Sevilla FC – 1 : 0 – Real Madryt
Zaczynał przyzwyczajać się do myśli, że w tym roku częściej przyjdzie mu stawać w świetle fleszy i odpierać ataki dziennikarzy na swoją osobę. Lepiej żeby czepiali się jego, a nie piłkarzy. Choć z drugiej strony ta zbieranina przerośniętych chłopców z całej Europy mogła wykazać odrobinę woli walki i minimum poparcia dla wspólnych celów. Marvolo też siedział spokojnie w swoim biurze popalając drogie cygara i licząc pieniądze z reklam. Ani razu od początku sezonu nie wystąpił przed kamerami i nie oświadczył, że zgadza się z podejmowanymi przez Severusa działaniami.
Przyzwyczaił się do pustki. Nosił ją ze sobą przez pół kontynentu. Gdzieś tam na uboczu została rodzina i rozrzuceni po świecie przyjaciele. Nie umiał się zatrzymać i przyjrzeć się ich codziennym troskom i marzeniom. Nawet mieszkając we własnym domu w Londynie lepiej poznał swoją drużynę niż synów.
Czasem rozważał zrobienie kroku wstecz i skupienie się na bliskich, ale odpędzał tego typu myśli.
Ona nigdy się nie cofnęła, więc i on nie mógł być gorszy. Nawet kiedy to ona dostawała od życia wszystko, czego pragnął i do czego dążył.
Dlatego teraz siedział na kolejnej konferencji prasowej wysłuchując jazgotu kilkudziesięciu zebranych dziennikarzy i współczując dziewczynom przemykającym poza zasięgiem obiektywów, by dotrzeć z mikrofonem do kolejnej, mającej pretensje osoby.
- To była zasłużona wygrana Sevilli, a jeszcze bardziej zasłużona porażka Realu. Nie da się o tym wiele powiedzieć. Sevilla zrobiła wszystko, żeby wygrać. My dostaliśmy taką nagrodę, na jaką zasłużyliśmy.
Oni mieli w ataku kolejnego sprzedanego za bezcen dawnego wychowanka „Królewskich", Niemca o słowiańskim nazwisku, który prawdopodobnie rozegrał mecz życia; i chudego, poważnego chłopaka o oczach niesamowitych jak hiszpańskie niebo i talencie zbyt wielkim na tak zadłużony klub.
Los Blancos dali się im ograć jak amatorzy.
- Czy sprawa Draco Malfoya wpłynęła na drużynę? – padło pytanie z końca sali.
- Nie sądzę. Myślę, że dzisiejszy mecz nie różnił się aż tak bardzo od meczu z Getafe czy z Granadą, a przecież wtedy wygraliśmy. Graliśmy źle już wcześniej i nic o tym nie mówiono.
Hiszpańskie pismaki wolały rozpisywać się o tym, co kto powiedział lub co o kimś pomyślał. Całkowite przeciwieństwo włoskich. Tamci potrafili godzinami roztrząsać ustawienia taktyczne i dawali setki rad, jak ulepszyć grę. Obecnych tego wieczora w sali konferencyjnej bardziej interesowały miny Smitha i psychiczne samopoczucie Cornera.
- Tu bardziej chodzi o stan ducha, o kolektyw. Zwykle, nawet po porażce, mogę wybrać z jedenastki dwóch czy trzech zawodników i pochwalić ich za wkład w grę. Ale dziś to było za mało. Brak koncentracji, zaangażowania. Kiedy zawodnicy nie skupiają się na futbolu, który przecież powinien być w ich życiu najważniejszy, wtedy jest ciężko.
- A co pan powie o zmianach?
- W przerwie zmieniłem trzech zawodników, a chciałem dziesięciu. To jest jeden z mankamentów tego sportu. W innych dyscyplinach można dokonywać wielu zmian, tu nie ma wyboru. Zabini i MacMillan nie byli źli, ale nie prezentowali tego, czego od nich oczekiwałem w tym meczu. Dlatego też ich zdjąłem.
