10. Ile kosztuje duże H?

Opadł na kolana, starając się stłumić szloch bólu. Miał nadzieję, że jego towarzysz nie słyszał go zbyt dobrze ― nie miał zamiaru sprawiać, aby uwięziony Czarny Pan czerpał z tej sytuacji jakąkolwiek przyjemność. Spojrzał kilka razy w kierunku Voldemorta, ale nie potrafił stwierdzić, czy był obserwowany, czy też nie. To było okropne; nie udawało mu się odróżnić w ciemności niczego poza niewyraźnym zarysem chudej postaci. Zauważył jednak, że Voldemort chwilowo się nim nie interesował, więc w pełni docenił ten moment prywatności. Uznał nawet, że miło było być ignorowanym przez masowego mordercę. Miał przynajmniej doskonałą okazję, by zająć się swoimi nowymi ranami. Jasnozielonym oczom Harry'ego ciężko było skupić się na niewyraźnych, krwawiących palcach, a także kupie błota, gliny i pokruszonych kamieni, które udało mu się już wygarnąć z wnęki. Zastanawiał się przez chwilę, czy jego pracochłonne zajęcie przyniesie mu kiedykolwiek jakieś owoce.

Może popełnił błąd. Może powinien zacząć kopać w innym miejscu. A może w ogóle cały ten pomysł nie był tak dobry, jak mu się wydawało. Tak czy inaczej desperacko musiał po prostu się czymś zająć.

Oparł głowę na znajdującym się za nim kamieniem. Jego myśli powędrowały w kierunku przyjaciół, co ostatnio miało miejsce dość często. Pragnął pocieszenia. Gdyby tylko Hermiona mogła tu z nim być. Z całą pewnością wiedziałaby, co robić. Jej genialny umysł podsunąłby mu już setki możliwości, a mu pozostałoby tylko wybrać tę właściwą. Albo Ron… Harry zachichotał, wyobrażając sobie siedzącego obok niego Rona, który tylko by narzekał. Musiałby go uspokoić, proponując jakieś rozwiązania, a tym samym zmusiłby swój zmęczony umysł do wysiłku.

Tak czy inaczej, był sam. Poza tym dotarło do niego, że jego pragnienia były niezwykle egoistyczne. Przypomniał sobie, że to dlatego właśnie nie chciał ich pomocy. Nie, musiał wydostać się stąd sam, jako że Voldemort odmawiał jakiejkolwiek pomocy w rozwiązaniu ich opłakanej sytuacji.

Harry ponownie spojrzał na Czarnego Pana. Kontrolowanie go od czasu do czasu stało się jego nowym nawykiem. Zazwyczaj upewniał się tylko, że mężczyzna nie planuje kolejnego ataku. Harry zgadywał, że Voldemort musiał być głęboko pogrążony w myślach, bo siedział zupełnie nieruchomo na swoim ulubionym głazie. Biorąc pod uwagę wszystko, co o nim wiedział, Harry był pewny, że Czarny Pan w najmniejszym stopniu nie porzucił nadziei na ucieczkę. Niezwykły intelekt Riddle'a musiał stworzyć już jakiś genialny plan, który wykraczał daleko poza zasięg wyobraźni Harry'ego. Gdyby tylko mógł zajrzeć do jego umysłu, by zobaczyć, o czym myśli! Kiedy dotarło do Harry'ego, w jakim kierunku pomknęły jego myśli, usta drgnęły mu w ledwo powstrzymywanym, gorzkim śmiechu. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że pewnego razu może chcieć powtórzyć to okropne doświadczenie, jakim było połączenie ich umysłów. Potrząsnął głową, aby pozbyć się tych niepokojących myśli, po czym zanurzył dłonie w niewielkim źródełku, jakie uformowało się pod jego stanowiskiem pracy. Gdy zmył brud oraz krew, przez chwilę zastanawiał się, skąd wzięła się ta woda. Nieustannie spływała z kilku pęknięć w suficie, formując u dna jaskini niewielkie jezioro. Harry powstrzymał nagły dreszcz zimna, który poczuł, gdy zaczęły przemakać mu buty. Mógłby wspiąć się po ścianie dzięki szczelinom na wysokość jakichś dziesięciu stóp ponad poziom jaskini, jednak tylko boso, biorąc pod uwagę jak niewiarygodnie śliska była jej powierzchnia.

