X

Szach-mat

Olivier powoli pociągnął sztywnym, ciemnym piórem po pergaminie, kończąc ostatnie „e" niewielkim zawijasem, po czym starannie postawił pokaźną kropkę. Dwoje stojących przed jego biurkiem czarnowłosych prefektów jego domu wlepiało w niego skośne oczy, czekając niecierpliwie, aż się odezwie.

Niespiesznie zwinął swoje przemówienie w rulon, schował do szuflady, przekręcił klucz i oparł łokcie na blacie, splatając palce. Ślizgoni wyprostowali się, kiedy utkwił w nich uważne spojrzenie.

- Et alors? – spytał po chwili spokojnie. Nie takiej reakcji się spodziewali. – Twierdzicie, że uczniowie organizują w lochach nielegalne pojedynki, tak?

- Tak jest, panie profesorze – odparła natychmiast Kathryn, a jej brat pokiwał gorliwie głową.

Olivier sięgnął po szklankę wody.

- Rozumiem, że potraficie mi to jakoś udowodnić. Macie jakieś zdjęcia, materiał dowodowy, porzucone różdżki, strzępy mundurków, urwane kończyny… Mam rację?

Zapadła niezręczna cisza. Prefekci wbili wzrok w nienagannie wyszorowaną podłogę. Profesor upił łyk, zerkając na nich z ukosa.

- Bo jeżeli wam się wydaje – podjął, podnosząc nieco głos – że będę osobiście biegał po lochach, żeby się przekonać, czy przypadkiem nie macie racji, to jesteście, niestety, w błędzie…

Landon Everett chrząknął cicho, a Kathryn z trudem powstrzymała się, żeby nie szturchnąć go w żebra.

- Coś pan chce powiedzieć, zdaje się… – Olivier zmrużył oczy. – Nie? No i dobrze. Panno Everett, proszę mi najpierw znaleźć dowody i dostarczyć listę nazwisk. Chcę wiedzieć, kto i jak często bierze w tym udział, est-ce clair? Rozumiemy się?

- A ja, panie profesorze? – wtrącił Landon. – Jakie ja mam zadanie?

Profesor bez słowa zmierzył go wzrokiem od stóp do głów.

- A ty się lepiej przyłóż do treningów, Everett – odparł ponuro. – W tym roku nie zamierzam oddawać naszego pucharu Longbottomowi.

Prefekci skinęli głowami, pożegnali się uprzejmie, po czym wypadli jak najszybciej na korytarz, omal nie zderzając się w progu z postawnym brunetem, który z rozbawieniem cofnął się o krok i przytrzymał im drzwi.

- Podopieczni sprawiają problemy? – spytał żartobliwie, patrząc za oddalającymi się w pośpiechu bliźniętami.

- Prefekci – mruknął niechętnie Olivier, podnosząc się zza biurka. – Usiądź, Quentin, rozgość się. Weź sobie, co tam chcesz z barku. Może wina? Mam czerwone bordeaux, dobry rocznik. Wiem, wolisz białe, ale to prezent od magistrantki…

Wyjął z barku smukłą butelkę z zielonego szkła i wyczarował dwa kieliszki.

- Szklanka wody wystarczy. – Quentin usiadł w jednym z brązowych, przetartych nieco foteli. Gabinet był słabo oświetlony, prawie nigdy nie docierało tu słońce. Przeważały ciemne, zgaszone kolory. Proste, dębowe biurko stało pod niewielkim oknem, a całą ścianę naprzeciwko zajmowała biblioteczka oraz popielata szafka z niezliczonymi, zamykanymi na klucz przegródkami.

Olivier bez słowa schował wino z powrotem, po czym machnął niedbale różdżką. Na niskim, prostokątnym stoliku obok foteli zmaterializowała się szklanka z wodą mineralną.

- Nie mam za wiele czasu, niestety – wyjaśnił, przechodząc przez drzwi prowadzące do sypialni. – Wiesz, że dziś wieczorem wyjeżdżam. Przywiozę ci białe wino z Bordeaux, jak chcesz… A coś się w ogóle stało? – Stanął nagle w progu, ciągnąc za sobą skórzany, podniszczony kufer podróżny.

Quentin spojrzał na niego, odstawiwszy szklankę.

- Co się miało stać? – spytał wolno. – Przyszedłem ci zapłacić za kamizelkę i całą resztę. – Wyjął z kieszeni portfel i z przesadną dokładnością przystąpił do przeszukiwania zawartości. – I… przeprosić… Za tamto… No wiesz… Ja… – Westchnął i potarł dłonią czoło. Dłonie zaczęły mu się pocić, oddech przyspieszył odrobinę. Zupełnie jakby się bał, ale nawet nie wiedział czego. – Sylvie mówiła…

- Dobrze się czujesz? – Olivier przyglądał mu się z niepokojem.

- Tak, tylko… Sylvie mówiła…

- Nie ma sprawy – powiedział szybko. – Sylvie jest trochę… jakby to ująć… trochę nadopiekuńcza, znasz ją przecież. – Uśmiechnął się beztrosko, próbując podnieść brata na duchu. Quentin zawsze był taki bezradny, kiedy chciał mówić o uczuciach.

Odetchnął z ulgą i napił się jeszcze wody. Ręce ciągle mu nieco drżały.

- Słyszałem, że obroniłeś pracę habilitacyjną… – rzucił obojętnie po jakimś czasie.

Olivier odwrócił się od szafki, z której wyciągał stosy zapisanych pergaminów. Zmarszczył nieznacznie brwi.

- Tak, w październiku ubiegłego roku…

Quentin wstał z fotela, niespiesznie podszedł do biurka i położył na blacie kilka złotych monet. Omiótł krytycznym spojrzeniem skrzętnie poukładane rzeczy młodszego brata, po czym poprawił odrobinę krzywo postawione zdjęcie w metalowej ramce. Olivier bez słowa powrócił do pakowania dokumentów.

- Dostałem awans – odezwał się wreszcie nowo mianowany szef służb specjalnych Czarodziejskiego Państwa Brytyjskiego, przyglądając się wiszącej nad kominkiem mapie Francji. – Jutro po południu wyjeżdżam z misją dyplomatyczną do Paryża…

W jednej z przegródek ogromnej szafki coś zachrobotało. Z wnętrza dobiegł dźwięk przypominający syczenie.

- Spokój – warknął Olivier w tamtym kierunku. – W Paryżu, tak? – Zwrócił się znów do brata. – Mam tam konferencję naukową w ten weekend. – Zdjął z biurka fotografię, którą ostrożnie włożył do kufra. – Dobrze, że jesteś, pomożesz mi wybrać koszulę i krawat. To ważne, międzynarodowe sympozjum. Mam tam przedstawić moje zaklęcie unieszkodliwiające wilkołaki. Będę się ubiegać o wpisanie go do rejestru. Rozumiesz przecież…

- Olivierze – przerwał mu Quentin, pochylając się nad klatką ze śpiącymi chochlikami kornwalijskimi – przykro mi, ale nie mogę ci pomóc. Nigdy nie brałem udziału w konferencjach naukowych.

- Nawet jako student uzdrowicielstwa? – Niezrażony niczym Olivier przyniósł z sypialni dwie koszule oraz kilka ciemnych krawatów. – Zerknij na to. Garnitur mam gładki, więc pasiasty krawat może być, prawda? Koszulę lepiej wziąć białą, co?

- Olivierze, czy ja jestem jedyną osobą na świecie, która może ci pomóc? Sylvie na pewno bardzo chętnie ci doradzi.

Quentin wyprostował się i odwrócił w stronę brata, zakładając ręce na piersiach.

- Koszulę białą i ten granatowy, gładki krawat – zdecydował po chwili. – Zawiązać ci?

Olivier wyszczerzył zęby.

- Skoro nalegasz… Wiesz, próbowałem się nauczyć, ale to nie takie łatwe, jak się wydaje. Nie bardzo chce wyjść…

Quentin wziął od niego krawat, który zawiązał kilkoma wprawnymi ruchami.

- Proszę. Gotowy do noszenia. Wystarczy podciągnąć węzeł.

- Dzięki. Zawsze wiedziałem, że można na ciebie liczyć, bracie… A skoro już o tym mowa…

- Tak? Coś jeszcze?

- No, skoro już tak pytasz, to mam małą prośbę. – Po kilku sekundach wahania Olivier upchnął w kufrze jeszcze dwie książki swojego autorstwa oraz pergamin z przemówieniem, po czym zatrzasnął wieko. – Powiedz mi… – zaczął wreszcie ostrożnie – co się dzieje z tym małym Malfoyem? Nie ma go już… czekaj… drugi tydzień? Chyba tak. On jest z mojego domu. Rozumiesz, że czułbym się pewniej, gdybym…

- Jest bezpieczny – zapewnił go Quentin, siadając znów w fotelu. – Nic mu się stanie. Ale może mi się jeszcze przydać.

- Przecież aresztowali już Goyle'a, tak? – nie ustępował Olivier. – Osiągnąłeś, co chciałeś. To po co ci jeszcze ten dzieciak? To nie jest przypadkiem karalne, takie przetrzymywanie nieletniego?

Quentin od niechcenia wziął do ręki pustą szklankę i utkwił wzrok w jej krawędzi.

- Karalne – przyznał. – Ale w tej sytuacji konieczne. Nie martw się o niego, nie zrobię mu przecież krzywdy.

W szafce znowu zaczęło się kotłować, ale Olivier nie zwracał na to uwagi. Siedział na podłodze, medytując nad czymś ze zmarszczonymi brwiami.

- Nie o to chodzi – powiedział w końcu powoli. – Tylko mogę mieć kłopoty, jeśli się szybko nie znajdzie… Jestem jego opiekunem, bądź co bądź. Proszę cię, Quentin. Wystarczy, że twój syn mi narobił problemów…

- Przepraszam cię – przerwał mu ostro brat – ale sam sobie ich narobiłeś. Ten… pan… zamierzał skrzywdzić moje dziecko i odpowie mi za to. I za wszystko inne. Za zdradę stanu, za współpracę z Rosją, za nadużycia, mistyfikacje, nie daruję mu niczego, Olivierze. Ostatecznie chodzi o nasz kraj.

- Chodzi o Anglię – mruknął Olivier. – Nie o nasz kraj.

Quentin uniósł brwi, a po chwili skrzywił nieznacznie wargi.

- W takim razie o mój kraj – poprawił się. – Kraj, którego jestem obywatelem i który mam za zadanie chronić. Uważasz, że mógłbym poświęcić dobro publiczne dla prywatnej korzyści?

Olivier wzruszył ramionami, bawiąc się akacjową różdżką.

- Uwalniając niewinnego dzieciaka, poświęcasz dobro publiczne, tak? – spytał wreszcie obojętnie. – No dobrze, zrobisz, jak zechcesz. – Wstał z podłogi, schował różdżkę do kieszeni i otrzepał się pobieżnie. – W końcu co cię to obchodzi, jak się czuje jego ojciec? Co cię obchodzi, że mnie z roboty wyrzucą? Nigdy się mną nie przejmujesz, więc dlaczego…?

- Olivierze – przerwał mu stanowczo Quentin – kłamiesz teraz i wiem, dlaczego to robisz. Jestem pewien, że pamiętasz, jak cię próbowałem wyciągnąć z Wietnamu, kiedy jak niezrównoważony emocjonalnie szczeniak, tak, nie waham się użyć tego określenia, rzuciłeś się w sam środek tego piekła. Nie wspomnę już, kto, poświęcając własną karierę medyczną, chciej zauważyć, umożliwił nam wszystkim powrót do Francji, kiedy Lord Voldemort rozpoczął prześladowania osób z rodzin mugolskich. Nie wspomnę też o Dziedzicu Slytherina, o Syriuszu Blacku i o wielu innych rzeczach. Ale rozumiem, co chcesz osiągnąć tym oczywistym kłamstwem. Próbujesz wzbudzić we mnie poczucie winy, żebym i tym razem uległ twoim dziecinnym fanaberiom…

- I prawdopodobnie tym razem też ulegniesz – wpadł mu w słowo Olivier.

Quentin przyjrzał mu się spod zmrużonych powiek.

- Zastanowię się – powiedział wreszcie ponuro, a jego brat wyszczerzył zęby w triumfalnym uśmiechu. – Pieniądze zostawiam ci na biurku. Wybacz, ale mam coś jeszcze do załatwienia. Do zobaczenia, Olivierze.

- Do zobaczenia, Quentin, pamiętaj o Malfoyu.

- Powiedziałem: zastanowię się.

