Białoruś postawiła kubki z gorącą herbatą na niewielkiej tacy i podała ją Torisowi. Jego podziękowanie zignorowała, po czym oparta o blat szafki kuchennej obserwowała, jak Litwa rozdaje kubki zebranym w niewielkim pomieszczeniu państwom. Finlandia stał wpatrzony w okno, a Estonia kucał obok siedzącego na kanapie Japonii i oglądał jego nogę.
- Wygląda na wygojoną – usłyszała cichy głos Eduarda. – Ale dla pewności jeszcze ją zabandażuję.
Ukrywali się w letnim domku Tina, zaszytym gdzieś głęboko w lasach Finlandii. Budynek był nieduży i nieogrzewany, więc doskwierały im ciasnota i chłód, ale Natalia nic sobie z tego nie robiła. Chciała jak najszybciej się stąd wydostać i ruszyć na poszukiwania brata, ale kiedy do domku Finlandii trafili ciężko ranni Seszele i Szwajcaria, pomoc musiała zostać udzielona najpierw im. Białoruś zmuszona była czekać.
Podeszła do niej Węgry. Miała podkrążone oczy i wyraz przygnębienia na twarzy. Wiadomość o śmierci Feliksa, którą przekazał jej Estonia, przybiła ją, choć widać było, że nie tylko to ją gryzie. Natalii jednak to zbytnio nie obchodziło.
- Seszele się obudziła – powiedziała Elizaveta. – Wygląda na to, że już lepiej się czuje. Zrobię jej coś ciepłego do picia. Może zaniosłabyś herbatę Chinom i Szwajcarii? Na pewno zimno im w tym małym pokoju…
Natalia odęła wargi i posłała Węgrom chłodne spojrzenie. Może Elizavecie odpowiadało usługiwanie innym, ale nie jej.
- Nie jestem niczyją służącą ani niańką – burknęła, sięgając do szafki po czyste kubki. Miała serdecznie dość całej tej sytuacji.
Pomieszczenie, w którym znajdowali się Chiny i Szwajcaria, ciężko było nazwać pokojem: była to zwykła antresola, przerobiona z niskiego poddasza, na którą dostać się można było po drabince. Ciężko było wejść na górę, jednak Chiny przeniósł się tam, kiedy jego stan się polepszył, a w domku Tina zjawiła się Seszele, której odstąpiono jedyny pokój na parterze.
Yao i Vash twardo twierdzili, że panujący na poddaszu ziąb zupełnie im nie przeszkadza. Mimo to Chiny z wyraźnym zadowoleniem wyciągnął ręce po kubek gorącego napoju, który przyniosła na górę Natalia. Skrzywił się, gdy jego ramię zaprotestowało przeciwko tak gwałtownym ruchom.
- Wszystko w porządku – powiedział szybko, jakby chciał uprzedzić pytanie. - Niedługo będę zupełnie sprawny.
Białoruś jednak tylko wzruszyła ramionami. Podeszła do materaca, na którym siedział skulony pod grubym kocem Szwajcaria. Zza kurtyny opadających na twarz włosów dało się dojrzeć biały bandaż zakrywający oczy.
- Herbata – rzuciła sucho, schylając się i wyciągając do niego rękę z kubkiem. Vash nawet nie drgnął.
- Postaw ją obok – powiedział w końcu. – Sam sobie poradzę.
Natalia zacisnęła wargi hamując się, by nie cisnąć herbatą o podłogę, po czym postawiła kubek obok materaca. Potem ruszyła w stronę drabinki, lekko pochylona, by nie uderzyć się w nisko wiszące belki stropu.
Stuknął przewracany kubek. Białoruś nie wytrzymała.
- No i widzisz, co narobiłeś? – warknęła, podchodząc z powrotem do Szwajcarii i omijając mokrą plamę obok niego. Dopiero gdy kucnęła przy materacu zauważyła, że wciąż wyciągnięta ręka Vasha drży, a on sam zagryza wargi. – Teraz muszę to posprzątać – dodała trochę spokojniej, chociaż wciąż była zła.
