Lamir
Część X.
Severusowi osobiście nie robiło różnicy, czy bachory wyjadą, czy też nie. Jednak z kilku powodów wolał, by zostały.
Po pierwsze to były czystokrwiste dzieciaki, w większości ze starszych klas i Czarny Pan może wyciągnąć w ich stronę swoje brudne łapy.
Drugim powodem był Potter. Nie chciał, aby było mu przykro. Musiałby nie znać dzieciaka, żeby nie wiedzieć, że ten weźmie to do siebie. I nawet nie zdziwiło go, że sam o tym pomyślał. Może tak powinno być?
Rodzice ruszyli za dyrektorem, a Severus wszedł do Wielkiej Sali. Potter już siedział naburmuszony przy stole Gryffindoru i taksował go morderczym wzrokiem, gdy wchodził. Tak łatwo było nim manipulować. Będzie musiał to zmienić. To było niebezpieczne. I to nie tylko dla Harry'ego.
Oczywiście bachory nie byłyby sobą, gdyby nie plotkowały o tym, co stało się w holu. Już spostrzegł, jak Malfoy obserwował na przemian jego i Pottera. Dobrze, informacje dotrą tam gdzie trzeba, był tego pewien. Nadal jednak pozostawał fakt, że nie miał dokąd zabrać chłopaka, gdyby obie ze stron chciały doprowadzić do konfrontacji. Jego niewielka posiadłość po matce bez problemu zostałaby zrównana z ziemią. Miała za słabe osłony, by sprostać czy to Zakonowi, czy śmierciożercom.
Pierwsze dzisiejsze zajęcia miał z wybuchową mieszanką – Lwy i Węże. Po ostatnim incydencie Harry będzie poddenerwowany i nie ma w tym nic dziwnego. Nie domyślił się wtedy, że ten tak dosadnie weźmie do siebie jego poczynania. Zapomniał, że jego towarzysz jest Gryfonem i pierwsze co robi to działa, a nie myśli. Nie miał zamiaru za nic przepraszać! Tak nisko jeszcze nie upadł. Tym bardziej, że chłopak chyba nareszcie zrozumiał.
Jak usłyszał od młodego Puchona, dzieciaki w szkole są świadome działań Czarnego Pana i nie dotyczy to tylko Ślizgonów.
Uczniowie zaczęli wychodzić po skończeniu śniadania. On opuścił salę bocznym wyjściem. Nie miał ochoty znów napatoczyć się na rodziców. Jeden pokaz powinien otworzyć im te zaślepione oczy.
Dzieciaki już czekały. Nikomu by się nie przyznał, ale wręcz uwielbiał widzieć strach w tych oczach, gdy wyłaniał się z ciemności. To był taki zwykły lęk, nie tak jak w lochach Czarnego Pana, gdzie przerażenie śmierdziało już z daleka.
Ich lęk był jak ambrozja. Ta niepewność, co on takiego znów zrobi, pachniała lukrecją, miodem i najzwyczajniej słodkością.
— Zapraszam! — warknął lodowato, jak to miał w zwyczaju.
Wdreptali do klasy niczym małe kurczęta, cicho piszcząc, ale się nie wyłamując.
Zamknął drzwi i... zatrzymał się zaraz za progiem. Zmiana harmonogramu jego zachowań wywołała chaos. Cichy chaos.
Splótł dłonie za plecami i zaczął iść wzdłuż ostatnich ławek.
— Ponieważ nasze ostatnie zadanie zostało niewykonane, to może powinniśmy wykonać je dzisiaj? — zaproponował chłodno, zatrzymując się za plecami Pottera.
Chłopak słodko poczerwieniał słodko nawet na karku.
— Jednak pan Potter nie bardzo wykazuje chęć współpracy na oczach całego zgromadzenia swoich fanów, więc wykorzystam część z mojego prywatnego zbioru.