Uścisnął Olivierowi rękę, po czym szybko odwrócił wzrok. Na korytarzu czekał na niego czarnowłosy ochroniarz w zaczarowanych okularach przeciwsłonecznych. Bez słowa podał zwierzchnikowi płaszcz i ruszył za nim w stronę głównej bramy Hogwartu.

Robiło się coraz zimniej. Niebo od rana zasnuwały ciężkie chmury, wiatr hulał po opustoszałych szkolnych błoniach, targał drzewami w Zakazanym Lesie. Przed południem spadło nawet trochę śniegu.

Przy łuku triumfalnym na Equester Avenue kręciło się sporo strażników. Jakaś kobieta w brązowym płaszczu skinęła głową Quentinowi, wyraźnie zatroskana. Dopiero po chwili ją rozpoznał.

- Panno Granger, co się tutaj dzieje? – spytał służbowym tonem, podchodząc bliżej. Osłonił dłonią oczy, przyglądając się z uwagą zbiegowisku.

- Ktoś się włamał na Equester Avenue – odpowiedziała cicho Hermiona. Pobladłe wargi drżały jej nieznacznie. – Dziś w nocy. Oszołomili strażników i przedarli się tutaj. Zauważono ich dopiero kilkaset jardów dalej, ale udało im się uciec. Nie wiadomo, ilu ich dokładnie było i kim byli, ale świadkowie mówią… – Wsadziła ręce do kieszeni i wbiła wzrok w ziemię. – Twierdzą, że jednym z nich mógł być Draco Malfoy…

Wiatr rozwiewał jej ciemne loki, które wymykały się spod dzierganej na drutach czapki.

- Rozumiem. – Quentin skinął głową. – A jak to możliwe, że nikt mnie jeszcze o tym nie powiadomił?

Hermiona wzruszyła ramionami, bo w gruncie rzeczy mało ją to obchodziło. Spała tej nocy niecałe dwie godziny, przerażała ją perspektywa wojny z mugolami, a przede wszystkim, niepokoiło ją, co się dzieje z jej przyjacielem. Tego, że Draco Malfoy żyje, nie musiała się domyślać. Prawdopodobnie też to on włamał się na Equester Avenue, by ratować Leonarda. I jeżeli ktoś mu w tym niedorzecznym przedsięwzięciu pomagał, to ponad wszelką wątpliwość był to Ronald Weasley, który zawsze, z niepojętych przyczyn, uwielbiał ściągać na siebie kłopoty. Zawsze.

Odgarnęła włosy z wymizerowanej twarzy.

- Nie wiem, co z nim teraz będzie – szepnęła, ale Quentin nie zrozumiał, o kogo chodzi. Sama zresztą tego nie wiedziała.

- Należało się tego spodziewać – stwierdził spokojnie jej rozmówca. – Zapewne dowiedział się już o aresztowaniu Gregory'ego Goyle'a. Komendant straży porządkowej powinien ponieść konsekwencje za to karygodne zaniedbanie. Druga taka okazja może się już nie powtórzyć.

- Uważam, że najwyższy czas odesłać Leonarda Malfoya do Hogwartu – powiedziała Hermiona, podnosząc głowę. – Będzie miał problemy z nadrobieniem zaległości…

- Zobaczę, co da się zrobić – zadeklarował Quentin, nie odrywając wzroku od dyskutujących między sobą strażników. – Może odprowadzić panią do domu, panno Granger? – Spojrzał z ukosa na jej cienie pod oczami. – Powinna się pani wyspać po tej ciężkiej nocy. Organizm ludzki potrzebuje co najmniej siedmiu godzin snu, by…

- Dziękuję, Quentinie – przerwała mu Hermiona, odrobinę poirytowana. – Sama świetnie sobie poradzę, naprawdę.

Milczał przez chwilę, przyglądając się, jak poprawia czapkę, a z jej ust unosi się obłoczek pary.

- J'vois – odezwał się wreszcie, po czym odwrócił wzrok. – Au r'voir, mad'moiselle.

- Au revoir – odpowiedziała machinalnie, nie patrząc na rozmówcę.

Nieopodal czekały na niego rzeźbione, biało-brązowe sanie zaprzężone w parę złotawych pegazów, które niecierpliwie grzebały kopytami, rozkładając niekiedy miękkie skrzydła.

Kiedy lekko wzbiły się w powietrze, ochrona na miotłach utworzyła wokół nich kordon, czujnie lustrując ulicę w dole oraz przestrzeń dookoła.

Już z daleka usłyszeli szum potężnych skrzydeł i ochrypłe piski smoków krążących nieustannie wokół cytadeli. Zrobiło się jeszcze chłodniej. Dochodziła pierwsza, kiedy sanie wylądowały bezszelestnie przed kamienną wieżą.

Gregory Goyle zajmował jedną z ciasnych klitek przeznaczonych na areszt dla podejrzanych o działalność antypaństwową. Podłoga lepiła się od brudu, jedyny ogarek świecy dawno zgasł, ziąb wdzierał się bezlitośnie pod ubranie, a w powietrzu brzęczały monotonnie dziesiątki bahanek. Od wczoraj, to jest od dnia, kiedy go tu zamknięto, nie dostał nic do jedzenia. Siedział bez ruchu na swojej pryczy, patrząc ze wstrętem na czarnego szczura, który, chrobocząc cicho, obgryzał pod ścianą fragment bielejącej w półmroku kości. Gregory nie chciał wiedzieć czyjej.

Na widok Ducourtioux skrzywił się z jeszcze większą odrazą.

- Powiedz mi, Ducourtioux, ty już nie masz czym się zająć? – spytał wypranym z wszelkich emocji głosem, wlepiając znów wzrok w gryzonia.

Quentin zignorował go.

- Llewelyn, wiesz, co masz robić – zwrócił się do swojego ochroniarza.

Llewelyn kiwnął głową, po czym jednym ruchem różdżki wyczarował metalowe krzesło. Do lśniących poręczy przymocowane były mocne, skórzane pasy, które momentalnie zacisnęły się na ciele Gregory'ego, kiedy kolejne zaklęcie rzuciło go na magiczny mebel.

Quentin podszedł niespiesznie parę kroków w jego stronę, podczas gdy ochroniarz pozbywał się irytujących bahanek oraz unicestwił szczura kryjącego się teraz w kącie celi.

Goyle zgrzytnął zębami i szarpnął się w więzach, kiedy Ducourtioux ostrożnie przysiadł na jego pryczy.

- Spokojnie, panie Goyle – odezwał się. – Na razie tylko rozmawiamy.

- Pierdol się.

- Panie Goyle – Quentin wyciągnął różdżkę, którą po chwili namysłu wyczarował drewniany stół przykryty jedwabnym obrusem oraz obite jasnym aksamitem krzesło – proszę się dobrze zastanowić, zanim drugi raz odpowie pan w tak niegrzeczny sposób. Jeśli powie pan dobrowolnie wszystko…

- Pierdol się! – warknął Goyle, zaciskając pięści.

Quentin zmarszczył brwi z niezadowoleniem, po czym, nie spiesząc się zanadto, podniósł się z pryczy, otrzepał dokładnie, włożył różdżkę do kieszeni czarnego płaszcza i usiadł przy stole. Metalowe krzesło przesunęło się gładko po brudnej podłodze, zatrzymując się idealnie naprzeciwko niego.

Llewelyn rzucił kolejne niewerbalne zaklęcie. Na blacie zmaterializowały się dwa zdobione złotym ornamentem talerze, smukłe kieliszki, srebrne sztućce, półmiski, serwetki, świeczniki, a także butelka białego chardonnay. Kilka sekund później w powietrzu rozszedł się zapach mięsa. Na nieskazitelnie czystych nakryciach pojawiła się parująca, duszona cielęcina z ryżem, na półmiskach piętrzyły się stosy przystawek, słodyczy oraz francuskich serów. Oczywiście, większość tego była iluzją, ale Gregory otworzył szeroko oczy i usta, czując, jak żołądek skręca mu się z głodu. Llewelyn napełnił kieliszki winem.

- Zacznijmy raz jeszcze – spróbował ponownie Quentin, krojąc mięso. – Aimez-vous le veau? Lubi pan cielęcinę? Jada pan mięso? Jeżeli tak, to cóż stoi na przeszkodzie, żeby się pan przyłączył? Ce serait vraiment gentil de votre part…– Przełknął kęs cielęciny, po czym wytarł dokładnie usta serwetką. – Wystarczy, że pan powie, gdzie się ukrywa pan Draco Malfoy. Już wiemy, że żyje. Ukrywanie tego faktu nic już panu nie da. Próbował włamać się do pałacu Naczelnika dziś w nocy. Niestety, nie udało nam się go schwytać. Proszę zrozumieć, zależy nam na jego bezpieczeństwie…

Gregory potrząsnął gwałtownie głową i obnażył zęby jak pies, który chce gryźć.

- Gówno się ode mnie dowiesz, parszywy bydlaku – wycedził nienawistnie.

Mimo wszystko takim zachowaniem sprawiał Quentinowi trochę przykrości.

- Jest pan pewien? – Ducourtioux ujął nóżkę swojego kieliszka. – Proszę się dobrze zastanowić. Dalsza część nie będzie już tak przyjemna, a ja naprawdę nie lubię zadawać ludziom bólu. Proszę pomyśleć o swoim chrześniaku. Wyświadczyłby mu pan ogromną przysługę. Nie potrafię uwierzyć, że jest pan aż tak egoistyczny…

Gregory szarpnął się znów, ale pasy trzymały go mocno.

- ODPIERDOL SIĘ ODE MNIE, TY PIEPRZONY PSYCHOLU! – wrzasnął rozpaczliwie, próbując wszelkimi sposobami zapomnieć o zastawionym suto stole tuż przed sobą. Nie mógł się teraz złamać. Ducourtioux oczywiście kłamał, nie ma żadnych dowodów, że Malfoy żyje, nie ma nic poza swoimi kretyńskimi podejrzeniami. Przecież go nie zabije, nie ma prawa, nie zagłodzą go przecież na śmierć. Cielęciny na złotym talerzu mu raczej nie podadzą, ale miską zupy też się naje. Wytrzyma. Musi. Ojciec na pewno mu pomoże, w końcu nie na darmo to prawo kończył… Ale kiedy się dowie, kto za tym wszystkim stoi, z żabojada zostanie tylko miazga. Krwawa miazga z odłamkami kości, wyprutymi wnętrznościami posiekanymi starannie na drobne kawałeczki i z paranoicznym mózgiem.

Roześmiał się ochryple na tę myśl.

Llewelyn sprzątnął już stół, na którym położył niewielką, czarną walizkę. Quentin otworzył srebrne zamki.

- Wolałbym tego uniknąć – stwierdził lekceważąco, naciągając białe, lateksowe rękawiczki. – Pan też, proszę mi wierzyć.

Podniósł wypełnioną przezroczystym eliksirem strzykawkę medyczną na wysokość oczu, pstryknął w nią kilkakrotnie palcami, po czym delikatnie nacisnął tłok.

Gregory przestał się śmiać, wpatrując się ze zgrozą w długą igłę. Zrobiło mu się niedobrze. W głowie kręciło mu się z głodu. Uderzyła go fala gorąca. Pomyślał, że teraz na pewno zemdleje.

- Mais n'vous inquiétez pas, c'est vraiment pas si mal – powiedział łagodnie Quentin. – Proszę nie mówić, że pan się boi zastrzyków. To nic strasznego. Na razie to pański obiad.

Gregory poruszył się niespokojnie, kiedy Ducourtioux przyłożył igłę do jego zdezynfekowanego uprzednio, odsłoniętego ramienia.

- Spokojnie, sam pan sobie tym robi krzywdę, proszę postarać się nie ruszać przez chwilę.

Odwrócił wzrok, miotając w myślach wszystkie trzy Zaklęcia Niewybaczalne naraz.

- Et voilà. – Quentin przetarł miejsce zastrzyku wacikiem. – Vraiment pas si mal, vous d'vriez être prêt à…

- Ducourtioux – wychrypiał Goyle, dysząc ciężko. – Ja cię proszę… Nie, ja cię błagam o jedno. Rób ze mną, co chcesz, gówno mnie to obchodzi, tylko przestań charczeć w tym swoim języku, bo mi łeb pęknie, przysięgam.

Quentin wyprostował się.

- Ostatni raz powtarzam propozycję – powiedział zimno. – Albo powie pan, gdzie jest Malfoy, albo następny zastrzyk będzie miał znacznie mniej przyjemne konsekwencje. Do pana należy wybór. Proszę pomyśleć o chrześniaku. Powie pan, gdzie jest jego ojciec, a chłopiec bez zbędnej zwłoki wróci do szkoły. Osobiście tego dopilnuję.