Nie żeby Potter i Boot byli od nich szczególnie lepsi. Prawe skrzydło od lat stanowiło bolączkę Realu. Na lewym miał nadaktywnego Jordana wymieniającego się z Grahamem Montague, o ile ten drugi nie pauzował za głupie kartki. W ataku dysponował niezawodnym Malfoyem, który nawet dąsając się na cały świat i pół galaktyki pragnął przede wszystkim zdobywać gole. Na prawym musiał wystawiać przeciętnego Cornera i drżeć o jego zdrowie, bo jeśli w sezonie złamie sobie coś albo naciągnie, zostaną z Finniganem w roli kryzysowego zmiennika. Bliżej bramki miał szaleć MacMillan, ale jego forma przypominała stromą sinusoidę. Nawet w tym samym meczu mógł w mgnieniu oka zmienić się z geniusza w inwalidę.
- Znów nie wychodziły wam stałe fragmenty gry – zauważył jeden ze starszych reporterów oddelegowany przez madrycką stację radiową.
- Nie możemy pracować nad nimi lepiej. Moi zawodnicy mają wszystko. Znają swoje role na boisku, ćwiczą ustawienia i powinni wiedzieć, co robić w tego typu sytuacjach – odpowiedział – Mają schematy rozpisane i wywieszone w szatni.
Żeby tylko któryś z nich zechciał łaskawie podnieść zakuty łeb znad swojego smartfona albo tableta, zamiast się ślinić do zdjęcia nowej dziewczyny, której imię zapomni po miesiącu.
- Gol stracony w pierwszej minucie meczu jest najlepszym przykładem braku odpowiedzialności i koncentracji. Ci z Sevilli walczyli od początku o każdą piłkę, jakby była ostatnią w ich życiu. Takie zaangażowanie może tylko budzić szacunek.
- Wie pan, że tracicie już 8 punktów do Barcelony?
- Barcelona? Martwi mnie mój zespół. Od początku sezonu zagraliśmy tak naprawdę tylko jeden dobry mecz w Superpucharze. Nie graliśmy nic ani z Getafe, ani z Valencią i tylko odrobinę z Granadą.
Severus zmrużył oczy. Upił łyk wody z pozostawionej na stole szklanki. Jeśli nie dało się obudzić tych śpiących królewiczów na odprawach przedmeczowych, to może ten sposób zadziała. Ryzykował wiele: gniew prezesa, szum w szatni, być może nawet utratę pracy. Tym ostatnim się nie martwił. Anglia chętnie powitałaby go z otwartymi ramionami.
- Na chwilę obecną nie mam drużyny – to mówiąc wstał i rzucił w stronę przekrzykującego się motłochu nieszczere podziękowania za przybycie.
Życie bez zastrzyku adrenaliny nie miałoby w ogóle smaku. Lepiej skupić się na bieżących problemach niż na wyżerającej duszę pustce.
Nie będzie gorszy.
X X X
Neville obudził się dwie godziny przed świtem. Leżał kilka minut wpatrując się w poblask ulicznych świateł tworzący abstrakcyjne wzory na suficie sypialni. Zza okien dochodził stłumiony szum przejeżdżających od czasu do czasu samochodów. Madrytczycy wracali z imprez, wstępując po drodze na kawę i coś słodkiego. Hotel, w którym mieszkali, też nie usypiał. Ilość gwiazdek w turystycznym przewodniku zobowiązywała właścicieli do zapewnienia gościom maksymalnego komfortu.
Bolały go skronie i plecy. Na lewej łydce czuł pulsujący siniak wysmarowany specjalistycznym żelem i oklejony chłodzącymi plastrami. Nie mógł teraz złapać kontuzji. We wtorek mieli mecz z Manchesterem City i nikogo, kto mógłby choć połowicznie zastąpić jego i Theo jako parę pivotów. Sama myśl o tym sprawiała mu ból.
