Bal
Przyjęcia w ShinRze zawsze były wystawne, bardzo dekadencie – elity miasta wiedziały, że każde nieostrożne słowo może kosztować życie, więc wykorzystywały każdą okazję, by się bawić. Dzisiejsze nie było wyjątkiem. Biznesmeni, marionetkowi politycy, ich partnerzy, dzieci, kochanki pili, tańczyli, ćpali, współżyli po kątach, uprawiali hazard.
Rufus, prezydentowicz, grał w jedną z normalnie głupszych, a w tych warunkach nabierających przyjemnie ryzykownego posmaku, towarzyskich rozrywek: pytanie – odpowiedź. Pytanie do wybranej osoby, odpowiedź z uzasadnieniem. Większość oczywiście skłamana od początku od końca, ale z samych pytań i reakcji nań można było niekiedy sporo wywnioskować.
Shinra młodszy ostatnio lubił urządzać popisy. Brał udział w skomplikowanej wewnętrznej rozgrywce korporacyjnej, jednej z tych, które sam wcześniej przyszykował. Młodzieńcza – dziecięca, miał dopiero trzynaście lat – arogancja, potrzeba uwagi, takie tam głupoty. Poza tym: nienawiść do swojego ojca, chęć wykończenia go przy pierwszej możliwej okazji, planowane zamachy. Coś wynikające z czegoś, ale kto wie, co pierwsze?
Sephiroth krążył po sali, jak zawsze w trakcie tego typu imprez raczej obojętny – większość sali dostawała na jego widok palpitacji serca i tak, niezależnie od tego, co robił. Rufus, dla którego znajomość ze Srebrnym Demona oznaczała od jakiegoś czasu kolejną okazję do odstawiania przedstawień, chwycił go za rękę, gdy tamten przechodził obok, przyciągnął do siebie, po czym pocałował, bardzo długo, bardzo teatralnie.
Siedzący przy jego stoliku jęknęli wewnętrznie, częściowo z zazdrości, częściowo z oburzenia – ostatecznie, tak ostentacyjne okazywanie czułości, w ogóle jakiekolwiek okazywanie czułości jest rzeczą szalenie ordynarną.
— Twoja kolej na pytanie, Rufus — stwierdziła chichocząc córka jednego z największych przedsiębiorców budowlanych.
— Och — prezydentowicz przeciągał leniwie sylaby — tak. Tak. Co by tu... — Nie zdjął ramion z szyi wojskowego. — Sephiroth, gdybym cię poprosił, zabiłbyś dla mnie dowolną z osób w tym pokoju, prawda?
Większość grających zaczęła się lekko, nerwowo śmiać – ot, żart chłopca, znanego z bezwzględności, powszechnie podejrzewanego o jakiś rodzaj psychopatii. Dopiero po paru sekundach wszyscy pojęli to, co paru znudzonych szpiegów, jak zawsze krążących wokół małego Shinry, zauważyło od razu.
W pokoju znajdował się także obecny prezydent. Nastolatek de facto sugerował pucz. Napięcie natychmiast wzrosło.
SOLDIER uniósł lekko srebrne brwi, ucałował dzieciaka we włosy.
— Mój książę... Nie — odpowiedział łagodnie, nie podnosząc ust znad blond kosmyków.
Jeden z agentów postanowił najwyraźniej dokuczyć blond księciu bardziej, ostatecznie upokorzyć, bo indagował dalej:
— Należy się jeszcze uzasadnienie, SOLDIERze pierwszej klasy. Jedna osoba wystarczy, oczywiście, nie chcemy wchodzić w poufne sprawy kompanii...
— Jedna osoba, której nie mógłbym zabić z tego pokoju... Jedna... — żołnierz udał zastanowienie. — Czyż to nie oczywiste?
Wstał, zostawiając Rufusa i całą grupę, rzucając tylko lekko na odchodnym:
— Nie mógłbym, na przykład, zabić mojego księcia, nawet gdyby on sam mnie o to poprosił.
