Jeszcze jeden egzamin (zakładając, że dzisiejszy zaliczę) i projekt i będę wolna... A tymczasem kolejny rozdział, już dziesiąty, więc jesteśmy w 2/3.
Rozdział X
Gdy się obudził, Fay siedział w tym samym miejscu, tym razem ze skrzyżowanymi nogami, i przerzucał od niechcenia strony jedynej książki, jaką Kurogane posiadał. Chutliwa argoniańska pokojówka, tom 1 był niezwykle popularnym, chociaż wątpliwym literacko dziełem. Tę krótką pół-erotyczną, pół-żenującą historyjkę znano od najdalszych zakątków Czarnych Mokradeł aż do Wysokiej Skały. Kurogane pamiętał, że kiedyś kupił ją w Cesarskim Mieście, bo niemożebnie się nudził i od czasu do czasu wracał do niej, by podreperować ponury humor kiepskimi żartami i aluzjami autora…
A jeśli o humorze mowa, to Fay chyba poczuł się lepiej, skoro zachciało mu się grzebać w prywatnych rzeczach Kurogane…
– Wypoleruj moją włócznię? – Zapytał Fay z uśmieszkiem i uniesioną brwią, wskazując na ten konkretny wiersz.
Kurogane wywrócił oczami i usiadł. Wyglądało na to, że mag otrząsnął się już i zaczynał wracać do normalności, chociaż żołnierz dostrzegał cień smutku gdzieś w kąciku warg Faya.
Nie odpowiedział na zaczepkę, chociaż wyobraźnia podsunęła mu dość sugestywne obrazy. Na szczęście w kwaterze było już ciemno, jedynie mag rozświetlał sobie książkę małym magicznym światełkiem, które nie dosięgało rumieńców na policzkach Kurogane.
Fay odłożył książkę na bok. W międzyczasie przebrał się i teraz miał na sobie jedną z codziennych szat Astava w kolorze ciepłego brązu. Breton był trochę wyższy, więc szata była na Faya przykrótka.
– Już po waszej kolacji – odezwał się Fay normalnym głosem. Sięgnął za siebie i podsunął Kurogane tacę. – Poszedłem po coś do zjedzenia.
Kurogane podziękował mu skinieniem głowy. Kolacja była na zimno, więc nie śpieszyło mu się. Skupił się na czarodzieju, który czując jego spojrzenie ciężko westchnął.
– Co teraz będzie? – Zapytał Fay bezradnie.
Kurogane nawet nie zauważył, kiedy przysunęli się do siebie i razem siedzieli na skraju łóżka.
– Na razie zostaniesz tutaj – powiedział cicho. – A potem… potem się zobaczy.
– Muszę udać się do Markartu – szepnął Fay patrząc w klepisko.
– Po co?
– A… Ashura powiedział mi kiedyś, że jeśli będę potrzebował pieniędzy, w tamtejszym banku założył konto na czarną godzinę – odpowiedział cicho czarodziej. – Nigdy nie chciałem z tego korzystać… ale teraz… Nie mam ani septima. Muszę tam pojechać.
– Musimy – uściślił Kurogane. Widząc zaskoczone spojrzenie Faya, dodał: – Nie myśl, że samemu cię tam puszczę. Nie po tym, co wyprawiali Renegaci. Wezmę wolne. Rikke i tak będzie redukować straż, jeśli to rzeczywiście koniec wojny, nie będzie trzeba tak dużo żołnierzy w gotowości przez cały czas.
– Mówią, że w rzece w Markarcie nie płynie woda, a krew i srebro – stwierdził zamyślony Fay. – Chyba mają rację…
Czarodziej niespodziewanie oparł się o niego, kładąc głowę na jego ramieniu.
– Próbowałeś ją ugasić, prawda? Dziękuję.
Kurogane coś odmruknął, zdając sobie sprawę, jak mocno bije mu serce. Żachnął się; czuł się jak jedna z tych szlachetnie urodzonych panienek, rumieniąca się pod byle spojrzeniem.
Cóż, pomyślał. Może w końcu trzeba się pogodzić z prawdą.
