A/N: Kochani, ostatnio się kopsnęłam i w treści rozdziału ósmego wkleiłam treść rozdziału ósmego. Także proponuję cofnąć się, a tu macie dziewiątkę w poprawnym miejscu.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Włochate serce

W połowie października, jeszcze przed Nocą Duchów, po Hogwarcie rozeszła się plotka, że Ślizgoni zmieniają swojego kapitana. Malfoy, przytłoczony obowiązkami prefekta, zbyt dużą ilością zajęć owutemowych, na które się porwał, a także ciągłymi wizjami, które nie pozwalały mu spać, zrezygnował z tego stanowiska i tylko od czasu do czasu, według słów Neville'a, chodził na treningi i latał jako szukający.

Kto został nowym kapitanem, kiedy przeprowadzono eliminacje do drużyny i kto wchodzi w jej nowy skład — to pozostawało tajemnicą dla całego zamku. Tym większa była więc ciekawość wśród uczniów, gdy zgromadzili się w pierwszy sobotni listopadowy poranek na śniadaniu w Wielkiej Sali. Za trzy godziny miał rozpocząć się najbardziej zagadkowy mecz quidditcha w dziejach Hogwartu. Gryfoni siedzieli jak na szpilkach, a Ron ze stresu nie mógł nawet niczego przełknąć.

Susan obserwowała Harry'ego, który kręcił się niespokojnie na swoim miejscu przy stole Gryffindoru. Ostatnio wiecznie siadał do niej plecami, mogła więc jedynie uparcie wpatrywać się w jego roztrzepane włosy. W przeciwieństwie do Weasleya, Harry dalej nie zmienił swoich codziennych ciuchów na strój do quidditcha. Susan udało się dojrzeć, że zjadł dość sporo jajecznicy z groszkiem, wnioskowała więc, że żołądka nie miał ściśniętego przez stres, co odnotowała jako dobry znak. Chciała życzyć mu powodzenia, ale po czwartkowym incydencie jeszcze nie zdążyli zamienić ani słowa i nie była do końca pewna, czy nie zostanie pożarta żywcem, gdy tylko pokaże mu się na oczy. Nie rozumiała do końca ostatniego zachowania Harry'ego, a Hermiona nagle uznała, że nie może się z niczym wygadać bez jego obecności. Ten zaś unikał jej zmyślnie przez cały piątek, wykręcając się treningami.

Susan pragnęła, aby ich relacja wróciła do normy. Wtedy wszystko byłoby już idealne, żadne zmartwienia nie zaprzątałyby jej głowy i mogłaby w końcu bez zakłóceń napawać się swoim świeżo zyskanym szczęściem, w które, notabene, chwilami wprost nie mogła uwierzyć. Nie docierało do niej, że wydarzenia z ostatnich tygodni rzeczywiście miały miejsce. Wydawało jej się, że to piękny sen i że któregoś dnia po prostu obudzi się, i znów wróci do okrutnej, szarej codzienności. Dlatego bała się zasypiać — co wieczór leżała w łóżku i przerażona wlepiała wzrok w baldachim. Co jeśli to wszystko zniknie? Sielanka ostatnich tygodni przyzwyczaiła ją do zupełnie innych standardów niż dotychczas i obawiała się, że powrót do niechcianego życia doszczętnie ją załamie.

Niekiedy przemykało jej przez głowę drażniące pytanie, skąd właściwie to nagłe zainteresowanie jej osobą. Starała się nie zwracać na nie uwagi i czym prędzej przepędzać poza granice świadomości. W takich momentach ciaśniej przytulała się do Rogera i wdychała cudowny zapach jego włosów i skóry.

Jedynym rzeczywiście uciążliwym problemem w obecnej sytuacji, na który jeszcze nie znalazła rozwiązania, było lądowanie w objęciach obu chłopców naraz. Oni chyba nie widzieli w tym niczego zdrożnego, ale złośliwe spojrzenia współdomowniczek i Harry'ego mówiły wiele. Starała się wtedy wykręcać, ale przyjemny oddech Rogera Malone'a na szyi i ekscytujący dotyk Olivera Riversa na udach skutecznie utrudniały jej podejmowanie tak ciężkich kroków.