Gdy twarz Harry'ego jeszcze bardziej się zarumieniła na widok świetlistej fiolki w jego dłoni, większość dziewcząt w sali zachichotało, od razu pojmując - albo tylko się domyślając - sposobu zdobycia jej zawartości.
— Cisza! — zagrzmiał. — To nie salon piękności, żeby plotkować. Kilkorgu z was jednak przydałaby się w nim wizyta. — Spojrzał wymownie na Parkinson, na co klasa znów się zaśmiała. Snape, krytykujący Ślizgonkę, to raczej rzadki fenomen. — Do pracy! — ukrócił wesołość. — Instrukcje są na tablicy!
Potter wyraźnie się rozluźnił. Wszyscy zaczęli przygotowania do warzenia eliksiru leczącego.
OOO
Wieczór zapowiadał się cicho i błogo.
Siedzenie przed płonącym kominkiem ze szklaneczką Ognistej i dobrą książką było teraz na pierwszym miejscu w planach Severusa. Nawet Potter, siedzący w drugim fotelu i odrabiający zadanie, był w miarę do przyjęcia. Sam się zresztą zgodził na jego wieczorną wizytę. Lamir potrzebował kontaktu z towarzyszem, a on nie miał zamiaru mu go ograniczać.
Wieczór zapowiadał się nawet spokojnie i cicho.
Tak było do czasu, gdy coś zaszurało o drzwi. Potter uniósł głowę znad pergaminu i spojrzał na niego pytająco. Mając ukryte skrzydła, nadal wyglądał jak zagubione dziecko. Te kilka dni pomogły mu w uzyskaniu normalniejszej wagi i rumieńców – nie był już tak przeraźliwie blady. Nauczyciel mógłby się założyć, że wiele wspólnego ze zdrowym odżywianiem się Harry'ego miały dwie rudawe Gryfonki. Severus odłożył książkę, gdy szuranie się powtórzyło. Wstał i podszedł sprawdzić, co wywołuje ten hałas. Otworzył drzwi i między nogami przecisnęło mu się czarne jak smoła stworzenie, omal go nie wywracając.
Skołtuniony pies o ciemnej sierści zatrzymał się na środku pomieszczenia i patrzył wyczekująco na Severusa, który zamykał drzwi, aktywując ponownie zaklęcia ochronne i wyciszające. Potem stanął naprzeciw niego. Pies w jednej chwili zmienił się w człowieka.
— Witaj — przywitał się jakby niepewnie Syriusz.
Po samym jego wyglądzie widać było, że sporo przeszedł. Kołtuny ukrywały smugi krwi i sporą ilość zadrapań.
Huk upadającego ciężkiego przedmiotu odwrócił ich uwagę od siebie. Dopiero teraz Black zauważył, że w salonie jest ktoś jeszcze.
— Harry! — Mężczyzna skoczył w stronę zszokowanego jego widokiem chrześniaka. — Och, Harry! Tak bardzo chciałem cię zobaczyć. — Przytulił go mocno.
— Syriuszu! To naprawdę ty? — wyszeptał Harry, nadal nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. — Przecież wpadłeś za Zasłonę.
— Wydostałem się. Trochę mi to zajęło, ale udało się.
— Czy dyrektor o tym wie? — odezwał się nagle Severus dziwnie napiętym głosem.
— Nie, jeszcze u niego nie byłem. Gdy usłyszałem plotki o Harrym, chciałem się z nim jak najszybciej spotkać. I choć nie cierpię cię, wiedziałem, że tylko ty jesteś w stanie mi takie spotkanie zorganizować.
— Plotki? — zapytał Harry, uwalniając się z krępującego uścisku.
— No, że jesteś lamirem i Smarkerus jest twoim towarzyszem.
— Severus — poprawił go Harry.
— Słucham? — Black nie zrozumiał.
— Ma na imię Severus, Syriuszu. — Chłopak wstał i podszedł do Snape'a. — Severus jest moim towarzyszem.