Z tym, że gdy za każdym razem myślał o przyszłości, widział w niej czarodzieja u swojego boku. Gdy rozmyślał o Liście Szlachetnych i nagrodzie, w marzeniach to Fay krzątał się po mieszkaniu, denerwująco pogwizdując…
Kurogane ledwo powstrzymał się od zakrycia twarzy dłonią. Jednak ten jasnowłosy idiota rzucił na niego urok.
– Zjedz kolację – odpowiedział zamiast wyznań, na które chyba nie był jeszcze gotowy. – I połóż się. Wiem, że nie zmrużyłeś oka. Ja… idę się przewietrzyć.
– Wróć szybko – szepnął Fay, a przez plecy Kurogane przeszedł dreszcz, gdy dłoń czarodzieja przypadkiem – albo i nie – musnęła jego własną.
Kurogane wyszedł z kwatery pośpiesznie. Niektórzy wciąż świętowali w sali biesiadnej, ale było już ich niewiele – większość żołnierzy wybrała zasłużony odpoczynek, wiedząc, że dobra wola dowódców skończy się przy porannej mustrze.
Dziedziniec był opustoszały. Kurogane wiedział, że odpoczywali ci, którzy brali bezpośredni udział w walce. Samotnia nie mogła jednak zostać bez ochrony, więc warta i naprawianie szkód przypadły tym, którzy w czasie bitwy pilnowali cywili czy Błękitnego Pałacu, dokąd Gromowładni nie doszli, chociaż byli już blisko.
Zmierzchało. Dym rozwiał się, ale zapach spalenizny wciąż był wyczuwalny. Kurogane długo omijał tamto miejsce. Najpierw podszedł pod bramę, którą właśnie naprawiano. Stał przez chwilę, wsłuchując się w stukot młotków i gwoździ, pokrzykiwania, uderzenia drewna o drewno, myśląc, z jaką łatwością potężne wrota ugięły się przed Dovakhiinem.
Z głównej ulicy uprzątnięto ciała. Kurogane podejrzewał, że zniesiono je do Komnaty Umarłych. Cześć z nich zostanie tam pochowana, część ciał zapewne odesłana… Mimo braku trupów, ziemię wciąż znaczyły brudnokrwawe ślady.
Tutaj ucierpiało kilka szyldów, stosy drewna opałowego czy jakiś wózek oparty o ścianę, mający pecha znaleźć się w środku bitwy. Właściwie i dalej straty nie były dotkliwe. Niechlubnym wyjątkiem była Dumna Wieżyca.
Czując ciężar amuletu w okolicach swojego serca, Kurogane w końcu stanął nad wygasłymi resztkami domu. Kamienne ściany, pokryte czarnym nalotem, częściowo stały, a częściowo już się zawaliły. Dachu nie było, a to, co znajdowało się w środku, było jedną wielką cuchnącą, rozpadającą się w rękach czernią.
Jakiś Gromowładny zobaczył szyld sklepu alchemicznego. Fay był zbyt zapracowany i zmęczony, by pamiętać o zaklęciach ochronnych, które wymagały odnowienia, a i ewakuacja była zbyt szybka. Wystarczyło wyrwać drzwi z futryny, roztrzaskać fiolki i alembiki i podpalić… Zapewne doszło do potężnej eksplozji, piętro prawdopodobnie zawaliło się od razu, ogień pochłonął wszystkie sprzęty…
Kurogane postąpił jeszcze krok i patrzył, próbując cokolwiek wypatrzeć, ale nadaremnie. Tu nie było już czego szukać. Zacisnął pięści i odwrócił się.
Fay nie mógł zostać w koszarach. Liczba łóżek i tak ledwo odpowiadała liczbie żołnierzy i chociaż stracili dzisiaj trochę ludzi – na szczęście nie był to nikt z bliskich znajomych Kurogane – i tak wkrótce Legion uzupełni braki. Zresztą, mieszkanie w tej ponurej klitce w pojedynkę było przygnębiające, a we dwójkę byłoby wręcz niemożliwe.
Kurogane wiedział, co musi zrobić. Wrócił do Zamku Dour i stanął przy Liście.
