What kind of fool was I

Cause I believed in every word you said

And now I wonder why

Zanim Mori odzyskała wzrok, poczuła chłodny metal na swojej szyi i mocne ramię, które zaciskało się na jej talii. Usiłowała się wyrwać, ale gdy ostrze mocniej przylgnęło do jej skóry, niemal tnąc skórę, zamarła przerażona.

Powoli odzyskiwała wzrok. Pierwsze, co zobaczyła, to ten chłopak, który ich śledził. Wciąż leżał nieprzytomny. Miała nadzieje, że go nie zabiła. Katara jakimś dziwnym trafem trzymała Savi za jasne włosy, teraz brudne od ziemi i pełne liści i gałązek. Wysoki chłopak, z którym walczyła, musiał zapewne trzymać ją. A trzeci nieznajomy mężczyzna chwytał Erina za koszulę na plecach, jej przyjaciel miał na twarzy liczne poparzenia i siniaki.

Mężczyzna puścił Erina, a potem popchnął do przodu. Mori obserwowała, jak jej przyjaciel pada twarzą na ziemie, bojąc się ruszyć. Zbyt dobrze czuła nóż na szyi i przytrzymujące ją ramie.

- Może chwilowe zawieszenie broni? - zapytał, spoglądając na Mori z nożem na szyi i Savi, która klęczała na ziemi, trzymana za włosy przez Katarę. Moriana dopiero teraz zauważyła, że z ust Katary spływa strużka krwi.

Wbiła wzrok w Katarę, bojąc się poruszyć głową. Widocznie Katara i przytrzymujący ją mężczyzna doszli do porozumienia, bo zabrał ramię i sztylet. Katara puściła tamtą dziewczynę. Mori podbiegła do Erina, przewracając go na plecy. Kątem oka zauważyła, jak Savi rzuca się w ramiona przytrzymującego ją wcześniej mężczyzny. Gdy one zajmowały się leczeniem poparzeń i siniaków Erina, tamta trójka podnosiła nieprzytomnego przyjaciela.

- Nie jestem wprawdzie Uzdrowicielką, ale mogę pomóc - powiedziała Moriana, czując się jakby odpowiedzialna za to, w jakim stanie znajduje się ten chłopak. Gdyby lepiej oszacowała moc, nic by mu się nie stało. A tak spanikowała i uderzyła zbyt mocno.

- Dobrze - odezwał się po raz pierwszy ten wysoki mężczyzna, który ją przytrzymywał.

Położyli go na ziemi i odsunęli się, robiąc jej miejsce. Podeszła do niego i uniosła koszulę. Miał cały siny brzuch. Dotknęła delikatnie jego skóry, zamknęła oczy i wysłała swoje myśli wgłąb jego ciała. Na szczęście nie było to nic poważnego, miał jedynie kilka połamanych żeber, które umiała uleczyć, a utrata przytomności wynikała raczej z bólu niż obrażeń. Gdy zabrała rękę, chłopak otworzył oczy i wbił w nią niezadowolone, brązowe spojrzenie. Z zaskoczeniem odkryła, że musiał być niewiele starszy od niej.

Została odepchnięta na bok przez Savi, która objęła leżącego mocno, przytulając głowę do jego szyi.

- Tak się bałam, braciszku - wymamrotała. Chłopak pogładził ją po włosach.

Moriana wstała i odsunęła się. Nie wiedziała, co powinna ze sobą zrobić.

- Dziękuje - powiedziała Savi.

- Sama go w to wpakowałam. - Wzruszyła ramionami.

Stali przez chwilę w milczeniu i obserwowali siebie nawzajem. Czworo nieznajomych i trójka przyjaciół. Mori niczego nie rozumiała. Erin ani Katara również. Chłopak w kapturze wpatrywał się w nią intensywnie, a ona marszczyła czoło za każdym razem, gdy na niego zerkała. W Gildii była jednym z najpotężniejszych magów, chyba nigdy nikt jej nie pokonał. Poza matką, ale ona miała więcej doświadczenia. A ten chłopak... Był tak samo potężny jak ona.

- Dlaczego nas śledziliście i zaatakowaliście? - odezwał się Erin.

