Merlin czekał na nich na polanie, nerwowo drepcząc tam i z powrotem w świetle zachodzącego słońca.

- No, jesteście nareszcie! - zawołał, rzucając się do miejsca, w którym zostawił swoją ciężką, skórzaną torbę i unosząc ją. - Już zaczynałem się martwić, że coś się stało – że zmieniliście zdanie i mnie nie uprzedziliście, albo Artur odkrył kim jesteście-

- Powiedzieliśmy mu – wpadł mu w słowo Dean. - Wszystko gra.

Merlin popatrzył na niego, jakby Dean właśnie oznajmił, że Artur dorabia na stronie jako prostytutka.

- Powinieneś nieco bardziej mu ufać – dodał Sam, klepiąc Merlina po ramieniu. - Masz nasze ciuchy?

Merlin kiwnął głową tępo, podając im torbę.

- Dzięki – rzucił Dean.

- Co... co powiedział? Jak- Czy on szedł za wami? - zapytał Merlin, skanując wzrokiem las za ich plecami.

- Nie, nawet sprawdziliśmy – uspokoił go Sam.

Oczy Merlina zalśniły złotem przez chwilę, ale zdaje się, że mieli rację, bo mag rozluźnił się nieco. Opowiedzieli mu jak przebiegła ich rozmowa z Arturem, przebierając się jednocześnie w swoje normalne ubrania.

- Nie powinniście byli tego robić – rzekł Merlin. - Teraz będzie... ciekawski. Zacznie zadawać pytania.

- No i dobrze – odparł Dean.

- Zrobiliście to, by mnie zmusić do przyznania się! - oskarżył ich Merlin. - Nie mieliście prawa!

- Hej, możesz dalej go okłamywać, jak chcesz – odciął się Dean. - Ale posłuchaj dwóch ludzi, którzy mówią z własnego doświadczenia – Przeznaczenia łatwiej znieść, kiedy się wie o co w nich, kurwa, chodzi.

- Ja wiem co jest naszym przeznaczeniem, to wystarczy! - odkrzyknął Merlin.

- Doprawdy? - zapytał go Sam. - Sam mi to powiedziałeś – jedyni znani Arturowi magowie to, ci, którzy nastają na jego życie. Nie widzi dobra w magii, bo dobrzy magowie się go boją... łącznie z tobą.

- Ja się nie boję Artura – upierał się Merlin, choć nie chciał spojrzeć im przy tym w oczy.

- Boisz się, że go stracisz – powiedział mu Sam. - Jedno i to samo.

Merlin nie odpowiedział, zamiast tego zaczął wpychać ich kamelotowe ubrania do torby. Dean i Sam porozumieli się spojrzeniem i postanowili wspólnie, że w tym miejscu rozmowę tę mogą zostawić.

Po całym tygodniu w Kamelocie dziwnie było Deanowi zobaczyć Sama w jeansach i koszuli w kratę. Starszy łowca pomyślał sobie, że kiedy po raz pierwszy pojawili się w merlinowej izbie musieli wydać się chłopcu bardzo dziwaczni. Przez moment czuł się jak nie z tego świata.

Potem Merlin spojrzał w niebo i krzyknął, nagle niskim i ochrypłym głosem: "O drakon, e mala soi ftengometh tesd'hup anankes! Erkheo!" No i nie ważne, pomyślał Dean, to dopiero jest nie z tego świata.

- Co to było? - zapytał ostrożnie.

- Potrzebuję pomocy smoka, żeby was odesłać z powrotem – odparł Merlin. - Wspominałem już, że jestem smoczym panem?

- Nie – odrzekł Sam.

Merlin uśmiechnął się.

- Będzie tu za parę chwil.

- Hej, to co, między nami wszystko gra, co, Merlin? - odezwał się Dean. - Wiem, że jesteś na nas zły, ale – no cóż, fajnie nam tu było przez ten tydzień, i ogólnie jesteś w porządku.

- Tak, naprawdę wspaniale było cię poznać – dodał Sam. - Gdybyś nas jeszcze kiedykolwiek potrzebował, tylko... cóż, tylko przyzwij nas znowu.

- Ale obiecuję, że następnym razem nie będziemy już tak się o to wściekać – dodał Dean.

Merlin roześmiał się.

- Dzięki, ja... myślę, że macie trochę racji, jeśli chodzi o Artura, tylko... chyba przyzwyczaiłem się do życia w pewien konkretny sposób, i myśl o jakichkolwiek zmianach...