Cholerny wapień, zaklął Harry, zdejmując sweter. Nie miał wyboru, jeśli nie chciał go pomoczyć. Nie potrafił sobie wyobrazić spania w mokrych ubraniach. Ale co gorsze, nie potrafił wyobrazić sobie siebie śpiącego w jednym pomieszczeniu z czuwającym i równie groźnym co zawsze Voldemortem. Jedyną rzeczą, która utrzymywała go przy zdrowych zmysłach było grzebanie w błocie z nadzieją, że następna bryła gliny będzie tą ostatnią. Wolał żyć w tej stworzonej przez siebie iluzji, niż zacząć zastanawiać się nad tym, jak głęboko pod powierzchnią mogą faktycznie się znajdować.

Wspiął się po ścianie i zaczął pracować. Zdecydował się nie przestawać, dopóki nie zobaczy błękitnego nieba. Jednak, gdy się odwracał, jego cholerna noga musiała się osunąć, bowiem ześlizgnął się po ścianie i wylądował z okrzykiem w grząskim basenie pod swoim miejscem pracy.

To było nieprzyjemne, ale nie tak bardzo jak widok, który zastał.

Voldemort stał tam, trzymając jego sweter w swoich pajęczych palcach i wyglądał na ogromnie niezadowolonego, że został przyłapany na gorącym uczynku.

Harry nie wiedział, co powiedzieć. Jego usta ledwo się poruszyły.

― Skończyłeś dziś dość wcześnie, Potter ― zadrwił Czarny Pan, wciąż trzymając jego sweter.

Harry energicznie otrząsnął się z odrętwienia.

― Cododiabłamyśliszżerobisztymaływężowyzłodzieju!?

Voldemort wykrzywił się w odpowiedzi, obserwując, jak podnosi się z wody.

Harry sapnął ze wściekłości.

― Jak śmiałeś dotykać moich rzeczy, ty dziwaku!?

Był to wyjątkowo niewłaściwy moment na wyobrażenie sobie wuja Vernona wrzeszczącego dokładnie to samo, gdy zamykał go w ciemnej komórce pod schodami. Na szczęście głos Voldemorta szybko przywrócił go do rzeczywistości.

― I tak go teraz nie potrzebujesz, prawda? ― powiedział cicho, nie zważając na zniewagę.

Patrzył spokojne na Pottera, jakby próba kradzieży cudzych rzeczy była czymś całkowicie normalnym.

W odpowiedzi Harry wydał z siebie niski warkot.

― Ostrzegam cię, Voldemort. Odłóż go z powrotem tam, skąd go wziąłeś i odejdź. Nie jestem w nastroju, by się z tobą kłócić, a tym bardziej w dalszym ciągu znosić twoją obecność.

Blada twarz Voldemorta wykrzywiła się w dezaprobacie. Jego kocie oczy błysnęły niebezpiecznie.

― Dobrze ― wyszeptał. ― Nie będę cię w takim razie niepokoił. Pełznij z powrotem do swojej brudnej roboty i zostaw mnie samego.

Harry zagotował się wewnętrznie ze złości, a jego dłonie mimowolnie zacisnęły się w pięści.

― To mojego ostatnie ostrzeżenie, Riddle. Oddaj moją własność.

Harry mógłby przysiąc, że dostrzegł, jak Czarny Pan niemal niepostrzeżenie drży. Wykorzystał okazję i pochylił się do przodu, by odzyskać swój sweter. Ku jego zaskoczeniu, Voldemort oddał mu go bez żadnego oporu. Wydawał się absolutnie niewzruszony zachowaniem Pottera, zginając obolałe palce lewej dłoni. Harry patrzył na niego, czekając, aż odejdzie, ale Voldemort z jakiegoś powodu się zawahał. Kiedy cisza stała się nieznośna, Harry burknął:

― Czego jeszcze ode mnie chcesz, poza widokiem mojego truchła?

W szkarłatnych oczach błysnęła złość.

― Twoje maniery są okropne, Potter, ale tak, całkiem przyjemnie byłoby zobaczyć twoje martwe ciało ― wysyczał jadowicie. Harry prychnął, jak gdyby wyzywając go, aby tylko spróbował coś zrobić.

― Moje maniery zależą od mojego rozmówcy. Jednak twoje, Riddle, nie zasługują na żaden komentarz.

Szyderczy uśmieszek Voldemorta powoli zniknął i jego twarz stała się całkowicie pusta.

― Nie chcę tracić na ciebie więcej czasu, Potter. Tak czy inaczej, mam dla ciebie propozycję. Coś, co mogłoby cię zainteresować.