- To nie miało być tak - odpowiedział ten bez kaptura. - Chcieliśmy wiedzieć, czego tu szukacie. Śledził was ktoś od momentu, gdy tylko podaliście swoje imię i pochodzenie.

Moriana rzuciła Katarze triumfalne spojrzenie. Miała rację! A dopiero później dotarło do niej znaczenie słów tego chłopaka. Chodziło o jej nazwisko.

- Co was tak interesowało w moim nazwisku? - zapytała chłodno, robiąc krok do przodu i wychodząc przed przyjaciół, ale nadal trzymając się daleko od nieznajomych.

- Może porozmawiamy gdzie indziej? - zapytał chłopak w kapturze. Mori bardzo się starała, ale nie mogła dostrzec jego twarzy. - Możemy zaprosić was do nas.

Mori spojrzała na Katarę a potem do Erina, i wciąż się lekko wahając, pokiwała głową. Czwórka nieznajomych szła szybko, jakby się czegoś obawiała. W sumie było to całkiem logiczne, bo niebo pokryło się atramentową czernią, a na niebie nie było księżyca, który mógłby trochę oświetlić miasto. Stworzyła nad nimi niewielką kulę świetlną, aby się o nic nie potknąć. Chłopak w kapturze patrzył długo na światło i Mori była pewna, że coś powie, ale nie odezwał się. Dotarli do jakiś niepozornych drzwi, które otwarły się pod lekkim dotykiem Savi.

Weszli do dużego salonu. Dom wyglądał na całkiem przestronny, chociaż Mori nigdy nie odniosłaby takiego wrażenia, stojąc przed nim. Nie był szeroki, ale ciągnął się bardzo głęboko w podwórze. Salon utrzymany był w kremowej kolorystyce i nie był ani przesadnie ani zbyt mało ozdobiony. Wszystko utrzymane w dobrym guście. Meble nie były ekstrawaganckie, ale z pewnością wykonane z najlepszej jakości materiałów.

- Jestem Mag Garrin. - Przedstawił się ten bez kaptura. - Wprawdzie Magów w Sachace nazywa się inaczej, ale oszczędzę wam trudnego, sachakańskiego słowa i wybiorę jakiś dobry odpowiednik w kyraliańskim.

- Mistrzyni Katara - mruknęła kuzynka. - A to jest następca tronu Kyralii, Książę Erin. Chwilowo jak widać na wygnaniu.

- Raczej na ucieczce – wtrącił się Erin, krzywiąc z rozbawienia. - A ten mały potwór - wskazał na Mori - to Moriana.

- Mistrzyni Moriana? - zapytała Savi, kładąc swoją pelerynę na oparciu jednego z foteli i siadając w nim.

- Nie. - Mori pokręciła głową. - Nie skończyłam jeszcze Gildii Magów. Jestem... byłam nowicjuszką. - Zmarszczyła brwi. - A reszta z was? To...?

- Magiczka Savi. - Dziewczyna uśmiechnęła się do niej. - Ten zakapturzony to Mag Lorkin, a ten, któremu przywaliłaś, to Mag Harrel.

- Dlaczego nas śledziliście? - odezwała się Katara.

- Może usiądziecie? - zapytał Garrin.

Katara usiadła na sofie, ale siedziała wyprostowana i sztywna, więc Mori odgadła, że nie jest przekonana co do tego miejsca i tych ludzi. Erin rozwalił się obok niej. Garrin usiadł w drugim fotelu, Harrel położył się na drugiej sofie, a zakapturzony Lorkin opierał się o ścianę i bacznie wszystko obserwował. Mori poszła do swoich i usiadła obok Katary.

- Chodziło głównie o twoje nazwisko - powiedział Garrin. - Widzisz, byliśmy zaciekawieni, bo...

Przerwał mu jakiś huk, a następnie zza ściany wyszedł jakiś potargany chłopak w rozpiętej koszuli i z bułeczką w ręce. Zamarł na widok nieznajomych ludzi w swoim salonie. Wbił pytający wzrok w Garrina.

- A to jest Mag Damian. - Garrin uniósł brwi i zmierzył przyjaciela wzrokiem, jakby nie do końca aprobował jest wygląd i styl, w jakim tu wpadł.

