Bezimienny aktor


W następny czwartek, podczas trwania lekcji latania na miotle, Harry zaczął myśleć, że jego ponury żart o złym omenie ziścił się, a on niepotrzebnie i bezmyślnie wywołał nim wilka z lasu.

A być może wydarzenia z kolejnych dni wydawały mu się same w sobie tak niefortunne i nieoczekiwane, że nie był w stanie nie doszukiwać się w nich drugiego, mistycznego dna, niczym Sybilla Trelawney widząc dno filiżanki z herbacianymi fusami.

Pierwsze lekcje latania z Rolandą Hooch przypominały Harry'emu niekończącą się męczarnię. Stał obok Draco i Rona, a także reszty Ślizgonów i Gryfonów, starając się nie mieć aż tak oczywiście znudzonego wyrazu twarzy, kiedy kobieta po raz piętnasty tłumaczyła uczniom najprostsze i najbezpieczniejsze skręty.

Pamiętał, że w poprzednim życiu fascynowały go choćby i same teorie latania na miotle i gry w quidditcha, jednak teraz obserwowanie powolnych ruchów nauczycielki wprawiało go w irytację.

W ostatnich latach swojego życia niewiele latał. Być może dlatego, że nieszczególnie miał z kim: Hermiona nigdy za tym nie przepadała, Ronowi po dwudziestej z kolei kontuzji zabroniono bodaj dotykania miotły, Ginny za życia – przez wzgląd na bycie zawodowym graczem – wiecznie pragnęła z nim wygrywać, co dla mężczyzny było cokolwiek deprymujące. Jego dzieci i wnuki zawsze wydawały się śmiertelnie zajęte własnymi sprawami, a samotne loty z nieokreślonych powodów zwykle psuły mu humor na resztę dnia. (Być może dlatego, że nasuwały dość ponure i równie prawdziwe skojarzenia z jego życiem).

Gdy jednak zobaczył lekko trzepoczące na wietrze szaty Rolandy Hooch, ponownie poczuł nieodpartą chęć wbicia się w powietrze i poczucia przyjemnego chłodu na skórze. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że wreszcie – po czterech dniach – przestało padać, a na błękitnym niebie nie było ani jednej chmury.

– Wbrew pozorom nie jest to aż tak proste. Musicie przenieść ciężar ciała na lewą stronę – powiedziała nauczycielka. Nieznacznie przyśpieszyła na miotle, po czym przyhamowała i wykonała skręt. – Właśnie w ten sposób. – Harry nie mógł powstrzymać ziewnięcia, które nie uszło jej uwadze. Zmrużyła oczy przed popołudniowym słońcem i spojrzała na niego ze złością. – Panie Potter!

– Tak, proszę pani? – spytał niewinnie.

– Jeżeli aż tak nudzi cię moja lekcja, możesz ją opuścić – odparła ostro. – Odrobisz ją na szlabanie.

– Na pewno nie nudzi mnie tak bardzo, jak nudziłby mnie szlaban u pana Filcha, proszę pani.

Kilku uczniów zachichotało. Hermiona, stojącą obok sióstr Parvati, spojrzała na niego z irytacją – nie licząc profesor Umbridge i Sybilli Trelawney – wszystkich profesorów traktowała (lub też miała traktować) niemal z nabożną czcią.

– Podnieś miotłę, Potter – rozkazała Rolanda Hooch.

Wszyscy utkwili w nim swoje spojrzenia. (Ron współczujące, a Hermiona jeszcze bardziej zirytowane).

Bez słowa wykonał polecenie. Miotła z orzechu znalazła się w jego dłoni w ułamku sekundy.

Złotawe oczy kobiety zmrużyły się jeszcze bardziej. Nie licząc Draco Malfoya, Rona Weasleya i garstki innych uczniów, większość z nich wciąż miała problemy z tak prozaiczną czynnością, a trzonki miotły – zamiast do ich rąk – częściej odnajdywały ich nosy.

– Pokaż mi wszystko, o czym mówiłam przez dwie ostatnie lekcje – kontynuowała. – I spróbuj cokolwiek ominąć, a Slytherin straci dwadzieścia punktów. Mam po wyżej uszu twojej dzisiejszej ignorancji, Potter.

Harry niemal mógł wyobrazić sobie, jak Ślizgoni patrzą na niego wzrokiem przypominającym gilotynę, a Gryfoni z nadzieją na to, że nie powtórzy żadnego z elementów i ośmieszy się na ich oczach.

Nie pamiętał połowy z tego, co przedstawiała lub mówiła Rolanda Hooch, będąc zbyt głęboko zatopionym w myślach, jednak doszedł do wniosku, że jego ulubione przewroty, zwisy i skręty w zupełności wystarczą.

Wbił się w powietrze. Gdy poczuł na skórze chłodnawy, przyjemny wiatr, a także zmrużył oczy przed ciepłym słońcem, przez chwilę wydawało mu się, że naprawdę ma jedenaście lat. Czuł się lekki i mały, a miotła w jego dłoniach przypominała dawno zapomniany instrument, który po wielu latach rozłąki wreszcie odnalazł swojego właściciela.