Obawiała się chwili, gdy któryś z nich spróbuje ją pocałować. Co jeśli Oliver zrobi to pierwszy? Albo okaże się, że Roger nie całuje tak dobrze, jak sobie to wyobrażała? Lub jeszcze gorzej: że zrobią to obaj. Wciąż nie umiała zdecydować, z którym z chłopców lepiej spędzało się jej czas. Z jednej strony Roger był jej miłością od lat, wzdychała za nim na każdym kroku i czuła do niego pewnego rodzaju sentyment, z drugiej zaś strony z dużo większą łatwością znajdowała wspólne tematy z Oliverem. I gdy wydawało jej się, że już, już podjęła decyzję, kolejne wątpliwości pojawiały się w jej głowie: bo niby to Malone zaskakiwał różnymi prezentami, ale to przecież Rivers odprowadzał ją pod klasę na zajęcia i pomagał w pracach domowych…

Tak oto Susan stanęła przed największym dylematem swojego życia i — miała tego pełną świadomość — niedługo będzie musiała dokonać wyboru. Brakowało jej przyjaciela, któremu mogłaby się zwierzyć, który by jej pomógł i pojął wagę problemu. Nie rozumiała, czemu Harry się od niej odwrócił i nie wspierał jej w tak ważnych momentach.

Długo zastanawiała się, czy przez wzgląd na ich ostatnie sprzeczki powinna w ogóle pojawić się na sobotnim widowisku, ale w końcu doszła do wniosku, że przecież ma do tego pełne prawo i dziwaczne fochy przyjaciela nie mogą odebrać jej przyjemności dzielenia meczu z jej chłopcami.

Tego dnia komentatorem miał zostać piątoroczny Zachariasz Smith. Na śniadaniu puszył się jak paw i zadzierał wysoko swój podwójny podbródek, czym niezwykle irytował wszystkich wokół, tym bardziej, że nigdy nie przejawiał ku relacjonowaniu wydarzeń sportowych specjalnych predyspozycji. Brak radiowego głosu czy choćby elokwentnego poczucia humoru stanowczo skreślał go według Susan z listy potencjalnych dobrych komentujących, była więc ciekawa, czy jej przeczucia się sprawdzą. W końcu nie każdy, kto lubi quidditch, od razu powinien pchać się do relacjonowania meczy.

Przypominając sobie ogrom wsparcia, jaki Susan otrzymała ze strony Harry'ego na eliminacjach, dziewczyna pomyślała, że chyba powinna przygotować dla przyjaciela jakiś transparent dopingujący, ale wpadła na to zbyt późno. Hermiona, nie będąc entuzjastką quidditcha, również niczego nie zrobiła, a Neville kibicował Slytherinowi. Porażka na pełnej linii…

Na trybunach wrzało. Ruda nie pamiętała, kiedy ostatnio lub czy nawet kiedykolwiek zdarzyło się, żeby uczniowie zebrali się na stadionie już godzinę przed meczem. Wokół wejścia do szatni Ślizgonów stał tłum gapiów, wszyscy byli ciekawi, kim okażą się nowi gracze domu węża.

Dodatkową atrakcją tego meczu była obecność na trybunach przyjaciół Dumbledora. Siedzieli obok niego w specjalnie wygospodarowanej loży i śmiali się do siebie głośno. Leonardo da Vinci wyglądał na najstarszego z całej szóstki dostojnych magów. Biała i bujna jak Zakazany Las broda spływała kaskadami po jego wielkim brzuchu. Na głowę włożył śmieszny, czarny beret, który opadał mu co jakiś czas na garbaty nos, tak podobny do Snape'owego. Mężczyzna rozrysowywał coś na kartce papieru i rozmawiał podekscytowany z dyrektorem Hogwartu. Einstein zaś za pomocą różdżki pisał w powietrzu wyglądające na bardzo skomplikowane działanie i tłumaczył jego zawiłość Kopernikowi, którego dziwna fryzura dalej budziła zainteresowanie tłumu.

