Przepraszam, zapomniałam wrzucić zakończenia:) Oto i ono, oraz epilog. Oczywiście nadal nie mam żadnych praw do SPN... Buuu...


10


Sam przechyla głowę na bok i opiera ją o szybę. Za oknem autobusu migają słupy telegraficzne, drzewa, samochody, domy, ludzie; cała ziemska normalność, która nigdy nie będzie jego światem. Dzień jest pochmurny – długie popołudnie przechodzące w deszczowy zmierzch. Kierowca zapalił już światła wewnątrz autobusu, więc zamazana deszczem szyba szybko przeistacza się w mroczne lustro. Sam patrzy na siebie i przez siebie – w mrok.


– Podwiozę cię do Machias – powiedziała May.

Sam przerwał na moment pakowanie plecaka. Wyprostował się powoli, wciąż obolały po walce z baykokiem.

Cała May. Nie zapytała „Wyjeżdżasz?" jak zrobiłoby dziewięćdziesiąt dziewięć procent kobiet wchodzących do pokoju i zastających kochanka zajętego upychaniem zwiniętych w rulonik jeansów w już i tak przepełnionym plecaku. Głos jej nie zadrżał. Srebro jej oczu nie powilgotniało. Zaoferowała mu transport rzeczowym tonem partnera w interesach.

Zabolało.

– May – zaczął cicho. – Chciałem cię przeprosić.

– Za co? – wzruszyła ramionami.

– Za… – urwał.

Za dopuszczenie do głosu diabelskiej krwi? Za to, że spojrzałaś na mnie z obrzydzeniem? Za uwikłanie się w związek, o ile to w ogóle był związek, który nie miał żadnych perspektyw, żadnych szans na przyszłość?

– Za wszystko – dokończył.

Podeszła do niego powoli i objęła go. Sam nie uniósł rąk, więc po prostu otoczyła ramionami jego ramiona, ręce opuszczone bezradnie wzdłuż ciała. Oparła podbródek w zagłębieniu jego szyi. Znów poczuł zapach jej włosów – bergamotka, dym tytoniowy, May.

– I po co? – zapytała. – Nie czuję się poszkodowana.

Usta Sama mimowolnie wygięły się w podkówkę, jakby nie był wysokim, silnie zbudowanym mężczyzną, a zagubionym chłopcem.

– Za to, że mnie zobaczyłaś… takim… takim… – wyjąkał.

– Jakim? – parsknęła. Odsunęła się na wyciągnięcie rąk i zajrzała mu w oczy. – No, jakim?

– Jestem dziwadłem – burknął, starając się zapanować nad twarzą.

– Może. – Wzruszyła ramionami. – Ale nie jesteś potworem.

Sam żachnął się i cofnął o krok.

– Nie jestem? Widziałaś…

– Co? Że zadusiłeś skurwiela siłą umysłu? Że ci oczy poczerniały? Że jakaś cząstka ciebie uznała to za zabawne? – Podniosła rękę nie pozwalając Samowi przerwać. – Wiem, że tego nienawidzisz – powiedziała. – Ale, być może to jest ta część ciebie, która cię ostatecznie ocali.

– Widziałem, jak na mnie patrzyłaś – bąknął Sam. Odwrócił się od May i wrócił do pakowania plecaka. – Zejdę ci z drogi, co?

Mayne przysiadła na skraju łóżka, zakładając nogę na nogę i odrzucając na plecy srebrzyste włosy. Przez chwilę patrzyła na mocne dłonie Sama, rolujące kolejną część ubrania. Podniosła przenikliwe spojrzenie na jego twarz.

– Moc piekła, co? – powiedziała cicho. – Ludzie zawsze próbowali opanować to, co niebezpieczne. Ogień. Wodę. Błyskawicę.

– To jest fizyka, May – rzucił Sam, marszcząc brwi w napięciu. – To są rzeczywiste, namacalne siły. Nie… to… Nie piekielne zło

– Rzecz nie jest złą, ni dobrą sama przez się – zacytowała kobieta.

