienie słońca, które raziły w oczy, lecz gdy oczy przyzwyczaiły się do światła dziewczynie ukazał się komiczny widok. Oto Syriusz Black, największy amant w historii Hogwartu stał obwieszony niezliczoną wręcz ilością pakunków z potarganymi włosami i miną zbitego psa, a obok niego stała zadowolona Sasha ze smakiem jedząc wielką porcję lodów pistacjowych. Lily z trudem powstrzymywała wybuch śmiechu jednak, gdy spojrzała na Detlefa, który cały czerwony zaciskał z całych sił usta nie wytrzymała. Roześmiała się głośno, w czym zawtórowało jej wampirze rodzeństwo. Syriusz z głupią miną patrzył na śmiejące się towarzystwo.

- Dobra dajcie już sobie spokój. – Mruknął zdenerwowany. – Nie moja wina, że ta blond włosa pokraka jest taka dobra w szantażu. – Sasha wystawiła mu język i wróciła do pożerania swoich lodów.

- Nie wnikam… - Mruknęła Lily i podniosła się od niechcenia z ławki ocierając spływające po policzkach łzy radości. – To, co idziemy do Trzech Mioteł?

Pozostała trójka skinęła głowami i wszyscy udali się w stronę baru. W środku panował niezwykły hałas, spowodowany dużą ilością uczniów, którzy z rozkoszą sączyli chłodne piwo kremowe. Lily wraz z resztą znalazła wolny stolik na uboczu i rozsiadła się wygodnie czekając, aż Syriusz przyniesie napoje.

- Tego było mi trzeba. – Powiedziała upijając pierwszy łyk.

- Zdecydowanie się z tobą zgadzam rudzielcu. – Odpowiedział Black opróżniając za jednym razem pół butelki.

Sasha zaniosła się tłumionych chichotem.

- Rozmawiacie jak alkoholicy po odwyku… - Wysapała z trudem i znów zaczęła chichotać.

Syriusz zrobił głupią minę, na co Detlef parsknął w swoje piwo.

- A co to jest ten cały odwyku? – Spytał Łapa i popatrzył podejrzliwie na Lily, którą uważał za specjalistkę od spraw mugolskich. W końcu nikt nie miał takiego doświadczenia jak ona. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego ze zrozumieniem i zaczęła tłumaczyć, co to takiego jest odwyk. Po chwili rozmowa zeszła na zupełnie inne tory i całe towarzystwo, co chwilę wybuchało głośnym śmiechem zwracając na siebie uwagę znacznej części klientów lokalu.

xXxXxXx

Dimitr z trudem przepychał się przez tłum rozwrzeszczanych czternastolatków, by dostać się do wielkich pojemników pełnych czekoladowych żuczków. Gdy już do nich dotarł jednym ruchem ręki napełnił cztery wielkie torby i zadowolony przelewitował je nad swoją głową w stronę kasy. Ludzie ustępowali mu miejsca zastanawiając się między sobą, w jaki sposób on czaruje skoro nawet nie ma różdżki w ręku. Chłopak wykrzywił usta w drwiącym uśmiechu i postawił paczki przed pulchną kasjerką, która z uśmiechem wcisnęła mu jeszcze kilka czekolad truskawkowych. Zapłacił za wszystko i wyszedł na zalaną słońcem ulicę rozglądając się w poszukiwaniu swojego kuzyna i rudej gryfonki. Nigdzie ich jednak nie zobaczył, więc wzruszył tylko ramionami i ruszył między sklepami przyglądając się ciekawie kolejnym mijanym wystawą. Pierwszy raz w życiu był w magicznej wiosce i chłonął całym ciałem jej atmosferę. Zaczął wesoło pogwizdywać pod nosem przechadzając się powoli uliczkami. Tak bardzo zagłębił się w myślach, że nie zauważył nadchodzącej z naprzeciwka osoby. Poczuł mocne uderzenie w tors i instynktownie złapał dziewczynę, która na niego wpadła.

- Przepraszam. – Wymamrotała uwalniając się z jego ramion. Schyliła się po szalik, który podczas zderzenia spadł jej na ziemię. Detlef spojrzał na turkusowy materiał z delikatnymi srebrnymi gwiazdkami połyskującymi w słońcu i otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. „To niemożliwe…" przeszło mu przez myśl.