Nauczycielka latania początkowo coś do niego mówiła. Prawdopodobnie „nie tak szybko" lub „Merlinie, uważaj!". Nie zwracał jednak na to najmniejszej uwagi. Wszystkim, na czym mógł się skupić, był jedynie ostry świst powietrza i to cudowne uczucie nieważkości, które sprawiało, że czuł się naprawdę żywy.

Rozpędzał się do maksymalnych prędkości. W jednej chwili wyhamowywał lub wykonywał jeden ze zwisów. Teoretycznie robił właśnie każdą z rzeczy, przed którymi jeszcze tego samego dnia ostrzegała ich Rolanda Hooch, a kobieta – widząc to jawne zlekceważenie jakichkolwiek zasad bezpieczeństwa – jedynie stała na trawie pośród uczniów i obserwowała każdy jego ruch. Wyglądała na rozdartą pomiędzy niedowierzaniem, zachwytem i niechętnym podziwem.

Gdy Harry wreszcie zszedł z miotły, a jego stopy dotknęły ziemi, Ślizgoni zaczęli klaskać. Poczuł się podwójnie zażenowany, gdy swojego galeona do braw dorzuciło kilka dziewczynek z Gryffindoru, najwidoczniej zachęconych do tego przez Hermionę, której nie speszyły pełne złości spojrzenia innych domowników.

Harry uśmiechnął się do niej. Na swój sposób był dumny, że nie zamartwiała się już tak opinią innych, jednak z drugiej strony nieco obawiał się tak jawnej prowokacji niektórych, wyjątkowo nietolerancyjnych Gryfonów.

– Nie mówiłam na ostatnich lekcjach o wykonaniu jakiegokolwiek z elementów, które nam zademonstrowałeś – powiedziała Rolanda Hooch, wydając się zmuszać do karcącego tonu. (Zdradziły ją wyraźne kurze łapki, które stawały się widoczne zawsze, gdy się uśmiechała lub ledwie się przed tym powstrzymywała).

– Wiem – odparł Harry. Mimo wszystko miał szczerą nadzieję, że nie odejmie mu dwudziestu punktów. Był pewien, że świta Vincenta Byrne'a i inni jedenastolatkowie postaraliby się w związku z tym pouprzykrzać mu życie przez następne dwa tygodnie. – Ale miałem dobrego nauczyciela.

– Bardzo dobrego – rzekła kobieta. – Tak precyzyjnych technik są w stanie nauczyć się dopiero wieloletni gracze quidditcha. Grałeś w niego kiedykolwiek?

– Oczywiście.

– Na jakiej pozycji? – spytała.

– Szukającego.

– Świetnie. – Kobieta pokiwała powoli głową. Wyglądała na nieco oszołomioną tymi wieściami (rzadko można spotkać jedenastolatka latającego tak dobrze na miotle, a na dodatek deklarującego się jako gracz quidditcha). Zaraz po tym powiedziała: – Nie odejmuję ci punktów, jednak zostań po lekcji. Chciałabym z kimś o tobie porozmawiać.

Harry podziękował i skinął głową. Nie wiedział, komu chciała przedstawić go Rolanda Hooch, jednak nie miał zamiaru narzekać: najważniejsze było to, że nie odjęto Slytherinowi żadnych punktów.

Ron mu gratulował, zasypując pytaniami o to, gdzie się tego wszystkiego nauczył i czy, na Merlina i Morganę, kiedyś również nauczy go podobnych technik. Draco był ewidentnie zazdrosny, jednak nawet na nim (i jego zbolałej dumie) widowisko Harry'ego wydawało się zrobić ogromne wrażenie.

Nauczycielka zaczęła ich uciszać, pragnąc kontynuować lekcję, do której zakończenia pozostało jeszcze dwadzieścia minut. Harry próbował uspokoić wciąż przyśpieszony oddech, kiedy poczuł znajome uczucie bycia obserwowanym.

Początkowo miał wrażenie, że to przez któregoś z Gryfonów, którzy posyłali mu to samo zimno– pogardliwe spojrzenie, jednak to nie ustawało nawet wtedy, gdy ci dwie minuty później całkowicie skupili się na nauczycielce latania. Zaczął rozglądać się po najbliższych oknach, bowiem zajęcia odbywały się tuż pod Hogwartem, a nie na boisku do quidditcha. Gdy natrafił na jedno z nich, ogromne i wychodzące z długiego korytarza, niemal zachłysnął się własnym oddechem.

Patrzył na niego Kwiryniusz Quirrell.

Nie było mowy o żadnej pomyłce. Błękitne spojrzenie mężczyzny wpatrywało się wprost w niego. Jego wyraz twarzy był nieprzenikniony, jednak nie wydawał się mieć niczego wspólnego z nieśmiałym profesorem, który jąkał się nawet w towarzystwie swoich jedenastoletnich uczniów. Wąskie usta były zaciśnięte w zdeterminowaną czymś nieokreślonym linię, a w wyrazie oczu znajdowało się coś, czemu niebezpiecznie blisko było do fascynacji.

