Najkrótszy dotychczas, praktycznie niepotrzebny rozdzialik, jednak mam do niego pewien sentyment ;) Przy okazji propozycja dla Was. Jako, że na prawdę na moje opowiadanie jest większy odzew niż kiedykolwiek się spodziewałam otrzymać, to domyślam się że Wam się podoba. Muszę się tego w większości domyślać, bo nie komentujecie! Stąd też moja propozycja. Jeżeli rozdział ten skomentuje więcej niż 15 osób wrzucę nowy za dwa tygodnie a nie za miesiąc. ;) Jeżeli zdarzyło by się że (prawie) wszyscy śledzący i lubiący odważyli by się skomentować (jest Was ponad 30, wymagam tylko 30 ^^) to wrzucę nowy rozdział za tydzień ;p A tymczasem miłego czytania ;)


ROZDZIAŁ 9

Następnego dnia wcześnie rano Harry był umówiony z Aną na zakupy w Paryżu. Ojciec wręczył mu kartę z, jak stwierdził, nieograniczoną ilością mugolskich pieniędzy; co Ana z pewnością będzie chciała wykorzystać. Spotkali się w kawiarence w małej miejscowości w Alpach, w których chłopak mieszkał od początku wakacji. Dziewczyna bywała już wcześniej w magicznej części stolicy Francji, wobec czego znała rozkład tamtejszych ulic oraz podstawy języka. Postanowili jednak użyć zaklęcia tłumaczącego, które mimo że nie idealne, zapewniało jednak komfort zakupów zarówno po stronie magicznej jak i mugolskiej. Ana wzięła sobie za punkt honoru słowa Lorda Voldemorta, który kazał jej sprawić żeby jej syn wyglądał na pochodzącego z dobrego rodu bogatego młodzieńca. Harry uważał, że po prostu ma przerąbane.

- Ana... Anabelle proszę cię!

- Ale o co ci chodzi? - zapytała dziewczyna ciągnąc go do kolejnego sklepu w dziesięciopiętrowym magicznym centrum handlowym.

- Ana zlituj się. Przeszliśmy już 5 pięter. Zapewniłaś mi i sobie zapas ubrań na najbliższe 10 lat i setkę uroczystości!

- Oj Kserten. Jeszcze tylko trochę. Muszę jeszcze znaleźć buty do tej zielonej sukni i do tej żółtej garsonki i...

- Ana! - przerwał jej chłopak – Jestem padnięty! Albo w tej chwili idziemy coś zjeść, albo biorę kartę i wracam do domu.

- Och, aleś ty marudny. No dobra, tam na końcu mamy jakiś fastfood.

- Cokolwiek kobieto, cokolwiek.

- Ale pójdziemy później na mugolską stronę? - spytała dziewczyna uśmiechając się słodko. Kserten pomyślał że jest zbyt uległy, bo widząc ten uśmiech nagle przestały boleć go nogi.

- Nie wiem jak takie maleństwo może mieć taką wytrzymałość – mruknął, za co dostał w tył głowy z siłą, o którą nigdy by owego maleństwa nie podejrzewał.

- Tylko nie maleństwo! - krzyknęła oburzona Anabelle – to że urosłeś kilka cali przez eliksiry to nie moja wina!

- Nie złość się, chodź jeść. - pociągnął protestującą dziewczynę za rękę. - I do mugoli idziemy jutro. Widziałem niedaleko centrum hotel, przenocujemy tam bo myślę, że przy teleportacji zgubiłbym nogi.

Tak, jak Harry zapowiedział, po kolejnych paru godzinach szaleństwa w centrum i okolicznych uliczkach, udali się do hotelu i zamierzali zamówić dwa jednoosobowe pokoje. Na szczęście, lub nieszczęście Harry'ego, Ana stwierdziła że śmiertelnie boi się spać w nowych miejscach i zmusiła go by wziął apartament małżeński, przypominając mu o nowo odkrytej, lecz głęboko zakorzenionej klaustrofobii.

- Ciekawe, że w milionach przymierzalni nie miałaś klaustrofobii. - mruknął chłopak prowadząc dziewczynę pod rękę do pokoju. Jednak kiedy tylko otworzył drzwi, zgodził się z wyborem Any. Przeszedł przez olbrzymi salon z jeszcze większym balkonem i rzucił na ogromne łoże małżeńskie. Postanowił poprosić ojca o takie do ich zamku. Po chwili wstał i ruszył do łazienki, w czasie kiedy Ana przywracała normalny rozmiar ich zakupom. Wychodząc z łazienki postanowił nigdy więcej nie iść z żadną kobietą na zakupy.