Już miała wstać, by zejść po jakąś ścierkę, gdy na podłodze obok niej nagle wylądował ręcznik. Zaskoczona patrzyła, jak Chiny klęka obok niej i wyciera mokrą plamę.
- Mogłeś pozwolić, by Natalia pomogła ci się napić – powiedział Yao. Podniósł pusty kubek i podał go Białorusi. – Nic by się nie stało…
- Sam bym sobie z tym poradził – burknął Szwajcaria, zawijając się w koc i odwracając głowę do ściany. – Nie lubię być od nikogo zależnym.
- Dureń – mruknęła Natalia, a Chiny cicho westchnął.
- W takich chwilach trzeba sobie pomagać i trzymać się razem – powiedział, dźwigając się z podłogi i zabierając z niej mokry ręcznik. – Zejdę na dół po nową herbatę. Mam już dość siedzenia.
- Nie powinieneś się jeszcze ruszać – powiedziała Natalia i zaraz skarciła się za to w duchu. Co ją to właściwie obchodziło? Jedyną osobą, o którą powinna się teraz troszczyć, jest jej brat.
- Nic mi nie jest. Poza tym – dodał, rozglądając się po poddaszu – tu jest okropnie zimno.
Chwilę potem Natalia została z Vashem sama. Szwajcaria uparcie milczał, odwrócony twarzą do ściany, przez co poczuła nagłe skrępowanie. Zła na siebie za to uczucie, gwałtownie wstała i skierowała się do drabinki. Gdy już zeszła po kilku szczeblach, nagle usłyszała stłumiony kocem głos.
- Muszę nauczyć się radzić sobie samemu – powiedział Vash, wciąż odwrócony tyłem do Natalii. – Bo inaczej jej nie odnajdę.
Białoruś domyśliła się, o kogo mu chodzi. Nikt nie miał jednak pewności, że mała Liechtenstein jeszcze żyje, i choć wszyscy na dole wciąż mówili, że będą jej szukać, to na razie nic nie mogli zrobić. Jednak Vash wciąż nie tracił nadziei na jej odnalezienie.
„Tak jak ja z moim bratem", pomyślała. Zaraz jednak odepchnęła od siebie myśl, że ma coś wspólnego ze Szwajcarią. Rosja przecież żył, była tego pewna.
- Jesteś ślepy – powiedziała ostro, złoszcząc się sama na siebie. – Potrzebujesz pomocy, bo sam sobie nie poradzisz.
- A ty byś mi pomogła? – zapytał. Gdy milczała, parsknął cicho. – Widzisz? Dlatego mogę polegać tylko na sobie. Jak zwykle zresztą.
Natalia zeszła po drabince dziwnie niespokojna. Czy naprawdę mogła liczyć tylko na siebie? Czy oznaczało to, że przyłączając się do tej grupy tylko traciła czas? Być może Szwajcaria miał rację i powinna była myśleć tylko o sobie i Rosji.
Gdy z powrotem znalazła się w niewielkim saloniku połączonym z kuchnią, drzwi wejściowe otworzyły się nagle i stanął w nich Holandia.
- Złe wieści – rzucił, gdy podniosły się na niego zdumione spojrzenia zebranych w pomieszczeniu państw. Nawet Estonia przestał prawić Chinom kazanie na temat stanu jego zdrowia i niepotrzebnego wstawania.
- Co się stało? – zapytał Finlandia, nagle pobladły. Nim odpowiedział, Holandia wyciągnął papierosa i zapalił.
- Grupa, która miała odbić Arthura, wpadła – odparł, wypuszczając chmurę dymu. – Wszyscy są teraz w rękach Wyzwolonych.
Tino wyglądał przez okno, wypatrując Holandii, który zaniepokojony brakiem wieści od Kuby i Ameryki, wyszedł z domu w środku nocy i nie wrócił do tej pory. Co rusz Finlandia spoglądał też na wyświetlacz swojej komórki, oczekując od niego jakiejś wiadomości. Telefon jednak milczał.