Harry nigdy nie był wierzący, jak większość czarodziejów, jednak po raz pierwszy od bardzo dawna przemknęło mu przez myśl, że miał ochotę modlić się do wszystkich choćby i nieistniejących bóstw, byleby tylko każde z tych spostrzeżeń okazały się zaledwie nadinterpretacją jego umysłu.

– Chce pani porozmawiać o mnie z profesorem Snape'em – stwierdził Harry.

Wraz z Rolandą Hooch zszedł do lochów, po czym zaczął przemierzać jeden z korytarzy, który prowadził do gabinetu Mistrza Eliksirów. Konfrontacja z wiecznie niezadowolonym Severusem Snape'em była ostatnią rzeczą, na którą miał ochotę po incydencie na lekcji latania.

Wszystko, o czym był w stanie myśleć, to jedynie to, czy Voldemort przypadkiem nie odkrył jakiegokolwiek z elementów jego prawdziwej tożsamości, które starał się ukryć: wiedzę i umiejętności znikąd, dziwne i sprawiające mu nieopisany ból połączenie pomiędzy ich umysłami, zachowanie niejednokrotnie nieadekwatne do jedenastolatka.

Nie miał żadnych wątpliwości, że w oknie stał i patrzył na niego prawdziwy Voldemort – nie Kwiryniusz Quirrell. Zdanie sobie z tego sprawy skręcało i rozpalało coś w jego żołądku, tworzyło w gardle ogromną gulę i sprawiało, że serce mimowolnie wyrywało się z klatki piersiowej.

Był na siebie niesamowicie wściekły, jednak nawet sam przed sobą nie potrafił nie przyznać, że odczuwał strach. Myśli o Voldemorcie niejednokrotnie same w sobie budziły w nim najgorsze lęki. Być może przeliczył się z tym, że uda mu się ponownie stanąć z nim twarzą w twarz.

Na Merlina, jak odważny musiał być jako nastolatek? Zawsze wiedział o tym, że jako tamten roztrzepany chłopak, który poza nadzieją i dwójką najlepszych przyjaciół nie miał nic więcej, dokonał czegoś niemal niemożliwego. Teraz zaczynał myśleć, że było to naprawdę czymś niemożliwym, że wciąż takie jest, ponieważ stał się słaby i na swój sposób żałosny.

Choć być może był to jedynie efekt tego, że nie miał już tak szczerej nadziei co kiedyś, bo ta była domeną ludzi młodych, a także czuł się samotny jak nigdy dotąd, bo sam tkwił po uszy w bagnie niechcianej wiedzy i obciążeń, o których nikomu nie mógł choćby i wspomnieć.

– Harry, naprawdę nie masz, czego się obawiać – powiedziała Rolanda Hooch. Poklepała go uspokajająco po plecach. Przez ten niespodziewany dotyk niemal podskoczył. Najwidoczniej uznała, że jest wystraszony wizją spotkania z Severusem Snape'em. – Nie mam zamiaru na ciebie skarżyć.

– Profesor Snape nie zgodzi się, bym dołączył do drużyny – mruknął. Domyślał się, że taki właśnie był powód chęci porozmawiania o nim z mężczyzną. Z jednej strony treningi quidditcha stanowiłyby przyjemne urozmaicenie jego szkolnych dni, jednak z drugiej szczerze wątpił, by Severus Snape się na to zgodził.

– Zgodzi się. Już moja w tym głowa – odparła wesoło Rolanda Hooch. Poprawiła ciemnofioletową szatę. Przeczesała szczupłą dłonią krótkie włosy, a coś w jej złotym spojrzeniu, które z nieokreślonych powodów kojarzyło mu się z kotem, niebezpiecznie zabłysnęło.

Harry pomyślał, że krótkowzroczność dzieci na niektóre życiowe niuanse momentami stanowiła dar.

– Naprawdę cię przyjęli? – wysapał Draco. Jego dłoń z widelcem i kawałkiem kurczaka zawisła nad talerzem.

– A co, nie widziałeś, jak latał? – sarknął Ron, przeżuwając sałatkę. Harry pomyślał, że przynajmniej zielona sałata z sosem wystająca z jego ust pasuje do obrazu „starego" Rona: złośliwy ton nieco się z nim kłócił. – Dziwniejsze byłoby to, gdyby go nie przyjęli. Slytherin może w tym roku zdobyć dzięki niemu Puchar Domów.

– Teoretycznie – powiedział Harry. Wciąż ciężko było uwierzyć mu w to, że Severus Snape tak łatwo się zgodził, słysząc jego rekomendację z ust Rolandy Hooch: być może chęć dokuczenia mu była jednak mniejsza niż pragnienie pokonania dzieciaków Minerwy McGonagall. Napił się słodkawego, dyniowego soku i dodał: – Jutro idę na trening. Sprawdzą mnie, czy nadaję się na szukającego i takie tam. – Wzruszył nieznacznie ramionami. – Możecie iść ze mną, jeśli chcecie.

– Okej – zgodził się Ron pomiędzy kolejnymi kęsami.

Draco miał wyjątkowo kwaśną miną. Harry zdawał sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie odebrał jego dołączenie do szkolnej drużyny jako zaprzepaszczenie własnych marzeń. Zawsze zastanawiał się nad tym, czy młody Malfoy wybrał rolę szukającego ze względu na niego, czy być może faktycznie od zawsze ta najbardziej mu odpowiadała.

