Teraz akcja dziele się już po zakończeniu książek, więc powinno być ciekawiej. Na potrzeby ficka założyłam, że to Lucjusz a nie Narcyza sprawdzał czy Harry żył po spotkaniu z Voldemortem. Wątek rodziców Hermiony został wspomniany, ale rozwinę go potem
Kiedy Czarny Pan zażądał obecnym w Hogwarcie wydanie Harrego Pottera myślał tylko o jednym. Dostać się do zamku i spotkać z synem. Kazał mu wracać do szkoły bojąc się, że w domu nie zdoła zapewnić mu bezpieczeństwa. Teraz czynił sobie gorzkie wyrzuty. Odkąd przestał być najbardziej zaufanym śmierciożercą Lorda Voldemorta, Draconowi groziło niebezpieczeństwo. Głównie ze strony dawnych przyjaciół, którzy trzymali się go gdy był synem bogatego i szanowanego arystokraty. Teraz jednak wszystko uległo zmianie. Także sytuacja Dracona, który został zdegradowany z pozycji małego księcia do poziomu persona non grata. A to bolało, upadek z takiej wysokości boli jak wszyscy diabli, szczególnie jak człowiek upadnie na kość ogonową.
Lord Voldemort nie myślał o tym. Mało go obchodził milczący sługa, który zawiódł. Mało go obchodzi w co wierzy lub nie wierzy i co planuje, skoro nie jest skuteczny. W ogóle nie interesował się specjalnie Lucjuszem, który od jakiegoś czasu milcząco obserwował otoczenie. Nie zwrócił uwagi na nową zaciętość na jego bladej twarzy. Szkoda mu czasu na kogoś równie bezużytecznego. Nie miał pojęcia, że za ów błąd zapłaci życiem i to wkrótce. Wzgardzony sługa szybko stał się wrogiem, wrogiem szalenie niebezpiecznym bo znającym wiele tajemnic i całkowicie zdesperowanym. Czarny Pan nie miał czasu na podobne rozmyślania ponieważ właśnie planował swoje ostateczne zwycięstwo nad Zakonem Feniksa, ostateczne zdeptanie nędznego robactwa. I ma teraz rozmyślać nad moralnymi dylematami kogoś równie nieużytecznego co Lucjusz Malfoy?
Hermiona nigdy nie zapomniała cudownego uczucia ulgi gdy zobaczyła śmierć Lorda Voldemorta. Zabiło go jego własne, odbite zaklęcie. Jak z zwolnionym filmie setki par oczu wydziały jak jego ciało padło na podłogę. Nareszcie pokonany, nareszcie martwy. Po chwili podbiegła do Harrego razem z Ronem i cała trójka bezwstydnie płakała ze szczęścia. Podobnie jak inni. Wszyscy im gratulowali. Wszyscy ich podziwiali. Profesor McGonagall uściskała swoją najlepszą uczennicę ze łzami w oczach. Powitania z innymi były równie radosne. Znowu w Hogwarcie, znowu bezpieczni.
W naprędce zorganizowano wielką ucztę, najwspanialszą ucztę zwycięstwa w ruinach Wielkiej Sali. Złote słońce wschodziło na niebie niosąc nadzieję w ten nowy dzień, nowego świata. Do zamku wbiegali różni ludzie: mieszkańcy Hogsmeade, rodzice walczących uczniów, ewakuowani wcześniej młodsi adepci magii. Ale teraz wszystko to straciło znaczenie. Nie ważne kto miał ile lat i w jakim się uczył domu. Teraz świętowano nadejście nowej ery, bez strachu i terroru. Nadejście pokoju po trzech latach brutalnej wojny. Najtwardsi mieli łzy w oczach gdy do ludzi powoli docierała powaga sytuacja.
Nikt kto nie był obecny na uczcie zwycięstwa nie potrafił opisać cudownej atmosfery radości, nadziei i triumfu. W żadnym języku nie istnieją adekwatne słowa by choćby przybliżyć co się wówczas działo. Najzdolniejsi poeci doznając oświecenia odczuwają coś podobnego, podobne uczucie wszechmocy, wiary i nadziei. Ludzie tańczyli, śpiewali, krzyczeli i dzielili się cudownymi wieściami. Opowiadano coraz to bardziej fantastyczne historie o przygodach trójki przyjaciół. Nikt nie czuł zmęczenia, ni znużenia. Zjednoczeni w swej radości nie liczyli czasu i nie wiedzieli co to znużenie.
