Rozdział dziesiąty: Witaj, Ciemności


Już prawie dojechaliśmy… już prawie jesteśmy na miejscu.

Maddie z trudem powstrzymywała się od tego, żeby zacząć obgryzać sobie paznokcie. Według Hailee już prawie dojechali do miejsca, w którym obecnie znajdowali się bracia. Maddie modliła się w duchu o to, aby zdążyli na czas. Nie miała pojęcia, co ich tam czeka, ale wiedziała, że to z pewnością nie będzie nic dobrego.

- Chodźcie, szybko. – pogoniła wszystkich Hailee, wysiadając jako pierwsza z auta. – Zanim będzie za późno.

Jako pierwsza też wbiegła do środka. Maddie, która szła z tyłu zaraz za Eldonem, usłyszała po chwili jej głośne krzyki. Hailee była czymś bardzo zdenerwowana. Nastolatka automatycznie przyspieszyła, obawiając się najgorszego.

- Coś ty sobie myślał, idioto?! – dobiegł ją po chwili donośny krzyk czarownicy. Maddie wyminęła szybko Eldona, który stanął blisko wejścia do pubu, aby móc lepiej wszystko widzieć.

W pierwszej chwili dostrzegła Deana, który stał naprzeciwko jakiegoś dość wysokiego, chudego mężczyzny w średnim wieku. W ręku trzymał dużą, starą kosę. Sam klęczał pomiędzy nimi, wyraźnie zdezorientowany.

- Co się stało? – spytała się Maddie, nie mogąc się przed tym powstrzymać. Gdy tylko się odezwała, Dean i Sam spojrzeli się szybko w jej stronę, zaskoczeni jej widokiem. Nie spodziewali się jej chyba tutaj. W jej stronę obrócił się nawet owy tajemnicy mężczyzna. Zerknął na nią z zaciekawieniem, nim nie obrócił się ponownie przodem w stronę Deana i Sama.

- Chciał zabić Śmierć, idiota jeden. – warknęła z irytacją Hailee. Maddie i Cyrus spojrzeli się szybko po sobie ze zdumieniem, nim nie odwrócili się z powrotem w stronę reszty.

- Nie miałem innego wyjścia. – odciął się jej Dean. – Miałem do wyboru albo to, albo zabicie Sama.

- A pomyślałeś o tym, co się stałoby z tym światem, gdyby zabrakło Śmierci, jełopie jeden? – Hailee w ogóle mu nie odpuszczała. – Masz w ogóle pojęcie, w jaki chaos i zamęt ten świat popadłby? Nie wspominam tu nawet o tym, jak bezbronny by się on stał, gdyby Ciemność została uwolniona. Bo to, kretynie, już chyba powinieneś wiedzieć.

- Możesz mnie przestać wyzywać? – wypalił w pewnej chwili mężczyzna, nie mogąc już dłużej znieść tych obelg.

- Przestanę, jak przestaniecie się obaj zachowywać jak kompletni idioci! – Hailee praktycznie ryknęła, tak wściekła teraz była. – Matko boska. – wymamrotała zaraz potem, odwracając się do obydwu braci tyłem i odchodząc od nich parę kroków. – Ten cały świat schodzi na psy, jak mamę kocham…

- Eee… mam jedno krótkie pytanie. – odezwała się w końcu Maddie. Ciekawość zżerała ją do tego stopnia, że dłużej już nie mogła się powstrzymać. – Jeśli dobrze was zrozumiałam, to… – tu wskazała na owego chudego mężczyznę. – to jest Śmierć?

- Nie inaczej. – odezwał się mężczyzna, uśmiechając się przy tym kątem ust.

Wow… no nieźle. – pomyślała nastolatka, wpatrując się z oszołomieniem w nieśmiertelnego. – Właśnie poznałam Śmierć.

- Możemy już chyba wracać. – dobiegł ich nagle głos Hailee. Czarownica zdała się już do siebie dojść po ostatnim wybuchu. – Rowena na pewno nic nie wykombinuje, więc… – Nagle młoda kobieta zamarła, wpatrując się intensywnie w starszego z braci. – Winchester… przedramię ci się świeci.