– Ta siła jest zła – z naciskiem powiedział Sam. – Wierz mi. Wydaje ci się, że może z niej wyniknąć coś dobrego, ale to nieprawda. Ostatecznie to tylko kolejny stopień w drodze do piekła. Najlepszym, co mogę zrobić, to trzymać tę moc na uwięzi. Nigdy, przenigdy nie pozwolić jej się wydostać. Nie chciałabyś mnie znać, kiedy pozwalałem jej sobą kierować. Byłem…

– Wiem, czym byłeś. – Uśmiechnęła się lekko. – Upijałeś się mocą i gniewem. Byłam tam, widziałam, kupiłam koszulkę. Pewnie nie powinnam walić ci umoralniających pogadanek, szczególnie, że sama nie radzę sobie z własnymi demonami.

Sam spuścił wzrok. May westchnęła cicho.

- Sam, krzyczałeś w mojej głowie, pamiętasz? Znam cię. Ja wiem, że opętany przez Lucyfera, pogrążony w największym źle, jakie można sobie wyobrazić, zdołałeś wyczołgać się na powierzchnię - powiedziała. - A dlaczego w ogóle znalazłeś się w tej sytuacji? Dlatego, że wybrałeś niewyobrażalne poświęcenie…

Sam skrzywił usta, ale May ciągnęła bezlitośnie:

– Największe poświęcenie, Sam. Więc, w porządku, Lucyfer uczynił cię swoim naczyniem. Więc masz w sobie nasienie zła. Kto, lepiej niż ty, zdoła nad nim zapanować?

– Czemu próbujesz mnie uspra …?

– Nie usprawiedliwiam cię i nie pocieszam – przerwała. – To są fakty. Wolałabym, żebyś wyjechał stąd mając do siebie chociaż odrobinę szacunku.

Sam tylko na nią patrzył, ze zmarszczonym czołem i zaciśniętymi wargami. May odetchnęła głośno.

– Wiesz, jak ja to widzę? – spytała. - Stoisz plecami do lustra, w którym widać twoje prawdziwe odbicie. A ja chcę, żebyś się obrócił. Chcę, żebyś w nie spojrzał. Żebyś zobaczył w nim to, co ja widzę. Uznaj to za część mojej pracy, jeśli musisz. Widzisz, ja muszę o ciebie zadbać, sierotko.

– Wiesz, jak przemawiać do faceta – mruknął Sam po chwili. – Sierotko?

May roześmiała się na głos. Nagle stała się niewyobrażalnie piękna, jakby spod jej posiniaczonej skóry przebiło czyste, zimowe światło. Sam na moment wstrzymał oddech.

Była z nim? Ta doskonała kobieta? Naprawdę z nim była?

– Sam – mruknęła. – Ty naprawdę myślisz, że wszystko już stracone. Próbujesz spłacać jakieś wyobrażone długi ze świadomością, że nie można ich spłacić. Próbujesz uczynić tyle dobra, żeby… czy ja wiem – choćby poruszyć szalki wagi? Tak? Wprawić je w ruch? Nie – przeważyć – zaledwie poruszyć. I wiesz, że twoje zadanie jest niewykonalne. Jak można żyć z taką świadomością? Jakim cudem zasypiasz wieczorem, budzisz się rano, i znajdujesz siłę, aby w ogóle podnieść się z łóżka?

– Mam stąd wyjechać z odrobinką szacunku do samego siebie – rzucił Sam zdławionym głosem. – Pamiętasz?

Położyła dłoń na jego zaciśniętej pięści.

– Chciałbyś zostać? – spytała.

Powoli skinął głową, a potem szybko nią pokręcił.

– Przepraszam. Ja…

– Nie ma za co. Ja sama nie chcę tu zostawać.

– Dlaczego nie pojedziesz ze mną? – wypalił, zaskakując samego siebie.

– W miejsce Deana? – odpowiedziała pytaniem. – Jako jego udoskonalona wersja? Łowić potwory?

Sam parsknął ironicznie, odwracając wzrok.

– Ależ ty masz dar – mruknął. – Nawet się nie wysilasz. Kilka słów i wiem, że byłem idiotą.

- Nie jesteś idiotą, Sam. To kusząca propozycja.

Zerknął na nią niedowierzająco.

- Naprawdę?

- Skończ się pakować. Sprawdzę, czy baykok nie uszkodził hilluxa – powiedziała, wstając.

