Oto przed Wami kolejny, ostatni rozdział historii Kaidana i Jane. Niestety pierwsza część dobiegła końca. Jednak mam nadzieję, że następne epizody również Wam się spodobają.
Przede wszystkim chciałam podziękować za liczne wyświetlenia i uważne czytanie wszystkich rozdziałów, które zamieszczałam 😊😊 Miło, że ktoś docenił mój punkt widzenia pierwszej części Mass Effect.
Już niedługo kolejny etap historii dwóch ludzi, złączonych ze sobą uczuciem, ale też ogromną odpowiedzialnością.
Dziękuję raz jeszcze!
A teraz zapraszam do czytania 😊
Pieprzony Saren. Przez niego tak wiele straciłam: Jenkinsa, Ashley oraz wiele niesamowitych żołnierzy, którzy nie wahali się przed śmiercią.
Ratując Radę z rąk Suwerena położyłam na szali los ośmiu krążowników Przymierza. Nie mogłam pozwolić im umrzeć.
Natomiast Joker - mój nieoceniony pilot pomógł ludziom, którzy potrzebowali wsparcia. Mimo niebezpieczeństwa pierwszy ruszył na szturm przeciw gethom i Suwerenowi.
Duma rozpierała moje serce, gdy usłyszałam przez swoje radio, że Joker wraz z admirałem Hackettem na czele, pokonał uporczywego Żniwiarza.
A ja?
Leżałam pod stertą gruzu, która zawaliła się na mnie wraz z uderzeniem Suwerena o Cytadelę. Pokonałam turianina, ale nie mogłam wydostać się spod cholernego kawałka ściany.
Wszędzie panował chaos. Słyszałam z oddali krzyki i odgłosy walki. Krążowniki walczyły z niedobitkami gethów.
Miałam nadzieję, że podjęłam dobrą decyzję ratując Radę. Tych, co nigdy nie chcieli mi pomóc.
Jednak konsekwencjami będę się przejmować później. Teraz liczyło się tylko wydostanie ze stacji kosmicznej i znalezienie dwóch członków mojej załogi.
Kaidan i Garrus.
Straciłam ich z oczu, gdy razem walczyliśmy z Sarenem.
Kolejny wybuch oderwał kawałek muru, który upadł na moją odsłoniętą nogę.
Cholera.
Nie mogłam się ruszyć, ani wezwać pomocy przez radio, bo został zniszczony.
- Halo. Czy ktoś mnie słyszy? Tu komandor Shepard - krzyknęłam z całej siły.
Cisza.
Spróbowałam kolejny raz. Minuty mijały, a Cytadela powoli się rozpadała.
- Pani komandor. Shepard! Gdzie jesteś? - usłyszałam znajomy głos. Był to Anderson. Znajdował się niedaleko mojego punktu położenia.
- Shepard! - wykrzyczał, gdy mnie zobaczył - Nic ci nie jest? - rzekł w moją stronę - Zaraz cię wydostaniemy. Wzywam pomoc.
- Nigdzie się stąd nie wybieram, Anderson - wysiliłam się na zabawny ton głosu.
Próbowałam wydostać nogę spod stery gruzu, ale bezskutecznie.
Usłyszałam jak Anderson rozmawia z kimś przez komunikator.
Odetchnęłam z ulgą. Pomoc nadchodzi.
Po chwili w zasięgu mojego wzroku pojawił się mężczyzna podtrzymywany przez turianina, a za nimi biegli funkcjonariusze SOC.
- Pani komandor! - krzyknął Kaidan, ponieważ to on szedł podparty na ramieniu Garrusa.
Gdy mnie zobaczył - bezradną i poobijaną - wyrwał się zaskoczonemu Vakarianowi i szybko do mnie podbiegł. Zobaczyłam, że z jego twarzy sączy się strużka krwi.
Był ranny.
Uklęknął przy mnie i ujął moją dłoń.
- Szybko, musimy wyciągnąć pani komandor spod tego gruzu - zawołał - Kapitanie, Garrusie pomóżcie mi!
Mimo bólu i ran nadal mnie zaskakiwał.
- Kaidan... - szepnęłam
- Zaraz cię wyciągniemy, Jane - powiedział cicho, tak, żeby nikt go nie usłyszał, oprócz mnie.
Otarł mi ukradkiem krew i brud z twarzy.
Po kilku minutach wspólnymi siłami zdołałam uwolnić się spod cholernej ściany. Funkcjonariusze SOC pomogli mi wstać, ponieważ boląca noga mi tego nie umożliwiła. Jeden ze strażników oznajmił, że muszą przetransportować mnie do najbliższego punktu medycznego.
- Na Normandii mamy gabinet lekarski - rzekłam - Anderson, gdzie jest mój statek? Czy wszystko w porządku z Jokerem i resztą załogi?
- Wszyscy przeżyli. Czekają na ciebie. Aktualnie znajdują się niedaleko stąd - odpowiedział.
Odetchnęłam z ulgą.
- Kapitanie, może to ja powinienem przetransportować panią komandor na Normandię? - usłyszałam niski głos Kaidana, który stał nieopodal Garrusa.
- Alenko, sam jesteś ranny. Musisz iść do lekarza! - zaprzeczył Anderson ruchem głowy.
- To nic - Kaidan podszedł do mnie i wziął pod umięśnione ramię.
Musiałam interweniować. Chciałam spędzić z nim trochę czasu na osobności.
- Myślę, że porucznik ma rację. Nie ma czasu na zajmowanie się moją osobą. Sami zdołamy trafić na statek. Doktor Chawkas na pewno postawi nas na nogi - zwróciłam się do kapitana, po czym odeszłam z miejsca zderzenia podtrzymywana przez Alenko.
Szliśmy w milczeniu przez kilka minut. Noga, która okazała się być tylko zwichnięta bolała coraz mniej. Mogłam powoli iść o własnych siłach.
- Bardzo się martwiłem o ciebie - rzekł cicho, gdy zbliżaliśmy się do statku.
- Obiecałam, że wrócę - uśmiechnęłam się do niego, mimo bólu.
Byłam szczęśliwa.
Pokonaliśmy Sarena i Suwerena.
Musiałam być silna. Dać ludziom nadzieję na odbudowę Cytadeli, pochowanie zmarłych i pogodzenie się z okrutną stratą. Droga, którą musiałam przejść nauczyła mnie, że tylko w mych rękach spoczywa ogromna oodpowiedzialność. Nie mogłam się teraz wycofać.
Poczułam, że Kaidan obraca mnie w swoją stronę. Spojrzał mi głęboko w oczy i delikatnie pocałował. Było to tylko muśnięcie wargami.
- Na więcej będziesz musiała poczekać, pani komandor - figlarny uśmieszek pojawił się na jego twarzy. Wiedziałam, co to oznacza. Poczułam przyjemne mrowienie wzdłuż ciała.
Gdy przeszliśmy przez drzwi Normandii - jak ranni żołnierze z bezcennym bagażem doświadczeń - zobaczyłam wiele rąk uniesionych w górę i głośny krzyk. Wszyscy nam wiwatowali i ściskali dłonie, gratulując.
Tali i Liara mocno mnie przytuliły.
W półmroku statku poczułam jak Kaidan ściska moją rękę. Nareszcie byłam w domu.