- Jest piekielnie przerażająca – dokończył Dean. - Taaa, znam to.

- Ale twoje życie będzie się zmieniać bez względu na to, czy tego chcesz, czy nie, na lepsze, albo na gorsze – powiedział Sam. - Nie sądzisz, że lepiej byłoby mieć nad tym choć trochę kontroli?

Nagle, polanę omiótł wielki cień i Dean uniósł głowę, by zobaczyć ogromne stworzenie opadające z ciemniejącego nieba. Nie przypominało tych smoków, z którymi z Samem walczyli, to na pewno. Nie przypominało nic, co Dean widział w całym swoim życiu poza filmami.

- Oż cholera – wymamrotał Sam i Dean musiał się z nim zgodzić. Merlin uśmiechnął się tylko i poszedł stanąć centralnie pod ogromnymi szczękami smoka.

- Dobry wieczór, młody Magu – zaryczał nisko smok.

- Ja pierdolę, on potrafi mówić – szepnął Dean.

- W rzeczy samej, Wojowniku – odparł smok.

- Dean, Sam, chciałbym, żebyście poznali Kilgarrę – przedstawił go Merlin, wciąż stojąc nieco za blisko niego jak na gust Deana. - Kilgarro, to Dean i Sam.

Smok, Kilgarra, skłonił głowę na powitanie, na co Sam pomachał mu nieco niezbornie.

- Uh, miło cię poznać, chyba – dodał Dean.

- Obiecałem wojownikom, że wyślę ich z powrotem do ich świata, kiedy wszystkie potwory zostaną wybite – oznajmił Merlin. - Proszę cię, powiedz, że wiesz jak mam to zrobić.

- Czekaj, znaczy, że ty nie wiesz jak?! - Dean wbił w Merlina ostre spojrzenie.

- Może... tak nie do końca – Merlin uśmiechnął się przepraszająco.

- Boże, naprawdę jesteś kłamliwym sukinkotem - powiedział Dean.

- Nie obawiajcie się, Wojownicy – powiedział Kilgarra. - Ja mogę was wysłać do domu, ale musimy wszyscy dołożyć się do zaklęcia.

- Um, Dean i ja, nie jesteśmy magami – odezwał się Sam. - Znaczy, czasem wykonujemy jakieś proste zaklęcia, ale nie takie jak Merlin.

- To prawda, ale nie wasza magia jest nam potrzebna, tylko waszego smoka – odparł Kilgarra.

- Macie smoka?! - spytał Merlin z nadzieją.

- Nie – odrzekł Dean. - Nie mamy smoka. Od lat już żadnego nie spotkaliśmy, a jak spotkaliśmy, to akurat próbował nas zabić.

Merlin oklapł. Kilgarra, jednakże, obniżył łeb i spojrzał na nich zmrużonymi oczami, jakby nad czymś się zastanawiał... Dean miał szczerą nadzieję, że nie nad zjedzeniem ich.

- Być może używacie innego słowa – zastanowił się smok. - Mam na myśli uskrzydloną istotę. Wyczuwam na was jego znak.

- Castiel? - zgadywał Sam. - Czy ty- On chyba mówi o Casie!

- Ale Cas jest aniołem – nie zgodził się Dean.

- Co to anioł? - zapytał Merlin.

- Myślałem, że legenda arturiańska bazuje na Chrześcijaństwie – mruknął do siebie Sam.

- Zdaje się, że nie tutaj i może skupilibyśmy się na bieżącym problemie! - wciął się Dean, wskazując na ogromnego, kurde, smoka.

- No tak, um, dobra... więc, my nie możemy... uh... Nie sądzę, żeby Cas nas usłyszał z tego świata – powiedział do Kilgarry Sam.

- Od tego właśnie jestem ja i Merlin – odparł smok. - My otworzymy barierę między naszymi światami na tyle szeroko, żebyście mogli przez nią przejść. Wtedy Cas musi ją poszerzyć do końca i przyjść po was.

- A jak to nie zadziała? - zapytał Dean.

- No, Artur chciał nas zrobić rycerzami, nie? - pocieszył go Sam. Dean zaśmiał się bez humoru.

- A może tak spróbujemy i potem będziemy się martwić co dalej? - zaproponował Merlin.

- No dobra, okej, zróbmy to. - Dean kiwnął głową.

Smok obniżył łeb i chuchnął na Merlina, który tylko stał tam, tylt tylko, że zamknął oczy.