Sam odetchnął głośno i skinął głową. Jego ciemne oczy lśniły bardziej niż zwykle. Mayne zauważyła to i uśmiechnęła się leciutko, wychodząc z pokoju. Uśmiechnęła się, a potem otarła własny policzek, czując pod palcami ciepłą wstążkę wilgoci.


Mayne wchodzi do domu, zrujnowanego, zachlapanego krwią baykoka, Sama i jej samej, bardzo cichego w ciszy lasu. Rzuca na stół kluczyki do toyoty, zdejmuje kurtkę i upuszcza ją na podłogę. Kieruje się ku schodom i powoli wspina się na piętro. Nie zabiera ze sobą butelki. Chce zachować klarowność umysłu, chce wykorzystać każdy okruszek dostępnej mocy. Ma do wykonania ważne zadanie.

Tej nocy kochali się po raz ostatni, najpierw łagodnie, potem z rosnącą pasją – dwa nie do końca ludzkie potwory w odwiecznym rytuale. Wcześniej Mayne zajmowała się Samem łagodnie, jak dzieckiem, teraz pozwoliła mu przejąć stery. Pozwoliła mu prowadzić ten drapieżny taniec, pozwoliła mu się opętać, przejąć absolutną kontrolę, jakby nie dostrzegała ciemności, która opanowała go na mgnienie oka, kiedy walczyli z baykokiem. Miała nadzieję, że Sam zauważy jej zaufanie. Że ujrzy to, co ona w nim widziała.

Kiedy byli tak blisko, zaglądała mu do wnętrza potrzaskanej duszy, a chociaż jej okruchy rozdzielał płonący żar i niewysłowione cierpienie, same fragmenty były czyste jak błękit nieba o poranku. Najpiękniejsza dusza, do jakiej kiedykolwiek zdarzyło jej się rzucić okiem.

Przypomniał jej się wiersz Emily Dickinson, ten o wierze, którą zawsze można załatać lekką igłą, która nie pozostawia szwu, i którą nawleka się powietrzem. Gdybyż tak samo można było postąpić z duszą.

Sam całował ją z pasją i przywierał do niej tak, że stawali się jednym, chaotycznym ruchem, jednym gorącym oddechem, jednym bólem pokaleczonych ciał. Był taki spragniony, taki głodny. Mógłby ją pożreć, pochłonąć całą, mogłaby przestać istnieć jako May i być już tylko częścią Sama.

Kochała się z czystością nieba i z ogniem piekła. Nawet roztrzaskany, nawet na pół szalony, Sam dopełniał ją tak, jak nikt nigdy nie zdołał jej dopełnić. Oddałaby wszystko, aby go zatrzymać.

I dlatego nie spróbowała tego zrobić.


Słońce ostatecznie znika za linią horyzontu – tym razem jest to pole, puste rżysko, po którym dostojnie stąpają wrony – a Sam wzdycha głęboko i przymyka oczy. Jedną ręką obejmuje plecak ustawiony na siedzeniu obok. Autobus podskakuje na jakichś wertepach. Sam uderza czołem w szybę, głuchy ból spływa mu do wciąż jeszcze opuchniętej szczęki, do wielkiego siniaka pod okiem, piecze w popękanych wargach. Nie otwiera oczu. Jest zmęczony.

- Dlaczego go nie zatrzymałaś?

Mayne przystanęła na pierwszym stopniu, podnosząc wzrok na Caroline Amelot, stojącą w progu hotelu Lake View z rękoma opartymi o biodra.

- Zatrzymałaś? Jak to sobie wyobrażasz?

- Normalnie. May, jeśli ktoś potrafi zatrzymać przy sobie faceta, to na pewno ty – oznajmiła staruszka. – Nie powiesz mi, że nie chciał zostać.

- Nie chciał zostać – powiedziała Mayne, pokonując resztę stopni i mijając Caroline w progu.

- Bzdura! – rzuciła starsza kobieta. Zamknęła drzwi frontowe. Musiała szybko dreptać u boku Mayne, aby dotrzymać jej kroku. – Znowu to robisz. Znowu ich odpychasz. Zawsze tak postępujesz. Jakbyś nie miała prawa…

- Carl – przerwała jaj May. – Sam Winchester i Mayne Labrecque nie istnieją. Nie razem. Pogódź się z tym.