- Co? – Dean zdołał wypalić. Spojrzał się szybko na swoją rękę, wyraźnie zaniepokojony. Hailee nie kłamała – znamię Kaina rozbłysło jasnym, oślepiającym światłem. Jednocześnie wszyscy poczuli, jak ziemia zaczyna trząść się pod nimi. Nim ktokolwiek zdołał zareagować, znamię rozbłysło jeszcze jaśniej, po czym zniknęło z przedramienia Deana.

- Jasna cholera. – zaklął Eldon głośno. – Tego się właśnie obawiałem.

- Gratulacje, Dean. – powiedział po chwili cichym głosem Śmierć. – Właśnie popełniliście największy błąd swego życia. – tu zwrócił się w stronę Deana i Sama. – Pozwoliliście Ciemności uciec. Jest teraz wolna.

- Kiedy to nie my! – zawołał Dean. – Nic przecież nie zrobiłem! – Zaraz potem odwrócił się w stronę Hailee, wpatrując się w nią oskarżycielskim wzrokiem. – Mówiłaś, że Rowena nie stanowi żadnego problemu. Że nic nie zmaluje. Że… – W tej samej chwili rozdzwonił się jego telefon. Dean zaklął soczyście pod nosem, po czym wyjął szybko komórkę z kieszeni i odebrał połączenie. – O co chodzi, Charlie? – spytał się. Przez dłuższą chwilę milczał, słuchając tego, co kobieta miała mu do przekazania. – Rozumiem. Dobrze… tak, rozumiem. Przekażę im wszystko. Dzięki za ostrzeżenie.

- Co się stało? – zapytał się brata Sam. – Rowena?

- A któżby inaczej. – syknął z irytacją Dean. – Psychopatka wykiwała Charlie i Castiela na spółkę ze swoim synalkiem, a potem wykiwała jego, jak tylko skończył jej pomagać przeprowadzać rytuał. Siksa zwiała razem z księgą, a Castiela i Crowleya ogłuszyła.

- A Charlie? Nic jej nie jest? – Dla Hailee to było w tej chwili najważniejsze.

Dean po jej pytaniu spojrzał się na nią krzywo, ale ostatecznie udzielił jej odpowiedzi.

- Tak, wszystko jest z nią okej. – odpowiedział młodej czarownicy. – Crowley zwiał, a Charlie udało się dobudzić Castiela. Są już w drodze do bunkra. Ukryją się tam na czas tego, co nadchodzi. My też powinniśmy to samo zrobić. – dodał na koniec.

- Na moją pomoc już nie liczcie. – odezwał się nagle Śmierć. – Zbyt wiele razy naraziliście ten świat na zagładę. Tym razem nie jest inaczej.

- Z całym szacunkiem, ale nic takiego nie sugerowałem. – Dean odciął się najgrzeczniej, jak tylko potrafił. – Chodź, młoda. – tu obrócił się do Maddie, która stała najbliżej nich. – Jedziesz z nami.

- Ona nigdzie z wami nie pojedzie. – Dean obrócił się, mocno zaskoczony. Spodziewał się tych słów od każdego: od Hailee, o Cyrusa… nawet od Eldona, któremu Maddie i tak nie ufała. Ale od Śmierci się tego w ogóle nie spodziewał.

- A co ty masz w tej kwestii do powiedzenia? – zdziwił się Sam. Dean wciąż milczał, zbyt zszokowany i zdezorientowany, aby w jakikolwiek sposób to skomentować.

- Potomkini aniołów jest w tej chwili waszą jedyną szansą. – odparł Śmierć. Spojrzał się przelotnie na Maddie, która przełknęła ciężko, napotykając jego intensywny wzrok. Cofnęła się o krok i stanęła bliżej Cyrusa, po czym ujęła go za rękę. Chłopak od razu uścisnął jej dłoń, zapewniając ją, że przy nim może czuć się bezpieczna. Nawet Eldon zrobił krok w ich stronę, stając mniej więcej pomiędzy nimi a Śmiercią. – Nic jej ode mnie nie grozi, zapewniam was. – powiedział, widząc reakcję wszystkich. – Nie zamierzam jednak oddawać potencjalnej broni przeciwko Ciemności w ręce Winchesterów.