– Podskoczysz w rankingu – odezwał się cicho Ardiel stając za nim. Kurogane zerknął na dowódcę przez ramię; Ardiel nie lubił, gdy mu salutowano i za wykorzystywanie tego gestu poza oficjalnymi zbiórkami groził, a jakże, kartą wartą do świtu. Kurogane nie mógł już myśleć o tych czterech słowach oddzielnie. Elf doprowadził się do porządku i gdyby nie cienie pod oczami wyglądałby całkiem zwyczajnie. – Ciekawy jesteś, co u naszych jeńców?
– Trochę – mruknął Kurogane, chociaż w tej chwili Ulfryk i Dovakhiin byli daleko poza kręgiem jego zainteresowań.
– Góra debatuje, co z nimi zrobić – odparł Bosmer, obserwując go uważnie. – Obecnie najlepszym pomysłem jest chyba publiczny proces Ulfryka… A co do tego Smoczego Dziecięcia, to mają problem…
– A jak mu obiecacie tysiąc septimów za zaszycie się w jakiejś głuszy? – Rzucił Kurogane bez namysłu.
– Wiesz, że dobry pomysł – elf skrzywił lekko wargi. – Trzymanie bohatera w niewoli przyniosłoby nam drugie ogólnokrajowe powstanie. Może da się z nim dogadać. Jeśli będzie siedział cicho i nie przeszkadzał Cesarstwu, ludzie szybciej ochłoną.
– Szefie – powiedział cicho Kurogane, gdy elf już odchodził.
– Tak?
– Ile jeszcze mi brakuje, by być pierwszym na Liście?
Elf zatrzymał się i westchnął.
– Kryteria są podobno ściśle tajne – zastrzegł, ale w jego oczach coś błysnęło buntowniczo. – Pamiętaj, że to wymysł Rikke, innowatorki od siedmiu boleści… Wymyśliła sobie punkty. Dzisiaj sporo dostaniesz, to ci mogę obiecać, jak tylko Rikke dorwie się do swojego kajeciku… Nie mam dostępu do jej zapisków, ale… jesteś bliżej niż dalej.
– Dziękuję – odparł szczerze Kurogane.
Elf patrzył na niego i kiwnął głową ze zrozumieniem.
– Ósemka ci sprzyja – powiedział cicho. – Ale… powinieneś zastanowić się, czy Legion nadal będzie dla ciebie odpowiedni.
Kurogane poczuł nagły przypływ chłodu w stosunku do tego elfa.
– O czym ty mówisz? – Zapytał ostro.
– Nic złego nie mówię – Ardiel odezwał się łagodniej i ciszej. – Po prostu… Legion to miejsce dla samotnych. Jeśli chcesz dalej to ciągnąć… zastanów się. Wiem, co mówię, Kurogane. Jeśli naprawdę chcesz tego domu… a wiesz co mam na myśli, mówiąc dom… pomyśl o przejściu do standardowej straży miejskiej.
Kurogane zrozumiał. Kiwnął głową.
– Miałem kiedyś kogoś, kto był mi bliski – powiedział mu dowódca. – Służyła w armii tak ja jak. Któregoś dnia ja wróciłem z bitwy… a ona nie. Wpadła w pułapkę.
Odwrócił się i odszedł, pozostawiając Kurogane milczącego.
– A, zapomniałbym – Ardiel spojrzał przez ramię, a jego oczy zabłysły dziko. – Oni potem też wpadli w pułapkę. Umierali bardzo długo.
Stanął w drzwiach po cichu. Fay leżał skulony i gdyby Kurogane tak dobrze go nie znał, uznałby że śpi. Mimo to bez słowa podszedł do miednicy z wodą i opłukał twarz. Te kilka godzin wypoczynku pomogło na krótką metę i zdecydowanie musiał przespać całą noc.
Spojrzał niepewnie na czarodzieja. Ten, jakby wyczuwając krążące po głowie myśli, otworzył oczy i przesunął się lekko w stronę ściany, robiąc mu miejsce. A raczej połowę miejsca, biorąc pod uwagę wąskość łóżka.
– Nie próbuj wcisnąć mi kitu, że prześpisz się na krześle czy czymś tam – wymamrotał czarodziej bezbarwnym głosem. – Nie chcę, żebyś marzł.