Pocieszał się, że babcia w ostatniej rozmowie telefonicznej przestała narzekać na leniwych Hiszpanów, którym w głowach tylko sjesta i protesty. Nie próbowała zaszantażować go stwierdzeniem, że zostawił samotną, starą kobietę bez opieki i wyprowadził się na drugi koniec kontynentu. Zamiast tego zwyczajnie wypytała się go o zdrowie, o to, czy na pewno je codziennie śniadanie i kiedy ją odwiedzi. W połowie października w okolicach meczu ze Szwedami Firenze na pewno zgodziłby się wypuścić go na kilka godzin do Bremy.
Dalej roztrząsałby kwestię wpasowania życia prywatnego w zawodowe, gdyby nie ciche odgłosy z salonu, który służył jemu i Harry'emu za jadalnię i jednocześnie prowizoryczne centrum rozrywki. Dwa dźwięki nakładały się na siebie. Ten wyraźniejszy brzmiał jak szelest lub chrupanie. Ten w tle znał natomiast bardzo dobrze: stłumiony krzyk stadionowej publiczności.
Neville wstał uważając na bolącą łydkę. Uchylił drzwi sypialni, a potem otworzył je szerzej.
Harry siedział na kanapie z nogami podkulonymi pod siebie. Na kolanach trzymał papierowy kubełek, od którego na kilometr śmierdziało prażoną kukurydzą. Jego sylwetkę otaczała zielonkawa poświata sącząca się z ogromnego telewizora. Z sześciu głośników dobiegał szum głosów i entuzjastyczny hiszpański komentarz. Neville z zaskoczeniem spostrzegł, że rozumie większość z wyrzucanych przez komentatora słów.
- Cicinho do Medela, Medel do Trochowskiego. Navas rusza do przodu. Navas wbiega w pole karne. Jordan go blokuje. Piłka poza boiskiem. Od autu rozpoczną Merengues.
Na ekranie telewizora pojawiła się znajoma postać. Zbliżenie na spoconą twarz Seamusa wznawiającego grę.
Harry wpakował do ust garść popcornu i zaczął powoli przeżuwać.
- Odcięli nam Theo. Navas ruszał się tak szybko, że Lee musiał się cofnąć prawie do Seamusa. A nasz Papalotilla był za wolny.
- Po co to oglądasz? – zapytał z wyrzutem Neville – Po co się męczysz?
- Miałem szansę by wyrównać.
- Spudłowałeś. Mi to się zdarza cały czas, kiedy tylko wbiegam w pole karne.
Harry zaśmiał się krótko. Neville usiadł obok niego i sięgnął do kubełka. Skrzywił się czując w ustach drewniany posmak. Jego przyjaciel wybrał najbardziej dietetyczną z możliwych wersji popcornu, bez masła, czekolady, ani nawet soli.
- Wiedzieli, że słabiej sobie radzisz w ofensywie niż Theo. Dlatego zostawili ci trochę więcej miejsca.
Właściwie to linie obrony i pomocy grały bardzo blisko Charlie'go z obawy przed utratą kolejnej bramki.
- Nie możemy zawsze liczyć na to, że Draco wygra dla nas mecz.
- Harry… jeśli obwiniasz się za niewykorzystaną okazję… - Neville znacząco zawiesił głos.
Nie lubił, kiedy jego przyjaciel zaczynał żonglować liczbami, statystykami i schematami taktycznymi. Od tego mieli cały sztab trenerski, ludzi dziesięć razy mądrzejszych i bardziej doświadczonych.
Potter potrząsnął głową.
- Wyspom Owczym strzeliłem dwa gole. W spotkaniu z Austrią miałem obie asysty. Wiem, jak się gra. Wiem, co robić, gdy wbiegam w pole karne.
Neville zmarszczył brwi i przeniósł wzrok na ekran. Do końca powtórki meczu zostało jakieś piętnaście minut. Czasem nie umiał nadążyć za tokiem myślenia najlepszego przyjaciela. Jeśli obawiał się, że nie trafi do siatki, mógł zawsze podać piłkę Malfoyowi. Przecież to było głównym zadaniem Harry'ego i Blaise'a – stwarzanie ich największej gwieździe okazji, by mogła lśnić jeszcze mocniejszym blaskiem i przyćmić inną gwiazdę błyszczącą na firmamencie hiszpańskiej ligi.