- Bzdura! – powtórzyła staruszka. – To co, przyjechałaś się wypłakać?

Srebrzyste oczy May błysnęły na moment światłem gniewu. Potrząsnęła głową i zaśmiała się, z początku niewesoło, później całkiem szczerze.

- Będę potrzebowała twojej pomocy, Carl – powiedziała ciepło. – Ale nie przy ocieraniu łez. Myślę, że znów stanę się dzieckiem; przynajmniej, na jakiś czas. Ludzie i tak zaczynali już gadać.

Starsza kobieta patrzyła na nią poważnie.

- Co? – niecierpliwie zapytała May.

Caroline wzruszyła ramionami, sznurując usta.

- No, co? – z narastającym gniewem warknęła May.

- Nic. Nic… tylko… Znów to robisz – wymamrotała staruszka.

- Co robię?

- Dajesz się zranić, a potem uciekasz w dzieciństwo – powiedziała Caroline. – Pamiętaj, że nawet wyglądając jak dziecko, nie stajesz się dzieckiem.

- Pamiętam o tym – odparła May spokojnie. – Nie jestem zraniona. Przeciwnie. Mogę znów zacząć się goić. Ale muszę zniknąć na jakiś czas. W razie, gdyby zaczął mnie szukać Dean Winchester.

- A kto to, do cholery, jest Dean?

- Brat Sama.

- Też łowca?

May skinęła głową z lekkim uśmiechem błąkającym się na ustach.

- Dobry z niego dzieciak, ale ma jeszcze większe niż Sam problemy z odróżnianiem odcieni szarości. Ja byłabym dla niego potworem, ty pewnie byłabyś wiedźmą. Mogłoby mu przyjść do głowy, żeby na nas zapolować. – Potrząsnęła srebrzystymi włosami. – Nie mów, że nie znudził ci się artretyzm, Carl.

Staruszka wzruszyła kościstymi ramionami.

- Starość ma bardzo złą reputację – rzuciła. – Tymczasem ja nigdy nie czułam się tak dobrze, jak siedząc o świcie na ganku i pijąc herbatę z rumem. Święty spokój jest wart artretyzmu, Mayne. Pewnego dnia powinnaś pozwolić sobie dożyć takiego wieku.

- Pewnego dnia sobie pozwolę. – May skinęła głową, myśląc, że chciałaby pozwolić sobie na to u boku Sama Winchestera. Co oczywiście, było zupełnie nieprawdopodobne. – Muszę już iść, Carl. Zajrzyj do mnie jutro po południu, co? Mogę cię potrzebować.

- Oczywiście, kochanie.

Zawahały się na moment, a potem Caroline ujęła dłoń May i uścisnęła ją suchymi, kościstymi palcami.

- A więc, do jutra.


Mayne staje pomiędzy dwoma oknami, przy ramie tkackiej z niedokończonym, zakurzonym gobelinem. Odsyła go w niebyt jednym, drobnym ruchem dłoni. Na drewnianej ramie pojawia się nowa osnowa, pionowe nici, obciążone u dołu, czekające na pojawienie się wątku. Mayne stoi przez moment, patrząc w okno, w przestrzeń, w szarozieloność lasu, w odległy granat wody Second Lake przeświecający pomiędzy pniami drzew. Myśli o Samie Winchesterze. Te myśli przywołują na jej twarz ciepłe lśnienie uczucia.

Mayne unosi ręce i wykonuje gest chwytania. W jej palcach materializują się delikatne włókna, lśniące jak jedwab i lekkie jak powietrze. Mayne zwraca się ku warsztatowi i zaczyna tkać. Jej dłonie migają tak szybko, że nie sposób nadążyć za nimi wzrokiem. Powoli, bardzo powoli, wątek zaczyna formować pasmo tkaniny.

Sam śpi oparty skronią o zimną szybę, po której, od zewnątrz, ukośnie płyną krople deszczu. Sam śpi, a skaleczenia na jego twarzy rozświetlają się na moment, by zniknąć, jakby ich nigdy tam nie było. Wszystkie siniaki, obrzęki, stłuczenia i blizny, wszystkie złamania, otarcia i skręcenia wypalają się z ciała Winchestera w rozbłyskach srebrzystego blasku.