Martwił go nie tylko Holandia. Nastroje w domku też były przygnębiające, wszyscy byli zmęczeni ciągłą ucieczką i ukrywaniem się, a strata kolejnych przyjaciół była ciosem dla wszystkich państw. Każdy z tutaj zebranych stracił kogoś bliskiego. Tino pamiętał szok, jaki wywołała wiadomość o śmierci Feliksa, zrozpaczone spojrzenie Elizavety i mocno zaciśnięte usta Torisa. Informacja ta dotknęła wszystkich, nawet tych, którym Polska nie był zbyt bliski: uświadomiła im, tak samo jak śmierć Ukrainy i Korei, jak bardzo krucha jest ich egzystencja personifikacji.
Finlandia spojrzał na Estonię, który sprawnie zmieniał opatrunek na nodze Japonii, i jego myśl powędrowała ku kolejnym zmartwieniom.
Jak się czuje Islandia? Czy radzą sobie obydwaj z Peterem? Czy są bezpieczni? Poprosił wcześniej Kubę i Holandię, żeby dali mu znać, jeśli dowiedzą się czegoś o tej dwójce, ale do tej pory nie było żadnych wieści.
„Nie powinienem ich zostawiać samych", pomyślał Tino czując, że ze stresu zaczyna boleć go głowa. „Co, jeśli Wyzwoleni ich zaatakują? Islandia był przekonany, że jego rząd nie chce się go pozbyć, ale co Peterem? Poza tym Islandia nie jest w pełni zdrowy, a ja go obarczyłem opieką nad Sealandią… Może powinienem się z nimi skontaktować?".
Wiedział jednak, że teraz to niemożliwe. Kiedy zdecydował się pomóc zbiegłym państwom, sam trafił na czarną listę, a przynajmniej tak podejrzewał. Chociaż jego rząd nie wszczynał żadnych poszukiwań, o czym świadczyło chociażby to, że wciąż ukrywali się na terenie Finlandii, to Tino wolał być ostrożny. Pozbył się starego telefonu i sprawił sobie nowy, podając Islandii numer do użytku tylko w nagłych wypadkach. Pozostałym państwom zaproponował kryjówkę w jednej ze swoich letnich siedzib, ukrytych na północy kraju, daleko od większych miast. Nie chciał więc niepotrzebnie narażać wszystkich na zdemaskowanie tylko dlatego, że się martwił.
Wtedy do domu wpadł Holandia, którego Tino nawet nie zauważył, choć wyglądał przez okno.
- Złe wieści – rzucił od progu, rozpinając kurtkę i macając się po kieszeniach.
Tino pobladł. „Czyżby chodziło o Islandię i Petera?". Głośno przełknął, nim zapytał.
- Co się stało?
Holandia zdołał wygrzebać z kieszeni papierosy i zapalniczkę. Powoli zapalił i mocno się zaciągnął, doprowadzając zdenerwowane państwa do szału. Odpowiedział dopiero po chwili.
- Grupa, która miała odbić Arthura, wpadła. Wszyscy są teraz w rękach Wyzwolonych.
Na długą chwilę zapadła cisza. Dym z papierosa unosił się w pomieszczeniu, dodatkowo jeszcze zagęszczając atmosferę.
- Skąd to wiesz? – zapytała Białoruś, która właśnie zeszła z poddasza. W ręku miała pusty kubek po herbacie, który odłożyła na blat stołu w kuchni.
- Kuba dał mi znać – Holandia usiadł na kanapie nie zdejmując kurtki i wyjął komórkę. Uniósł ją wysoko, żeby wszyscy widzieli. – Koło drugiej wysłał mi pustą wiadomość. Umówiliśmy się, że to oznacza wpadkę.
- Ameryka był z nimi, prawda? – zapytał Chiny. Wszyscy skierowali na niego wzrok. – Nie patrzcie tak na mnie. Wciąż nie jestem przekonany co do jego niewinności. Nie ufam mu, mógł ich zdradzić, zawlec do Wyzwolonych…
Japonia spuścił wzrok.