Harry przygryzł wargi, po czym ściągnął je, by ostatecznie się odezwać:

― Doprawdy, Voldemorcie, nie jestem zainteresowany niczym, co chcesz mi powiedzieć.

Odwrócił się, by znaleźć sobie jakąś bezpieczniejszą kryjówkę, a zarazem dać mężczyźnie znać, że ich rozmowa dobiegła końca.

― Nie bądź dziecinny, Potter ― rozległ się za nim okrutny syk.

Harry spojrzał na niego przez ramię i nie mógł oprzeć się pokusie odpowiedzi:

― Wolę już być dziecinny niż martwym idiotą. Naprawdę myślisz, że zamierzam uczestniczyć w grze, którą dla nas zaplanowałeś? Zapomnij o tym, Riddle. Nie jestem zainteresowany.

Spojrzał na obiecujący głaz tuż za swoim miejscem pracy. Uznał, że mógłby tam zostawić swoje rzeczy, celowo nie zwracając uwagi na Voldemorta.

― Co byś powiedział, gdybym poinformował cię, że cię znowu nie zaatakuję?

Harry zamarł częściowo z powodu tego, co usłyszał, a częściowo dlatego, że poczuł zimy oddech łaskoczący skórę jego ucha. Odwrócił się w ułamku sekundy.

― Co?

― Słyszałeś mnie, Potter. Jeśli spełnisz moje warunki, mogę zapewnić, że tak długo, jak tu zostaniemy, nie będę próbował cię zabić.

Kiedy Harry dalej się na niego gapił, samozadowolenie Voldemorta wydawało się wzrosnąć. Nieczęsto zdarzało się, by Potter miał mętlik w głowie.

Po długiej przerwie Harry powoli zrobił kilka kroków do tyłu, pytając podejrzliwie:

― Jakie warunki?

Czarny Pan uśmiechnął się złośliwie do młodszego czarodzieja.

― W końcu mam w pełni twoją uwagę. Dobrze. Po pierwsze, chcę, byś również powstrzymał się przed próbami uszkodzenia mojej osoby. Ponadto staraj usuwać mi się z drogi, jako że twoja obecność jest wysoce niemile widziana. I ostatnie… oddaj mi swoje… to ubranie.

Długie, pajęcze palce wskazały sweter, który Harry wciąż trzymał w dłoni.

Voldemort oczekiwał wielu reakcji; podejrzewał, że zobaczy złość lub że Harry po prostu mu odmówi, ale oczywiście nie mogło tak być, bachor zawsze musiał zrobić coś zupełnie nieoczekiwanego.

Potter roześmiał się. Voldemort nie mógł przypomnieć sobie, by kiedykolwiek widział kogoś tak rozbawionego w jego obecności. Dźwięk wesołego śmiechu był mu niemal całkowicie nieznany. Był głośny, wyjątkowo irytujący i Potter nie miał najwyraźniej zamiaru przestać go wydawać. Na szczęście stracił dech, nim wściekły Czarny Pan mógłby w jakikolwiek sposób na niego zareagować.

― Powiesz mi, co cię tak śmieszy? ― wzburzył się.

― N―nic, z wyjątkiem... ― Harry odchrząknął, by oczyścić gardło i wzruszył ramionami, jednak jego usta wciąż pozostawały wykrzywione w uśmiechu. ― Po prostu rozważałem twoją propozycję i, szczerze mówiąc, przez chwilę chciałem zgodzić się tylko po to, by zobaczyć, jak to ubierasz. ― Wyciągnął sweter, by pokazać Voldemortowi wyszyte na piersi wielkie, żółte H. Mimowolnie ponownie zachichotał, a złość i obrzydzenie przełamały się przez nałożoną na twarz Riddle'a maskę obojętności. ― Naprawdę zabawnie było usłyszeć twoją propozycję. Powinienem ci podziękować. Niemal utraciłem już wiarę w to, że jeszcze kiedykolwiek się roześmieję. Nie miałem pojęcia, że jesteś takim dowcipnisiem.

Harry nie wiedział, dlaczego zdecydował śmiać się z Voldemorta, ale był pewien, że

przekracza cienką granicę samokontroli mężczyzny. Wypadało raczej zwrócić uwagę na bardziej istotną kwestię.

― Naprawdę myślałeś, że jestem na tyle głupi, by uwierzyć w szczerość twojej oferty? Że dam ci moje ubranie, by utrzymać Lordzika w cieple, podczas gdy ja będę cicho cierpiał? Że spokojnie pójdę spać, żebyś mógł mnie zamordować bez żadnej walki?