Wśród burzy oklasków pierwsza na stadionie pojawiła się drużyna Gryfonów. Ron wyglądał bardzo niewyraźnie, a bladość jego twarzy kontrastowała z czerwienią szminki, którą odcisnęła mu na policzku Lavender Brown. Nawet z trybun Susan była w stanie dostrzec, jak strużki potu ściekają mu po skroniach, a dolna warga trzęsie się ze strachu przed przegraną; Weasley nigdy nie należał do mistrzów panowania nad stresem.

Harry zaś trzymał się dobrze. Zacisnął wargi w cienką linię i sztyletował wzrokiem Susan. Dziewczyna była pewna, że brunet wpatruje się dokładnie w nią i w dłonie chłopców pełznące po jej talii, przez co niemal spaliła się ze wstydu. Wyswobodziła się z ich objęć i rzuciła, śmiejąc się nerwowo:

— To może ja nam przyniosę coś do picia?

Zbiegała właśnie po dwa stopnie do stoiska z napojami, które stało u podnóża schodów, gdy nagle na trybunach zrobił się wielki szum i na boisko wbiegła siódemka szmaragdowych postaci z czarnymi miotłami w dłoniach.

— I OTO ONI! — darł się Zachariasz. — Na pozycji szukającego tradycyjnie widzimy Dracona Malfoya, który dwa tygodnie temu ustąpił ze stołka kapitana drużyny i przekazał dowództwo… tak, piątorocznemu Teodorowi Nottowi!

Według Susan, Smith za bardzo starał się brzmieć profesjonalnie i mówił mało wyraźnie. Mikrofon trzymał zbyt blisko ust, przez co głośnik irytująco trzeszczał i dziewczyna musiała się mocno skupić, aby cokolwiek zrozumieć. Blondwłosy Puchon, o lokach przywodzących na myśl owczą wełnę i policzkach zaróżowionych z podekscytowania, tak przejął się nowo powierzoną mu funkcją, że podczas próby poprawnego sformułowania myśli zachłysnął się własną śliną. Rozkaszlał się okrutnie, a że nie wpadł na to, aby odsunąć się od mikrofonu, jego charkot poniósł się po całym boisku.

To chyba nie będzie dobry mecz pod kątem komentatorskim, pomyślała Susan.

— A zaraz za nim toczą się goryle Malfoya, Crabbe i Goyle — standardowo na pozycji pałkarzy — kontynuował Zachariasz, gdy udało mu się odzyskać głos. — Gracze ustawiają się naprzeciw siebie i możemy zauważyć, że przeciwko ścigającym Gryffindoru, młodej Weasley, zwinnej Robins i doświadczonej Bell, zagrają w tym roku nowy kapitan drużyny Ślizgonów, jego kolega z roku — Urquhart oraz mały Vaisey. Czy młode i niezaprawione w boju węże poradzą sobie z tak mocnym składem lwów?

Susan stanęła z boku, nie chcąc wracać do Rogera i Olivera, i przyjrzała się drużynie Gryfonów. Mimo że Weasley miał już roczne doświadczenie w grze w szkolnej drużynie quidditcha, a Nott dostał się do niej zaledwie dwa tygodnie temu i od razu została zrzucona mu na barki odpowiedzialność bycia kapitanem, to Ron dygotał ze zdenerwowania. Przyglądała się, jak roztrzęsiony rudzielec ściska smukłą dłoń Notta, a zaraz potem Harry wzbija się w powietrze, śledząc wzrokiem umykający złoty znicz. Uświadomiła sobie wtedy, jak bardzo brakuje jej przyjaciela. Tęskniła za jego głupimi dowcipami i ciepłymi dłońmi, bujną wyobraźnią i poczuciem bezpieczeństwa, jakie jej dawał.

— Bell przejmuje kafel i od początku agresywnie atakuje pętle przeciwnika. Trzecioroczny Baddock, który w tym roku broni bramek Slytherinu, chyba nie da rady tak doświadczonej ścigającej. I… tak, dziesięć zero dla Gryffindoru!