- Nie przesadzaj. – Dean wreszcie odzyskał swój głos i mógł się odciąć Śmierci. – Znamy Maddie od dziecka. Nie ma żadnych mocy.

- Bo aż do teraz nie wiedziała, czym tak naprawdę jest. – Śmierć zerknął z zaciekawieniem na nastolatkę. – Zgadza się?

- Można tak powiedzieć. – przyznała niechętnie. – Ale… ja serio nie mam żadnych mocy. Nie jestem wcale potężna.

- Ale się staniesz. – zapewnił ją nieśmiertelny. – Potrzebujesz tylko trochę treningu.

- Nefilimy wcale nie są tak potężne. – Dean nie dawał za wygraną. Nie chciał za żadne skarby oddawać Maddie pod opiekę Śmierci. – Castiel spotkał jednego z nich. Matkę Maddie, Jane. – tu nastolatka skrzywiła się nieznacznie na to wspomnienie. Wciąż czuła gorycz na samą myśl o tym, że nie tak dawno dane jej było spotkać anioła, który był odpowiedzialny za śmierć jej biologicznej matki. – Nie miał żadnego problemu z pokonaniem jej.

- Bo nie miała wsparcia Żniwiarzy. – przerwał mu nagle Śmierć. – W historii tego świata istniało tylko kilkadziesiąt nefilimów, z czego jedynie kilkoro współpracowało z moimi dziećmi. I uwierz mi, Dean… gdy do mocy nefilimów dołączą moce Żniwiarzy, stają się naprawdę potężni.

Mężczyzna chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w tym momencie gruntem zatrzęsły kolejne wstrząsy.

- To ty musisz podjąć decyzję, moja droga. – powiedział nastolatce Śmierć, gdy trzęsienie ziemi ustało. – Ciemność już za chwilę się uwolni, i to niedaleko stąd. Musisz zadecydować teraz, czy chcesz odejść bezpiecznie ze mną, czy zaryzykować wystawienie się na łaskę i niełaskę Ciemności.

Maddie miała przed sobą naprawdę trudny orzech do zgryzienia. Nie chciała zostawiać Deana i Sama, nie chciała też zostawiać Cyrusa czy Hailee. Nie znała ani trochę Śmierci i nie wiedziała, czego po nim może się spodziewać. Czuła jednak, że nie okłamuje on jej. Jeśli naprawdę istniała realna szansa na to, że w połączeniu z jego mocami mogłaby stać się bronią do pokonania tej całej Ciemności, to dziewczyna chciała chociaż spróbować podjąć to ryzyko. Wychowana przez Bobby'ego, Maddie posiadała mocno rozbudowany kodeks moralny. Czuła, że jeśli istnieje taka opcja, to powinna podjąć się tego zadania i wykorzystać swoje zdolności, aby ocalić ten świat przed całkowitą zagładą.

- Dobrze… pójdę z tobą. – powiedziała w końcu.

- Maddie! – Dean niemalże wykrzyknął. – Zastanów się nad tym. Damy radę cię ochronić, wierzę w to.

- Skąd możesz mieć pewność, że masz rację? – spytała się go na to nastolatka. – Mówimy tu o Ciemności, Dean. Ledwie dajemy sobie radę w walce z demonami, wampirami czy aniołami. A tutaj mowa jest o pierwotnej, niewyobrażalnie potężnej istocie równie starej jak Bóg. – Zaraz potem Maddie obróciła się z powrotem w stronę Śmierci. Mężczyzna podszedł do niej powoli, po czym stanął naprzeciwko niej i wyciągnął do niej zachęcająco dłoń. – Nie chcę odchodzić stąd sama. – powiedziała nagle. – Jeśli jest taka możliwość, chcę zabrać ze sobą Cyrusa.

- Co? – zdziwił się nastolatek. Nim jednak zdołał coś jeszcze powiedzieć, głos zabrał jego starszy brat.

- Idź z nimi, Cyrus. – polecił mu Eldon. – Tutaj nie będzie bezpiecznie.

- Ale my tu mówimy o Śmierci. – odparł chłopak.