- Dobra. - Chłopak podrapał się po głowie, a potem popatrzył na każdego z nich. Gdy jego błękitne oczy spoczęły na Mori, dziewczyna mogłaby przysiąc, że w życiu nie widziała ładniejszych oczu. Niechętnie oderwał od niej wzrok i popatrzył znów na Garrina. Prychnął. - Wrócę, jak się nieco ogarnę.

I zniknął. Mori przez dłuższa chwilę wpatrywała się w to miejsce, w którym przed chwilą stał, a potem popatrzyła zniecierpliwiona na Garrina.

- Chodzi o to, że sami nosimy to nazwisko.

- Sami, to znaczy kto? - zapytała, rozglądając się.

- Ja i Mag Lorkin. Jesteśmy kuzynami. Nasi ojcowie byli braćmi.

- I śledziliście nas dlatego, że mam to samo nazwisko?

- Między innymi. - Zakapturzony chłopak przechadzał się po salonie, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Nieraz przystawał i się nad czymś zastanawiał. - Byłaś przy śmierci Takana, prawda? - Nie czekał na jej odpowiedzieć, tylko kontynuował. - Był służącym moich rodziców. Co ci powiedział?

Zmarszczyła czoło i usiłowała sobie przypomnieć. Takan musiał być tym starszym Sachakaninem. Wspomnienie wywołało falę bólu i strachu, ale radziła sobie z nią coraz lepiej.

- Powiedział mi, że... że jestem taka podobna do Sonei. Ale że oczy mam po Akkarinie. A potem... - Zawahała się. Chłopak zatrzymał się. - A potem pytał, czy Sonea przeżyła. I mówił coś... ale nie wiem o kim... Powiedział... "on kłamał". I "znajdź go". Co to znaczy? - Podniosła się i ruszyła w stronę tego chłopaka. Nie bała się go, chociaż nie znała ilości jego mocy. Miała dość odpowiadania tylko na pytania. - Jak mieli na imię twoi rodzice? - zapytała twardo.

Zdjął kaptur, a potem odpowiedział:

- Sonea i Akkarin.

Wzięła głęboki oddech i wbiła wzrok w jego twarz. Jeśli patrzyłaby z daleka na niego lub na swojego ojca, nigdy nie dostrzegłaby różnicy. Bez trudu mogłaby ich pomylić. Gdy przyjrzałaby im się bliżej, zobaczyłaby, że Lorkin ma nieco łagodniejsze rysy twarzy. Nieco inne usta, zadziwiające, wyglądały jak jej własne. Włosy sięgały mu szyi, były różnej długości i niektóre kosmyki śmiesznie się wywijały. Był wysoki, sięgała mu raptem do ramienia. A gdy podniosła głowę i spojrzała mu w oczy, zrozumiała, że całe jej życie toczyło się właściwie tylko po to, aby odnaleźć tego chłopaka. Miał jej spojrzenie, jej oczy, to samo zainteresowanie co ona. Wiedziała, że on też to widzi. Widzi, że ona jest wszystkim, czego mu w życiu brakowało. Jego drugim kawałkiem. Jego uzupełnieniem. Jego młodszą siostra. Miała nadzieje, że ją przytuli, ale chłopak jedynie zmarszczył brwi i odsunął się.

- To niemożliwe - powiedział z zadowoleniem. - Z tego co mi powiedziała Ana, Sonea nie przeżyła.

- Sonea jest w Imardinie i żyje! - Niemal krzyknęła Mori. Zaczęła ogarniać ją panika.

- Ej, stop! - Uciszył ich Garrin. - Niech każde opowie w całości swoją wersję. Mori, zacznij.

Pokiwała głową.

- Urodziłam się osiemnaście lat temu w Gildii. Z tego co mi powiedziała mama i Mistrz Dorrien... - Pomyślała chwilę, jak najlepiej ubrać to w słowa. - Moja matka była żoną Akkarina. Mieszkali w rodowej rezydencji tuż przy takim małym miasteczku na granicy trzech królestw. Sachakanie zaatakowali i zabili wszystkich. Ją cudem uratował Mistrz Dorrien. Wróciła do Imardinu, Vinara ją uleczyła, a siedem miesięcy później urodziła mnie. Moja mama wciąż mieszka w Imardinie, jest jednym z kilku magów, którzy znają czarną magię. Jest genialną Uzdrowicielką.