- Nie ma, za co. To moja wina, zamyśliłem się. – Na dźwięk jego głosu dziewczyna jakby drgnęła. Ukryła twarz w długich, czarnych włosach i ruszyła przed siebie.

Podążał za nią wzrokiem zastanawiając się czy to możliwe, że ją zna. Dziewczyna zatrzymała się przy zakręcie i niepewnie obejrzała przez ramię. Nawet z odległości, jaka ich dzieliła widział smutek i tęsknotę malującą się na jej twarzy i w dużych oczach w kolorze turkusowym. Niepewnie założyła kosmyk za ucho. Promienie słońca padły na niewielki kolczyk, który pod ich wpływem rozjarzył się szafirowym blaskiem. Nieznajoma orientując się, co się stało zniknęła szybko za rogiem budynku. Dimitr stał i wpatrywał się w miejsce gdzie przed chwilą stała z niedowierzaniem i smutkiem malującym się na twarzy. Cały dobry humor uleciał z niego jak powietrze z przebitego balonu. Powoli wracały do niego wspomnienia, o których starał się zapomnieć.

- Meadowes… - mruknął pod nosem i ruszył przed siebie przypominając sobie zdarzenia sprzed ponad roku. – Wtedy też na siebie wpadliśmy…

Przechadzał się po wiosce jeszcze jakiś czas, zastanawiając się czy na pewno ta dziewczyna to była ona. Wszystko za tym przemawiało. Kolor oczu, tak niespotykany i szalik, który dostała od niego na urodziny. Był wyjątkowy, tkany za zamówienie i opatrzony zaklęciami ochronnymi. To musiała być ona. Nogi same zaniosły go w okolice Wrzeszczącej Chaty. Usiadł na kamieniu i zapatrzył się na budynek wyglądający jakby miał się zaraz zawalić.

-Niezłe schronienie wymyślił Dumbledore dla tego wilkołaka… - Mruknął do siebie. Zamknął oczy i wsłuchiwał się w odgłosy przyrody starając się oczyścić umysł ze wszystkich dręczących go myśli. Błogi spokój został zmącony przez odgłos łamanej gałązki.

- Nigdy nie umiałaś się skradać Meadowes. - Mruknął ironicznie nie otwierając oczu i wygiął usta w pobłażliwym uśmiech słysząc kobiece prychnięcie.

- Co ty tutaj robisz Bezuchow? – Wyprany z emocji głos wwiercał się w jego głowę, powodując, że otworzył oczy i spojrzał na nią.

- Siedzę i odpoczywam… - Odpowiedział głosem przepełnionym kpiną. Przyglądał się jej szczupłej postaci okrytej czarnym długim płaszczem. – A ty?

- Nie kpij szczeniaku… - Warknęła zdenerwowana zbliżając się o krok. – Co robisz w Hogsmeade?

- Jakby ci to powiedzieć, żebyś zrozumiała? – Udał, że się zastanawia. – Uczę się w Hogwarcie wraz z Detlefem i Sashą. – Zauważył jak na jej pięknej twarzy pojawia się wyraz zdziwienia, delikatnie rozchylone usta, szeroko otworzone oczy. – A ty, co tutaj robisz? – Spytał niby obojętnym tonem, ale ciekawość zżerała go od środka.

Dorcas nerwowa poprawiła włosy, zakładając niesforny kosmyk za ucho.

- Nie twój interes…

- Jasne. I tak nie spodziewałem się innej odpowiedzi. – Syknął przez zaciśnięte zęby i wstał z kamienia zbierając swoje pakunki. – Bywaj Meadowes. – Mruknął przechodząc kolo niej. Wszystkie wspomnienia uderzyły w niego ze zdwojoną siłą, gdy odchodził czując na plecach jej palący wzrok. Nie odwrócił się ani razu, za bardzo bolał go jej widok i zbyt dużą miał ochotę na dotknięcie jej gładkiej skóry.