Szok na twarzy Blacka wywołał kpiący uśmiech u profesora.
Małe zemsty smakują najlepiej.
Black usiadł w zwolnionym przez Pottera fotelu i patrzył na tę dwójkę zmieszany. Ręka Severusa spoczywała na ramieniu chłopaka, a on nie miał nic przeciwko temu.
— Czyli reszta to też nie plotki? Jesteś taki jak Lily — stwierdził po chwili.
— Nie bardzo — odparł Harry, zerkając na profesora. — Mama miała jedną parę skrzydeł...
— To prawda — potwierdził Syriusz, wchodząc mu w słowo.
Severus nie potrafił się powstrzymać przed Blackiem. Odwrócił do siebie uległego od samego dotyku chłopaka i pocałował go na oczach jego ojca chrzestnego. Usłyszał głośne sapnięcie.
— Snape!
W tej samej chwili lamir uwolnił skrzydła. Severus poczuł jak ten nagle sztywnieje i spojrzał w jego oczy. Chłopak był zły na niego i natychmiast to okazał, odsuwając się.
— Profesorze, nie musiał pan tego robić. Sam bym mu pokazał. Syriuszu, ja... — umilkł nagle, widząc minę Blacka. — O co chodzi?
— Połączyłeś się ze Snape'em?
Harry westchnął ciężko, składając skrzydła, ale wiedział, że znaki są nadal widoczne i to po nich właśnie Syriusz domyślił się reszty.
— Tak.
— Jesteśmy magicznym małżeństwem. Dokumenty przyszły po kolacji — poinformował go sucho mistrz eliksirów. — A skoro tu jesteś i dyrektor jeszcze o tobie nie wie, to mam do ciebie sprawę, którą omówimy, jak Harry wróci do swojego dormitorium, zanim nastanie cisza nocna. To, że jest moim towarzyszem, nie zwalnia go z przestrzegania zasad szkoły. I byłoby dobrze, gdyby nikogo nie informował o twoim przybyciu, nawet przyjaciół. Rozumiemy się?
Chłopak skinął głową, że rozumie, choć miał wielką ochotę się sprzeciwić. Severus bardzo dobrze o tym wiedział.
— Idź, Harry. Black na trochę tu zostanie. Przyda mu się kąpiel i coś na odpchlenie.
Gryfon skinął głową w stronę Syriusza i posłusznie opuścił kwatery Snape'a. Osobiście nienawidził tych wszystkich tajemnic dorosłych, ale co miał zrobić? Rzucać się jak jakiś głupi szczeniak i tylko jeszcze bardziej utwierdzić wszystkich w przekonaniu, że nie jest gotowy do poznania ważnych informacji?
Musiał zaufać Severusowi.
Komuś trzeba ufać.
Prawie wszyscy uczniowie, którzy mieli wyjechać, zostali. Rodzice obserwowali Pottera przez cały dzień, czy to przy posiłkach, czy na korytarzach, gdy szedł z klasy do klasy. Z tego powodu wszyscy tego dnia go unikali i właśnie dlatego poprosił Severusa o spotkanie wieczorem. Obawiał się, że pokój wspólny Gryffindoru też zostanie oblężony przez dorosłych. Niewiele się pomylił.
Tych kilku dorosłych, którzy mieli dzieci właśnie w jego Domu, siedziało właśnie w prawie pustym salonie Lwów. Jedynymi osobami, które nadal w nim przebywały były Ginny i Hermiona, wcale nieprzejmujące się grupą rodziców przy jednym ze stolików pod oknem.
Pomachały do niego i zaprosiły do siebie.
— Jak tam, Harry? Lepiej niż tutaj? — Weasleyówna nie ukrywała swojej złości z powodu takiego traktowania go przez dorosłych.
Nawet nie starała się zniżyć głosu, by jej nie słyszeli.