Tylko dwie osoby nie podzielały ogólnej radości. Dwóch mężczyzn- ojciec i syn siedzieli z boku jakby niepewni czy powinni tu być. Ale mało ich to obchodziło. Największe zagrożenie dla ich życia minęło.
- Ojcze, tato, czy to właściwe miejsce?- zapytał niepewnie Draco Malfoy, zbity z tropu jak jeszcze nigdy.
Odkąd szkolni wrogowie ocalili mu życie nie wiedział co myśleć. Przeżywał najgorszy w swoim życiu dysonans poznawczy. Wyzywał ich i dokuczał im przez sześć lat szkoły. Jego kumpel próbował zabić ich wszystkich stosując śmiertelnie niebezpieczną Diabelską Pożogę, substancję wywołujące płomienie żyjące własnym, pasożytniczym życiem. Płomienie głodne i pragnące strawić wszystko i wszystkich. A oni zamiast uciec i zostawić go, on by tak zrobił, uratowali ich… Wyciągnęli ze środka płonącego. Bo mimo wszystko nie potrafili zostawić żywego człowieka na straszną śmierć. A Hermiona Granger, którą pogardzał, którą uważał za coś gorszego z racji pochodzenia i nieustannie przezywał szlamą nawet użyła na nim prostego zaklęcia leczącego. Nie pomogła mu jak szkolna pielęgniarka i nie zlikwidowała rany, ale zmniejszyła ból po poparzeniu. Patrzył na nią wówczas jakby zobaczył po raz pierwszy. Chciał coś powiedzieć, podziękować, lecz słowa uwięzły my w gardle. Nie był w stanie wydusić z siebie żadnego dźwięku. Zresztą wybawcy szybko pobiegli gdzieś dalej. Zostawili go i gdzieś poszli uwalniając od krępującej sytuacji.
- Nie wiem Draconie- odparł Lucjusz mocniej ściskając syna.
Chyba po raz pierwszy od wczesnego dzieciństwa objął i przytulił swoje dziecko. Nakrył go połami długiego płaszcza, zupełnie jakby chciał chronić przed całym światem, ukryć przed ludzkim wzrokiem. Zawsze tak się zachowywał gdy komuś bliskiemu stała się krzywda. Ale nieczęsto okazywał komukolwiek uczucia. Wszelkie takie zachowanie uważał za przejaw karygodnej słabości. Dlatego został surowym ojcem dla swego syna i dziedzica. Teraz jednak po wielu dniach niepokoju o jego zdrowie i życie zapomniał o zasadach. Po prostu trzymał go jakby w obawie, że zniknie. Wiele nocy śnił o synu widząc w sennych koszmarach coraz gorsze wizje. I wówczas zrozumiał jak syn jest mu drogi, ile dla niego znaczy jedyne dziecko. Jedyne dziecko, dla ratowania którego bez mrugnięcia okiem zdradził Lorda Voldemorta i pomógł Harremu Potterowi. Zawarł by sojusz z samym diabłem byle by pomóc Draconowi. Teraz zdobył się na szczerość. Zbyt wiele przeżył, zbyt wiele razy padał ofiarą zaklęcia Cruciatus by przejmować się manierami. Ważne, że odzyskał syna. A niedługo wrócą do domu, odpoczną i pomyślą co dalej.
- Ale – dodał po chwili chyba nikt nie patrzy, chyba czas na nas. Nie wiem jak Ty, ale ja chętnie wrócę do domu.
Miał rację nikt nie zwracał na nich uwagi, traktując jak osoby całkowicie nieważne. Ludzie byli zbyt podnieceni zwycięstwem by zajmować się dwoma skulonymi postaciami, ojcem i synem, którzy musieli nieomal zginąć aby pojąć ile znaczy dla nich rodzina.
- A to co?- zapytał po chwili Draco wskazując na rumor gdzieś w okolicy gdzie dawniej stał stół nauczycielski.