- Pierdol się.

Quentin westchnął.

- Panie Goyle, naprawdę nie chcę tego robić. Ale nie daje mi pan wyboru. – Wydobył z walizki kolejną strzykawkę, tym razem wypełnioną oleistą, jasnofioletową cieczą, i zdjął nasadkę z igły. – Muszę też pana ostrzec, że brak pożywienia dostarczanego drogą naturalną ma dla organizmu nieprzyjemne konsekwencje. Prowadzi do zwolnienia perystaltyki jelit, co z kolei zwiększa wchłanianie szkodliwych substancji do organizmu. Kosmki jelitowe ulegają zanikowi na skutek przedłużonej nieaktywności, co prowadzi do problemów z wchłanianiem substancji odżywczych z normalnie przyjmowanego pokarmu.

- Nie słucham cię, glisto!

- A szkoda – mruknął Quentin. – Ale cóż, nie ja na tym tracę, proszę mi wierzyć.

Delikatnie wstrzyknął eliksir w ramię Goyle'a, który obrzucał go w tym czasie stekiem najbardziej obraźliwych obelg, na jakie go było stać.

Przez kilkanaście sekund nic się nie działo. Ducourtioux odszedł parę kroków i stanął w niewielkiej odległości, przyglądając mu się z napięciem, podczas gdy Llewelyn dyskretnie układał w walizce cały asortyment.

Wtedy coś poczuł. Tchawica jakby nagle się zwęziła, z trudem łapał oddech. Krew krążyła coraz szybciej, serce waliło jak oszalałe. Zrobiło mu się nieznośnie gorąco. Przed oczami zawirowały czarne płatki, miał wrażenie, że głowa za chwilę pęknie mu na pół.

Zawył z bólu, kiedy wnętrzności zaczęły mu się skręcać z różnym nasileniem.

Płyny ustrojowe zdawały się wrzeć, w żyłach płynął żywy ogień, rozprzestrzeniając się po całym ciele. Oblewał go zimny pot, ręce drżały. Brak powietrza nie pozwalał mu wrzeszczeć, ale wił się tak intensywnie, że runął na ziemię i przykuty wciąż do krzesła rzucał się po podłodze jak ryba wyjęta z wody, wydając przy tym gardłowe, nieartykułowane dźwięki.

Quentin patrzył na niego uważnie, bez ruchu, bez jednego słowa. Nie czuł satysfakcji. Ani odrobiny. Trochę go to zaskoczyło. Spodziewał się przynajmniej śladu triumfu. Na pewno nie tej niezrozumiałej pustki w środku. Nie wiedział, z czego to wynika, ale szybko to sobie logicznie wytłumaczył. Przecież nie musiało dojść do ostateczności. Można to było przeprowadzić inaczej, można było zakończyć znacznie wcześniej. Ale się nie udało. Jemu się nie udało. Zawiódł. Znowu.

ooo

Robiło się ciemno. Szyba w małym, przysłoniętym poszarzałą firanką oknie na poddaszu drżała od uderzeń północnego wichru, którego wycie mieszało się z szumem fal rozbijających się nieustannie o strome skały u podnóża urwiska na wschodzie szkockich Highlandów.

Na nocnym stoliku migotała samotna świeca. Wątłe światło drgało nierównomiernie na ścianach barwy przymglonego błękitu. Nieduża sypialnia pogrążała się powoli w półmroku styczniowego późnego popołudnia.

Draco Malfoy leżał bez ruchu na wąskim łóżku przykrytym przetartym, patchworkowym kocem. Ręce miał podłożone pod głowę, a oczy utkwione w pochyłym suficie nad sobą. Z dołu dobiegał drażniący zapach zupy rybnej.

Po akcji z Hawkinsem Ron postanowił zabrać znajomego na pewien, bardzo krótki, wyraźnie zaznaczył, czas do siebie, nie mogąc go ulokować w tajnej siedzibie Birnamu, jak w kręgach osób wtajemniczonych nazywano nielegalną opozycję, zanim nie uzyska zgody dowódcy. A na to na razie się nie zanosiło. Draco mieszkał już więc na tym odludziu dokładnie jedenaście dni.

Z tego, co udało mu się usłyszeć lub wywnioskować, Weasley opuścił Anglię parę lat temu, po kłótni z Potterem, rezygnując z nieźle płatnej posady aurora i przeniósł się w Highlandy, gdzie wstąpił w szeregi szkockich służb kryminalnych, które po wprowadzeniu dewolucji przeszły z rąk Kingsleya Shacklebolta pod władzę rządu krajowego.

- Malfoy, obiad gotowy, jakbyś chciał! – usłyszał ochrypły, podniesiony głos z dołu. – A jak nie chcesz, to nawet lepiej. Zdechniesz z głodu i moje problemy rozwiążą się same…

- Schodzę! – warknął, rozdrażniony.

Chwilę leżał jeszcze, zastanawiając się, czy i tym razem uda mu się przełknąć rezultat działalności kulinarnej gospodarza, przeciągnął się ospale, po czym z ciężkim westchnieniem zwlókł się z łóżka.

Weasley siedział przy prostym stole z nieheblowanych desek nad talerzem żółtawej brei, którą dumnie zwał obiadem. Na dźwięk otwieranych drzwi, podniósł na moment wzrok znad gazety, ale przekonawszy się, że to nic godnego uwagi, tylko zwabiony jedzeniem Malfoy, spokojnie powrócił do czytania.

Kuchnia była ciasna i niezbyt czysta. W zlewie od kilku dni piętrzyła się sterta brudnych naczyń, na odrapanym kredensie zawsze walały się puste opakowania, butelki po whisky oraz miski, garnki lub rondle z resztkami jedzenia. Duży, prostokątny stół wiecznie zalegały kryminalistyczne ekspertyzy, nad którymi Ron ślęczał do późnych godzin nocnych, gdzieniegdzie napotykało się kawałek zeschniętego sera, nadgniłe warzywo czy zapomnianą piętkę chleba.

Draco źle się czuł w takim otoczeniu i nawet chętnie rzuciłby parę zaklęć czyszczących, ale sprzątanie w domu Weasleya uważał za zbyt upokarzające, by się tego podjąć. Usiadł na krześle, odsunąwszy parę rulonów pergaminu, żeby postawić swój talerz.

Ron skrzywił się, widząc, co wyprawia jego tymczasowy współlokator.

- Mówiłem ci, żebyś nie dotykał moich talerzy – syknął. – Dałem ci przecież ten wyszczerbiony, bo i tak miałem go wyrzucić.

Draco zignorował go doszczętnie.

- Piszą coś ciekawego? – spytał od niechcenia, przelewając łyżką zupę. Oddałby wszystko za gorącą wołową pieczeń, befsztyk albo porządnie wysmażony stek z jagnięciny. – Jeśli twoja gruba matka cię tego nauczyła, to naprawdę wam współczuję – westchnął. – Pewnie rzadko jedliście trzy posiłki dziennie, a jeszcze…

Ron poczerwieniał.

- Jak ci nie smakuje, nie jedz – wycedził. – I nie waż się wycierać tej swojej parszywej gęby moją rodziną, bo…

- Bo co, Weasley? – Draco spojrzał mu w oczy, rozbawiony jego reakcją.

- Bo nie będę tego słuchać – dokończył Ron, hamując złość, po czym przełknął kolejny łyk zupy. Zerknął tylko krótko na leżącą na stole różdżkę.

- Rozumiem cię, wiesz? – odezwał się po dłuższej chwili Malfoy. Wyraźnie mu się nudziło. – Na twoim miejscu też bym się do nich nie przyznawał…

Przez moment zdawało się, że Weasley eksploduje. Policzki oblał mu ciemny rumieniec, dłonie drżały lekko… Ale nic takiego się nie stało. Opanował się, odetchnął głęboko, po czym rzekł, jakby od niechcenia, przewracając niespiesznie stronę gazety:

- Wiem, wiem, Malfoy. Twoi rodzice pewnie myślą podobnie. Ale na ich miejscu też bym się do ciebie i twojego dzieciaka nie przyznawał. Nigdy ich nie lubiłem, ale nawet trochę im współczuję.

Draco znieruchomiał na sekundę z pełną łyżką w ręku. Ta wesz nie miała prawa wypowiadać się na temat jego rodziny. Zmrużył nieznacznie szare oczy, zacisnął mocniej palce, po czym odsunął od siebie talerz tak gwałtownie, że zupa chlupnęła obficie na rozrzucone pergaminy.

- Oszalałeś?! – Ron chwycił różdżkę, wpatrując się ze zgrozą w rozprzestrzeniającą się po blacie gęstą ciecz. – Wracaj, padalcu! – wrzasnął, widząc, że Malfoy zamierza zostawić go z bałaganem, który zrobił. – Nie chcesz żreć, to nie żryj, ale fochów mi tu nie będziesz stroił! Masz to posprzątać, słyszysz?!

Trzasnęły drzwi, szyba w kredensie zabrzęczała niepokojąco. Ron, trzęsąc się z wściekłości, wycedził pierwsze z brzegu czyszczące zaklęcie i rzucił się w pogoń za zbiegłym sprawcą.

- Słuchaj, gnido – warknął, wpadłszy bez pukania do jego, a właściwie swojej, sypialni. – Dopóki mieszkasz w MOIM domu i jesteś na MOJEJ łasce, nie będziesz mnie traktował jak…

- Owszem, Weasley, będę cię traktował, jak mi się spodoba – wtrącił Draco lekceważącym tonem, odwracając się od okna. – Odłóż różdżkę, bo jeszcze coś niechcący podpalisz. A wysokość twojej pensji nie pozwala, jak się zdaje, na taką nieostrożność. Wiesz, muszę przyznać, że do tej pory miałem Pottera za największego kretyna waszej trójki, ale jak tak na ciebie patrzę, to przestaje mnie dziwić, że twoja rodzina woli jego od ciebie…

Zapadła cisza. Ron zmrużył oczy.

- Wiesz, Malfoy – odezwał się wreszcie tak łagodnie, że Draco uniósł brwi, zaniepokojony – Ja naprawdę chciałem ci pomóc. Zabrałem cię na pogrzeb, pozwoliłem ci mieszkać w moim domu, oddałem ci swoją sypialnię, nawet dałem ci jeden talerz. – Niespiesznie zrobił parę kroków w jego stronę. – Pomogłem ci przy włamaniu na Equester Avenue. I starałem się, naprawdę się starałem, żeby cię przyjęli do Birnamu, ale widzisz… Szef chyba nie za bardzo chce ci zaufać, zresztą nie dziwię się. Goyle'a aresztowali… Ty wiesz, że już nic mnie nie powstrzymuje, żeby cię sprzedać angielskim aurorom?

Draco zamrugał nerwowo.

- Daj spokój, Weasley – szepnął ochryple, nie mogąc wydobyć z siebie normalnego głosu. – Chyba nie bierzesz tego tak na poważnie… Nie zrobisz tego… Ja… ja mam dziecko.

- A wiesz, że gówno mnie to obchodzi?

- Nie, zaczekaj… Przecież się dogadamy… – Cofał się ostrożnie, unosząc ręce w pojednawczym geście. – Odłożyłem sobie trochę pieniędzy, jakieś trzy tysiące i…

- Chwila! – Ron rozpromienił się nagle, wyraźnie olśniony. – Mam lepszy pomysł. Skoro i tak oficjalnie nie żyjesz… – Radośnie obrócił różdżkę w palcach. – Prawdę znają tylko Goyle'owie, a to i tak nie bardzo im jest na rękę… Ciało wrzuci się do morza. Nie, nie ma mowy, żeby je znaleźli… No popatrz, jak się wszystko świetnie układa. W parszywej sytuacji się znalazłeś, przyjacielu – zachichotał.

Draconowi przemknęło przez myśl, że w planie Goyle'a były jednak pewne niedociągnięcia.

- Król Wieprzlej, tak? – ciągnął Weasley, podchodząc coraz bliżej. – Weasley jest naszym królem… No, jak to szło?

Za oknem panowała już bezgwiezdna noc. Wicher hulał bezkarnie po rozległym, zaśnieżonym pustkowiu. Morze Północne huczało rozwścieczone, ciskając nabrzmiałymi falami o skały.

- Posłuchaj… – Draco poczuł za plecami ścianę. – Nie rób nic, czego będziesz żałować. Przecież nie zabijesz czarodzieja, nie jesteś mordercą…

- Jestem aurorem – warknął Ron. – Nadinspektorem Szkockiego Biura Aurorów. Zabijałem już ludzi. Przestępców, ale wartych tyle co tuzin takich jak ty, Malfoy.