- Dokładnie. – powiedział Eldon. – Co jak co, ale najstarszemu z Żniwiarzy można ufać bardziej niż któremukolwiek z aniołów. No już. – dodał zaraz potem, popychając chłopaka w stronę Maddie. – Idziesz z nimi. Koniec dyskusji. My damy sobie tutaj radę bez was.

- No dobra. – Cyrus wiedział, że nie wygra dyskusji ze swoim bratem. – Niech ci będzie.

Powoli, niepewnie ujął dłoń Maddie. Dziewczyna uścisnęła ją lekko, zapewniając go, że wszystko będzie dobrze. Uśmiechnęła się jeszcze słabo do nastolatka, nim nie obróciła się bokiem w stronę Śmierci i nie wyciągnęła do niego drugiej ręki. Żniwiarz ujął ją pewnie, po czym skinął nieznacznie głową. Chwilę później cała trójka zniknęła.

- No i dobra… najmłodsi są już bezpieczni. – powiedziała po dłuższej chwili Hailee, przerywając tę niezręczną ciszę. – Teraz pora zadbać o siebie.

- Racja. – przyznał Sam. Zaraz potem cała czwórka wybiegła z pubu i rzuciła się w stronę swoich aut. Wsiedli do nich w tym samym czasie, w którym ziemia zatrzęsła się po raz kolejny.

Hailee zamarła na moment, wpatrując się w czarne smugi dymu, które nagle zaczęły wydobywać się spod ziemi. Czuła, że to nie oznacza nic dobrego. Ocknęła się po chwili i spróbowała odpalić samochód. Nie dała jednak rady. Silnik jej auta z niewiadomych przyczyn odmówił współpracy.

- No dalej, zapal! – wykrzyknęła w pewnej chwili, nie mogąc wytrzymać. – No już, odpalaj! No dalej, działaj, do ciężkiej cholery!

- Chyba nie tylko my mamy problem. – zauważył nagle Eldon. Hailee podniosła wzrok znad maski rozdzielczej, aby spojrzeć się w miejsce, które wskazywał jej mężczyzna. Niedaleko nich, po drugiej stronie prowizorycznego parkingu, Dean i Sam ugrzęźli swoim autem w błocie.

Żadne z nas nie ma szans na ucieczkę stąd. – uświadomiła sobie nagle kobieta. – Nie damy rady stąd zwiać.

- Zamykaj okna. – poleciła nagle Eldonowi. – Zamykaj je! Już!

Smugi czarnego dymu połączyły się ze sobą, tworząc jedną, wielką chmurę. Zaczęła się ona gwałtownie roznosić na wszystkie strony, zalewając mrokiem wszystko dookoła. Eldon, widząc to, rzucił się do okna po swojej stronie i zamknął je najszybciej, jak tylko był w stanie.

- I co teraz? – spytał się zaraz potem Hailee. Młoda czarownica wpatrywała się w samochód Deana i Sama. Mężczyźni zastosowali tę samą technikę, co oni – pozamykali wszystko i liczyli na dosłowny cud.

- Teraz lepiej zacznij się modlić. – odpowiedziała mu, wpatrując się szeroko otwartymi oczami w nadciągające w ich stronę kłęby czarnego, nieprzeniknionego dymu. – Czeka nas bardzo, bardzo ostra jazda bez trzymanki.

W pierwszej kolejności kłęby dymu pochłonęły samochód, w którym znajdowali się Sam i Dean. Hailee, nie mogąc dłużej wytrzymać, przesunęła szybko rękę w bok i złapała siedzącego obok niej Eldona za ramię. Zaraz potem zacisnęła powieki, gdy dym ruszył w ich stronę.

Nie mogę na to patrzeć. Nie mogę. – powiedziała sobie. Zaraz potem poczuła tylko, jak jej samochodem coś potrząsa. I wiedziała, co się właśnie stało.

Ciemność otoczyła wszystko dookoła nich.


A/N: I na tym opowiadanie się kończy :) Druga część będzie nosić tytuł „Styne Trilogy: Darker Path". Opublikuję ją najpewniej na początku następnego miesiąca – na razie pracuję nad szczegółowym streszczeniem rozdziałów.