- Ma racje… Jestem szczeniakiem… Cholernie zakochanym szczeniakiem ze złamanym sercem. – Mruczał do siebie pod nosem w drodze do Trzech Mioteł gdzie spodziewał się zastać kuzynów i gryfonów.

Wszedł do zatłoczonego pomieszczenia, a jego uwagę od razu przykuł głośny śmiech dochodzący od stolika stojącego na uboczu. Podszedł tam, przywołując po drodze imitację uśmiechu, którą przykleił sobie do twarzy.

- Czy panienka życzyła sobie czekoladowe żuczki? – Spytał kpiącym głosem kładąc przed Lily cztery wypchane po brzegi torby z jej ulubionymi smakołykami.

Dziewczyna popatrzyła na niego z ogromnym uśmiechem i już po chwili wisiała mu na szyi wyśpiewując pieśni dziękczynne na jego cześć. Towarzystwo przy stoliku popatrzyło na niego z uznaniem i już po chwili cała piątka siedziała chrupiąc czekoladowe robaczki i popijając je piwem kremowym. Dimitr bardzo się starał brać udział w radosnej konwersacji jednak jego myśli wciąż uciekały do czarnowłosej dziewczyny.

- Co się stało? – Pytanie Sashy wyrwało go z zamyślenia i zorientował się, że wszyscy przyglądają mu się w skupieniu.

- Z wami się nie da… - Westchnął przeciągle. – Spotkałem Meadowes. – Mruknął upijając łyk piwa.

- I co? – Spytał Detlef patrząc z niepokojem na swojego kuzyna.

- Nic. Spytała, co tutaj robie i nazwała mnie szczeniakiem, więc poszedłem. – Machnął na Madame Rosmertę przesyłając jej pieniądze za kolejnych pięć butelek piwa, które już po chwili stały przed każdym. – Miała szalik ode mnie i ten przeklęty kolczyk w uchu! – Warknął chowając twarz w dłoniach.

Sasha bez słowa położyła mu rękę na ramieniu i to samo zrobił Detlef. Oboje wiedzieli jak ciężko ich kuzyn przeżywa wszystko, co związane z tą dziewczyną. Po chwili chłopak podniósł głowę i zaczął rozmowę na jakiś luźny temat, co pozwoliło rozluźnić napiętą atmosferę.

Lily wraz z Syriuszem ruszyli do baru po kolejną kolejkę.

- Meadowes… Skądś znam to nazwisko. – Mruknął Syriusz szukając w sakiewce pieniędzy by zapłacić za napoje.

- Dorcas Meadowes. Wydaje mi się, że była ślizgonką i skończyła Hogwart trzy lata temu. – Odpowiedziała Lily zabierając trzy butelki z lady, pozostałe dwie zostawiając Blackowi.

- Ciekawe, co ich łączy? – Zastanawiał się na głos chłopak.

Podeszli do stolika kładąc przed każdym wampirem butelkę, którą tamci podnieśli wznosząc toast za czas wspólnie spędzony w zamku.

xXxXxXx

- Dimitr… - Drżącą dłonią pogładziła zniszczone zdjęcie przedstawiające barczystego chłopaka o fosforyzujących niebieskich oczach. – Gdybym tylko mogła Ci powiedzieć, dlaczego musiałam odejść… - Westchnęła i schowała fotografię do drewnianej szkatułki zamykanej na kluczyk. Niepewnie odgarnęła włosy za ucho odsłaniając delikatny kolczyk. Przez zasłonięte okno wpadł do ciemnego pokoju zabłąkany promień słońca. Pomieszczenie wypełniło się szafirowym blaskiem, a na ścianach pojawiły się kształty.

Wokół czarnowłosej dziewczyny wirowało mnóstwo gwiazdek a do jej uszu dotarł spokojny melodyjny głos.

- Gwiazdy przeznaczenia twą drogę będą wskazywać, lecz tylko samotna zło zdołasz pokonać.

Szybko zasłoniła kolczyk i opadła na łóżko. Smutek tak bardzo jej doskwierał, że zaczęło się to wydawać wręcz komiczne. Po chwili pokój wypełnił się śmiechem. Nie było to jednak śmiech radości tylko smutku i samotności.