– Może sami załapiecie się do drużyny – dodał po chwili Harry. – Chyba mają jeszcze kilka wolnych wakatów.

Draco nachylił się ku niemu tak, aby siedzący obok nich uczniowie nie usłyszeli ani słowa, po czym powiedział:

– A zdajesz sobie sprawę z tego, kto jest jej kapitanem?

Harry spojrzał na niego, nie kryjąc zaskoczenia. Przebiegł wzrokiem po stole Ślizgonów, mając obawy najgorsze z możliwych, jednak Vincent Byrne i jego świta zdążyli już opuścić Wielką Salę. Gdy ponownie odwrócił się do Draco, ten nieznacznie skinął głową, jakby przewidując jego myśli.

– Chyba żartujesz – odparł Harry.

– Nie – powiedział Draco ponuro. – Naprawdę jest kapitanem. I to podobno upierdliwym dla osób, które nie całują z namaszczeniem ziemi, po której właśnie stąpał.

– Świetnie – odpowiedział Harry. Zaczął być na siebie wściekły za popisywanie się na lekcji latania. Nie obawiał się Vincenta Byrne'a, a także nie miał zamiaru okazywać mu jakiegokolwiek udawanego strachu lub szacunku, jednak dołączenie do „jego" drużyny było niczym jawne proszenie się o kłopoty. Kto wie, co podobnemu smarkaczowi mogło przyjść do głowy? – Naprawdę świetnie.

– Teraz to naprawdę musimy jutro iść z tobą na ten trening – westchnął Draco.

– Jako obstawa – dodał Ron.

Gdy na ostatniej lekcji w piątek – dokładniej na zaklęciach – zaczęło niemiłosiernie padać, a za oknami klasy wydawał się rozszaleć mały monsun, Harry przez chwilę pomyślał, że być może uśmiechnął się do niego los i trening quidditcha zostanie odwołany. Jednakże zaledwie godzinę później, już w czasie obiadu, sklepienie Wielkiej Sali przedstawiało bezchmurne, jasnoniebieskie niebo. Harry po raz kolejny doszedł do wniosku, że zaczął prześladować go nieokreślony pech.

Ron i Draco usiedli na trybunach, a on – uprzednio przebrany w sportowe szaty w szatni – stał na murawie pośród innych graczy, starając się znosić z niezachwianą cierpliwością wszystkie z niechętnych (lub też jawnie wrogich) spojrzeń, które mu posyłano.

Przemknęło mu przez myśl, że rola Rona i Draco jako „obstawy" okazała się dość enigmatyczna. (Chłopcy nie spuszczali z niego wzroku, jednak wydawało mu się, że wyraźnie widzi, jak wykłócają się o ostatnie karmelowe orzeszki w paczce, a także znacznie więcej uwagi niż jemu poświęcają szesnastoletniej Morganie, Ślizgonce o nad wyraz interesujących kształtach).

Vincent uśmiechnął się do niego nieznacznie (co nie wyglądało na jakikolwiek przejaw choćby i drobnej sympatii), po czym zwrócił się do wszystkich:

– Dzięki rekomendacji pani Hooch zyskaliśmy kolejnego aspirującego gracza. Na dzisiejszym treningu sprawdzimy, co potrafi ulubieniec Albusa Dumbledore'a. – Komuś na te słowa wyrwało się rozbawione parsknięcie. – Być może zajmie miejsce Monroe'a na pozycji szukającego.

Jakiś wysoki chłopak, o nieprzyjemnym, ciemnozielonym spojrzeniu, prychnął cicho na te słowa.

– Przepraszam, Vincent, ale to jeszcze dzieciak. Co on może potrafić? – odezwał się.

Harry'emu przemknęło przez myśl: miałem starsze od ciebie wnuki, ty dupku.

– Barret, nie widziałeś jeszcze Pottera na miotle, więc odłóż na potem te swoje osądy, dobra? – wtrąciła Morgana. Omiotła Harry'ego oceniającym wzrokiem, po czym dodała: – Jest cholernie niski. Jeżeli na dodatek jest zręczny i szybki, może okazać się lepszy niż Monroe.

Chłopak prawdopodobnie nie odpowiedział na tą uwagę jedynie ze względu na dziewczynę, która wśród żeńskiej części Ślizgonów była kimś w pokroju Vincenta Byrne'a wśród męskiej. Wciąż było widać, że jest nastawiony sceptycznie do udziału jedenastolatka w ich wspólnych treningach.

– Dzielimy się na dwa zespoły? – spytał zamiast tego.

Byrne posłał mu skrojoną wersję swojego uśmiechu, który jakaś poboczna osoba mogłaby uznać za prawdziwy, jednakże powściągliwy. Harry pomyślał, że ani trochę nie spodoba mu się to, co za moment nastąpi. Wyraz twarzy Byrne'a kojarzył mu się z uwiarygodnianiem dobrymi intencjami podłych zagrywek.