Mayne zatrzymuje się na moment zanim przystąpi do najtrudniejszej części zadania. Zbiera z powietrza całe naręcza złocistych nici – mocnych jak stal, cienkich jak włos. Zaczyna prząść, ostrożnie, powoli. Mosty pomiędzy wyspami błękitu. Sieci zarzucane na dryfujące okruszki. Klatka spinająca całość niczym leczniczy gorset.

Mayne jest blada, a jej oczy świecą gorączkowo w otoczeniu pogłębiających się cieni.

- I choć dusza nie będzie w noszeniu taka, jakbyś jej nigdy nie rozdarł – parafrazuje rytmicznie, wiążąc nici, nawet na moment nie przerywając tańca smukłych palców. – Jest tak jak przedtem obszerna i nawet całkiem wygodna.

Parska krótkim śmieszkiem.

- Przepraszam, kochanie, przepraszam, sierotko, że nie potrafię lepiej jej załatać – mówi w przestrzeń.

Patrzy na gobelin, niemal już ukończony, cały w błękicie, karminie i złocie. Jest taki piękny – eksplozje barw zapamiętanych z chwil bliskości – dusza Sama Winchestera. Mayne wzdycha cichutko i osuwa się na podłogę. Siedzi z podkulonymi nogami, w ciemniejącym pokoju.


Sam pogrążony we śnie oddycha głęboko, ze zdumieniem. Ma wrażenie, jakby udało mu się wyjść z labiryntu na otwartą przestrzeń, w światło. Nie potrafiłby tego ubrać w słowa, nawet on, bardziej wygadany z dwójki braci, ale czuje ulgę, spokój, przeświadczenie, że cokolwiek by się nie wydarzyło, nie wszystko jeszcze stracone.

Na moment przypomina mu się twarz kobiety o srebrnych oczach i włosach. Uśmiecha się przez sen. A potem…

Mayne wyciąga w górę rękę i sięga z podłogi do gobelinu. Delikatnymi opuszkami palców ujmuje srebrzystą nitkę wplecioną w materię. Wypruwa ją powoli.

…ją zapomina. Nie całkowicie, ale ta piękna, surowa twarz staje się obrazem ze snu.

Autobus zatrzymuje się przed światłami i nagłe szarpnięcie budzi Sama. Nieprzytomnie wygląda przez szybę, próbując odnaleźć się na jawie. Dojeżdżają do Albany, w stanie Nowy York. Sam myśli o Deanie. Wyciąga z kieszeni komórkę i waha się przez dłuższą chwilę nad książką telefoniczną. Ostatecznie łączy się z Internetem i zaczyna przeglądać prasę.

Jest w końcu łowcą.


Następnego dnia, po południu, Caroline Amelot wspięła się skrzypiącymi schodami na piętro i odnalazła Mayne Labrecque skuloną na podłodze pod niemal ukończonym gobelinem. Carl rzuciła okiem na tkaninę i poczuła, jak w jej gardle narasta skurcz wzruszenia. Jak zwykle były to tylko barwy, splątane kolory, wybuchające jęzorami blasku, ale tym razem abstrakcja dzieła spięta była złotem symetrii, uporządkowana gęstą siatką ochronnych zaklęć.

Caroline pochyliła się i podniosła Mayne z podłogi. Srebrnowłosa dziewczynka była leciutka jak piórko i blada jak wapno. Caroline, choć nadal niewysoka, miała teraz dość sił w (pozornie) trzydziestoletnim ciele, by z łatwością zanieść to piórko w dół po schodach i umieścić na siedzeniu starowinki toyoty.

Wszystko zaczynało się od nowa.

Tak to już było z May. Nic nigdy nie dobiegało końca.

Caroline wrzuciła wsteczny bieg i wycofała hilluxa z zarośniętego podwórka. Ostatni rzut oka na stary dom Labrecqe'ów, ciemniejący na tle mrocznego lasu.

- Mam nadzieję, że jesteś tego wart, Samie Winchester – wyszeptała Caroline.

Toyota skręciła na końcu bitej drogi w asfaltową szosę i zniknęła w szpalerze drzew.


Epilog nastąpi