- Gdybym zaliczył asystę, myślisz, że podbiegłby do mnie?
- Na pewno. Przecież zawsze tak robimy.
Neville za późno ugryzł się w język. Strzelec bramki powinien dziękować temu, kto mu to umożliwił. A wraz z golem są uściski, uśmiechy, ręce wędrujące często nie tam, gdzie powinny i usta wykrzykujące w ekstazie twoje imię.
Dla Neville'a taka scena mogła się wydawać absolutnie normalna. W oczach Harry'ego zyskiwała zupełnie inny kontekst.
Zagarnął kolejną garść popcornu i wlepił wzrok w biegającego po ekranie Dean'a Thomasa. Zegar w lewym górnym rogu odmierzał minuty do końca drugiej połowy.
- W Bremie nie miałeś z tym problemu.
- Ktoś ze sztabu wiedział – Harry wzruszył ramionami – Już się pakowałem na wyjazd do Berlina, kiedy zadzwonił Marvolo i wyraził „uprzejme zainteresowanie".
- W reprezentacji też nie masz z tym problemu.
Harry popatrzył na niego przeciągle.
- Nev, akurat tam nie mam na kim oka zaczepić.
Okruch prażonej kukurydzy trafił nie tam, gdzie trzeba. Neville zaniósł się kaszlem robiąc bałagan wokół siebie. Nie wierzył, że uczestniczy w takiej rozmowie. Czuł się bardziej zażenowany, niż wtedy, kiedy Firenze zorganizował im pierwsze ćwiczenia z instruktorem jogi.
- Harry, serio… - odezwał się, kiedy mógł już normalnie oddychać – A Mario, Mats, Philipp, Basti?
- Basti jest dla mnie jak starszy brat. Mats nie jest w moim typie – odpowiedział Harry.
Kąciki jego ust uniosły się w uśmiechu.
- Poza tym jakim byłbym facetem, gdybym leciał na mojego kapitana? Albo na gościa, który może mnie wygryźć z podstawowego składu?
Retransmisja ustąpiła miejsca ciągowi reklam. Neville odetchnął z ulgą. Oby tylko jego przyjacielowi nie przyszło do głowy oglądać te głupie późnonocne programy, w których fachowcy od wytykania błędów komentowali powtarzane przez pół godziny 15-sekundowe wyrywki z meczu.
- A Madryt? Czym się różni?
- Madryt… - Harry odstawił prawie pusty kubełek i wsparł głowę na dłoniach.
Zamyślony patrzył na kolejną reklamę.
Theodore Nott w nienagannej letniej marynarce, idealnie skrojonych spodniach i koszuli dobranej tak, by podkreślała kolor jego oczu, zachwalał najnowszą kolekcję męskich ubrań wyprodukowaną przez jeden z hiszpańskich domów mody.
- Madryt jest zupełnie inny.
X X X
Słońce przypiekało, ale wiatr znad porośniętych winoroślami wzgórz chłodził rozpaloną skórę. Harry podczas pobytu w Hiszpanii opalił się bardziej, niż przez całe wakacje w Niemczech. Jego wzrok zaadaptował się do nadmiaru czystego nieba, a jego uszy rozróżniały już proste komendy wydawane przez trenera.
Po rozgrzewce Dołochow jak zwykle przepędził dziennikarzy z tarasu widokowego. Zawodnicy rozsypali się po boisku. Charlie z dwoma rezerwowymi bramkarzami ćwiczył z daleka od reszty. W czarnych getrach i koszulkach z wstawkami w kolorze fluorescencyjnej truskawki wyglądali jak robotnicy drogowi.