– Nie. Zagramy jeden mecz, w którym przez pół godziny będziemy uniemożliwiać Harry'emu złapanie znicza. Chcę zobaczyć, jak sobie poradzi – powiedział.

– Chyba żartujesz, Vincent! – odparła ze złością Morgana. Na jej mlecznobiałych policzkach pojawiły się różowe rumieńce, a kilka jasnych kosmyków podskoczyło, gdy spojrzała z niedowierzaniem na dziedzica Byrne'ów. – To cztery do jednego!

Zwykle drużyny quidditcha liczyły siedmiu zawodników (dwóch pałkarzy, trzech ścigających, a także jednego obrońcę i szukającego), jednak po ostatnim zakończeniu szkoły skład Ślizgonów uszczuplał. Z tego, czego zdążył dowiedzieć się Harry, aktualnie brakowało im szukającego i ścigającego.

– Morgano, nie wydaje mi się, byś to ty była kapitanem – powiedział chłodno Byrne.

Kąciki jego ust wciąż były wygięte w uśmiechu, jednak Harry miał wrażenie, że tym razem ten jest zakrapiany irytacją. Nikt nie zwracał się z podobną złością do Vincenta. Najwidoczniej nikt oprócz księżniczki Slytherinu, której półtora metra wzrostu i twarz mająca w sobie coś z dziecka nie przeszkadzały w rzucaniu wojowniczych spojrzeń znacznie wyższemu kapitanowi.

– Podczas meczu nie pilnowałyby go aż cztery osoby – dodała ponuro. Przesunęła błękitnymi oczami po reszcie składu, jednak żaden z chłopaków nie miał zamiaru sprzeczać się z Vincentem, nawet wiedząc, że sprawdzanie Harry'ego w taki sposób mija się z celem. Sam Harry miał wrażenie, że ktoś transmutował go w mebel, który można przestawiać według własnych upodobań. – Co jeśli coś mu się stanie?

Harrigan, jeden z „przyjaciół" Vincenta, posłał jej lekki (a zarazem bezczelny) uśmiech. Jego włosy wydawały się atramentowoczarne, co stanowiło wyjątkowy kontrast ze skórą równie jasną co Draco Malfoya. Miał oczy w kolorze ciemnego popiołu, a Harry niechętnie pomyślał, że wszystko to nasuwało na myśl skojarzenie z młodym Syriuszem Blackiem.

– Cóż, w takim wypadku odwiedzi skrzydło szpitalne. Quidditch to okropnie brutalny sport – odezwał się. – Wiesz, Harry – dodał konwersacyjnym tonem – będąc w drużynie wciąż spotykają cię kontuzje. Lepiej przyzwyczaić się do tego psychicznie zawczasu. Prawda, Vincent?

– Oczywiście – zgodził się Vincent. Zaraz po tym spojrzał na Harry'ego i powiedział uprzejmie: – Ale nie martw się, Harry. Postaramy się nie uszkodzić cię w żaden sposób. Złap jedynie znicza i unikaj nadlatujących tłuczków.

Harry miał ochotę przekląć go czymś wyjątkowo paskudnym. Postaramy się. Gdyby faktycznie miał jedenaście lat nabrałby się na podobny słowny niuans. Teraz jednak Vincent mógłby równie dobrze powiedzieć „może cię uszkodzimy, a może tego nie zrobimy". Do tego dochodziła kwestia złapania znicza: pół godziny było na to śmiesznie krótkim czasem.

Przez chwilę przemknęło mu przez myśl, by unikać tłuczków, może dać trafić się jednym z nich i próbować złapać latający przedmiot jedynie na pokaz, darując sobie tym samym grę w quidditcha (w takim przypadku na pewno nie zostałby przyjęty). Jednak gdy zobaczył uśmieszek Harrigana, który powiedział coś na ucho do Vincenta – poczuł wzbierający się w nim gniew. Musieli być absolutnie pewni tego, że już na początku gry „przypadkowo" go uszkodzą, pozbawiając szansy choćby i na dostrzeżenie znicza.

– Dasz sobie radę – szepnęła do niego Morgana. Uśmiechnął się do niej nieznacznie z wdzięcznością, choć w jej głosie nie pobrzmiewała jakakolwiek pewność. Jakby mówiła „wyjdziesz z tego" do kogoś, kto i tak miał zaraz umrzeć. – I o mnie możesz być spokojny. Nie mam zamiaru brać w tym udziału.

– Dzięki – odparł. Bycie żywym celem dla trójki osób zawsze było lepsze niż dla czwórki.

Vincent zaśmiał się z czegoś do Harrigana tuż przed startem, posyłając mu przelotne spojrzenie. Harry utwierdził się w przekonaniu, że nie pozwoli mu wygrać z własnej woli. Nawet jeżeli wiązałoby się to z kolejną deklaracją kłopotów.

Wystarczyło zaledwie sześć minut gry, by Harry zdał sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej poniesie porażkę.