Patrzyli na siebie, a napięcie między nimi rosło z każdą chwilą, aż stało się niemal namacalne. Voldemort w końcu poruszył się, zakładając ręce na pierś.

― A co, jeśli mówię szczerze, Potter? ― powiedział jedwabistym, spokojnym głosem bez cienia złości.

― Nie rozśmieszaj mnie. Wiem, ze kłamiesz ― odparł. ― Zawsze to robisz.

― A co, jeśli jednak nie, Potter? Zamierzasz zmarnować okazję?

― Udowodnij!

― Dobrze wiesz, że nie mogę tego zrobić.

Harry zamrugał, po czym cofnął się, potrząsając głową.

― Nie, nie, nie. Nie próbuj mnie nawet oszukiwać. Jesteś kłamcą, a ja nie jestem głupcem, który da się sobą manipulować. Nie wierzę ci, ba, nie mam nawet zamiaru dalej o tym z tobą dyskutować.

Odwrócił się, uznając temat za zakończony. Miał tak zimne stopy, że pochylił się, by założyć buty. Słyszał krążącego wokół niego Voldemorta, nim ten zatrzymał się obok.

― Potter, potrzebuję tego swetra.

Harry podskoczył, czując sunący po jego plecach długi rękaw Voldemorta. Wyprostował się i cofnął, by zachować dystans.

― Dlaczego?! ― zapytał, zdezorientowany. ― Nie jest wykonany z włosia jednorożca, a w kieszeni nie ma kamienia filozoficznego. Powiedz mi, dlaczego tak bardzo go potrzebujesz, a może nawet rozważę twoją prośbę.

Voldemort ruszył w jego kierunku, coraz bardziej się do niego zbliżając, podczas gdy Harry cofał się, dopóki nie uderzył plecami o kamień.

― Naprawdę tak trudno zgadnąć, Potter?

― Nie, to oczywiste, że ci zimno ― prychnął, kryjąc zdenerwowanie, gdy Voldemort do niego podszedł. Szukał wzrokiem jakiejś możliwej drogi ucieczki, ale Czarny Pan zablokował swoją osobą większość z nich.

― Ale dlaczego miałbyś… hej, to nie ma żadnego sensu! ― Nagle zrozumiał. ― Twoje wypowiedzi są dość sprzeczne, co nie? Wcześniej mówiłeś, że obaj tutaj umrzemy i że to ty mnie zabijesz. Teraz twierdzisz, że nie zrobisz tego, gdy tu jesteśmy. Gdy tu jesteśmy! Od kiedy to planujesz odejść?!

Czarny Pan nie odpowiedział. Milczał, obserwując Harry'ego, który nie potrafił już dłużej wytrzymać jego ostrego spojrzenia. Wziął głęboki wdech, po czym uniósł brodę.

― Nie zamierzasz mi odpowiedzieć? Cóż, nie ma sprawy. Sam w takim razie powiem ci, co o tym myślę. Biorąc to wszystko pod uwagę, jasne jest, że mój sweter jest dla ciebie czymś w rodzaju biletu na powierzchnię. Dlatego jest taki ważny, nawet bardziej niż to, czy tu umrę. Tak, teraz wszystko jasne. Dlaczego miałbyś mnie zabijać, skoro wystarczy tylko mnie tu zostawić, bym sam umarł.

Harry zaczerwienił się, krzyżując wzrok z Voldemortem, który po raz pierwszy nie zrobił nic poza posłaniem mu złośliwego uśmiechu. Powoli się do niego zbliżył.

― To niesamowite, do jakich absurdów jesteś zdolny dojść, kiedy twój umysł nie ma się na czym skupić ― wyszeptał cicho z błyskiem w oczach.

― Co robisz? ― wykrztusił Harry, zaalarmowany zbliżającą się do jego twarzy bladą dłonią.

Był sparaliżowany, rozdarty między pragnieniem ataku i ucieczki. Czarny Pan górował nad nim, stojąc tak blisko, że widział ruchy jego warg.

― Zapomnij o tym kawałku szmaty, Potter. Naprawdę mnie już nie obchodzi. Aktualnie szczególnie interesuje mnie twoja skóra. Niemal świeci.