Ginny i Demelza przybiły sobie piątkę, a Harry wyraźnie się rozpogodził, sunąc nad głowami reszty graczy. Kafla przejął Urquhart i razem z Nottem utworzyli Śmiertelny Klin, pędząc wprost na Weasleya, który krążył przed obręczami jak ogłupiała pszczoła, kompletnie nie mogąc się skupić. Z opresji wybawił go świetnie radzący sobie tego dnia zespół „Rimmy", młodzi pałkarze Gryffindoru, którzy posłali zabójczego tłuczka w kierunku Ślizgonów.

Trybuny szalały. Nikt nie spodziewał się tak zjawiskowej podwójnej zagrywki ze strony gryfońskich pałkarzy. Młodzi chłopcy sprawiali wrażenie, jakby opili się szczęściem. Ich niewinne jeszcze buźki rozświetlały ostre tego ranka promienie słoneczne. Wydawało się, ze nic nie jest w stanie zepsuć dnia chwały Gryfonów, ale Crabbe i Goyle już zaczęli szykować się do odwetu, z wściekłości cali czerwoni na twarzach.

— Co za emocje — komentował dalej Zachariasz, poprawiając co chwilę swoją blond czuprynę. — Gryffindor znów przy piłce, a dziewczęta ustawiają się w Kleszcze Parkina. Tak, po środku tego zabójczego klinu leci mordercza Katie Bell, która już chyba samym spojrzeniem tak przeraziła biednego Baddocka, że biedak niemal spadł z miotły. DWADZIEŚCIA DO ZERA DLA GRYFFINDORU!

W loży Slytherinu Neville i Pansy Parkinson produkowali się, powiewając długim na dziesięć stóp transparentem, na którym dumnie prężył się napis: „Do boju, Malfoy!". Dopingowali przyjaciela ile sił w płucach, choć wszyscy i tak mieli świadomość, że wynik tego meczu został już przesądzony. Mimo że nikt nie wiedział o niespecjalnym stanie zdrowia Ślizgona, dla każdego było jasne, że Potter tego dnia odstaje poziomem od swojego rywala.

Hermiona patrzyła na to wszystko zdegustowana. Zwykle odpuszczała sobie chodzenie na rozgrywki quidditcha, ale po ostatniej kłótni między Harrym a Susan postanowiła go wesprzeć swoją obecnością. Chyba jednak przeliczyła się w kwestii swojej wytrzymałości, bo zaledwie po kwadransie była już tak umęczona i zirytowana, że łypała wzrokiem na prawo i lewo i rozważała rychłą ewakuację z trybun, najlepiej po francusku*. W końcu, wykorzystując moment wrzawy spowodowany kolejnym golem strzelonym przez Gryfonów, dyskretnie wymknęła się na błonia i odetchnęła głośno, czując się, jakby wyrwała się diabelskich sideł.

Nie pojmowała, jak można większość swojego cennego czasu marnować na kibicowanie siódemce dziwaków, którzy całe życie poświęcali ganianiu za piłkami. Dziwiła się, że szkoła aprobowała ten prymitywny sposób rozrywki, który u wielu osób był źródłem problemów z nauką i często okazywał się głównym powodem powszechnego rozprężenia w okresie jesienno-zimowym. Miała nadzieję, że Susan i Harry szybko wyrosną z tych głupot i zorientują się, że tylko prawdziwa wiedza ma znaczenie w dorosłym życiu. Nie mogła znieść myśli, że któreś z przyjaciół wpadnie na pomysł kontynuowania tej dziecinnej zabawy w quidditch po szkole, w formie zawodowej.