Draco oblizał wargi, myśląc gorączkowo nad swoim położeniem. Różdżka leżała na nocnym stoliku, parę stóp dalej. Nie była ona zresztą jego własnością, więc zdarzało jej się zawieść w najmniej odpowiednim momencie. Przemoc fizyczna raczej nie wchodziła w grę. Brytyjscy agenci cieszyli się co prawda opinią mistrzów wszelkich możliwych sztuk walki, ale ta pogłoska niewiele miała wspólnego z rzeczywistością, przynajmniej w jego przypadku. Zawsze pozostawała manipulacja psychologiczna.

- Posłuchaj mnie przez chwilę – powiedział, starając się, by jego głos brzmiał w miarę pewnie. – Nie chcesz przeze mnie żyć z piętnem mordercy, prawda? Zastanów się. Przeze mnie? Naprawdę nie warto. Zabijanie ludzi na służbie to trochę co innego, nie sądzisz? Nie jesteś mordercą, Weasley. Jesteś odważnym i szlachetnym czarodziejem. Czystej krwi czarodziejem. Prawdziwym Gryfonem. Twoja rodzina na pewno jest z ciebie dumna. Uważaj na tego wielkiego pająka, tam…

- Gdzie?! – Ron podskoczył i obrócił się błyskawicznie, rozglądając się nerwowo.

Draco rzucił się po swoją różdżkę.

- Expelliarmus! – krzyknął natychmiast, ale lata praktyki wyrobiły w Weasleyu niesłychany wręcz refleks. Czerwony promień odbił się od tarczy, świsnął Malfoyowi tuż przy uchu, a sekundę później silny oszałamiacz trafił go prosto w mostek. Były agent upadł na podłogę, momentalnie straciwszy przytomność.

Ron stał na środku pokoju, oddychając ciężko. Dotarło do niego, że zimą na ogół nie spotyka się pająków. Uspokojony nieco, poszedł do łazienki.

Postanowił nie budzić na razie męczącego współlokatora. Tymczasowego zresztą. Kopnął go jeszcze tylko w żołądek, bo nie mógł sobie odmówić tej przyjemności.

Malfoy otworzył zatem oczy dopiero po godzinie. Leżał wciąż w sypialni, obok łóżka, Weasley patrzył na niego z ponurą miną oraz papierową serwetką w ręku, a na szafie siedziała nakrapiana uszatka, rozglądając się czujnie dookoła błyszczącymi, żółtymi oczami.

- Leonardo! – Draco zerwał się z podłogi i rzucił ku sowie, która zatrzepotała skrzydłami, przestraszona. Dłonie drżały mu nieznośnie. – No, sówko, gdzie masz przesyłkę? Cholera, dlaczego tak mnie brzuch boli?

- Mnie się pytasz? – Ron wzruszył ramionami. – Przyniosła to. Zdaje się, że do ciebie. – Pomachał dostarczoną przez ptaka przesyłką.

Draco poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła, a po plecach spływa zimny pot. Ogarnął go lęk, że sowa znów przyniosła fragment jego dziecka, kolejny argument za tym, by jednak oddał się w ręce sprawiedliwości, ale Weasley trzymał tylko tę serwetkę, nic więcej.

- Na pewno nic już nie przyniosła? – dopytywał się, bezpardonowo wyrywając mu ją z rąk. Rozwinął gorączkowo niewielki rulonik. Ponad wszelką wątpliwość był to list. W dodatku list od Leonarda.

Kochany Tato,

Wiem już, że żyjesz. Aresztowali wójka Grega. Nawet sobie nie wyobrażasz co mi zrobili. Więzili mnie i torturowali. Ale już jest w pożądku nie martw się. Wypuścili mnie, bo podobno mają już na coś tam dowody i nie jestem im potszebny. Twoja koleżanka, P. Parkinson odprowadziła mnie na dworzec King's Cross. Jechałem metrem. To taki mugolski pociąg pod ziemio. Wysiadłem koło domu wójka, ale go nie ma i nie wiedziałem gdzie iść. Poszedłem do jakiejś mugolskiej restauracji na St. Paul's Road i nie wiem co dalej robić. Ta restauracja nazywa się Trullo. Jak możesz, to przyjdź po mnie, tęsknię za Tobą.

Leo

Draco wodził wzrokiem po niebieskich literach, jakby nie do końca rozumiał, co czyta. Wreszcie rzucił list na podłogę i bez jednego słowa pomknął w stronę wyjścia.

- Hej, a ty dokąd?! – krzyknął Ron, ale tamtego nie było już w sypialni. – Czekaj! Powiedz chociaż, gdzie idziesz, żebym wiedział, gdzie cię szukać jakby co.

Zbiegł za nim po schodach.

- Odniosłem wrażenie, że moje sprawy nieszczególnie cię interesują, Weasley – powiedział zimno Draco, pospiesznie wkładając płaszcz. – Wybacz, ale mam coś do załatwienia.

Zawiązał szalik, szarpnął za klamkę i wypadł na zewnątrz, by po chwili zniknąć w szalejącej w ciemnościach wichurze.

ooo

Zima tego roku była na szczęście wyjątkowo śnieżna. Biały gronostaj przemknął więc niezauważony między nogami licznych jeszcze przechodniów, szybko odnalazł cel swojej wyprawy, po czym przyczaił się po przeciwnej stronie St. Paul's Road, by z tej pozycji obserwować maleńką restaurację.

Mieściła się ona na parterze podniszczonego budynku z czerwonej cegły. Proste markizy nad dwoma ogromnymi, trójskrzydłowymi oknami, przysłoniętymi u dołu firankami wydawały się w sztucznym świetle fioletowe. Na jednej z nich widniały niewielkie, białe litery układające się w nazwę lokalu.

Zwierzątko oddychało szybko, wpatrując się intensywnie w interesujący je obiekt. Miało dość dobry wzrok, ale z tej odległości nie mogło zobaczyć tego, co dzieje się w środku. Marszczone firanki zasłaniały siedzących gości, gładkie szyby odbijały ciepły blask miejskich latarni.

Mimo wszystko, Draco czekał cierpliwie. Musiał się upewnić, że nikt poza Leonardem się go tutaj nie spodziewa. Dochodziła ósma godzina. Czaił się wciąż, czujnie nasłuchując, ze ślepkami utkwionymi w przeszklonych drzwiach po lewej stronie budynku. Starał się odpędzić od siebie natrętne podejrzenia o zastawioną tu na niego pułapkę, ale zawodowa ostrożność nie pozwalała mu jeszcze ruszyć się z miejsca. Bardziej dręczyła go jednak inna wątpliwość. Istniało duże prawdopodobieństwo, że od czasu wysłania listu Leonardowi znudziło się czekanie i dawno już poszedł sobie nie wiadomo dokąd.

Draco dał za wygraną. Chyłkiem przebiegł przez ulicę, cichutko skrobiąc pazurkami po mokrym asfalcie. Na chodniku wielki kot lizał gęste, kremowe futerko. Spostrzegłszy białą łasiczkę, która zatrzymała się, niezdecydowana, parę stóp od niego, przymrużył żółte ślepia, miauknął ledwie dosłyszalnie, po czym oddalił się truchtem z zadartym ogonem. Gronostaj odetchnął z ulgą.

Przysunąwszy się jak najbliżej okien, stanął słupka, poruszając nerwowo wąsikami. Nie przypuszczał, że firanki kończą się tak wysoko. Widział jeszcze mniej niż wcześniej. Potoczył dookoła bezradnym spojrzeniem. Mugole wchodzili do restauracji i wychodzili z niej, roześmiani, z zaczerwienionymi policzkami, rozmawiając ze sobą beztrosko. Nie wyglądało to na pułapkę. Zresztą Draco wiedział z doświadczenia, że takie sprawy brytyjskie służby specjalne załatwiają z dala od niemagicznych obywateli.

Dłużej nie potrafił wytrzymać. Przemianę na ulicy uznał za zbyt ryzykowną, poczekał więc, aż ktoś otworzy drzwi lokalu i wtedy przeniknął do środka. Dopiero w cieple niezbyt wyszukanego wnętrza poczuł, jak bardzo zmarzł na swoim posterunku.

Przemysłowe lampy z szarymi, metalowymi kloszami oświetlały biało-czarne ściany, sękatą podłogę z ciemnego drewna. Pod sufitem wisiała prosta półka z grubo ciosanych desek.

Draco rozejrzał się niespokojnie, nie będąc pewnym, co zrobią z nim mugole, kiedy go zauważą, ale oni tylko zerkali na niego przelotnie, zaskoczeni, po czym powracali do bardziej interesujących ich posiłków i konwersacji. Między kwadratowymi stolikami, przykrytymi nieskazitelnie czystymi obrusami, przechadzały się dwa bure koty, ocierając się przymilnie o nogi gości, siedzących na czarnych krzesłach o zaokrąglonych, ażurowych oparciach.

Wśród rozprawiających wesoło między sobą, jedzących zamówione dania lub pijących w milczeniu włoskie wino mugoli, w samym kącie pomieszczenia znajdował się Leonardo Malfoy. Blady, jasnowłosy chłopiec, wyraźnie zmęczony, wystraszony, o podkrążonych jasnoniebieskich oczach opierał głowę na ręku, dziobiąc widelcem kawałek mięsa na talerzu. Draco rzucił się bez namysłu w jego kierunku. Usłyszał gniewne prychnięcie jednego z kotów, szuranie odsuwanych krzeseł, ożywione rozmowy urwały się nagle…

Nie zdążył przebiec dziesięciu stóp, kiedy oślepiające, bladoniebieskie światło ugodziło go w bok. Pisnął przenikliwie i zatoczył się pod ścianę. Po chwili świat zawirował wokół niego, wszystko zrobiło się znacznie mniejsze, nabrało kolorów. Rozejrzał się, oszołomiony. W głowie mu szumiało, serce waliło jak młotem, źrenice rozwarły się szeroko.

Obecni w restauracji goście otaczali go ciasnym kręgiem, celując weń różdżkami. Młoda, czarnowłosa kobieta jedną ręką schowała komórkę do kieszeni beżowej garsonki, chudy staruszek w okularach zakaszlał cicho, łysiejący szatyn w średnim wieku lekko zmarszczył brwi. Reszta stała bez ruchu z beznamiętnym wyrazem twarzy. Leonardo miał łzy w oczach. Krępy, piegowaty rudzielec przytrzymywał go za ramię, przykładając mu różdżkę do gardła.

- Tato, ja… – wykrztusił chłopiec, próbując wyrwać się krzepkiemu mężczyźnie. – Bo to oni… A ja nie…

- Zabierz dziecko, Rayner – rozległ się spokojny głos Quentina Ducourtioux, który nie wiadomo kiedy i skąd pojawił się w lokalu. – Lepiej, żeby nie było przy tym obecne. Doskonale przeprowadzona akcja, panie i panowie, toutes mes félicitations

Koty miauknęły równocześnie, jakby przypominając o swoim udziale, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Agenci rozstąpili się, by przepuścić zwierzchnika do schwytanego przestępcy.

Draco poruszył bezgłośnie wargami.

- Przykro mi, że spotykamy się w tak nieprzyjemnych okolicznościach – zaczął uprzejmie Ducourtioux. – Jest pan oskarżony o upozorowanie własnej śmierci, udział w zabójstwie Richarda Hawkinsa oraz współpracę z kosowskim wywiadem. Może pan zachować milczenie. Proszę zabrać podejrzanego do aresztu. Można zdjąć już zaklęcie antyteleportacyjne.

- Co będzie z moim synem? – spytał Draco zdławionym głosem. Był blady jak ściana, oddychał ciężko, podbródek mu drżał, z czoła wolno spływały krople potu. Wyglądał, jakby się do reszty załamał. – Macie mnie, macie Goyle'a, on już nie jest wam potrzebny. Wypuścicie go, tak?

- To będzie zależało tylko od pana, panie Malfoy – odparł spokojnie Ducourtioux, przypatrując się swoim wypielęgnowanym paznokciom. – Jeżeli nie będzie pan robił trudności, a postara się nam pomóc, pańskiemu synowi nic się nie stanie, ma pan moje słowo.

- A jeśli się nie zgodzę? – Draco podniósł na niego pusty wzrok.

Zapadło milczenie. Quentin dobrze wiedział, że niezależnie od decyzji Malfoya nie zrobi chłopcu większej krzywdy, bo byłoby to poważne naruszenie kodeksu karnego, ale tę prawdę postanowił zachować dla siebie.

- Wolałbym nie dopuszczać możliwości takiej wersji wydarzeń, panie Malfoy – powiedział chłodno. – Proszę się dobrze zastanowić, rozważyć wszystkie argumenty. Będzie pan miał na to czas.