Ritchie Coote zaplątał się w kamizelkę. Wydawało się, że założenie kawałka śliskiego materiału nie jest czynnością wymagającą jakiejś szczególnej koordynacji wzrokowo-ruchowej, ale Ritchie założył ją tył na przód. Znajdujący się najbliżej Zach, Terence i Draco pierwsi zaczęli się śmiać. Ritchie zdjął kamizelkę i spróbował raz jeszcze. Na lewą stronę. Graham Montague dołączył do grupy by dopingować kolegę. Harry nie rozumiał ich, ale widział łzy w oczach młodego Francuza, który broniąc się przed upadkiem ze śmiechu, wsparł się na Zachu i Draconie. Ernie i Jack zaczęli pokazywać palcami na zaplątanego kolegę. Roger Davies zawołał coś w ich kierunku. Ritchie wsadził lewą rękę w otwór przeznaczony na głowę. Tam, gdzie powinna się znaleźć prawa ręka, wystawało kilka kłaków z jego zadbanego afro.
Harry obejrzał się na trenera i asystentów, ale Snape udawał, że nic nie widzi. Dołochow sam uśmiechał się pod nosem.
Ritchie wydał z siebie odgłos, który prawdopodobnie był wołaniem o pomoc. Sprawne ręce Draco i Terence'a uwolniły go z uścisku przeklętej kamizelki.
Dopiero teraz Snape podszedł do piłkarzy i ponaglił ich, by szybciej przygotowali się do następnej części treningu.
Zostali podzieleni na trzy grupy: zieloną, pomarańczową i białą. Biała i zielona walczyły o piłkę. Należący do nich zawodnicy mogli za to swobodnie podawać futbolówkę do kogoś z grupy pomarańczowej. Ćwiczenie miało na celu poprawę wymiany podań, a także przyzwyczajenie chłopaków do szybkiej gry. Harry pierwszy raz znalazł się w białej grupie, razem z Draco, Ernie'm i Lee Jordanem.
Naprzeciwko niego stanął Seamus Finnigan w zielonej kamizelce i z gębą przepołowioną szerokim uśmiechem.
- Hej, Charlie! – zawołał do kapitana wybijającego w rogu boiska rzucane przez trenera bramkarzy piłki.
Weasley coś mu odkrzyknął, na co Finnigan posłał mu całusa.
Harry zagapił się na niego z szeroko otwartymi oczami, nic nie rozumiejąc. Seamus, widząc jego minę, zrobił dwa kroki i nagle położył mu dłonie na policzkach.
- Sonreír – powiedział z naciskiem, po czym puścił młodego Niemca.
Harry intuicyjnie wyczuł, że drugi kapitan stara się i jego jakoś rozweselić. Uśmiechnął się.
Na gwizdek Dołochowa piłka poszła w ruch.
- Tienes los ojos preciosos – powiedział jeszcze Finnigan, patrząc Harry'emu prosto w oczy.
Z boku Jack Sloper opluł się własną śliną, a jego mina wyrażała coś pomiędzy zaskoczeniem a rozbawieniem. Lee Jordan zaplątał się o własne nogi i padł jak długi.
X X X
Higienicznie czyste korytarze Valdebebas przypominałyby prywatny szpital, gdyby nie rzędy zdjęć zdobiących ściany. Drużyna fotografowana rocznikami. Prezes Bernabeu po sfinalizowaniu budowy nowego stadionu. Piłkarze, którzy wygrali pierwszy europejski puchar, potem drugi, trzeci. Di Stefano wraz z kolegami na czarno-białym zdjęciu z 1960 roku. Przykrótkie spodenki, białe podkoszulki bez nazw sponsora i śmieszne fryzury z bokobrodami. Piłkarze z tamtych czasów wyglądali jak grupa tatuśków, którzy po dwóch godzinach biegania po murawie pójdą razem na piwo.
Kolorowe zdjęcia z późniejszych lat umieszczono bliżej szatni pierwszego zespołu. Patrzenie na sławnych poprzedników miało motywować piłkarzy. Ci urodzeni pod koniec lat 80-tych rozpoznawali twarze bohaterów ery Galacticos. Niestety charakterem bliżej im było do Gutiego niż Raúla.
Ten oparty o ścianę przy drzwiach jego gabinetu wyglądał jak niemal wierna kopia chimerycznego piłkarza sprzed dekady. Długie włosy podtrzymywane cienką opaską, pięciodniowy zarost, tatuaże wypełzające spod treningowej koszulki i nogawek krótkich spodenek. Ta sama niewyczerpana energia i ten sam brak pokory.