Na zewnątrz wiał ciepły wiaterek, a bujne trawy kołysały się pod jego delikatnym dotykiem. Hermiona przeszła spacerkiem wzdłuż wielkiego cielska kałamarnicy i przysiadła na łące tuż obok szpiczastej sosny. Najchętniej wyciągnęłaby się na plecach, ale bała się pobrudzić swoją kremową koszulę. Pogratulowała sobie w myślach dzisiejszego wyboru bawełnianych spodni, dzięki czemu swobodnie mogła usiąść po turecku i nie czuć się przy tym jak ściśnięta przez diabelskie sidła. Umościła się wygodnie na trawie lekko wilgotnej od porannej rosy i podciągnęła rękawy pedantycznie wyprasowanej koszuli. Zawsze dbała, aby wyrównać mankiety i odpowiednio wygładzić materiał — niechlujność uważała niemal za zbrodnię.

Żałowała tylko, że nie zabrała ze sobą żadnej książki do poczytania, ale nie chciało jej się teraz biegać do zamku na siódme piętro, żeby znów za chwilę tu wracać. Pozwoliła więc sobie — jak nigdy — na ten mały moment lenistwa i odchyliła się, opierając ciężar ciała na wyciągniętych do tyłu dłoniach. Wystawiła twarz do słońca i uśmiechnęła się od ucha do ucha w stronę promieni.

— Piękna dziś pogoda, prawda? — dobiegł ją czyjś głos.

Niemal poderwała się do pozycji stojącej, gdy zobaczyła obok siebie jednego z przyjaciół Dumbledore'a.

— Profesor Boyle… Dzień dobry…

— Nie wstawaj, przysiądę się do ciebie — powiedział, kucając obok Hermiony.

Dziewczyna wiedziała, że powinna coś odpowiedzieć, ale na razie była zdolna jedynie do taksowania wzrokiem nietypowej urody mężczyzny. Wyglądał jak wyjęty z siedemnastowiecznego obrazu: duże, rybie oczy patrzyły na Hermionę inteligentnie, jakby wszystko wiedziały. Przypominały jej kolorem pień spróchniałej sosny stojącej nieopodal. Mężczyzna wykrzywiał pełne, morelowe usta w delikatnym uśmiechu, przez co w kącikach oczu pojawiły mu się kurze łapki. Jego podłużną twarz okalały długie do pasa ciemnobrązowe loki — zauważalnie pozostał wierny modzie ze swoich czasów. Wyraźnie bawiło go to, że Krukonka zaniemówiła na jego widok.

— Hermiona Granger, jak mniemam? — spytał, unosząc jedną brew.

— Jak to, skąd profesor wie…? — zdziwiła się dziewczyna. Chyba pierwszy raz w życiu miała problem ze sformułowaniem porządnego zdania, a w jej głowie panował istny bałagan.

— Albus nam opowiadał o pani osiągnięciach. Ale może przejdziemy na ty? Robert — powiedział i wyciągnął w jej kierunku dłoń o smukłych, zadbanych palcach.

Hermiona, zanim podała mu rękę, skarciła się trzy razy w myślach, że wcześniej pozwoliła sobie na takie dziecinne ubrudzenie jej trawą. On jednak nie zwrócił na to uwagi — obrócił tylko twarz ku słońcu i zaczął nucić pod nosem skoczną melodię. W końcu, gdy dziewczyna odzyskała zdolność mówienia, spytała:

— Nie ogląda profesor… Eee, to znaczy… Nie oglądasz meczu quidditcha?

— Nigdy nie przepadałem za sportami — odparł, a Hermionie zaświeciły się oczy.

— Czytałam twoją książkę, „Sceptycznego Alchemika" — zaczęła swoją długo układaną przemowę, gdy w końcu doprowadziła swój mózg do porządku. Odkąd przyjaciele dyrektora przyjechali do zamku, niemal codziennie zastanawiała się, co powie każdemu z nich na wypadek sytuacji, w której mogłaby z którymś porozmawiać. Oczywiście miała nadzieję, że nadarzy się taka okazja, natomiast nie śniła nawet, że to ona zostanie rozpoznana i zaczepiona podczas spaceru, a nie na odwrót. — Byłam poruszona twym podejściem do materii i spostrzeżeniami, które poczyniłeś w kwestii interakcji wody z rzeki Lete z innymi składnikami w eliksirach, które opisywałeś. Jak w ogóle udało ci się pozyskać tyle wody do badań, to niesamowite…

Robert zachichotał pod nosem.

