10.
Kolejne dni, upływały Temperance na mdłościach (starannie ukrywanych przed Angelą i resztą „zezulców"), badaniu szczątków z Limbo i teraz nieco dłuższych lunchach z Boothem, który pilnował, by jadła regularnie. Skoro nie mieli żadnej sprawy, która usprawiedliwiałaby jego częste wizyty w Jeffersonian, znalazł inną wymówkę, by odwiedzać partnerkę... Pod pretekstem zaległej, papierkowej roboty, wpadał do jej biura, przemycając dla niej drobne przekąski. Było nie było, dziecko Booth odziedziczyło apetyt po tatusiu, który dzięki owej kontrabandzie, coraz bardziej zyskiwał w oczach jego mamusi.
Dla Tempe, cała ta sytuacja była nowa i dziwna. Przyzwyczajona do tego, że wszystko robi sama, nagle odkryła, że nie musi, a co ważniejsze, że nie chce! Przyjemnie było wiedzieć, że jest obok niej ktoś, kto jest gotów zerwać się w środku nocy tylko po to, by przywieźć jej ciasto lub pizzę, albo po prostu jej wysłuchać. Owszem… Zanim zaszła w ciążę, zdarzało się, że Booth wpadał późno z tajskim i sześciopakiem piwa, albo dzwonił wieczorem, by pogadać. Teraz jednak, wszystko się zmieniło. Już nie wystarczały jej rozmowy przez telefon. Potrzebowała jego obecności, jego ramienia, na którym zwykle wypłakiwała smutki i… miała je. Było jej niemal 24 godziny na dobę. Seeley zdawał się instynktownie wiedzieć, czego jej brakuje i spędzał z nią każdą wolną chwilę, zaspokajając jej najróżniejsze zachcianki. Był troskliwy i delikatny, choć nie przestał jej przedrzeźniać. Nadal uprawiali swoje słowne potyczki i było im z tym dobrze…
- Naprawdę, Bones!- jęknął zrezygnowany, gdy pewnego wieczora siedzieli w jej mieszkaniu, oglądając rozgrywki ligi baseballowej, na nowym, 40 calowym LCD, który jej kupił argumentując, że „Orzeszek musi mieć na czym oglądać kreskówki, jak każde, normalne dziecko". – Tylko ty mogłaś sprowadzić baseball, do matematycznych statystyk!
- Czy nie na tym właśnie polega ta gra?- zdumiała się. – Na zbieraniu punktów i statystykach?
- To tylko ułamek prawdy, Temperance. – próbował tłumaczyć. – Zapominasz o technice, rywalizacji, a przede wszystkim, o zabawie, która towarzyszy każdemu meczowi. To prawdziwy, amerykański sport, Bones! Czysta rozrywka!- ciągnął. – Zrozumiesz, kiedy zabiorę cię na stadion. Na żywo doświadczysz tych emocji, tego piękna…- zachwycał się.
- Nie wiem…- mruknęła. – Jakoś nie pociąga mnie miejsce, pełne spoconych, drących się kibiców, ubranych w dziwaczne czapki i opychających się hot-dogami.- stwierdziła.
- Uwierz mi, Bones… Będąc tam ze mną, pokochasz ten sport!- zapewnił, posyłając jej przy tym swój markowy uśmiech.
- Ty i to twoje ego!- podsumowała.- Jak niby, twoja obecność mogłaby wpłynąć na zmianę mojego zdania? Nie jesteś pępkiem świata, Booth…- przypomniała.
- Tempe, Tempe…- wywrócił oczami.- Tu nie chodzi o moje ego, lecz o to, że w odpowiednim towarzystwie, z przyjacielem u boku, cieszysz się takimi małymi przyjemnościami, jak sport, kino, czy nawet zwykły spacer po parku. Chodzi o przyjaźń i dzielenie wspólnych chwil…- tłumaczył cierpliwie.
- To samo robimy każdego dnia, Booth i to bez konieczności wysłuchiwania wulgarnych kibiców, obrzucających sędziego epitetami typu „gumowiec".- odparła.
- Kalosz, Temperance. Mówi się „sędzia kalosz", a nie „sędzia gumowiec".- sprostował.
- Ach. Rozumiem, ale i tak wiedziałam, że chodzi o obuwie!- powiedziała zadowolona.
Booth tylko z rezygnacją pokręcił głową i wstając, zapytał:
- Idę do lodówki po lody. Chcesz coś? Może piwo imbirowe?
Odkąd Bones odkryła, że jest ono skutecznym remedium na mdłości, zrobiła spory zapas i nie żałowała sobie tego napoju.
- Nie mam lodów, Booth.- odpowiedziała.
Stanął, jak wryty.
- Jak to, nie masz lodów? To chyba podstawowy posiłek ciężarnych?- zdziwił się.
- Nie mój. Mam od nich mdłości…- odpowiedziała. – Szczególnie od truskawkowych…
- Żartujesz?
- Bynajmniej…- odparła. – Raz spróbowałam miętowych, bo myślałam, że skoro zawierają miętę, mój żołądek je zaakceptuje. To był duży błąd. Pół nocy spędziłam w toalecie…- wyznała.
- Dlaczego po mnie nie zadzwoniłaś?- spytał łagodnie, znów siadając obok. – Przywiózłbym ci coś na mdłości.
- Miałeś Parkera, Booth. Twój syn potrzebował cię bardziej, niż ja.- wyjaśniła rzeczowo.
Spojrzał na nią z czułością. Jak ludzie mogli myśleć, że jest zimna i niewrażliwa, kiedy nawet w chwilach, gdy go potrzebowała, przedkładała potrzeby jego syna, nad swoje własne? Jak ona kiedykolwiek mogła wątpić, czy będzie dobrą mamą, skoro już teraz radziła sobie tak dobrze z Parkerem? Ta kobieta nie przestawała go zadziwiać…
- Bones…- położył jej rękę na ramieniu. – Powinnaś była zadzwonić. Parker by cię zrozumiał. On cię kocha i martwi się o ciebie tak, jak ja… Przyjechalibyśmy obaj, gdybyś nas wezwała.- mówił.
- On wie?- zdziwiła się.
- Jeszcze nie.- odparł szybko. – Chciałem, byśmy powiedzieli mu razem. Oczywiście, kiedy będziesz gotowa.- dodał.
- Trochę się boję, Booth…- przyznała. – A co, jeśli on nie chce rodzeństwa, albo mnie znienawidzi? Może przecież pomyśleć, że nowe dziecko odbierze mu twoje uczucie. Zawsze byliście tylko wy dwaj, a teraz? To się przecież zdarza…
- Temperance…- zaczął, spoglądając głęboko w jej pełne troski i obaw oczy. – To się nigdy nie zdarzy. Parker marzy o rodzeństwie. Od lat truje Rebece, że chce brata, albo siostrę…-mówił powoli.
- No właśnie. Rebece…- zauważyła. – Ja, to co innego. Jestem obca…- powiedziała ze smutkiem.
- Mylisz się, Bones. Jesteś częścią jego rodziny i jego idolką. On cię uwielbia i jestem przekonany, że ucieszy się tak samo, jak ja. Będzie kochał Orzeszka równie mocno, co my.- zapewnił ją stanowczo.
- Naprawdę tak uważasz?- zapytała z nadzieją.
- Nie, Temperance, nie uważam. Ja to wiem!
Uśmiechnęła się radośnie i bez słowa, objęła go za szyję. Sekundę później, jego ramiona otuliły jej, wciąż jeszcze szczupłą kibić, dając poczucie bezpieczeństwa i spokoju.
Stanowczo, lubiła mieć go u boku…
TBC