Skinął głową, a kilkoro agentów deportowało się bezszelestnie wraz z aresztowanym. Quentin delikatnie wziął na ręce wielką kotkę z nadgryzionym uchem i podrapał ją pieszczotliwie po białym gardle. Niezmiernie lubił koty.

Do wykrywania animagów wolał używać kugucharów niż czarodziejskich radarów. Obecność tych ostatnich alarmowała większość gatunków, a poza tym przy chwytaniu byłych agentów zawsze lepiej zastosować innowacyjną strategię.

- Szefie… – Młoda brunetka w garsonce zwróciła się do niego, wyraźnie zaniepokojona. Natychmiast ostrożnie wypuścił mruczącego futrzaka. – Powinien pan na to zerknąć…

Wskazała kciukiem na dwóch mężczyzn w czarnych garniturach, którzy aportowali się przed chwilą w restauracji. Jeden z nich podał zwierzchnikowi wypełnioną przezroczystym płynem strzykawkę medyczną.

- Co się stało? – spytał rzeczowo Quentin, oglądając ją pod światło spod przymrużonych powiek.

- Trucizna – wyjaśnił krótko ciemnoskóry agent wydziału bezpieczeństwa wewnętrznego. – Ktoś podłożył ją zamiast strzykawki z eliksirem dla Gregory'ego Goyle'a. Na szczęście pielęgniarka się zorientowała…

- Kazałem sprawdzać strzykawki tuż przed karmieniem – Quentin zmarszczył brwi, nie spuszczając uważnego wzroku z bezbarwnej cieczy. – Zatem ktoś próbował go zabić… – powiedział wolno bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego. – Próbował powstrzymać go przed ujawnieniem niewygodnych dla siebie faktów?…

Mężczyźni wymienili spojrzenia.

ooo

Tajemnicza próba zabójstwa Gregory'ego Goyle'a musiała zejść wkrótce na dalszy plan w precyzyjnie zaplanowanym życiu Quentina Ducourtioux, który nie omieszkał jednak pogratulować sobie w duchu godnej podziwu przezorności. Gdyby nie ona, były szef służb specjalnych pożegnałby się prawdopodobnie z tym światem, a tego żaden z nich dwóch by nie chciał. Przynajmniej na razie.

Quentin zamierzał szukać do skutku dowodów na potwierdzenie swojej teorii, ale tę sprawę postanowił odłożyć na później. Teraz bowiem działy się rzeczy ważniejsze. Wojna miała się rozpocząć za kilka dni, należało więc zapewnić bezpieczeństwo bliskim, najlepiej wysyłając ich za granicę. Trwały ostatnie przygotowania, pełna mobilizacja stron, każdego dnia za zamkniętymi drzwiami odbywały się burzliwe narady, zażarte dyskusje, negocjacje na najwyższym szczeblu. Płomienne wystąpienia co rusz podsycały emocje tłumów, a miliony czarodziejów z pięciu kontynentów oczekiwało niecierpliwie ostatecznej konfrontacji.

Quentin Dominique Ducourtioux nie spieszył się. Szedł przestronnym korytarzem o wyłożonych kremowym marmurem ścianach, mijając klasycystyczne posągi, niezliczone kasetonowe drzwi oraz duże, zwieńczone ostrołukami okna, które kładły na mozaikowej podłodze szerokie pasy słonecznego światła.

U boku szefa kroczył nieodłączny Llewelyn.

Obaj ubrani w czarne garnitury, w ciemnych okularach i lśniących półbutach przyciągali od czasu do czasu zaintrygowane spojrzenie któregoś ze snujących się po korytarzu studentów czarodziejskiego Université Bordeaux V.

Kiedy stanęli wreszcie przed wysokimi drzwiami z ciemnego drewna, Quentin dyskretnie potoczył dookoła czujnym wzrokiem, poprawił krawat, po czym nacisnął zimną, żelazną klamkę.

Chuda kobieta w malinowym sweterku podniosła głowę znad rozłożonych na biurku pergaminów. Jej piwne oczy zwęziły się odrobinę za grubymi szkłami rogowych okularów.

- Słucham pana… – powiedziała nieufnie. – Szuka pan czegoś?

Quentin niespiesznie zrobił kilka kroków w jej stronę.

- Właściwie kogoś – uściślił, nie spuszczając z niej wzroku. – Powie mi pani, gdzie znajdę Oliviera Ducourtioux?

Kobieta skrzywiła się.

- Doktor Ducourtioux przeprowadza w tej chwili egzamin – oznajmiła sucho. – A czego pan chciał?

- Porozmawiać – odparł Quentin chłodno. – Nie widzę konieczności tłumaczenia celu mojej wizyty. Gdzie go znajdę?

- Proszę pana – czarownica zdjęła okulary i zadarła głowę, by spojrzeć mu prosto w oczy. – Egzamin praktyczny z zaklęć ofensywnych odbywa się na arenie za budynkiem uniwersytetu. Wisi rozpiska na korytarzu.

- Nie zauważyłem – mruknął Quentin. – Jak długo to potrwa?

- Rozpiska wisi na korytarzu – powtórzyła wyraźnie kobieta. – Proszę przeczytać. Przykro mi, ale nie mam w tej chwili czasu, żeby się panem zająć. Poradzi pan sobie sam, tak? Cieszę się bardzo. Do widzenia.

- Mógłbym się tym zająć, szefie – stwierdził Llewelyn z cieniem wymówki w głosie, podając zwierzchnikowi płaszcz.

- Dziękuję, Llewelyn – odrzekł chłodno Quentin. – Uznałem, że nie ma takiej potrzeby. Zresztą… Nie mówisz po francusku, prawda? Idziemy.

Arena do czarodziejskich pojedynków mieściła się pośrodku rozległej równiny otoczonej z trzech stron bezlistnymi teraz lasami, które burymi pasami znaczyły linię horyzontu. Żółtawobrunatne trawy tuliły się do zmarzniętej ziemi, drżąc lekko od podmuchów wiatru. Styczniowe niebo powlekały ołowiane chmury.

Na drewnianych ławkach wokół dużego, podłużnego placu siedziało kilka osób. Niektórzy z rękami w kieszeniach zimowych okryć obojętnie obserwowali to, co się dzieje, inni wstawali ze swoich miejsc i z twarzami rozpłomienionymi entuzjazmem wpatrywali się w drobną, jasnowłosą dziewczynę, która uniosła różdżkę, pewnie zaciskając na niej zaczerwienione od mrozu palce.

Rozległ się przeraźliwy huk.

Jakby gdzieś niedaleko walił się kilkupiętrowy budynek.

Niebo pociemniało nagle. Oślepiająca błyskawica rozdarła zimne powietrze. Buchnęły płomienie.

Quentin zmrużył oczy, opierając się o barierkę oddzielającą arenę od sektorów dla widowni.

Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie, by utworzyć nieprzebyty okrąg wokół przeciwnika dziewczyny. Pomarańczowy blask igrał na ubitym piasku.

Olivier odwrócił twarz od żaru, ale tylko na ułamek sekundy. W następnej chwili rozpłynął się w powietrzu, by zmaterializować się za plecami młodej czarownicy.

Ta, spodziewając się takiego posunięcia, teleportowała się natychmiast w sam środek ognistego kręgu. Płomienie zmieniły kolor na intensywną zieleń.

Wkrótce dał się słyszeć ogłuszający ryk. Arena zatrzęsła się ze złowieszczym pomrukiem. Drgała coraz silniej, jak w gorączce, aż wreszcie dała za wygraną. Przez sam środek przebiegła gruba szczelina. Okrzyki widowni zginęły w huku rozwierających się skał.

Olivier patrzył z fascynacją, jak tuż przed nim spod ziemi wyrasta olbrzymie, pokryte zielonkawą, mieniącą się w blasku płomieni łuską, cielsko trzymetrowego potwora. Stał na dwóch, silnie umięśnionych, ugiętych nieco łapach zakończonych ostrymi szponami. Potężny, pokryty kolcami ogon powolnymi, ciężkimi ruchami zamiatał arenę, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Mała, spłaszczona głowa o długim pysku, uzbrojonym w ogromne, trójkątne zęby zwróciła się w stronę człowieka.

Quentin automatycznie sięgnął pod marynarkę i zacisnął dłoń na rękojeści nieodłącznej beretty. Ochrona zdwoiła czujność.

- Czekamy na rozkaz, szefie – mruknął cicho jeden z siedzących na widowni agentów, nie odrywając wzroku od pojedynku. Jego koledzy, wszyscy ubrani tak, by nie wyróżniać się z tłumu, dyskretnie wydobyli różdżki.

Quentin zdjął okulary nerwowym ruchem.

- Dam wam znać, kiedy coś wymknie się spod kontroli – powiedział zniżonym głosem. – Zachowajcie czujność.

Zrobiło mu się gorąco, kiedy bezsilnie patrzył, jak rozwścieczony potwór rzuca się z rozwartą paszczą, by ostrymi zębiskami rozszarpać na strzępy jego młodszego brata. Widział jak na zwolnionym filmie, jak z końca różdżki Oliviera tryska potężny strumień fioletowych iskier, a po chwili olbrzymi gad z przeraźliwym piskiem i łoskotem zwala się na ziemię ze skręconym łbem.

Rozluźnił krawat.

Na widowni rozbrzmiały oklaski i okrzyki.

Płomienie wokół dziewczyny zmalały, po czym zgasły z sykiem, a ona sama zrobiła kilka zdecydowanych kroków w stronę przeciwnika, który dysząc ciężko stał naprzeciwko niej z półuśmiechem satysfakcji.

- Myślę, że na tym zakończymy egzamin, panno Vigneron – zawołał w jej kierunku. – Dziękuję pani.

Vigneron skłoniła się lekko, nie spuszczając jednak uważnego wzroku ze swojego profesora.

W ostatniej chwili udało jej się uskoczyć przed posłanym w jej stronę strumieniem niebieskich iskier.

Oboje działali automatycznie, zanim zdążyli cokolwiek pomyśleć. To zabierało zbyt dużo cennego czasu. Błyskawicznie rzuciła zaklęcie oszałamiające w kierunku Oliviera, który bez namysłu padł na ziemię, by uniknąć czerwonego promienia.

- Myśli pan, że zdałam? – zawołała Vigneron, otrzepując się z uśmiechem ulgi na trójkątnej twarzy i przyjmując gratulacje od rozentuzjazmowanych przyjaciół.

- Jestem pewien – odparł Olivier, podniósłszy się z ziemi z niejakim trudem. W głowie trochę mu szumiało. – Gratuluję. Tylko niech pani nie traci czujności, wróg nigdy nie śpi.

Od strony widowni nadchodził ku niemu Quentin w otoczeniu swoich ochroniarzy.

- W porządku? – spytał cicho, podtrzymując brata, który zachwiał się na nogach.

- W jak najlepszym – zapewnił go Olivier. – Gdzie jesteśmy?

Quentin spojrzał mu uważnie w oczy i odgarnął z czoła zlepione potem jasne włosy.

- Na pewno dobrze się czujesz? – Wyraźnie zaakcentował każde słowo.

- Daj spokój, nic mi nie jest. Puść, sam utrzymam się na nogach. – Olivier wyswobodził ramię z silnego uścisku brata.

- Krwawisz.

Zerknął przelotnie na zdarty naskórek na swojej lewej dłoni.

- Nic mi nie będzie – stwierdził lekceważąco. – Co tu właściwie robisz?

Quentin odwrócił głowę w bok, wpatrując się ze zmarszczonymi brwiami w odległy horyzont i niespiesznym ruchem założył okulary.

- Przyjechałem, żeby cię ostrzec – odparł spokojnie. – Przed powrotem do Anglii. Szykuje się wojna. Choć teraz nie jestem pewien, gdzie będziesz bezpieczniejszy.

Spojrzał wymownie na brata, który otrzepywał się pobieżnie z piasku, wyraźnie nad czymś zamyślony.

- Wiesz – odezwał się w końcu – jak tak sobie teraz myślę, to dochodzę do wniosku, że powinna wcześniej rzucić antyteleportacyjne, a potem dopiero…

- Olivierze, słuchasz mnie? – przerwał mu ostro Quentin. – W Anglii robi się niebezpiecznie.

- Tak, tak, tylko zastanawiam się nad tym zaklęciem… Co z Sylvie?

- Cóż, mam nadzieję, że zdecyduje się przeczekać najgorsze za granicą. Podobnie jak ty.

Olivier patrzył na niego uważnie jakiś czas, po czym odwrócił wzrok.