- Ana? Ana gdzie jesteś? - zawołał próbując ominąć stosy toreb z ubraniami, butami i dodatkami. - Anabelle?

- Tutaj, już to pomniejszam z powrotem. Muszę pamiętać o kupnie większej szafy – wyłonił się głos gdzieś z czeluści pokoju.

- Szafy? Chyba całego skrzydła zamkowego przeznaczonego na garderobę. - chłopak zaczął pomniejszać wszystkie torebki dzieląc je na zakupy swoje i Any i wrzucając do odpowiednich kartonów, które transmutowała dziewczyna z chusteczek. Kiedy skończyli poszedł do łóżka a dziewczyna skierowała się do łazienki. Niedługo później światło zgasło i w pokoju zapadła totalna ciemność. Po chwili Harry poczuł jak malutkie ciałko wtula się w niego. - Ana? Ograniczasz moją przestrzeń osobistą. - mruknął niepewnie.

- Oj nie bądź taki. Zimno mi.

- Przynieść ci koc? Albo rzucić zaklęcie?

- Och ale ty niedomyślny.

Chłopak poczuł jak dziewczyna przesuwa się w górę a po chwili jak trąca go noskiem w policzek. Odwrócił głowę w jej stronę a dziewczyna uznając to za przyzwolenie pocałowała go delikatnie w usta, czekając na jego reakcję. Kserten nie spodziewał się tego co poczuł, ostatni a zarazem jedyny pocałunek jaki przeżył zaliczał do bardzo nieprzyjemnego uczucia, teraz natomiast przeszedł go przyjemny dreszczyk. Przełożył rękę dziewczynie pod głowę, drugą położył jej nad biodrem i przyciągnął delikatnie do siebie odwzajemniając pocałunek. Ana objęła jego twarz rękoma i trąciła językiem usta chłopaka, ten odpowiedział na jej pieszczotę tym samym a ich języki splotły się w delikatnym, namiętnym tańcu.

- Anabelle? - przerwał pieszczotę Kserten – Co ty właściwie robisz?

- Wiesz, myślałam że jesteś bardziej domyślny. - zaśmiała się cicho dziewczyna – Czy to nie oczywiste? Podrywam syna wielkiego Lorda Voldemorta.

- Nie sądzisz że znamy się zbyt krótko na romanse?

- Będziemy mieć jeszcze mnóstwo czasu na poznawanie się. Nie podobam ci się? - spytała smutno, lekko się odsuwając. Kserten przyciągnął ją jednak do siebie i pocałował lekko w nosek.

- Podobasz, nawet bardzo, nie mam po prostu doświadczenia w związkach ani żadnych sprawach z nimi związanych.

- Ja też nie – zaśmiałą się Ana. - Miałam nadzieję zdobyć te doświadczenie z tobą.

Harry zasypiał szczęśliwy, w objęciach trzymając cudowną, kruchą istotę. Zdecydował że coraz bardziej podoba mu się bycie synem Lorda, szczególnie kiedy poczuł jak ojciec delikatnie naciska mu na umysł prosząc o rozmowę lub chociaż informacje gdzie są i czy wszystko w porządku. Tak, Kserten był po prostu szczęśliwy będąc synem Czarnego Pana.

Tak samo dobrze zaczął się następny dzień. Chłopca obudziło coś, czego nie mógł określić. Dopiero kiedy otworzył oczy zobaczył wpatrującą się w niego błękitnooką dziewczynę. Przeciągnął się i zerknął na zegar na ścianie, po czym jęknął i zakopał się z powrotem pod kołdrę.

- Wstawaj śpiochu – dziewczyna potrząsnęła nim. - No wstawaj – dodała głośniej przy braku reakcji.

- Idź sobie potworze. Jest 6 rano! Jestem pewien że śniadanie podają tu po 10.

- No chodź. Zjemy w jakiejś kawiarence. Cały mugolski Paryż przed nami.

- Nigdzie nie idę wredna jędzo. Chce spać! - Chciał protestować dalej ale Ana stanowczym ruchem zerwała z niego okrycie. - Osz ty jedna... - pociągnął dziewczynę rzucając nią na łóżko i oparł się na niej. - I co teraz? - spytał. - A może masz łaskotki? - zapytał szeptem na co dziewczyna zaczęła się w panice szarpać.