Kurogane rzucił spojrzenie na nietkniętą tacę z jedzeniem i westchnął cicho. I jemu przeszedł apetyt. Zgasił jeszcze tlący się lampion postawiony na skrzyni i zdjął wierzchnią kamizelkę, zostając w zwykłej koszuli i spodniach.
W ciemnościach wsunął się pod nakrycia. Okazało się, że leżeć na plecach się nie dało, przynajmniej nie wygodnie, więc przekręcił się na bok, leżąc przodem do maga. Wzrok szybko mu przyzwyczaił się do mroku, więc dobrze widział smutną twarz czarodzieja.
Fay przysunął się do niego i Kurogane pozwolił mu wtulić się w swoje ciało. Otoczył maga ramionami i ukrył twarz w jasnych włosach. Kątem oka zobaczył wilgoć łez. Bez słowa wzmocnił tylko uścisk, pozwalając, by Fay wylał swój żal w jego ramionach.
To już nie był ten gwałtowny szloch, który słyszał, tuląc Faya do siebie przed płonącą Wieżycą, a bezgłośny płacz.
W końcu jednak łzy się skończyły, a smutek musiał ustąpić najzwyklejszej ludzkiej senności i Fay zasnął wtulony w niego. I Kurogane zamknął oczy, myśląc o słowach Ardiela i czując promieniującą ciepłem bliskość drugiej osoby.
Myślał jeszcze przez chwilę o ostatnich miesiącach, o służbie, o tajemnicy, która łączyła jego i Ashurę, a tuż przed zaśnięciem w jego umyśle pojawiła się taka myśl, że prawie poderwał się z posłania. Powstrzymał się tylko dlatego, by nie obudzić maga. Patrzył przed siebie i dopasował brakujący element układanki.
Jego ojciec mieszkał przez parę lat w Bravil. Stamtąd pochodził Ashura. Jeśli spotkali się przed urodzeniem Kurogane, to jego ojciec posiadał Srebrnego Smoka. A Ashura miał całą mapę…
Ponownie spojrzał na czarodzieja i westchnął. Nowina będzie musiała poczekać. Najważniejsze było zapewnienie magowi dachu nad głową… Kurogane podejrzewał, że czymkolwiek była ta tajemnica, miejsce na mapie utkanej z krwi i narkotycznych wizji, odebrała Ashurze życie. Nie mówił tego głośno, bo Fay wciąż żył nadzieją, ale pięć lat było szmatem czasu…
Pomyślał jeszcze o tym momencie w bitwie, gdy zawahał się, nim zadał śmiertelny cios. Mimo że wiedział, jak wielu Nordów miało takie niebieskie oczy, tamten mężczyzna przypomniał mu ciche, szeptane w ciemnościach opowieści o Yuui'm, ukochanym bracie bliźniaku Faya. O nim także słuch zaginął i to wiele lat temu.
Westchnął i zamknął oczy, chcąc jedynie czuć ciepło bliskiej osoby.
Następne dwa dni minęły jak sen; Kurogane wstawał chwilę przed rogiem oznaczającym pobudkę, wyplątując się z objęć czarodzieja i nie wiedząc, czy ma traktować to jako deklarację czegoś poważniejszego, czy nie i tylko uciekał zmieszany wzrokiem. Fay również nie kwapił się do postąpienia krok dalej; przesiadywał w koszarach albo szedł na zgliszcza Wieżycy, by tam stać i patrzeć smętnie na jej pozostałości, a mijający go przechodnie zawsze mieli dla niego dobre słowo.
Czasami aż za dobre.
– Muszę się z nim zobaczyć – przekonywała gorliwie Vivien, stojąc przed drzwiami do koszar. Na swoje nieszczęście trafiła na wartę Kurogane.
Wojownik zmierzył ją nieprzychylnym spojrzeniem. Powszechnie uważano młodą Bretonkę za ładną, chociaż on uważał, że nie ma w niej nic przykuwającego uwagę. No, może poza przesadnie eksponowanymi, jędrnymi piersiami. Oczy miała szare, włosy brązowe.
– Nie sądzę – odparł spokojnie, chociaż miał ochotę wykopać ją z dziedzińca. – On potrzebuje… spokoju.