Potem opowiedziała im wszystko, co zdążyła się dowiedzieć już po ucieczce. O tym, jak Erin powiedział o wygnaniu. O czterech osobach, które stanęły za Akkarinem. O ich wygnaniu, o zniknięciu o nich słuchu na dwa lata. Potem o wizycie jej matki z Aną w Imardinie, o ich powrocie do domu bez żadnej pomocy. Później zrelacjonowała atak Sachakan, którzy najpierw zniszczyli to miasteczko, w którym był dom Any, a później rezydencję jej rodziny. Krótko wspomniała o walce o Imardin, o wygranej Kyralii, o ucieczce Ichanich. Opowiedziała o domu Any, w którym znalazła mały portrecik jej rodziców z synem, zapewne z Lorkinem. O przyjeździe do tego miasta, o spotkaniu Takana, o jego śmierci. Na koniec wspomniała o znalezieniu wzmianki o Anie i o jej grobie. Reszta historii była wspólna.

- Ja znam inną wersję. - Lorkin oparł się znów o ścianę. Tymczasem z góry wrócił Damian. Uderzył w nogi Harrela, a tamten je skurczył i przyjaciel mógł usiąść na kanapie. - Ana opowiadała mi o najeździe. Właściwie to nam. Garrin na szczęście nie był w rezydencji, gdy zaatakowali Sachakanie, ale jego rodzice tam zginęli. Mnie również nie było. Ana nie była w niej bezpośrednio, gdy wszystko zaczęło płonąć. Opowiadała, że Mistrz Dorrien wydostał moją... - Zawahał się, ale potem spojrzał Mori w oczy. Wstrzymała oddech. - Wydostał nasza matkę z tego ognia. Była cała połamana i miała mnóstwo krwotoków wewnętrznych. Walczyli o jej życie, ale nie udało się. Umarła tam. Dorrien powiedział, że Sonea nie żyje. Kazał Akkarinowi uciekać. A on tak zrobił. Gdy uciekaliśmy przez góry, zaatakowali nas. Akkarin oddał za mnie życie. - Lorkin westchnął ciężko. - Tak powiedziała mi Ana. Zmarła, gdy miałem jedenaście lat, a Garrin dwanaście. Mieszkamy tu od dzieciństwa.

- Jedna i druga historia się wykluczają - mruknął Garrin.

- W istocie - zauważył Erin. - Myślę, że powinniśmy wrócić do siebie i się z tym wszystkim przespać. I spotkać się rano. Może w nocy dopadnie nas jakieś rozwiązanie.

- Też tak myślę - powiedział Lorkin.

- Moglibyśmy się kiedyś umówić i jechać razem do Imardinu. Mógłbyś poznać Soneę... Ona chyba nawet nie wie, że ty żyjesz. Nie wie. - Mori otworzyła szeroko oczy, gdy sobie to uświadomiła. - Ona byłaby taka szczęśliwa.

Wpatrywała się długo w Lorkina, a on w nią. Zaczęła sobie nawet wyobrażać takie spotkanie. Radość Sonei, jej niepohamowaną radość. Oczami wyobraźni widziała ogniki w bursztynowych oczach matki czy jej uśmiech.

- Wracacie do siebie? - Garrin przywrócił ją do rzeczywistości.

- Tak, wracamy. Ale jutro przyjdziemy - odezwała się Mori, wbijając wzrok w Lorkina i uśmiechając się.

Odwzajemnił uśmiech, a ona wiedziała, że już zawsze będzie do niego wracać. Wiedziała, że przed jego oczami również pojawiła się taka scena. Po osiemnastu latach dowiaduje się, że jego matka, której nawet nie pamięta, żyje. Wszystko może się ułożyć. Lorkin już zawsze będzie częścią mnie, pomyślała. Kawałkiem mojego serca.

- Do jutra w takim razie.