- Okej, trochę paskudne – skomentował Dean. Kilgarra przestał i spojrzał na niego wilkiem.

- On tak uczy mnie zaklęć. - Merlin wzruszył ramionami. - Są po prostu... wkładane do mojej głowy, jakbym je znał od zawsze.

- Znasz je. Ja tylko prowadzę twój świadomy umysł do tej schowanej wiedzy – wyjaśnił Kilgarra. - A teraz, czas już zaczynać.

Z tymi słowy obaj z Merlinem ustawili się tak, żeby mieć w zasięgu wzroku całą polanę. Merlin gestem wskazał braciom, żeby stanęli przed nim, nieco z boku.

- Uh, jeśli nie będę miał szans, żeby to powiedzieć jak już zaczniemy – odezwał się chłopak z uśmiechem, - chciałem tylko... cóż, podziękować wam, za wszystko, i żebyście wiedzieli, że to był zaszczyt, móc was poznać. - Następnie wyciągnął ręce, otworzył dłonie, i razem ze smokiem zaczęli wymawiać inkantację w języku, którego Dean w ogóle nie mógł sobie umiejscowić, a oczy ich obu zaczęły lśnić złotem. Złote pasma, zdawałoby się, popłynęły od Kilgarry przez Merlina. Dean zorientował się, że mag był w tej operacji kolektorem. Koncentrował całą smoczą i swoją magię w jeden punkt.

Przed nimi powietrze zaczęło falować – jak gdyby ktoś rzucał kamyki do pionowego jeziora. Sam szturchnął Deana pod żebrami.

- Cas - załapał Dean i zaczął mówić. - Yy, mam wielką nadzieję, że mnie słyszysz. Zostaliśmy przyzwani do innego świata i potrzebujemy cię, żeby wrócić. Z tej strony drzwi są uchylone, ale ty musisz je otworzyć do końca, żebyśmy mogli dostać się do domu.

- Castielu – podjął dalej Sam. - Jesteśmy zaraz za murami Kamelotu, jeśli to ci coś mówi. Są z nami Merlin i smok. Um... proszę, pomóż otworzyć te drzwi?

Merlin recytował wciąż, i słuchał jak bracia wzywają swojego anioła-smoka. Było to wezwanie tak różne niż to, którego on sam używał dla Kilgarry, że jakaś część jego bała się, że Sam i Dean mogli mieć rację i wcale nie posiadać smoka. Ciekaw był, czy by mu wybaczyli, gdyby zostali uwięzieni w Kamelocie na zawsze. I czy po jakimś czasie nie wyjawiliby jego sekretu Arturowi... po tym próbował się już skupić na inkantacji, a nie na tym, że ta myśl jakąś jego część cieszyła.

- Dean, Sam. - Nagle, głęboki głos wypełnił polanę. Merlin poczuł jak jego kości drgają w rezonansie i nagle ręce też zaczęły my się trząść, ale ze strachu.

- Cas! - odkrzyknął Dean wyraźnie uszczęśliwiony, choć chłopak nie mógł sobie wyobrazić, żeby on sam kiedykolwiek poczuł radość na dźwięk głosu tak przerażającego. - Stary! - kontynuował Dean. - Otwórz no te drzwi trochę szerzej, co?

- Zamknijcie oczy – rozbrzmiał znowu głos Casa.

Powietrze zadrgało jeszcze mocniej, a w samym centrum drgań pojawiło się światło, jak gdyby otwierali tu drzwi do słońca. Merlin nie mógł w nie patrzeć.

- Cholera, chyba jest tu swojej prawdziwej postaci – powiedział Sam. - Merlinie! Smoku! Zamknijcie oczy!

Niemożność wzrokowego sprawdzenia postępów zaklęcia bardzo przeszkadzała, ale nawet gdy zacisnął powieki, światło paliło Merlina w oczy.

- Żegnaj, Merlinie! Było fajnie – zawołał do niego Dean.

- Życzę szczęścia! I przemyśl to, o czym mówiliśmy – dodał Sam.

Merlin bardzo chciał się pożegnać, ale czuł zbierający mu się na czole pot i wiedział, że jeśli rozproszy się nawet tak minimalnie, to zrujnuje całe zaklęcie. Sama tkanka świata buntowała się przeciw jego utrzymaniu, przeciwko tej wyrwie w barierze dzielącej dwa światy.

I nagle, to oślepiające światło zgasło, a polana pogrążyła się w zwyczajnym półmroku zmierzchu. Kilgarra przestał skandować i Merlin poczuł jak opuszcza go smocza magia. Otworzył oczy.