- A co z… – Przygryzł na moment dolną wargę. – A Michel?

Quentin obserwował bez słowa pobladłą twarz brata. Dawno nie słyszał tego imienia z jego ust. Nie odzywał się przez długą chwilę. Arena niemal opustoszała.

- Chodź, Lili, musisz odpocząć – powiedział wreszcie cicho. – Spotkamy się na obiedzie i wtedy się zastanowimy, co robić.

ooo

- Co postanowiłeś? – Olivier zastukał palcami w blat okrągłego stolika przykrytego śnieżnobiałym obrusem, przyglądając się obojętnie perlistemu strumykowi czerwonego wina lejącego się do jego kieliszka z unoszącej się w powietrzu butelki.

Za oknami zimowe niebo ciemniało powoli, zapalając pierwsze gwiazdy. Robiło się coraz chłodniej. Wiatr ocierał się delikatnie o szyby, jakby próbował zobaczyć, co się dzieje w środku rzęsiście oświetlonej restauracji.

Panował tu zwykły o tej porze gwar. Przyjemne ciepło trzaskającego w ogromnym kominku ognia docierało do każdego kąta obszernej sali. Brunetka w krótkiej sukience śpiewała uwodzicielskim altem frywolną piosenkę przy akompaniamencie dobywających się nie wiadomo skąd skocznych dźwięków akordeonu.

Świece płonęły jasno w złotym, misternym żyrandolu oraz na kremowo-bordowych ścianach, ich blask odbijał się w wysokich zwierciadłach i lśniących poręczach krzeseł z ciemnego drewna, drgał lekko na miękkiej, czerwonej wykładzinie, a nad głowami gości płynęły w powietrzu talerze z wyszukanymi potrawami, deserami czy przekąskami, porcelanowe filiżanki, srebrne sztućce, smukłe lub pękate kieliszki różnorakich trunków, słowem wszystko, czego ktokolwiek sobie zażyczył.

Quentin wypił łyk białego wina.

- Spotkałem się wczoraj w Paryżu z prezydent Francji – odparł, wytarłszy dokładnie usta serwetką. – I innymi przywódcami państw europejskich. Ustaliliśmy wiele kwestii i doszliśmy wspólnie do porozumienia…

Olivier podniósł głowę znad swojego befsztyku. Milczał dłuższą chwilę, wreszcie spytał zniżonym głosem:

- Co chcesz przez to powiedzieć?

Śpiewaczka otrzymała brawa od kilku gości, ale nie zwrócił na to uwagi. Odłożył sztućce.

- Po czyjej ty właściwie jesteś stronie? – dodał jeszcze ciszej, pochylając się do przodu.

Quentin starannie oderwał widelcem kawałek zamówionego sandacza, nie zadając sobie trudu udzielenia jakiejkolwiek odpowiedzi.

Olivier zmrużył zielone oczy.

- Nie odpowiesz, mogłem się domyślić – mruknął, podnosząc z blatu sztućce. – Evans wie o tej wizycie, to oficjalne?

- Niezupełnie. – Quentin ujął nóżkę kieliszka i odchrząknął lekko. – Wolałem mu tego oszczędzić. Od jakiegoś czasu nie czuje się najlepiej. Prawie nie wychodzi ze swoich prywatnych apartamentów. Właściwie… jeśli mam być szczery… Nie sądzę, żeby był najodpowiedniejszą osobą na tym stanowisku. Nie rządzi źle, ale… w spokojniejszych czasach. Kiedy kraj jest w kryzysie, potrzeba silnego przywódcy, centralizacji władzy, nie jego liberalnego socjalizmu. Taka już natura rzeczy. – Podniósł kieliszek do ust.

Olivier przyglądał mu się podejrzliwie z widelcem wbitym w kawałek mięsa na talerzu.

- Mogę o coś spytać? – odezwał się po chwili i, nie czekając na odpowiedź, kontynuował: – Rozmawiamy czysto teoretycznie czy może masz jakieś konkretne plany związane z tym problemem?

- Powiedzmy, że to nie jest twoja sprawa. – Quentin skontrolował wzrokiem siedzących przy sąsiednich stolikach ochroniarzy. – I niezbyt odpowiednie miejsce, żeby o tym rozmawiać. Przyjechałem w innym celu. Wojna rozpocznie się w Wielkiej Brytanii za kilka dni. Nasi sojusznicy wciąż przysyłają wsparcie. Goldstein jest pewien zwycięstwa, co go zgubi, podejrzewam, ale nie o nim teraz mowa. Zachód zrobi wszystko, żeby nie dopuścić do konfrontacji z mugolami, bo to oznaczałoby triumf carskiego imperium, na co pozwolić w żadnym razie nie można. Rozumiesz, mam nadzieję…

- Myślę, że rozumiem – odpowiedział bardzo wolno Olivier. – Czytając między wierszami…

Quentin uniósł brwi, po czym odezwał się nieufnie:

- Muszę przyznać, że nie bardzo wiem, o co ci chodzi.

Brat posłał mu wymowne spojrzenie, odrywając na chwilę wzrok od widelca, którym leniwie się bawił.

- Powiedz mi… – Nachylił się ku niemu, kładąc na stoliku splecione dłonie. – Jeśli popadniemy w konflikt z Anglią, mówię o nas, Francuzach, a popadniemy, jak rozumiem… Po czyjej stronie się opowiesz?

- To przecież oczywiste – odparł chłodno Quentin. – Oficjalnie reprezentuję stronę brytyjską. Nie mam innego wyjścia.

- Przeciwnie. – Oczy Oliviera błysnęły podejrzanie, a zęby odsłoniły się w przebiegłym uśmiechu. – Masz do dyspozycji ich służby specjalne. Goyle przestał się już właściwie liczyć. Evans nie liczy się dla nikogo. Co stoi na przeszkodzie…?

- To jest postępowanie niemoralne, Olivierze – uciął Quentin i włożył do ust kęs sandacza.

Zapadło milczenie. Olivier powoli odchylił się na błyszczące oparcie, obserwując brata spod przymrużonych powiek. W dłoni trzymał widelec, którym rytmicznie stukał w dzielący ich blat.

- Tak uważasz? – spytał zimno.

- Owszem, tak uważam. Mają tu dobre desery? Zamówimy coś?

Olivier z hukiem uderzył pięścią w przykryte obrusem drewno, aż zadrżał płomień długich świec stojących na stoliku. Rozmowy prowadzone w pobliżu ucichły na moment, a ochrona dyskretnie sięgnęła do kieszeni po różdżki.

- Uspokój się, proszę. – Quentin zmierzył go karcącym wzrokiem. – Nie jesteśmy tu sami. Radzę zachowywać się tak, by nie zwracać na siebie uwagi. Pytałem o deser. Masz ochotę?

- Co ty możesz wiedzieć o moralności – warknął, zaciskając pięści. – Ciągle jeszcze wierzysz w te brednie, które ci wbił do głowy twój ojciec? Nie widzisz nigdy takich oczywistych rzeczy.

- Jakich znowu oczywistych rzeczy? – syknął ze złością Quentin. – Uspokój się, powiedziałem ci. I po co o nim wspominasz? To nie ma nic…

- Prawda jest taka, Quentin – Olivier przechylił się przez stół i zniżył głos do szeptu – że jesteś zdrajcą. Sprzedałeś się angolom za wygodną posadę przy Naczelniku, za dobrą pensję i nie wnikam za co jeszcze. To jest moralne, tak?

- Zamknij się – warknął Quentin, ściskając mocniej trzonki sztućców. – Nie rozumiesz tego, więc się z łaski swojej zamknij. Możesz to dla mnie zrobić? Bardzo cię proszę.

- Jak sobie życzysz – szepnął Olivier, rozpierając się na krześle wciąż ze wzrokiem utkwionym w starszym bracie. – I nie chcę deseru. Ale polecam naleśniki Suzette. Prawdziwa rozkosz dla podniebienia. Reflektujesz?

Quentin nie odpowiedział. W milczeniu dokończył sandacza, dopił wino, nie spiesząc się zanadto, po czym starannie wytarł usta serwetką.

- Nie rozumiem twoich zarzutów, Olivierze – powiedział wreszcie spokojnie, choć w jego głosie pobrzmiewała jeszcze nuta irytacji. – Zawsze byłem i jestem przede wszystkim po waszej stronie. Twojej, Sylvie i Michela. A także moich dzieci. Jestem tu po to, żeby zatroszczyć się o twoje bezpieczeństwo, ty natomiast zachowujesz się jak rozkapryszony dzieciak, oskarżając mnie bezpodstawnie sam nie wiesz o co. Uważasz, że jesteś w porządku, tak?

Olivier zerknął na niego ponuro znad talerza.

- Ty nie walczyłeś za Francję. Tobie jest łatwo stanąć po stronie wroga. Patrzysz na to w zupełnie inny sposób. Ty nie musiałeś się przedzierać przez tę cholerną dżunglę, wiedząc, że w każdej chwili, dosłownie w każdej chwili, możesz zginąć. Nie widziałeś, nie słyszałeś tego wszystkiego, nie walczyłeś. Nie masz pojęcia, jak to jest. Przeżyć to wszystko, a potem… Ich zaklęcia rozszarpały ją na drobne kawałki, wiesz? Na naszych oczach. Została tam, żeby chronić nasz oddział, a oni ją tak po prostu… A my uciekliśmy. Nie mogliśmy jej pomścić, nie mogliśmy nawet zabrać jej szczątek do Francji. Nic, rozumiesz? Tak jakby nigdy nie istniała. Ale istniała, bo pamiętam jej oczy i usta. Nie mogę, rozumiesz? Nie mogę im czegoś takiego…

Urwał. Głowę miał spuszczoną, wzrok wbity w talerz. Przygryzał pobladłe wargi niemal do krwi.

- Wysłał ją tam rząd francuski, Olivierze – zauważył Quentin, podnosząc z blatu oprawione w czerwoną skórę menu z błyszczącym, złotawym napisem. – We własnym interesie.

Olivier spojrzał na niego tak, jakby nie zrozumiał tego, co właśnie usłyszał.

- Nie mówmy o tym, dobrze? – poprosił cicho. – Co postanowiłeś?

- Na pewno wszystko w porządku? – spytał Quentin, przyglądając się uważnie znad karty jego twarzy.

- Tak. Przepraszam, nie powinienem był tego zaczynać. Co postanowiłeś? – Olivier zastukał lekko drżącymi palcami w blat stołu. – Co z Sylvie? I z Michelem… Co jeśli nie będą chcieli tu wrócić? Mają przecież rodziny.

- Sylvie jest rozsądna – odparł Quentin w zamyśleniu. – Poradzi sobie w ten czy inny sposób. A jeśli chodzi o Michela…

- Nie zgodzi się – przerwał mu zdecydowanie brat. – Nie przepuści okazji, żeby się wykazać, cholerny Gryfon. Będzie tak samo, jak wtedy, z Voldemortem. Wiele można o nim powiedzieć, ale nie to, że jest tchórzem…

- W tym jesteście podobni. – Quentin uśmiechnął się do siebie, przeglądając menu. – Naleśniki Suzette, powiadasz?

Olivier wyciągnął z mosiężnego stojaka jedną serwetkę, z której machinalnie zaczął składać origami. Zawsze nieświadomie starał się zająć czymś ręce.

- Tylko że wtedy to on został w Anglii, żeby walczyć – powiedział.

- Myślisz, że teraz będzie tak samo?

Długo milczał, starannie składając papier. Za oknami było już ciemno. Na niebie błyszczały gwiazdy. Wiatr wzmógł się nieco.

- Nie – odparł wreszcie cicho, nie odrywając wzroku od serwetki. – Myślę, że nie będzie tak samo. Tym razem nie zostawię tego wszystkiego tylko dlatego, że ty tak chcesz. Wybacz, Quentin, ale kiedy Francja mnie potrzebuje… Muszę odpowiedzieć. Prawdopodobnie tego nie zrozumiesz. Jeśli staniemy kiedyś naprzeciw siebie, bo może się tak zdarzyć… Pamiętaj, że cię kocham.

Odszedł z rękami w kieszeniach szarej kurtki, zostawiając na stole papierowego gołębia.

ooo

James Evans nie wierzył, by wojna przyniosła mu wymierne korzyści. Szczerze mówiąc, jakiś czas temu doszedł do wniosku, że do tej pory czarodziejom wcale nie żyło się najgorzej. Mieli własne państwo, sam Harry Potter troszczył się o ich interesy. Zgoda, może nie wszyscy opływali w dostatki, ale w gruncie rzeczy powinni być zadowoleni.