- Nie mam! Wcale a wcale. Proszę nie – zaczęła kwiczeć na widok zbliżającej się do jej pachy ręki Ksertena. Drugą ręką unieruchomił jej nadgarstki więc miał doskonałe pole do popisu. - Proszę nie. Dam ci jeszcze poleżeć.

- Teraz to już po ptakach – Harry'emu poszerzał się sadystyczny uśmiech na widok jej paniki. - Co mi dasz jeśli puszczę cię wolno?

- Pozwolę się pocałować. - odparła ugodowo dziewczyna.

- Pozwolisz powiadasz? Myślę, że nie potrzebuje twojego pozwolenia. - powiedział pochylając się i całując ją delikatnie w szyję. - Ale dobrze, puszcze cię tym razem. - wstał szybko z niej ignorując zawiedziony jęk. - Idę pod prysznic, zamów proszę wcześniejszy posiłek. Jestem piekielnie głodny.

- Żarłok! - Ana rzuciła w niego poduszką której zręcznie uniknął

- Maleństwo – odparł z szerokim uśmiechem uciekając do łazienki.

Po śniadaniu ruszyli pod rękę w stronę mugolskiego Paryża. Harry był przerażony zdolnością dziewczyny do odnajdowania różnych maleńkich sklepików, w których mimo braku miejsca były tysiące ubrań. Koło południa podniósł protest i zażądał odpoczynku.

- No chyba nie jesteś znowu głodny! - Ana była wyraźnie naburmuszona

- No właśnie, że jestem. Kobieto wysysasz ze mnie wszelkie siły życiowe. Nawet po pojedynkach z ojcem nie jestem taki wykończony, a to tylko zwykłe zakupy!

- Tylko byś jadł i jadł. Ile można?

- Ty żyjesz powietrzem, ja żyję za to jedzeniem. Niestety taka kolej rzeczy.

- Oj tam powietrzem od razu. Po prostu nie jem tyle co ty.

- Dobra skończmy temat bo mówiąc o jedzeniu wcale nie czuje się bardziej najedzony. - Harry wziął od Any ostatnie zakupy, których jeszcze nie mieli gdzie i kiedy pomniejszyć i skierował się do jednej z restauracji które zauważył po drodze.

Popołudniowa sesja tortur upłynęła Harry'emu pod znakiem oczekiwania na koniec. Cieszył się co prawda wolnym od nauki i dobrym towarzystwem ale uznał że Anabelle ma jednak coś z szaleństwa swojej matki. Dotarli do Alp i tam mieli się pożegnać. Chłopak dostał zakaz przyprowadzania kogokolwiek do chaty jego ojca, a z zamku jednak zbyt daleko trzeba by było się taskać a i oficjalnie nie mógł się jeszcze tam pojawiać. Wręczając Anie jej karton z zakupami pocałował ją delikatnie i uśmiechnął.

- Spotkamy się za kilka dni w Hogwarcie. Dziękuje za zakupy.

- Tak, tak, wiem że już nigdy więcej ze mną na żadne nie pójdziesz. - odparła dziewczyna z uśmiechem

- Nie będę zaprzeczać. Jesteś trochę szalona w tym zakresie. Zmykaj Maleństwo. - Roześmiał się na widok oburzonej miny swojej chyba-dziewczyny i sam teleportował nim zdążyła ponownie pokazać mu swoją siłę.

- Jak było? - Lord nawet nie dał mu wejść do salonu i od drzwi przywitał go z ojcowsko-ciekawskim uśmiechem. Kserten wybuchnął śmiechem.

- Nigdy nikt by mi nie uwierzył, gdybym mu powiedział że wielki Lord będzie mnie wypytywał o wypad z dziewczyną.

- Z dziewczyną? Co wyście tam robili? - Tom nie dał się zwieść i dążył nadal do wydobycia informacji z syna.

- Szpieg byłby z ciebie kiepski ale dzięki za troskę. - Harry nie zamierzał ustępować ojcu – Idę się położyć. Jutro wracamy do treningów?

- Tak tak. I tak to z ciebie wyciągnę!

- Nie zapominaj że to ty mnie uczyłeś oklumencji. - odparł chłopak – Więc naprawdę życzę powodzenia. A było bardzo przyjemnie. Nie bój się, na razie nie zostaniesz dziadkiem, ale niedługo... Któż to wie. - i zwiał nim Tom zdążył wydukać jakąś odpowiedź. Słowo „dziadek" nie występowało najwyraźniej w jego słowniku i nie potrafił dopuścić myśli, że kiedyś by mogło się jednak pojawić. Póki co „ojciec" to i tak wystarczająco dużo jak na niego.