Morgana celowo odbijała latające tłuczki tak, aby w niego nie trafiały, a reszcie Ślizgonów zajęło więcej czasu, by do nich dolecieć. Jednakże wciąż nie dostrzegał niewielkiej, złotej kulki – znicza – a każde z uderzeń tłuczkiem Vincenta, Harrigana i Barreta wydawały się coraz celniejsze i ostrzejsze. Niejednokrotnie smagały powietrze tuż obok jego szat lub włosów, nieomal nie przyprawiając go o zawał.

– Możesz się jeszcze poddać – zawołał do niego Harrigan. – Może i jesteś szybki, ale to nie wszystko, dzieciaku!

Harry posłał mu wściekłe spojrzenie, rozpoczynając kolejne okrążenie wokół boiska do quidditcha. W niedalekiej od niego odległości – niczym sępy – krążyli pozostali Ślizgoni.

Złapie tego przeklętego znicza. Zrobi to, choćby i uprzednio miało go trafić tuzin tłuczków.

Był pewien, że nie przeżyłby potrójnego zadowolonego uśmieszku starszych Ślizgonów lub Morgany, która po raz kolejny stanęłaby w jego obronie, wygłaszając coś pokroju: „Jak mogliście! Ma jedenaście lat, na Salazara!".

Mrużył oczy przed intensywnym słońcem, ocierając spocone czoło i starając się za wszelką cenę nie zostać strąconym z miotły.

Gdy ponownie zaczynał tracić nadzieję – gdzieś w dwudziestej minucie „gry" – zdarzyły się dwa cudy. Pierwszy, dzięki któremu w ostatniej sekundzie dostrzegł zbliżający się do niego z zawrotną prędkością tłuczek, bez większych problemów mogący strącić go z miotły. I drugi, dzięki któremu wreszcie dostrzegł złoty błysk znicza.

Wiedział, że pozostało mu niewiele czasu. Być może nieco ponad minuta. Dostrzeżenie znicza samo w sobie nie należało do najprostszych – jednakże złapanie go było już czymś znacznie, znacznie trudniejszym.

Jego policzki i szaty smagał ostry wiatr, kiedy – rozpędzając miotłę niemal do maksymalnej prędkości – po raz kolejny próbował pochwycić szybko przemieszczający się znicz.

Gdy jego dłoń miała zacisnąć się już na złotej kuli z trzepoczącymi skrzydłami, zdał sobie sprawę z tego, że stracił czujność.

I to był błąd.

Tłuczki wciąż przecinały powietrze.

Zdążył zacisnąć palce na zniczu, który w jednej sekundzie przestał szaleńczo trzepotać skrzydłami, jednak w tym samym momencie coś z impetem uderzyło go w brzuch. Ból towarzyszący uderzeniu wydał mu się jeszcze gorszy niż przy złamaniu kończyny. Pociemniało mu w oczach, a z jego ust wyrwał się głośny krzyk.

Rozprostował palce, upuszczając na murawę znicz. Gdyby nie Morgana, która podleciała do niego na miotle, puściłby także i swoją.

Przemknęło mu przez myśl, że jego los mógłby być dość wątpliwy, gdyby podążył za zniczem. Na trybunach nie było Albusa Dumbledore'a, gotowego w każdej chwili ratować swój najcenniejszy pionek, a Ślizgoni nigdy nie pogardziliby okazją do pozbycia się niechcianego Gryfiątka – bo tym właśnie musiał dla nich być.

Nie. Tym właśnie wciąż był. Udowodnił to swoim bezmyślnym pragnieniem zwycięstwa za wszelką cenę. I z kim? Z bandą nastolatków w wieku jego wnuków.

Łapał spazmatyczne oddechy. Nie wiedział, w jaki sposób znalazł się na murawie – na czworakach– i zaczął tak przeraźliwie wymiotować. Ktoś delikatnie gładził jego plecy, najprawdopodobniej Morgana. Zamknął oczy, ponieważ patrzenie na swoje wymiociny, w których nie znajdował się wyłącznie obiad, a i coś do złudzenia przypominającego ciemną krew, sprawiało, że było mu jeszcze bardziej niedobrze.

– Stary! – zawołał Ron. Nie wiedzieć kiedy, wraz z Draco znalazł się tuż obok niego, przybiegając z trybun.

Poczuł się jeszcze bardziej podle. Dla Rona, Draco i Morgany musiał przypominać jakieś zranione, wymagające współczucia i opieki zwierzątko. Zaś dla Vincenta, Harrigana i Barreta cała ta scena była pewnie świetnym widowiskiem i zadośćuczynieniem za złapanie znicza.

– O… rany – wymamrotał Draco. – Potter… jak się czujesz? To uderzenie wyglądało okropnie.

Harry posłał mu wściekłe spojrzenie.

– Fantastycznie, Malfoy – sarknął, gdy jego ciałem wstrząsnęły dreszcze.

– Wybacz – powiedział Ron. Miał zaniepokojony wyraz twarzy, jednak klepnął Harry'ego przyjacielsko po plecach, jakby ten gest mógłby sprawić, że poczuje się trochę lepiej. – Malfoy jak zwykle powala empatią i spostrzegawczością.

– Weasley, nie przeginaj…

– Może zaprowadzić cię do pielęgniarki, Harry? – spytała Morgana, która się nad nim nachylała.