Nie wycofał się z podjętej decyzji głównie ze strachu przed potężnym imperium carycy Anastazji, której niezmiernie zależało na współpracy z jego krajem, jednak, podobnie jak Hermiona, nie widział w tym szansy na jakikolwiek zysk, lecz raczej sposób na uniknięcie poważnych strat. Dobrego wyboru tu nie było.

Kilka dni temu stan zdrowia dyktatora znacznie się pogorszył, a on sam zupełnie stracił zainteresowanie tym, co się dzieje zarówno z nim, jak i ze wszystkim dookoła.

Leżał w ogromnym łożu z czterema rzeźbionymi kolumienkami, zakopany we wzorzystej, jedwabnej pościeli. Jego twarz miała kolor woskowych świec, rzucających migotliwy blask na kosztowne tkaniny pokrywające ściany oraz na lśniące, orzechowe meble o łagodnych, płynnych formach. Zielone oczy, jakby przymglone, utkwione były w barwnych freskach na suficie. Średniowieczni rycerze na spienionych rumakach, nadobne damy w długich sukniach, dostojni magowie, przerażające potwory, smoki, centaury, jednorożce, wszystko to, malowane subtelną kreską, nasycone kolorem, wymodelowane delikatnie światłocieniem, kłębiło się, zmagało i krążyło bezgłośnie nad głową Wielkiego Naczelnika.

Na okrągłym nocnym stoliku o trzech nogach stała filiżanka mocnej herbaty oraz maleńka buteleczka eliksiru.

- Leż – szepnęła Ginny, kiedy poruszył się niespokojnie, tknięty po raz kolejny złym przeczuciem. – Nie przejmuj się. Wszystko będzie dobrze.

Siedziała w głębokim, pozłacanym fotelu obok jego łóżka. Miała na sobie czarne, eleganckie spodnie, luźną bluzkę w różnokolorowe kwiaty i skromną biżuterię. Srebrną łyżeczką leniwie mieszała kawę, nie odrywając ani na chwilę nieobecnego wzroku od porcelanowej filiżanki unoszącej się przed nią w powietrzu.

ooo

Miejsce pracy Quentina Ducourtioux w niczym nie przypominało już ponurej klitki, w której jeszcze kilka dni temu Gregory Goyle starał się udawać, że wykonuje swoje obowiązki.

Przestronne, widne pomieszczenie powiększone zostało jakiś czas temu za pomocą magii, gładkie, jasne ściany o delikatnym odcieniu oliwki kontrastowały z ciemnym drewnem prostych mebli wenge. Gabinet zdobiły bujnie kwitnące rośliny, kilka reprodukcji francuskich mistrzów impresjonizmu, a także zwiewne, tiulowe firanki, które falując lekko od podmuchów ciepłego wiatru, zamiatały delikatnie dębową podłogę. Wysokie, łukowato sklepione okna w śnieżnobiałych ramach zaczarowano tak, by zawsze, niezależnie od pogody na zewnątrz, płynęły przez nie złociste strumienie słonecznego światła. Quentin uznał, że jest mu to niezbędne do prawidłowego funkcjonowania.

Panował wzorowy porządek.

Hermiona rzadko tu do tej pory bywała, lecz obecnie wymagało tego ich położenie. Siedziała w milczeniu w kremowym, skórzanym fotelu, z palcami zaciśniętymi na szklance z wodą i źrenicami utkwionymi w kącie, zatopiona we własnych myślach. Ani jedno spojrzenie nie powędrowało w stronę pochylonego nad biurkiem Quentina Ducourtioux.

Młoda skrzatka w schludnym, niebieskim ubranku przyniosła mu filiżankę kawy, po czym wyszła, dyskretnie zamykając drzwi.

Hermiona podniosła głowę.

- Nie jestem pewna, czy to dobry pomysł – odezwała się rzeczowym tonem. Odstawiła szklankę na niski, kwadratowy stolik i splotła ręce na piersiach. – Słyszysz, co do ciebie mówię?

Zerknął na nią znad drobno zapisanego pergaminu.

- Oczywiście – odparł, zagłębiając się z powrotem w lekturze.

- Oczywiście – powtórzyła kpiąco Hermiona. Podparła głowę ręką, topiąc palce w gęstych brązowych lokach, ale po chwili z cichym westchnieniem wstała gwałtownie z miejsca i podeszła szybkim krokiem do okna. Włosy nie błyszczały już jej tak w słońcu jak kiedyś.

- Nawet nie mieliśmy czasu, żeby to gruntownie przemyśleć – powiedziała cicho. – Przecież powinniśmy byli się zastanowić, rozważyć wszystkie argumenty. Nie w ten sposób. Pośpiech nigdy nie jest wskazany przy tak ważnych decyzjach.

Quentin spojrzał na nią uważnie, odkładając pergamin.

Całkiem bez powodu zarejestrował, jak ładnie linia profilu jej twarzy odcina się od nieskazitelnej bieli firanek. Subtelny zarys wysokiego czoła, małego, zadartego noska, który Riccardo, z nieznanych mu zupełnie przyczyn, nazwałby francuskim, pełnych warg oraz wystającego nieco podbródka wyłaniał się spośród opromienionych słońcem loków.

- Nie denerwuj się, Hermiono. – Jego ton nie pozostawiał złudzeń; jak zwykle był oazą spokoju. Czasem miała ochotę dać mu w łeb. – Wszystko dokładnie ustaliliśmy. Dopracowaliśmy w najdrobniejszych szczegółach. Co mogłoby pójść nie tak?

Westchnęła ledwie dosłyszalnie.

„Wszystko, Quentinie" odpowiedziała mu w myślach. „Właściwie wszystko."

ooo

Allan Pendleton zaciągnął się dymem, nie spuszczając swoich wypukłych oczu z siedzącego naprzeciwko aresztowanego. Na odrapanym blacie kulawego biurka palił się ogarek świecy. Wąski krąg pomarańczowego światła otaczał wątły, niespokojny płomyk. Panował półmrok, a w powietrzu unosił się zapach stęchlizny.

Milczeli obaj już dłuższą chwilę. Więźniowi drżały ręce.

- Słuchaj, Goyle – odezwał się wreszcie szef jednostki śledczej wypranym z emocji głosem, spokojnie strząsając popiół – nie będziemy tak tu siedzieć cały dzień. Zastanów się. Może masz mi jednak coś ciekawego do powiedzenia, co?

Goyle oblizał wargi.

- Daj mi zapalić – zażądał ochryple.

Allan Pendleton przymrużył powieki. Bez pośpiechu, jakby z ociąganiem, odchylił się do tyłu na obrotowym krześle, dłoń z papierosem opierając o krawędź biurka.

- Wybacz, że się powtórzę – powiedział z odcieniem lekceważenia w głosie. – Przyznanie się do winy zmniejszy, być może znacznie, wymiar kary, dlatego też w twoim interesie…

- Daj mi zapalić.

Przez moment panowała cisza.

Wreszcie Pendleton westchnął i pokręcił głową, czymś nad wyraz rozbawiony. Zgasiwszy dokładnie papieros w popielniczce, pochylił się w kierunku przesłuchiwanego.

- Zdaje mi się. że wciąż nie rozumiesz…

- Zapalić chcę, kurwa, dociera to do ciebie, zawszona glisto, czy nie?!

Pendleton przekrzywił głowę, patrząc mu wciąż prosto w oczy. Powoli wyprostował się na krześle, kładąc dłonie płasko na blacie.

- Greg – zaczął przyjaznym, niemal protekcjonalnym tonem – posłuchaj mnie uważnie przez moment. Naprawdę nie ma sensu pogarszać jeszcze swojej, i tak już dosyć parszywej, sytuacji, zgodzisz się ze mną? Malfoya złapaliśmy, wiesz o tym, a on, o ile go znam, nie będzie miał skrupułów przed obciążeniem cię wszystkim, czego od niego zażądamy. Mamy jego dziecko. Przyznanie się do winy jeszcze przed jego zeznaniami przyniesie ci same korzyści. To jak będzie? Nie masz wiele do stracenia, wierz ci coś. Po starej znajomości. Kogokolwiek chcesz teraz kryć… Nie ma sensu. Oni chcieli cię zabić. Weź to, proszę, pod uwagę i dobrze się zastanów. Ostatni raz pytam grzecznie. Przyznajesz się do tego, co i tak udowodnimy?

Gregory patrzył na niego z nieskrywanym wstrętem. Przez zaciśnięte zęby z jego gardła wydobyły się tylko trzy warkliwie wyartykułowane słowa:

- Pierdol się, Pendleton.

ooo

Z najwyższego piętra cytadeli Aleks z niejakim rozbawieniem obserwował przez omnikulary – bardzo spodobał mu się ten wynalazek – maszerujące dziarsko w stronę łuku triumfalnego oddziały czarodziejskich sił zbrojnych. Ich miarowy, żołnierski krok akompaniujący patetycznej muzyce niewidzialnej orkiestry niósł się daleko w mroźnym, przejrzystym powietrzu.

Wzdłuż szerokiej alei roiło się od podekscytowanych, dumnych i poruszonych do głębi obywateli. Z okien kamienic sypał się barwny deszcz kwiatów. Wznoszono radosne okrzyki, rzucano na ulicę wyczarowane naprędce bukiety. Nawet Harry wyszedł na chwilę na balkon, by pozdrowić przesuwający się przed jego oczami wąż brytyjskich wojsk w galowych mundurach.

Za nimi, w niewielkiej odległości, kroczyła równo poważna, zdyscyplinowana armia rosyjska pod dowództwem generała Nikołaja Fiodorowicza Drygina, awansowanego niedawno oraz odznaczonego orderem za spektakularne stłumienie powstania białoruskiego.

Mniejsze oddziały sojusznicze podążały na samym końcu: spokojni Litwini, przejęci podniosłością chwili Polacy, garstka przepełnionych dumą Estończyków; jeszcze dalej wojska południowo-zachodniej Azji, słynący z okrucieństwa Mongołowie oraz krępe, łypiące wrogo spod futrzanych czap ludy syberyjskie.

Aleks miał wrażenie, że jest ich żałośnie mało, na oko trzy, może cztery tysiące. Ale to nie liczba stanowiła o ich potędze.

ooo

Połączone siły magicznej Rosji i Wielkiej Brytanii wraz z oddziałami państw sojuszniczych uderzyć miały jednocześnie na cztery strategiczne cele: Pałac Westminsterski, Pałac Buckingham, 10 Downing Street oraz siedzibę Ministerstwa Obrony. Generał Goldstein początkowo gorąco pragnął wziąć czynny udział w walkach, ale ostatecznie przekonano go, by dla dobra operacji dowodził armią na odległość, z tajnej bazy ukrytej przemyślnie w podlondyńskim lasku.

Był to właściwie, zabezpieczony zaklęciami, podziemny bunkier, słabo oświetlony kilkoma świecami, wyposażony w dwie prycze, byle jak zbitą drewnianą skrzynkę na dokumenty, a także stół, przy którym generał czuwał nad realizacją swojego planu.

Stał, opierając się rękami o blat, pochylony nad rozpostartą wielką mapą Londynu z różnokolorowymi ruchomymi punkcikami oznaczającymi żołnierzy oraz niczego niepodejrzewających mugoli.

Siedzący na krześle pułkownik O'Connor obserwował go uważnie z ciemnego kąta, mrużąc jasne oczy.

Na twarzy Goldsteina, rozpromienionej początkowo rosnącym uczuciem dumy, entuzjazmu oraz samozadowolenia, w miarę upływu czasu, w miarę odbierania kolejnych komunikatów od dowodzącego Brytyjczykami pułkownika Gibbsa, w miarę wydawania kolejnych komend w przypadku napotkania niespodziewanej przeszkody, zaczęło powoli malować się coś na kształt niepokoju. Pochylał się nad mapą coraz niżej, aż wreszcie półleżał już właściwie na stole, pocierając nerwowo czoło albo starannie ogolony podbródek.

- Co się tam, do cholery, dzieje? – mruczał do siebie, wpatrzony uważnie w rozłożony pergamin przed sobą. – Pułkowniku, słyszycie mnie? Jak sytuacja? Pułkowniku… Czemu to cholerstwo zawsze musi nawalić w najważniejszej chwili?…

Jego żołnierze, w cywilnych, niewyróżniających ich z tłumu mugoli ubraniach, z różdżkami w pogotowiu podchodzili powoli pod wyznaczone cele. Akcja miała być błyskawiczna i nieprzynosząca znaczących strat w ludziach; tymczasem dookoła oznaczonych na mapie odpowiednimi barwami oddziałów zaroiło się niemal w jednej chwili od szarych, niezidentyfikowanych kropek. Łączność została przerwana, czarodzieje otoczeni, ich działania momentalnie sparaliżowane.