— Było porządku, odrobiłem zadanie w spokoju. U profesora zawsze jest cisza i spokój, prawie jak w bibliotece.
Jeden z rodziców wstał i podszedł do nich.
— Harry Potter, prawda?
Chłopak spojrzał na górującego nad nim potężnego, delikatnie nazywając tuszę, mężczyznę.
— Tak — odparł, odsuwając się kawałek, tak poza zasięg jego rąk.
Wspomnienia nagle dały o sobie znać i zadrżał. Hermiona, widząc niepokojące zachowanie przyjaciela, wstała i stanęła przed czyimś ojcem.
— Przepraszam, profesor McGonagall pozwoliła państwu zostać tutaj tylko do ciszy nocnej, a ta właśnie się rozpoczęła.
— Nie pyskuj! Zadałem pytanie i chciałbym usłyszeć odpowiedź — warknął na nią i odsunął dziewczynę na bok. — Jesteś Potter, prawda? Chciałbym wiedzieć, co masz zamiar zrobić?
Harry trochę się otrząsnął i wyprostował, ale nie bardzo pojmował, czego chce od niego mężczyzna.
— Słucham?
— Ty naprawdę jesteś tępy! Pytam się, co masz zamiar zrobić z Sam-Wiesz-Kim?
Ginny parsknęła.
— Merlinie, a to nas uważacie za głupich! — rzuciła, zbierając książki. — Tak, wyślijcie nastolatka, żeby załatwił za was wasze kłopoty, bo przecież wam jest dobrze, gdy ktoś inny nadstawia karku. Po co brudzić sobie ręce, jeśli można wyręczyć się dzieciakiem. Jak zginie to wystawi mu się ładny nagrobek i sprawa załatwiona. Nikt nie będzie płakał za sierotą, a wy będziecie szczęśliwi, bo pozbędziecie się podwójnego kłopotu – Voldemorta — zaakcentowała bardzo głośno, a wszyscy dorośli drgnęli — i lamira. Nie dziwi mnie, że wasze dzieci są inteligentniejsze. Przy takich dorosłych inaczej nie można, bo przypłaciłoby się to własnym życiem. Skoro potraficie wystawić niewinną sierotę do walki z wyszkolonym i niebezpiecznym psychopatą, to dlaczego dla własnego bezpieczeństwa nie podrzucicie Voldemortowi i własnych dzieci? Voldemort nie poprzestanie na nich, dosięgnie i was, a wtedy nawet Harry Potter wam nie pomoże, bo sami doprowadzicie do tego, że nie będzie miał na to najmniejszej ochoty. Trzeba zasłużyć na ratunek szacunkiem.
Z każdym użyciem zakazanego imienia wszyscy obecni podskakiwali. Hermiona uśmiechała się zwycięsko do przyjaciółki, a sam Harry patrzył na nią jak w obrazek. Widać było wychowanie Molly Weasley, która nie pozwoli sobie wejść na głowę.
— Panno Weasley, skoro już wskazała pani panu Brownowi jego błędne zrozumienie panującej sytuacji, to prosiłabym udać się do swojego pokoju. Jutro czeka was raczej intrygujący dzień w Hogsmeade.
Minerwa McGonagall musiała już dłuższą chwilę stać w wejściu i przysłuchiwać się Ginny, jednak po jej twarzy nie było widać żadnej emocji z tą wypowiedzią związanych.
— Proszę także pana Pottera i pannę Granger o podążenie do łóżek. — Następnie zwróciła się do wstających dorosłych: — Prosiłam państwa o opuszczenie tego pokoju przed godziną dziesiątą. To jest czas wolny dla uczniów i nie ingerujemy w niego. Proszę iść za mną, państwa pokoje są już gotowe.
Pan Brown nie spuszczał wzroku z Pottera tak długo, aż ten nie znikł w korytarzu prowadzącym do sypialni chłopaka. Potem ruszył za wychodzącymi.