Lodowate palce musnęły jego policzek. Harry jęknął w duchu, oczekując wybuchu bólu ze strony blizny, ale ten nie nadszedł. Przycisnął sweter ciasno do piersi, walcząc z pragnieniem odtrącenia kończyny naruszającej jego przestrzeń prywatną. Koścista ręka przesunęła się od podbródka Harry'ego do jego skroni, po czym przeczesała jego włosy, wplątując w nie palce.

― Przestań natychmiast!

Harry miał ochotę samemu kopnąć się za to, jak słabo brzmiał jego głos. Chciał również kopnąć Voldemorta, ale to tylko przerodziłoby się w kolejną walkę, której wolałby uniknąć. Próbował zwalczyć to pragnienie.

― Wydaje mi się, że zapomniałeś, iż wciąż jestem półkrwi obrzydliwcem, Riddle. Jak możesz znieść dotykanie mnie? ― powiedział, próbując psychologicznego zagrania.

Druga ręka owinęła się wokół jego ramion, utrzymując ich ciała w kontakcie. Potter wydał z siebie bulgocący odgłos, który brzmiał jak nieudany okrzyk wściekłości.

― Harry, Harry... ― Przy jego uchu rozległ się chłodny głos. ― Ciężko jest mi się oprzeć. Pozwól, że dam ci przykład. Wyobraź sobie, że mam w swojej kieszeni garść spleśniałych biszkoptów. Odmówiłbyś mi, gdybym chciał się nimi podzielić? ― Voldemort oczywiście musiał użyć innego psychologicznego manewru i początkowo Harry nie był pewien, jak ma mu odpowiedzieć.

― Nigdy byś się ze mną niczym nie podzielił, tak samo jak ja nigdy nie podzieliłbym się z tobą ― odparł, wijąc się w niechcianym uścisku. To nie była ta pociecha, za którą tak tęsknił. Nie chciał teraz o tym myśleć, tak samo jak o jedzeniu, gdyż jego żołądek przestał go już tak bardzo torturować.

Szarpiąc się, by uwolnić się z uścisku, był w stanie poczuć, jak strasznie cienka i lodowata była skóra Voldemorta. Jego ciało nie emitowało nawet grama ciepła. Był w dotyku niczym trup.

Trup, który dostał możliwość mówienia i mordowania ludzi, pomyślał z obrzydzeniem Harry, podczas gdy Voldemort znów przemówił:

― I tu się mylisz, Potter. Podzieliłem się z tobą czymś istotnym w chwili, w której zostaliśmy zmuszeni do życia w tej… celi. A teraz odwdzięczysz mi się, zaprzestając tej głupiej walki.

― Och, doprawdy? Czym takim? ― mruknął poirytowany chłopak.

― Zastanawiam się, czy ktoś równie ślepy jak ty to zauważy. ― Usłyszał okrutną odpowiedź i w mgnieniu oka zniknęło światło.

Całkowicie.

Ciemność była prawdziwa. Przez chwilę Harry'emu wydawało się nawet z całą pewnością, że nagle umarł, ale wówczas usłyszał nad sobą lodowaty chichot.

― Więc zrozumiałeś ― wysyczał z zadowoleniem głos .

― Straciłeś głowę?! Co robisz?! ― krzyknął Harry, czując narastającą w nim panikę.

― Widzisz, bachorze, jak całkowicie jesteś ode mnie zależny? Proszę tylko o coś w zamian. Męczy mnie granie twojej żarówki, nie otrzymując w zamian żadnych korzyści.

Oddech uwiązł Harry'emu w gardle.

― Czego chcesz?

― Cieszę się z twojej współpracy. Sugeruję, byś się skupił, bo nie będę się powtarzał. A teraz mnie słuchaj. Tak długo, jak sprawisz, że będzie mi ciepło, Potter, będzie światło. Czy to jasne?

Harry przygryzł wargę, dopóki nie poczuł smaku krwi. Voldemort doskonale wiedział, jak przyprzeć go do muru. Nie miał tak naprawdę żadnego wyboru.

― Taa ― mruknął w końcu. Nie było nic więcej do powiedzenia.

Kiedy światło ponownie się pojawiło, odepchnął od siebie Voldemorta i rzucił mu sweter. Musiał przyznać, że przegrał tę rozgrywkę.

― Zabieraj to i zostaw mnie w spokoju. Nie wytrzymam w twojej obecności ani chwili dłużej!

Voldemort nieznacznie pochylił głowę, a na jego twarzy pojawił się zwycięski uśmiech .

― Negocjacje z tobą są przyjemnością, Potter.

Harry obserwował jego odejście i przez moment naprawdę chciał uderzyć głową o ścianę.