Ze wschodu nadciągnęły rosyjskie posiłki. Oni zawsze musieli być gotowi na wszystko. Generał pokręcił głową z pełnym uznania niedowierzaniem. Mugole nie mieli szans. Rozgorzała walka.

Sheldon O'Connor wolno podniósł się z krzesła, otrzepał od niechcenia mundur, po czym niespiesznym krokiem podszedł do zwierzchnika, wyciągając różdżkę.

- Generale – odezwał się bez emocji – jest mi naprawdę przykro, ale nie mamy innego wyjścia. Na polecenie Tymczasowego Czarodziejskiego Rządu Europejskiego zostaje pan zatrzymany celem…

Goldstein wyprostował się bez pośpiechu i odwrócił w stronę pułkownika z niebezpiecznym wyrazem twarzy. O'Connor cofnął się mimowolnie.

- Co to ma znaczyć, O'Connor? – wycedził, niedostrzegalnym niemal ruchem sięgając po różdżkę leżącą na stole. – Żarty się ciebie trzymają?

Pułkownik westchnął teatralnie.

- Obawiałem się, że nie obejdzie się bez użycia siły… Petrificus Totalus!

- Drętwota!

Dwa świetliste strumienie zderzyły się w locie, rozpryskując iskry na wszystkie strony. O'Connor osłonił dłonią twarz. Goldstein spróbował się deportować, ale, jak się zresztą spodziewał, nie przyniosło to rezultatu. Jego podkomendny zawsze zabezpieczał teren. Były podkomendny, należałoby dodać.

Generał ponownie wycelował w niego różdżką.

- Crucio! – ryknął i od razu wyczarował tarczę.

Zanim dokończył słowo, O'Connor z właściwym sobie refleksem i zwinnością, uskoczył w bok, po czym padł na ziemię, osłaniając głowę. Czerwony promień z ogromną siłą uderzył w drzwi, wyrywając je z zawiasów. Do środka wdarł się lodowaty podmuch. Płomienie nielicznych świec zgasły.

- Canisortia! – krzyknął O'Connor, uniósłszy się nieco na ręku.

W ciemnościach rozległo się nagle przytłumione warczenie. Zalśniły żółte ślepia.

Goldstein nie zdążył zareagować. Usłyszał tylko przenikliwe szczeknięcie i niemal w tej samej chwili poczuł dotkliwy ból w prawej łydce.

Wrzasnął krótko, ale nie stracił głowy.

- Avada kedavra!

Błysnęło zielone światło, wściekłe warczenie ucichło. Rozległ się tylko jeden dźwięk, ni to pisk, ni to westchnięcie, i pies padł martwy, nie drgnąwszy nawet raz w agonii.

Ciemnoczerwona krew wypływała z rany obfitym strumieniem, wsiąkając powoli w ziemię, ale nie zwracał na to uwagi.

Odwrócił się w stronę przeciwnika, zaciskając dłoń na ciepłej już, mosiężnej rączce.

- Expelliarmus! – dotarł do niego głos O'Connora. Zbyt późno uprzytomnił sobie, że tamten zamierza go rozbroić.

Tarcza już go nie chroniła, nieznośny ból zacierał jasność umysłu, spowalniał reakcje. Różdżka wymknęła mu się z rąk i poszybowała ku ostatecznemu zwycięzcy, który chwycił ją zgrabnie w smukłe palce z uśmiechem triumfatora na spoconej twarzy.

„Niedoczekanie, oślizła pijawko" pomyślał Goldstein, opadając na cztery, pokryte gęstym, czarno-białym włosem łapy.

Piwne oczy pułkownika zwęziły się.

Olbrzymi syberyjski husky warczał głucho, groźnie obnażając kły. Lodowato błękitne ślepia wpatrywały się w niego z napięciem i szaloną wprost nienawiścią. Sierść na karku zjeżyła się. Spiczaste, czujnie nastawione uszy ani drgnęły.

- Generale – odezwał się słodko pułkownik. – Proszę sobie oszczędzić…

Uniósł różdżkę, zdobywszy się nawet na kojący uśmiech, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, psisko skoczyło na niego, powalając na ziemię swoim ciężarem, wypadło na zewnątrz, dało susa w krzaki i zniknęło mu z oczu. Przez ułamek sekundy leżał sparaliżowany szokiem, nie wiedząc, co właściwie zaszło, wreszcie zerwał się na równe nogi ze zdumiewającą zwinnością.

- Jasna cholera – zaklął, ale było w tym więcej strachu niż złości. Strachu, że jego dawny dowódca wyjdzie cało z tego wszystkiego, a jego spotkają nieprzyjemne konsekwencje.

Wsadził różdżkę do kieszeni i rzucił się w pogoń za zbiegiem. Skoczył w poznaczone czerwienią krzaki, po czym opadł na zmarzniętą ziemię na czterech krótkich łapach, zamiatając rudą kitą topniejący już śnieg. Puścił się biegiem, kierując się śladami świeżej krwi. Pędził najszybciej jak potrafił, ile tylko starczało mu sił. Wiedział, że z tak szybkim psem nie miałby w wyścigu żadnych szans, ale liczył, że zranione zwierzę daleko nie ucieknie.

Robiło się coraz ciemniej.

Czarne pnie drzew migały mu przed oczami, szkarłatne plamy zlewały się w ciągłą linię, spod łap tryskał śnieg. Dyszał coraz głośniej, z pyska buchała mu para. Wypadł wreszcie na polanę. Wyhamował gwałtownie.

Cisza.

Wiatr kołysał lekko nagimi gałęziami. Zachmurzone niebo ciemniało nieubłaganie.

Lis zastrzygł uszami. Wokół żywej duszy. Nie widział nawet śladu krwi. Najprawdopodobniej stało się to, czego obawiał się od początku. Goldstein przekroczył strefę antyteleportacyjną i przeniósł się w sobie tylko znane miejsce.

O'Connor wyciągnął w górę długi, biały pysk, węsząc. Zdawało mu się, że złapał trop, więc z nosem w śniegu postąpił ostrożnie parę kroków naprzód.

Zaskomlił przenikliwie, kiedy poczuł nagle przygniatający go do ziemi ciężar. Ostre kły wpiły mu się w kark. Tuż nad uchem usłyszał znajome warczenie. Wielki husky szarpał go wściekle, tarmosił nieprzytomnie, opanowany już całkiem pierwotnym instynktem. Zabić. Zadusić. Zagryźć na śmierć.

Myśli O'Connora rozsypały się jak domek z drewnianych klocków. Budował takie w dzieciństwie. Matka w fotelu, migające w promieniach słońca druty, ojciec z nim, na podłodze. Zapach lasu. Zielone doliny słodkiej Irlandii. Sosnowy pułap. Dźwięk grzechotki, szmaciany piesek. Piesek…

Resztkami przytomności umysłu spróbował powrócić do zwykłej postaci. Morderczy uścisk zelżał nieco. Korzystając z chwilowego zaskoczenia przeciwnika, wyrwał mu się nadludzkim wysiłkiem, momentalnie wydobył różdżkę, po czym bez namysłu posłał w kierunku psa bladobłękitny strumień iskier.

Dlaczego nie rzucił oszałamiacza, tylko to właśnie zaklęcie?

Generał Goldstein podniósł się powoli i otarł rękawem krew z warg. Stali naprzeciw siebie, dysząc ciężko. O'Connor osunął się na kolana.

ooo

James Evans ze zdumieniem dowiedział się wkrótce, że jego najbliższe otoczenie, bez jego udziału, bez jego zgody, ba, nawet bez jego wiedzy, zorganizowało całą akcję tak, że sam by tego lepiej nie wymyślił.

Stan jego zdrowia poprawił się natychmiastowo, cera nabrała rumieńców, na twarzy gościł czasem nawet przyjazny, beztroski wręcz uśmiech.

Hermiona długo i cierpliwie tłumaczyła mu, jak wszystko przebiegło sprawnie za jego plecami, kiedy leżał bez sił w zbytkownej sypialni, samotny, atakowany okrutnie przez złośliwą dolegliwość. Jak niewielka grupka wtajemniczonych osób z jego otoczenia opracowała najpierw ogólne zarysy planu, jak Quentin układał się nieoficjalnie w Paryżu z przedstawicielami Zachodniej Europy oraz Stanów Zjednoczonych, jak sama, nie dosypiając, czuwała nad przygotowaniem brytyjskiego gruntu do szczegółowo zaplanowanej akcji.

Opowiadała, odprężona już i radosna, jak mugole ewakuowali najważniejsze budynki w państwie, przekonani o bezprecedensowym zamachu terrorystycznym, kiedy czarodziejscy żołnierze dziarsko wkraczali w ogarnięty paniką tłum polityków, ochroniarzy, antyterrorystów i rozgorączkowanych dziennikarzy, ciągnących za sobą nieodłączny sprzęt do nagrywania, po czym zostali sprawnie, niezauważalnie wręcz wyszukani oraz obezwładnieni przez ściągnięte z zagranicy magiczne posiłki, nadciągających z odsieczą Rosjan, zdezorientowanych napotkanym rozgardiaszem, rozgromiono gładko, bez niepotrzebnego hałasu, a sam generał Goldstein trafił do aresztu, oskarżony o całą sprawę.

- Dobrze, a skąd wiedzieliście, gdzie mają uderzyć? – przerwał jej w pewnym momencie Evans z wypiekami na policzkach.

- Pułkownik O'Connor przekazał nam i naszym sojusznikom informacje dotyczące działań wojskowych – odparła Hermiona. – Musiał przeczuwać, że coś się szykuje. Sprytny jest, trzeba to przyznać. Sprytny i podły.

- Podły?

Spoważniała, nie spuszczając wzroku z jego twarzy.

- A gdybyś ty – powiedziała cicho – miał stanąć przed wyborem: zdrada niewinnego, bądź co bądź, człowieka i skazanie go prawdopodobnie na śmierć czy narażenie własnej pozycji, być może wolności… Nie miałbyś wątpliwości co wybrać, prawda? Ale widzisz, są tacy ludzie jak O'Connor i my też, chociaż uważamy się za ludzi szlachetnych, czasem z tego korzystamy. Podłe, co?

- Podłe – przyznał po chwili milczenia, spuściwszy oczy. – Gdzie on teraz jest?

- W szpitalu, poważnie go zraniono, tak przynajmniej twierdzili nasi ludzie, którzy go znaleźli, zupełnie wyczerpanego. Ale wyliże się, nie ma obawy. Tacy jak on zawsze spadają na cztery łapy. – Uśmiechnęła się blado. – Wyjmiesz szampana? Chyba trzeba to uczcić…

ooo

Ten wieczór w gabinecie Wielkiego Naczelnika różnił się od wielu poprzednich. Setki świec w kryształowych żyrandolach płonęły jasnym, mocnym blaskiem, w okazałym kominku trzaskał wesoło ogień. Dom Perignon lał się złocistymi strumieniami, pobrzękiwały smukłe kieliszki, żywe dyskusje przerodziły się niepostrzeżenie w niezobowiązujące pogawędki, języki rozwiązywały się, policzki czerwieniły, oczy błyszczały, coraz częściej dźwięczał beztroski śmiech.

Wiele mil dalej powietrzem wstrząsnął potężny wybuch, ale oni niczego nie słyszeli.

Okoliczni mieszkańcy zawiadomili odpowiednie służby, te spisały pobieżnie pierwsze raporty, przesłuchano kilku świadków, naliczono pięć ofiar, zabrano ciała.

Także i kryminalni odjechali wkrótce, bo nie było sensu stać dłużej na mrozie.

Ktoś, chyba kobieta, zawiadomił Naczelnika.

Poranne dzienniki ogłoszą niedługo śmierć zasłużonej rodziny Weasleyów, podadzą listę ofiar, opublikują czarno-białe fotografie, pocieszą zasmuconych czytelników, że sprawa wkrótce się wyjaśni, a winni zostaną przykładnie ukarani.

I nie wspomną nic o tym, że Harry Potter nigdy więcej nie dostanie na święta szmaragdowego swetra od pani Weasley.

Po chwili wahania zapieczętował starannie kopertę, drżącą nieco ręką zapisał przy blasku świecy nazwisko, bo nie znał dokładnego adresu, po czym powoli, jakby wciąż nie był pewien, czy dobrze robi, przywiązał list do nóżki białej sowy, która, wiedziona jakimś niepojętym instynktem, pofrunęła pod wiatr nad uśpionym Londynem ku ośnieżonym górom szkockich Highlandów.