- Nie wiem, ale wiesz chyba teraz możemy stąd dyskretnie wyjść…
W czasie uczty zwycięstwa wszyscy siedzieli razem. Uczniowie, nauczyciele, rodzice. Nikt nikogo nie pytał z jakiego jest domu i kim jest. Wszyscy świętowali. Harmider, który zauważył Draco, spowodowali Harry, Ron i Hermiona. Wypili trochę kremowego piwa, odziany we flagi Gryfindora zostali namówieni do zatańczenia tańca zwycięstwa. Dla lepszego efektu weszli na stół, za co nawet surowa Minerwa McGonagall ich nie zganiła. Czas zabawy i radości nastał. Zaczęli więc skakać trzymając się za ręce i coś wykrzykując. Ron, który stracił równowagę spadł ze stołu, ale na szczęście został złapany przez obserwujących ich ludzi. Bohater wojenny nie może się potłuc. Niestety pociągnął za sobą Harrego i Hermionę. Profesor McGonagall opiekunka ich domu uznała, że dzieciaki, a właściwie dzielni dorośli, padają ze zmęczenia z nóg i nakazała im iść do dormitoriów.
Wyszli objęci i tanecznym krokiem opuszczali ruiny Wielkiej Sali. Harry oraz Ron chwycili Hermionę i szła ona w środku niczym w obstawie. Uśmiechnięci, znużeni, lecz podnieceni, opasani flagami Gryffindora ruszyli w poszukiwaniu odpoczynku.
Nagle zauważyli przez sobą dwie postacie ubrane na czarno, wymykające się z uczty. Malfoyów. Całkowicie nieświadomych kto za nimi idzie.
- Heeej- wrzasnął Ron- ktoś daje drapaka z imprezy!
- Ronaldzie nie krzycz tak- zganiła go Hermiona- może są zmęczeni? Naprawdę dzisiaj już nie pijesz piwa kremowego!
- Ciekawe kto to taki?- zapytał Harry- może ich dogonimy i zapytamy?
- Na litość boską- zachichotała Hermiona- jesteś wybrańcem i pokonałeś Voldemorta, ale czy musisz wrzeszczeć na ludzi? Wiecie co? Idźmy do łóżek
Dwie postacie stanęły i odwróciły się w ich stronę. Na widok dawnych wrogów Ron stanął jak wryty i wbił rękę w przedramię Hermiony. Zrobił przy tym bardzo głupią minę. Całej trójce od razu przeszedł beztroski humor a z ich twarzy odpłynął uśmiech.
- Proszę pana- powiedział Harry- dziękuję za pańską pomoc wtedy w Zakazanym Lesie. Gdyby nie okłamał pan Voldemorta…. Nie było by mnie tutaj, wszyscy byśmy przegrali. Ja… chcę powiedzieć, że ministerstwo się o tym dowie. Złożę zeznania, obiecują- zakończył pewnym głosem.
- Ja też coś obiecuję- wtrąciła Hermiona- też złożę zeznania na temat tego, co się stało wtedy w posiadłości, o pomocy… Nie chcę mieć długu wdzięczności- wyjaśniła- dlatego spłacę to co jestem winna. Ocalenie za ocalenie, wyciągnięta ręka za wyciągniętą rękę. Byśmy byli kwita- obiecała. Na nową drogę życia powinnam mieć czyste konto- wyjaśniła
- O czym Ty mówisz Hermiono? O jakim długu i posiadłości?- zapytał Ron
- O niczym, nie martw się. Załatwię sprawę przeszłości i powitam nową, lepszą przyszłość.
Musi rozwiązać tamtą sprawę. Musi wszystko wyjaśnić. Może wtedy przestanie się zastanawiać co i jak? I wówczas wróg raz na zawsze zniknie z jej życia. O święta, dziewczęca naiwności!
Los uwielbia niweczyć nasze plany. Los uwielbia z nich kpić i je zmieniać. Hermiona opuszczając Hogwart po uczcie zwycięstwa była przekonana, że nigdy więcej nie spotka Lucjusza Malfoya i że czeka ją nieskomplikowane życie.
Zanim pomyślała o czymkolwiek innym musiała odnaleźć rodziców. Rodziców, którym zmodyfikowała pamięć i sprawiła, że wyemigrowali do Australii. Musiała to zrobić by nie dopadli ich śmierciożercy. Teraz musi ich odnaleźć i przywrócić im wspomnienia o sobie samym. Nadała im nową tożsamość, w której nie wiedzieli nawet o istnieniu córki. Nie chciała by cierpieli gdy umrze lub wpadnie w ręce wroga.