– I na pewno towarzystwa – Vivien uśmiechnęła się szeroko i gdyby Kurogane nie trwał w skomplikowanej relacji z pewnym czarodziejem, może i by zrobiło to na nim wrażenie. – Jestem pewna, że Fay doceni towarzystwo osoby równie wykształconej i... Mającej podobne zainteresowania. Wśród… żołdaków musi się straszliwie nudzić – dodała, patrząc mu śmiało w oczy, a Kurogane przeklął ją w myślach.
Szukając gorączkowo odpowiedzi na tę jawną prowokację, spojrzał na zamiatającą rzęsami alchemiczkę z zamyśleniem. Zaraz potem jego usta wykrzywił złośliwy uśmieszek.
– Myślę, że biorąc pod uwagę, co stało się z jego sklepem – zawiesił głos, by Vivien wyobraziła sobie płonące, rozlane mikstury. – Ma pewien… uraz do alchemii i ją uprawiających.
Do ciebie to miał uraz i bez tego, dodał w myślach, patrząc jak Bretonka marszczy brwi. Nie zdążyła jednak wymyślić riposty, bo dostrzegł ją Ardiel pojawiający się na dziedzińcu.
– Cywile mają zakaz wchodzenia na teren Zamku Dour, proszę natychmiast opuścić dziedziniec – rzucił stanowczo. Kurogane doskonale wiedział, że elf właśnie wymyślił ten zakaz. – W innym wypadku jestem zmuszony panią zatrzymać.
Vivien zatrzepotała rzęsami, zapewniła słodkim głosem, że już jej nie ma i odeszła, rzucając wściekłe spojrzenia Kurogane.
– Nienawidzę tej małej suki – mruknął elf, stając obok niego. – Alchemiczka z niej gówniana, a stara Angelina próbowała już siedem razy wżenić ją do dowództwa. Jak się nie udało, zaczęła ślinić się do twojego Faya, bo jemu interes idzie… szedł… znakomicie, nie to co starej.
– Mojego? – Zapytał zmieszany Kurogane.
Elf rzucił mu pełne politowania spojrzenie.
– Proszę cię. Myślisz, że ktokolwiek myśli, że was nic nie łączy? Astav zaczął już zbierać zakłady.
– Zabiję gnoja – mruknął Kurogane dla zasady.
– Ucieszę się – Ardiel zmierzył go zamyślonym spojrzeniem. – Nie wiem jak jest w Cyrodil, ale w Skyrim na ogół nikt was nie potępi.
–Mogę wziąć kilka dni wolnego? – Zapytał Kurogane.
– Bierz – elf kiwnął głową. –I tak miałem to proponować. Tulius zamierza niedługo wracać do Cesarskiego Miasta, chce zabrać ze sobą trochę ludzi. Co zrobisz?
Kurogane dopiero po chwili zrozumiał, o co Ardiel pyta. Zawahał się. Elf tylko uśmiechnął się i nie czekając na odpowiedź wszedł do koszar.
Kurogane poczekał do zmierzchu, aż zakończy się jego warta i wrócił do siebie. Zamyślony wszedł do swojej kwatery i zamknął drzwi, a potem aż zamrugał ze zdziwienia, bo dłonie czarodzieja niespodziewanie splotły się na jego karku, a Fay przytulił się do niego. Uśmiech pojawił się na twarzy żołnierza, chociaż ukrył go, chowając się w jasnych włosach.
– Mam nadzieję, że nie doprowadziła cię do szału – mruknął Fay. – Mogłeś jej powiedzieć, że… jak to szło? Że w towarzystwie żołdaka bawię się znakomicie.
– Podsłuchiwałeś? – Kurogane uniósł brew.
– Powiedzmy, że przechodziłem blisko drzwi – odparł dyplomatycznie Fay z błyskiem w oku.
A potem po prostu pociągnął Kurogane w dół i pocałował.
Kurogane z zadowoleniem odwzajemnił pocałunek, a gdy oderwali się od siebie, by zaczerpnąć powietrza, pomyślał jeszcze przelotnie, że oto jego los został przypieczętowany. I już wiedział, co odpowie Ardielowi następnym razem.