– Nie – zaprzeczył. Wygrzebał z rękawa różdżkę i rzucił kilka czyszczących zaklęć. Wstał z murawy, po czym otrzepał kolana z ziemi. Spojrzał na dziewczynę z wdzięcznością. (I z namiastką godności, której jeszcze mu nie odebrano). – Dzięki za wszystko. – Dodał ciszej: – I tak zrobiłaś już wiele.

– Nie dziękuj – odparła. – Naprawdę dobrze ci poszło. I złapałeś znicz! Nie mogę w to uwierzyć.

– Taaa. Poszło ci świetnie, Potter – odezwał się Harrigan. Na jego ustach zastygł uśmiech, który nieudolnie próbował ukryć irytację. – Gdyby nie końcówka byłbym pod wrażeniem.

Harry prychnął, patrząc na niego. Odszukał wzrokiem znicz leżący w trawie, podszedł do niego i podniósł. Zaraz po tym – ku zaskoczeniu wszystkich Ślizgonów – rzucił go pod nogi Byrne'owi. Musiało to wyjątkowo wytrącić z równowagi Vincenta – bo choć zwykle skrzętnie maskował wściekłość swoimi spokojnymi uśmiechami – tym razem jedynie patrzył na Harry'ego chłodno, zaciskając usta w wąską linię.

– Zdaje mi się, że jestem od teraz waszym nowym szukającym – powiedział Harry.

Pomimo późnego popołudnia wciąż świeciło słońce i wiał przyjemny, późnoletni wiatr. Zamiast wracać do dormitoriów od razu po treningu quidditcha, usiadł wraz z Ronem i Draco pod jednym z drzew rosnących na błoniach, tuż obok jeziora.

Wpatrywał się w marszczenia na ciemnej toni wody, starając się nie myśleć o obserwującym go podczas lekcji Voldemorcie. Jednak, nawet pomimo śmiertelnego zmęczenia, myśli o nim wciąż nie dawały mu spokoju.

Jeżeli naprawdę zwrócił na siebie uwagę Czarnego Pana było źle. Cholernie źle.

Przez początkowo odczuwaną panikę rozważał nawet szybsze zdobycie diademu Roweny Ravenclaw (dotąd zakładał, że nie musi się z nim śpieszyć). Następnie zniszczenie wszystkich horkruksów, które posiadał. Jednak podobny plan miałby pięć, nie zawsze możliwych do wypełnienia, luk.

Sposób, w którym tego dokona. Nagini. (Nie potrafił przyznać sam przed sobą, że zaczął odczuwać wobec węża śmieszne przywiązanie. Nawet pomimo świadomości tego, czym był, a także wątpliwości związanych z kierującymi nim intencjami). Uczucie towarzyszące niszczeniu odłamków duszy, które bez wątpienia przeszyje Voldemorta trzykrotnie. (Jeżeli go nie rozpozna, to z całą pewnością zaniepokoi). A także niewykonalne do zdobycia horkruksy i pieprzony fakt, że destrukcja ich wszystkich i tak nie równa się ostatecznemu pokonaniu Voldemorta. Jednym słowem nie był to żaden plan.

Owszem. Mógł po prostu czekać na kolejny ruch Riddle'a. Jednak i to rozwiązanie nie było idealne. Tracił kontrolę. Merlinie. Już ją stracił. Był pewien, że kolejny ruch Voldemorta będzie nieprzewidywalny, że nie istniała już jakakolwiek szansa, by udało mu się doprowadzić do ich pierwszego prawdziwego pojedynku, tuż przy Zwierciadle Ain Eingarp.

Miał wrażenie, że na własne życzenie znalazł się w jakimś labiryncie, ogromnym i pokręconym, niemożliwym do przejścia. Dopiero teraz dostrzegł to, ile zawdzięczał Ronowi i Hermionie, wszystkim innym ludziom. Nigdy nie potrafił niczego planować. Nie był metodyczny i nie zastanawiał się nad każdą z możliwych konsekwencji, a w sytuacjach takich jak ta zdrowy rozsądek wypierało w nim uczucie presji. Być może był dobrą marionetką, ale jednocześnie wyjątkowo kiepskim marionetkarzem.

Czego by tylko nie oddał za to, aby Hermiona poklepała go po plecach, uspokoiła jakimiś śmiesznymi zapewnieniami pokroju „wszystko będzie w porządku, Harry", po czym powiedziała, co powinien zrobić.

– Potter… jesteś bezczelny i lekkomyślny – odezwał się Draco, wyrywając go z zamyślenia. – Jednym słowem absolutnie niereformowalny. Tak prowokować Vincenta–Pieprzonego–Byrne'a. Myślałem, że schyli się po ten znicz i wciśnie ci go do gardła.

– Należało mu się – mruknął Ron. – Całe to jego sprawdzanie… Po prostu chciał cię bezkarnie uszkodzić, Harry. – Dodał z podziwem: – Ale naprawdę, złapanie znicza w trzydzieści minut i to w takich warunkach… To niemal niemożliwe. Gdzie ty się tego wszystkiego nauczyłeś?

– Miałem dobrego nauczyciela – odparł zwyczajowo Harry.