Kingsley, przyjaciel z Zakonu oraz tymczasowy Minister Magii. zorganizował świstoklik. Dzięki temu razem z Harrym i Ronem odnalazła ich. Cała rodzina wróciła a do domu. Rodzice z trudem znieśli, że córka użyła przeciw nim różdżki, że zmodyfikowali jej pamięć. Wybaczyli agresywne użycie czarów pod warunkiem, że nigdy więcej nie zrobi czegoś podobnego, że nigdy nie padną ofiarą czarów. Potraktowali zachowanie dziewczyny niczym atak na samych siebie. Poczucie krzywdy tkwiło w ich sercu niczym cierń. I ten cierń pewnego dnia zranił dziewczynę.
Hermiona zaś stanęła u progu nowego etapu swojego życia, etapu który doprowadził ją w ostatnie miejsce na świecie w którym sądziła, że może się znaleźć. Przyjęła rolę, której by się nigdy nie spodziewała bo tym jak zrobiła coś nieskończenie szalonego, nieprzewidywalnego i, zdaniem wielu, głupiego. I co ją kosztowało wiele wyrzeczeń i łez, Bóg jeden wiedział ile naprawdę..
Kingsley Shacklebolt, odkąd objął stanowisko Ministra mMgii miał pełne ręce roboty. Chciał w miarę szybko wyłapać śmierciożerców, których zna. Potem zbierze druhów z Zakonu Feniksa oraz Gwardii Dumbledora i rozpocznie poszukiwania reszty. Uznał, że młodzi ludzie walczący w trakcie bitwy o Hogwart powinni zostać przyjęci do biura Aurorów nawet bez końcowych egzaminów. Zdali już najważniejszy test- dzielności, odwagi i oddania słusznej sprawie. Pewnych technik walki oraz zaklęć nauczą się z czasem. Ducha walki i moralności nie sposób kogoś wyuczyć.
Lord Voldemort został pokonany lecz po kraju wciąż krążyli jego zwolennicy. Potężni czarodzieje i nieomal równie bezwzględni, pozbawienie moralnych hamulców i niebezpieczni co on. Teraz, po jego upadku i śmierci, rozpierzchli się po całym kraju a wielu uciekło za granicę. Mieli zbyt wiele za uszami by czekać aż minister magii, dawny członek Zakonu Feniksa dorwie ich. Dlatego właśnie Kingsley przewidywał, że wyłapanie ich wszystkich i postawienie przez sądem zajmie ładnych parę lat. Musi dobrze wszystko zaplanować i dobrać pomocników.
Siedział w swoim nowym gabinecie. Jeszcze nie przyzwyczaił się do myślenia o sobie jako o Ministrze Magii. Przez wiele lat pracował w biurze Aurorów i wciąż widział w sobie Aurora. Człowieka czynu, łowcę czarnoksiężników a nie urzędnika siedzącego przy papierach za biurkiem. Teraz zaś tonął w raportach co rusz pojawiających się na kosztownym, klasycznym biurku.
Spojrzał przez imitację okna przedstawiającą widok na zielone łąki i lasy. Kojący oczy widok. Jedyną rzecz, którą lubił w pretensjonalnym gabinecie. Gabinecie pełnym kosztownych drobiazgów, zdaniem Kingsleya całkiem niepotrzebnych. Nie rozumiał po co mu importowane figurki oraz ramy lustra kute przez gobliny. Jak będzie miał chwilę czasu doprowadzi to miejsce to stanu jako takiej używalności. Naprawdę nie ma ochoty potykać się o nic we własnym gabinecie.
Zaraz przyjdą goście. Zaprosił ich tutaj. Zaproponuje im współpracę. Jeśli ktoś nas to zasługuje to właśnie oni. Pomimo młodego wieku dokonali tak wiele. Poza tym zwyczajnie w świecie ma ochotę zaprosić ich na herbatkę i ciastka. Po raz enty dzisiejszego dnia poprawił swoją szatę. Dziwnie się czuł w kosztownej, wspaniałej czarno-złotej szacie ministra. Nie przywykł do podobnych zbytków. Do tego musiał rozpuścić włosy i wyjąć kolczyk z ucha- minister magii nie może wyglądać równie zawadiacko.
- Przybyli interesanci- usłyszał głos asystentki.
- Niech wejdą.
Dzisiaj zaprosił trzy osoby, trójkę przyjaciół, trójkę młodych ludzi, bohaterów. Powitał ich uśmiechem, cudownie, że są cali i zdrowi po bitwie o Hogwart. Jakże zmężnieli przez ostatni rok!