— To długa historia, ale jak chcesz, mogę uchylić rąbka tajemnicy.

I zaczął opowiadać o tym, jak kiedyś umówił się z Nicholasem Flamelem na opijanie jego pięćset dwudziestych piątych urodzin w kameralnej, czarodziejskiej knajpce pod Orleanem we Francji. Mieli się tam spotkać z Joanną d'Arc, jednak zatrzymały ją obowiązki. W końcu skończyło się więc na tym, że późnym wieczorem sączyli we dwójkę wino obok place du Martoi w centrum miasta. Przenieśli się tam nie bez powodu, gdyż celem ich wizyty było nie tylko celebrowanie rocznicy narodzin Flamela, ale i obejrzenie nowego posągu ich znajomej Joasi, który został świeżo postawiony na jej cześć.

W pewnym momencie, gdy dopijali właśnie drugą butelkę Anjou-coteaux-de-la-loire, dosiadł się do nich śmieszny, niski człowieczek o okrągłej twarzy i zaproponował grę w eksplodującego durnia. Boyle chciał mu odmówić, nigdy bowiem nie należał do grona entuzjastów tej głupiej zabawy, ale nie zdążył odezwać się nawet słowem, a Nicholas już zaprosił gościa do ich stolika i ochoczo przytaknął. Flamel uwielbiał hazard, chciał więc namówić nowego na grę na galeony. Jednak ten karzełek, który okazał się być synem Charona, zaproponował im coś lepszego: postawił na szali nieograniczony dostęp do jednej z pięciu rzek Hadesu — Lete.

— I pan Flamel wygrał? — spytała Hermiona, nie dowierzając w abstrakcję tej historii.

— Nicholas zawsze wygrywa. Nigdy nie daj mu się namówić na żadną rozgrywkę, bo wrócisz do dormitorium naga.

Krukonka zarumieniła się na słowa Roberta.

— Nigdy o tym nie słyszałam. W żadnej hogwarckiej książce o tym nie wspominają…

— Nie wszystkie historie zostały zapisane na kartach ksiąg waszej biblioteki. — Mężczyzna uśmiechnął się do niej pogodnie. — Znam jeszcze wiele innych opowiastek, o których nie wspomina się nawet słowem — mniej lub bardziej prawdziwych, dotyczących nawet samych mieszkańców Hogwartu.

— Opowiesz?

— Wiedziałaś na przykład, że wasz profesor od eliksirów, Snape, należał kiedyś do grona śmierciożerców?

Hermiona wytrzeszczyła na niego oczy, zszokowana.

— Oczywiście mówię ci to w tajemnicy, bo wydajesz się być niezwykle inteligentną i niesamowicie dojrzałą, jak na swój wiek, młodą kobietką — mówił wolno, jakby w zamyśleniu. Sprawiał wrażenie człowieka przebywającego teraz w bardzo odległych, ale najwyraźniej też niezbyt dobrych, czasach. — Tak, nasz drogi Severus pogubił się nieco w młodości. I nie wiadomo, jak by wyglądało jego życie teraz, gdyby Voldemort w pewnym momencie nie zniknął. — Mężczyzna pochylił głowę, wyraźnie zasmucony tym wspomnieniem. Zaraz jednak kontynuował pogodniejszym tonem: — Za to młoda Minerwa, gdy w pewnym momencie swojego życia została stałą bywalczynią Dziurawego Kotła, któregoś dnia tak się upiła, że podrywała kota barmana.

— Nie sądziłam, że profesor McGonagall pije alkohol — zdziwiła się Hermiona.

Dalej nie mogła wyjść z szoku, że siedzi obok jednego z największych mózgów w dziejach czarodziejów i gawędzi o pijanej opiekunce domu lwa.

— Każdy był przecież kiedyś młody — zaśmiał się Robert. — Nawet wasz stary woźny. O, a o jego młodości krąży taka legenda… Na pewno słyszałaś.