- Finnigan, dawno się nie plątałeś po tej części budynku – zauważył Severus otwierając drzwi kartą.
- Jesteś pan dupkiem.
Mógł nowy sezon uważać za otwarty. Drugi kapitan i tak wykazał się nadzwyczajną, jak na niego, cierpliwością. W poprzednim roku wydarł się na Severusa na korytarzu, w obecności połowy drużyny, zaraz po drugiej kolejce w lidze.
Finnigan skrzywił się, jakby samo wejście do gabinetu Snape'a przyprawiało go o mdłości.
- Myślisz pan, że damy się tak obsmarowywać? – podniósł nieco głos – Widziałem pana konferencję po meczu z Sevillą. Drużyna nie zasłużyła na takie traktowanie.
- Jaka drużyna? Bo ja w sobotę na Estadio Pizjuán nie widziałem Realu Madryt.
- Może jakbyś pan pozwolił nam się lepiej ustawić, to by nie było tego całego szumu.
Że też gówniarz ma nerw go pouczać.
- Może jakbyś nie gapił się na trawę pod butami, to byś zauważył Trochowskiego biegnącego do waszej bramki? – zasugerował Severus.
Obrońca zagotował się.
- Pan w ogóle nie rozumiesz tego klubu! Jestem tu już siedem lat, więc chyba wiem lepiej. Inni trenerzy przynajmniej nas szanowali! Żaden nie leciał do pismaków by na nas donosić!
- Donosić?! Powiedziałem tylko to, co widzieli wszyscy kibice.
- W Marce napisali, że tak naprawdę masz pan nas gdzieś i urwiesz się stąd, jak tylko Sir Dumbledore przejdzie na emeryturę.
Kilka odpowiedzi na raz cisnęło mu się na usta. Że też ten przekonany o swojej wielkości idiota potrafił czytać.
- Ale wiesz pan, co? Myślę, że tam pana nie zechcą. W Manchesterze nie potrzebują gościa, który uważa się za ważniejszego od klubu. My też pana nie potrzebujemy! – zawołał piłkarz.
- Sami wygracie La Decimę?
- Bez pańskiej łaski!
Severus przeszedł na drugą stronę biurka, ale nie zamierzał usiąść. Dałby tylko Finniganowi możliwość do patrzenia na niego z góry.
- Czepiasz się pan Charlie'go, a ostatnio nawet Draco, choć nic oni panu nie zrobili. A to, co pan wyprawiasz z Blaise'm – wyrzucił mu obrońca "Królewskich" - Powinien podać za to pana do sądu. To zwykłe znęcanie się.
- Zarabia dziewięć milionów euro rocznie, a plączą mu się nogi. Mógłby się trochę postarać. Kto się u mnie nie stara, ląduje na ławce, Finnigan. Reguły są bardzo proste.
Chłopak zacisnął pięści i patrzył na niego wściekle, zapewne szukając w głowie kolejnych argumentów.
Severus rozluźnił się i usiadł w wysiedzianym biurowym fotelu.
- Skończyłeś już? Bo chcę jeszcze się skupić na naszym jutrzejszym meczu.
- Jak pan myśli? Jakie mamy w tym roku szanse?
Westchnął i potarł nasadę nosa. Drugi kapitan drużyny był jak zapałka. W dwie minuty wywrzeszczał wszystko, co mu aktualnie leżało na wątrobie i skupił się na najbliższej przyszłości.
- Jeśli będziecie stać na murawie, jak w sobotę, to nie liczcie nawet na wyjście z grupy – powiedział szczerze Snape.
Finnigan pokiwał głową i zaszurał butami cofając się do wyjścia.
AN: Konferencja prasowa Severusa z pierwszej części rozdziału wzorowana jest na jednej z wrześniowych konferencji byłego trenera Realu. Wyniki meczów też są prawdziwe. Reszta to wytwór mojej wyobraźni.