- Kingsley, eeee ministrze- powiedziała Hermiona wchodząc do gabinetu w towarzystwie Harrego i Rona
- Kingsley dla przyjaciół, Hermiono- posłał jej ciepły uśmiech- siadajcie i wybaczcie bałagan. Wciąż muszę się z tym wszystkim ogarnąć.
Usiedli na wygodnej sofie niedaleko biurka ministra. Miejscu przeznaczonym dla gości. Na pobliskim stoliku szybko pojawiła się kawa, herbata oraz ciasteczka. Kingsley, odkąd został ministrem, bardzo doceniał podawane w pracy dania. Prawdę powiedziawszy jadł w pracy obiad i kolację. Pracował do późna i nie miał ochoty by jeszcze zajmować się domowymi sprawami. Mieszkał sam i nabrał starokawalerskich przyzwyczajeń. A teraz raczej nie znajdzie czasu na znalezienie towarzyszki życia.
- Wyobrażam sobie- odparła Hermiona- musisz mieć tyle spraw na głowie. No i teraz musisz przywyknąć do pracy za biurkiem. No, ale chyba nie wezwałeś nas tutaj żeby o tym rozmawiać.
- Masz rację Hermiono, jak zwykle ktoś Ci mówił, że jesteś bardzo bystrą dziewczyną?
Hermiona poczuła jak policzki przybierają barwę ognistej czerwieni. Znała Kingsleya, lubiła i ufała mu. Razem walczyli, razem nieomal zginęli eskortując Harrego z domu jego wujostwa przed siedemnastymi urodzinami. Wpadli na bandę śmierciożeców. Gdyby nie opanowanie Kingsleya, człowieka tak spokojnego, łagodnego, otwartego na innych a jednocześnie wyśmienitego Aurora... Sporo potem rozmawiali i nawet prosiła go o wskazanie użytecznych zaklęć obronnych. Nigdy jednak nie słyszała komplementów z ust ministra magii i stąd gwałtowna reakcja.
- A więc- kontynuował swoim uspokajającym głosem, widząc zmieszanie dziewczyny- Chciałem was zapytać o plany na przyszłość. Będę potrzebował zaufanych ludzi w poszukiwaniu i osądzeniu śmierciożerców. Pomyślałem o członkach Zakonu Feniksa oraz Gwardii Dumbledora. W tym o was… Harry, chciałeś zostać Aurorem?
- Tak, ale nie skończyłem…
- Nie martw się. Wydałem właśnie przepis zgodnie z którym wszyscy walczący w bitwie o Hogwart mogą podjąć pracę jako Aurorzy. Harry, po tym czego dokonaliście, jak nikt powinniście dostać te posady..
- To od kiedy mogę zacząć?- zapytał Harry- Nawet od dzisiaj. A Ty Hermionio, Ronie co wy planujecie?- Ja bym chciała wrócić do szkoły, do Hogwartu. Zdać owutemy. A potem, potem chciałabym pracować w ministerstwie.
- Spodziewałem się takiej odpowiedzi- odparł Kingsley z łagodnym uśmiechem- Profesor McGonagall, nowa pani dyrektor Hogwartu z radością Cię przyjmie. Z pewnością doskonale zdasz egzaminy Tylko nie tańcz więcej na stole…. Wiesz, teraz głupio by wyglądało jakbym łapał uczennicę Hogwartu, która nieco przebalowała. Tak, to ja Cię wtedy uratowałem przez upadkiem. A Ty Ron? Co planujesz?
- Chyba pomogę Georgowi w sklepie- odparł Ron zaczerwieniony.
Teraz nic nie powiedział, ale przez resztę wakacji wyśmiewał pomysł Hermiony. Chwilami nawet parodiował ją niosącą kilka tomów książek. To stanowiło jedynie kolejny dowód jak bardzo do siebie nie pasują. Owszem całowali się przez chwilę, szukając zapomnienia, lecz zbyt wiele ich dzieli. Postanowili by zostać przyjaciółmi. Tak będzie najlepiej dla wszystkich.
- Bardzo dobrze, każdemu się przyda trochę rozrywki po ostatnim roku. Ministerstwo rozpoczęło śledztwo mające na celu wyłapanie i osądzenie śmierciożerców. Byliście więzieni w posiadłości jednego z nich, Lucjusza Malfoya. Czy złożycie zeznania?