Nie mógł zobaczyć nawet własnych dłoni, tak bardzo oślepił go blask z bariery.

- To nie był smok – oznajmił, czując wciąż jak serce wali mu w piersi. Sama obecność tamtej istoty natchnęła go czystym strachem, a Dean przywitał ją jak przyjaciela z karczmy.

- Nie - przyznał Kilgarra.

- Czekaj, czy ty właśnie przyznałeś, że się myliłeś? - Merlin odwrócił się spojrzeć na niego. W miarę jak jego oczy przyzwyczajały się do ilości światła na polanie, widział coraz więcej. Teraz dojrzał dwoje płonących nad sobą oczu.

- Zaklęcie zadziałało, miałem rację – upierał się Kilgarra.

- Ale myliłeś się, bo nie mieli smoka – odparł Merlin ze śmiechem. - Przyznaj to, ty arogancka jaszczurko.

- Nigdy nie twierdziłem, że jestem nieomylny – oznajmił Kilgarra wyniośle. - Lepiej wracaj już do Kamelotu, młody magu. Niedługo Artur zacznie coś podejrzewać.

Merlin poczuł jedynie podmuch, gdy smok załopotał skrzydłami i wzniósł się w nocne niebo. Następnie Kilgarra zawrócił i poleciał w stronę księżyca. Zapewne dlatego, że – tak jak Merlin – nie widział nic innego.

Merlin zdołał odnaleźć swoją torbę, a także miecze, których używali Dean i Sam. Na szczęście znał tę część lasów jak własną kieszeń. Był w połowie drogi do Kamelotu zanim jego oczy zupełnie przyzwyczaiły się do mroku.

Wśliznął się do jednego z tajnych tuneli na wypadek oblężenia, żeby odnieść miecze do zbrojowni zanim ktoś go zobaczył i zaczął zadawać pytania. Zalała go fala nagłej tęsknoty, gdy odkładał poobijane miecze na zapomniany stojak z tyłu pomieszczenia. Dobrze było mieć kogoś poza Gajuszem, kto znał jego sekret.

Może, myślał sobie, może ich nie doceniał, nawet świadom ich prawdziwej tożsamości. Na polanie przywołali do siebie stworzenie – dobrego ducha, poprawił się, przypominając sobie historie. Przywołali ducha tak wielkiego, że jego głos wprawił całe ciało Merlina w drżenie, ducha tak jasnego, że nie sposób patrzeć na niego – i rozkazali mu prostymi słowami, nie, nie rozkazali, po prostu z nim rozmawiali. Oni poprosili, a duch postanowił usłuchać! Jakąż mocą musieli dysponować...

Nawet poprawili Kilgarrę. Merlin zaśmiał się cicho. Chociaż, pomyślał, smok miał niby trochę racji – przecież nigdy nie mówił, że jest nieomylny.

„Więc czemu robisz, co mówi, jakby był?" odezwał się cichy głosik z tyłu głowy Merlina. Chłopak nie potrafił określić, czy głosik ten narodził się za sprawą braci, czy też Artura, ale tak czy inaczej sprawił, że zamarł. „Nie sądzisz, że lepiej byłoby mieć nad tym choć trochę kontroli?" usłyszał głos Sama.

Merlin potrząsnął głową próbując przekonać samego siebie, że bracia po prostu nie rozumieli, ale ta myśl uczepiła się go i nie chciała odejść, męcząc go całą drogę do komnat Artura.

/txtbreak/

... Tak, tutaj następuje koniec. Wiem, wiem, wszyscy chcielibyśmy zobaczyć pozytywny wpływ Sama (i Deana) na Merlina w postaci wyznania, ale tego w oryginale tej historii nie ma, więc możemy sobie co najwyżej dośpiewać, jak się ono ułoży. Albo nie, co kto woli.

Chyba że ktoś naprawdę by chciał i wtedy mogę poszukać jakiegoś reveal!fic do przetłumaczenia. Jestem otwarta na wszelkie propozycje :)

Dziękuję wszystkim za fav i komentarze - były moją motywacją do lepszej i szybszej pracy, bo zaufajcie mi, że nic nie cieszy autora, nawet tłumaczenia, jak pozytywny, czy w ogóle jakikolwiek kontakt z Wami.

A następna - sabrielowa historia! Dość długa, chociaż nie tak jak to. Do zobaczenia wtedy, mam nadzieję ;)