— O Filchu? Chyba mocno się postarał o jej zatuszowanie, bo nie tylko nie znam jej treści, ale nie miałam też pojęcia, że jakakolwiek legenda o nim istnieje.

— Legenda to może za dużo powiedziane. Zresztą, sama potrafisz wyciągać wnioski. Kiedyś, pijąc w Świńskim Łbie, usłyszałem taką historię…

Argus Filch podczas swojej młodości mieszkał w ogromnej posiadłości w północnej części Anglii, większej nawet niż dwór Malfoyów. Jego rodzina zaś była nie tylko niesamowicie bogata, ale i potężna. W podziemiach zamku Filchów znajdował się jeden z największych zbiorów bibliotecznych z dziedziny czarnej magii, a w ogrodach rosły rośliny, o których przeciętni zielarze mogli tylko śnić.

Ojciec Argusa, Benjamin, był magiem niezwyciężonym, ale i okrutnym, pod pewnym kątem przypominającym nawet samego Lorda Voldemorta, zwłaszcza wtedy, gdy dniami i nocami torturował biednych mugoli i przeprowadzał na nich okrutne eksperymenty magiczne.

Jedyną rzeczą, a właściwie osobą, która powstrzymywała go przed skrajnym szaleństwem, była jego żona a matka woźnego Hogwartu: poczciwa Gertruda, z zamiłowania zielarka, z zawodu lekarka. To ona nie raz ratowała pokaleczone szczury laboratoryjne swojego męża z objęć śmierci. Po pewnym czasie również jej rolą stało się podnoszenie na duchu szalonego Benjamina, szczególnie w dni, gdy po raz kolejny w gazetach ukazywały się artykuły o okrutnych zwyczajach dziwaka z obrzeży Leeds.

Lecz pewnego dnia nawet jej zapewnienia, że ludzie z redakcji nie mają słuszności, nie wystarczyły. Oszalały z rozpaczy ojciec Argusa zaczął szukać sposobu, aby zmienić opinię innych o jego osobie.

Jednakże jego głowa od dawna nie działała już jak należy, więc gdy odszukał wśród swoich materiałów baśń o włochatym sercu czarodzieja, uznał, że będzie to najlepszy sposób na pokazanie się od innej strony. Chciał, tak jak stary czarodziej, stać się lepszy w oczach ludzi. Nie wiedział jednak, jak mógłby zmienić swój charakter. Nie potrafił grać i udawać jak główny bohater baśni.

Wieczorem położył się do łóżka i jak zawsze zaczął wsłuchiwać się w odgłosy nocy. W pewnym momencie do jego uszu dotarł dźwięk, na który wcześniej nie zwracał uwagi: bicie serca jego żony. I wtedy oświecenie spłynęło na niego jak grom z jasnego nieba. Postanowił wyciąć serce swojej poczciwej żony i zastąpić nim swoje własne, aby stać się dobrym człowiekiem.

Zanim jednak skończył przygotowywanie rytuału zamiany serc, nastał ranek i do sypialni zajrzał młody Argus…

— …Kiedy zobaczył scenę mordu, ogarnęła go furia tak wielka, że rzucił się na ojca i ponoć gołymi rękoma wyrwał mu serce. — Gdy Robert skończył, Hermiona patrzyła na niego nieco skonsternowana.

— Ale chyba w to nie wierzysz? — spytała. — Przecież gdyby to było prawdą, Filch siedziałby w Azkabanie za zabójstwo. Pomijając już luki logiczne w zachowaniu tej dwójki…

— Pamiętaj, że ojciec Argusa był niezrównoważony, a młody Filch oszalał na widok zabitej matki — przypomniał Robert i zmierzył szatynkę przeszywającym spojrzeniem, po czym kontynuował: — W zasadzie to tak, wierzę, bo końcówka tej historii dość sprawnie tłumaczy obecność waszego woźnego w Hogwarcie i wieści, jakie rozpuszcza o swoim charłactwie.

Hermiona zmarszczyła brwi.

— Przecież Filch nie chce, żebyśmy wiedzieli, że jest charłakiem.