– Nie pieprz. Wychowywałeś się z mugolami – powiedział Draco.

Harry przewrócił oczami.

– Mugole, z którymi się wychowywałem, nie musieli być moimi nauczycielami – odpowiedział.

Draco zmarszczył brwi, jakby dotąd nie brał pod uwagę możliwości, aby Harry miał kontakt z magią jeszcze przed Hogwartem, nawet pomimo niemagicznych opiekunów. Wreszcie powiedział:

– Przynajmniej dotknęła cię Morgana.

Harry zmusił się do uśmiechu.

– No tak. Za to warto oberwać w żołądek rozpędzonym tłuczkiem.

Harrigan dotknął delikatnie jego pleców, po czym zaczął kreślić po nich palcem niewielkie kółka. Chwilę później złożył na jego łopatce jeden z tych czułych do bólu pocałunków, przez które Vincent momentami zaczynał szczerze go nienawidzić.

– Kocham cię, wiesz? – powiedział Harrigan.

Vincent z całą pewnością nie kochał Harrigana. Był przewidywalny. Przeciętnie, czasem nawet dyskusyjnie inteligentny, a także naiwny i krótkowzroczny. Jedyne, co naprawdę podobało się w nim Vincentowi, to jego funkcjonalność. Zawsze tkwił gdzieś obok niego, gotowy na każde jego skinienie, ze swoją nieskazitelną skórą i chętnymi, ciepłymi udami. Nie uskarżał się na brak delikatności Vincenta i – w porównaniu do swojej siostry – nie nastręczał dodatkowych trudności. Mimo to odparł:

– Ja ciebie też. – Nawet podobna odpowiedź pozostawiała na jego języku nieprzyjemny posmak.

Zaraz po tym wstał z łóżka. Obrzucił spojrzeniem Pokój Życzeń, który przypominał teraz wystrojem ślizgoński pokój prefekta, z ogromnym, rzeźbionym łóżkiem z baldachimem i ciemnozieloną tapetą. (Przyjemnie było myśleć, że pomieszczenie stanowiło jego małe trofeum - to on je odnalazł, sam, bez jakiejkolwiek pomocy - nawet jeśli nie służyło do niczego więcej jak jedynie pieprzenie Harrigana). Zebrał z dywanu swoje rozrzucone ubrania i zaczął się ubierać.

– Masz zły humor – stwierdził Harrigan po chwili. Vincent czuł na plecach jego wzrok.

– Jestem po prostu zmęczony – powiedział. – Za niecałe dziesięć minut rozpoczyna się mój dyżur. Nie mogę tutaj zostać.

– To przez Pottera – odparł Harrigan, ignorując jego wyjaśnienie. – Dobra. Trafił do naszej drużyny. Wielka sprawa. Gówniarz ma po prostu talent i szczęście. Może to i dobrze, bo Monroe był w tamtym roku do dupy szukającym. Przez cały sezon nie złapał tego pieprzonego znicza ani razu, co Potterowi udało się w pół godziny. Czym się tak przejmujesz, Vincent? Tym, że zdobędzie dla nas pierwsze miejsce w quidditchu?

Vincent usiadł na łóżku, po czym – zapinając mankiety koszuli – spojrzał na drugiego Ślizgona.

– To nie talent i szczęście – powiedział. – Talent to rzeczy pokroju poprawnego przywołania miotły za pierwszym razem. Nie wlicza się do niego idealna technika. Szczęściem byłoby uniknięcie tłuczka raz lub dwa. Nie przez blisko trzydzieści minut. Barret trenował przez całe wakacje. Jest jednym z najlepszych pałkarzy w Hogwarcie. Żadne jedenastoletnie dziecko nie byłoby w stanie uniknąć jego najsilniejszego uderzenia.

– Rany – westchnął Harrigan. – Posłuchaj, może po prostu nieustannie ćwiczył przed Hogwartem. Miał dobrego nauczyciela, a quidditch to jego pasja. Jesteś taki nadgorliwy.

– Barret nieustannie ćwiczył przed Hogwartem. Miał dobrego nauczyciela, a quidditch to jego pasja – odpowiedział wolno Vincent. – Wykluczając tą rozchichotaną kretynkę, wciąż pozostajemy my dwaj. Trzy osoby trenujące latami przeciwko dziecku. Nawet wytrenowane zostałoby strącone podczas pierwszych dziesięciu minut gry.

– Już przed tym treningiem zacząłeś traktować Pottera jak jakieś interesujące dziwadło – powiedział z niechęcią Harrigan. – Osobiście nie widzę w nim nic ciekawego. Może i jest pupilkiem Dumbledore'a, ale poza tym to zwykły, może zbyt bezczelny i pyskaty dzieciak.

– Odgrywa jedynie rolę zwykłego chłopca.

– Więc kim jest aktor odgrywający tegoż zwykłego chłopca?

– Póki co pozostaje bezimienny – odparł Vincent, uśmiechając się do niego nieznacznie.

– Mhm – powiedział z powątpiewaniem Harrigan.

Vincent pogładził kciukiem jego biodro.

– I, jeżeli już o nim rozmawiamy, chciałbym, byś coś dla mnie zrobił.