— Sądzisz, że gdyby nie chciał, żebyście o tym wiedzieli, zostawiałby papiery dotyczące rozpoczęcia kursu dla charłaków na wierzchu stosów kartek w swoim kantorku? — spytał Boyle. — Tak, znam te zagrywki Argusa — zaśmiał się i odgarnął pukiel brązowych włosów opadający mu uparcie na nos.

— Dalej to nie tłumaczy, co morderca robi w szkole dla dzieci — zauważyła dziewczyna i założyła ręce na piersiach. Dziwiło ją, że tak mądry człowiek dopuszcza choć cień szansy, że ta historia mogłaby być prawdziwa.

— Gdy Argus wyciął serce swojemu ojcu, uczęszczał już do Hogwartu. Plotka głosi, że Albus poruszył niebo i ziemię, aby uchronić swojego podopiecznego przed Azkabanem. Wizengamot w zamian zgodził się na odebranie Argusowi magii i umieszczenie go pod opieką Dumbledore'a. No a ten, jak sama dobrze wiesz, uczynił go woźnym w Hogwarcie.

Hermiona nie mogła uwierzyć w to, co słyszała. Jeśli nawet historia ta jakimś cudem okazałaby się prawdziwa, to czy naprawdę stary dyrektor byłby aż tak nieodpowiedzialny? Rozumiała, że to typowa zbrodnia w afekcie, ale jednak zbrodnia! Ktoś, kto kiedyś zdołał zamordować człowieka, ba, własnego ojca, sprzątał teraz hogwarckie korytarze i pilnował na szlabanach niepełnoletnich czarodziei…

— Ale to właściwie nie jest koniec tej historii.

— Co jeszcze? — spytała, lekko już zirytowana tymi bzdurami. Mimo całej sympatii i podziwu, jakim darzyła Roberta, miała już powoli dość tej rozmowy. — Może zaraz się okaże, że na błoniach pochowano ojca Filcha. Albo jeszcze lepiej: ktoś go ożywił i trzymaja w zamknięciu w hogwarckich lochach?

Robert zaśmiał się pogodnie.

— Nie do końca, ale właściwie jesteś blisko. Ponoć tuż przed rozprawą, na której pozbawiono Argusa magii, wykradł on serce swojego ojca, zabezpieczył potężnymi czarami w skrzyni i ukrył ją na dnie tego jeziora. — Mężczyzna wskazał palcem w stronę zatrutej wody. — Ale w to ostatnie już nie wierzę, Albus na pewno by się o tym dowiedział.

Hermiona zamarła.

— Tak, to rzeczywiście już przesada — powiedziała nerwowo. — Jakby to miało wyglądać, Argus Filch spacerujący po dnie jeziora? — zaśmiała się sztucznie i zacisnęła palce na trawie.

— Rzeczywiście! Ha, ha, ha!

Ich rozmowę przerwał ryk szczęścia od strony boiska do quidditcha. Tłum uczniów wylał się z trybun i w ciągu zaledwie kilku sekund rozprzestrzenił po błoniach jak wirus. Krukonka dziękowała w duchu, że mogła pod dobrym pretekstem ulotnić się do Hogwartu. Bardzo chciała dalej móc rozmawiać z Robertem, ale była już zbyt przejęta, żeby wciąż słuchać jego słów w skupieniu. Pożegnała się z nim uprzejmie, lecz i trochę niecierpliwie, po czym popędziła w stronę zamku, przepychając się przez tłum skandujący nazwisko Harry'ego.

Chyba Gryffindor wygrał, bo przed oczami przewijały jej się uradowane postaci w szkarłatnych szatach. Nie miała jednak czasu, aby zatrzymać się i pogratulować Harry'emu, który chyba nawet mignął jej wśród uczniów. W myślach uporczywie błagała Merlina, żeby udało jej się szybko odnaleźć Neville'a.

Miała bowiem przeczucie, że w Hogwarcie dzieje się coś bardzo złego.

*W Wielkiej Brytanii mówi się: wyjść po francusku, zamiast polskiego: wyjść po angielsku