- Ameryka nam pomógł – powiedział cicho. - Nie uwierzę w to, że nas zdradził.
- To co teraz robimy? – zapytała Elizaveta. – Musimy im pomóc.
- Powinniśmy ich ratować – poparł ją Eduard. – Oni zrobiliby to dla nas.
- A wiesz chociaż, gdzie teraz są? – syknęła Natalia, patrząc na nich złowrogo. – Musielibyśmy ich szukać, a ja na to nie mam czasu. Ważniejsze dla mnie jest poszukiwanie brata.
- Ale oni mogą być w niebezpieczeństwie…
- Mój brat też może być w niebezpieczeństwie! – wybuchła Białoruś. – Ale was to w ogóle nie obchodzi. Ciągle odkładacie poszukiwania na później, cały czas ratujecie kogoś innego… Pozwolilibyście mu umrzeć, tak jak Ukrainie…
Litwa wyciągnął rękę, by położyć ją uspokajająco na ramieniu Natalii, ta jednak ją odtrąciła.
- Być może Rosja sam się ukrywa i nie chce być znaleziony – spróbował Toris, próbując w ten sposób ułagodzić Białoruś. Być może nawet by mu się udało, gdyby nie odezwał się Chiny.
- Albo ma inny powód, by nie zostać przez nas znalezionym – powiedział niby do siebie. W oczach Natalii błysnęła wściekłość.
- Sugerujesz coś? – warknęła. – A może chcesz, bym uszkodziła ci drugą rękę?
- Spokojnie, nikt niczego nie sugeruje – odezwał się Estonia. Ściągnął tym samym gniew Białorusi na siebie.
- Ty lepiej się zamknij – rzuciła ostro. – Wiem, po co chcesz iść tamtym na ratunek. Chodzi o Raivisa, prawda? Myślisz, że znajdziesz tego małego zdrajcę?
Eduard otworzył usta, żeby zaprzeczyć, ale nie powiedział nic. Natalia uniosła podbródek z triumfem w oczach, gotując się na wyrzucenie z siebie kolejnych złośliwości.
Finlandia wszedł odważnie między nich.
- To nie zmienia faktu, że musimy podjąć decyzję, co teraz zrobić – powiedział, patrząc na wszystkich zebranych. – Uwięzieni zostali nasi przyjaciele, którzy wcześniej pomogli nam, gdy to my byliśmy celem ataku Wyzwolonych. Uważam, że powinniśmy iść im na ratunek. Jeśli ich znajdziemy, to być może uda nam się dowiedzieć czegoś na temat pozostałych zaginionych.
Ostatnie zdanie skierował do Białorusi, która wciąż rzucała gniewne spojrzenia. Wiedział jednak, że nie udało mu się jej przekonać.
- Na mnie nie liczcie – odezwał się Holandia.
- Co takiego? – zapytał Chiny. – Myślałem, że ty pierwszy polecisz im na pomoc…
- To by oznaczało, że mam ratować Hiszpanię, a ja nie mam zamiaru tego robić. Nie lubię go.
- No chyba żartujesz! – sarknęła Elizaveta. – To nie jest czas na osobiste urazy. Poza tym, może uda nam się dowiedzieć czegoś na temat Belgii! Nie interesuje cię los własnej siostry?
- A co ty możesz o tym wiedzieć? – warknął Holandia. Wściekle zgniótł w dłoni papierosa. – To moja sprawa i nic ci do tego! Znajdę ją na swój sposób.
- Świetnie! – Węgry ruszyła w jego stronę. - A tymczasem niech pozostali posłużą za króliki doświadczalne Wyzwolonych, tak? Tego właśnie chcesz? Nigdy nie sądziłam, że jesteś taki samolubny!
- I kto tu jest samolubny? – odparował Holandia. – Przyznaj się, że chcesz po prostu znaleźć tego cholernego zdrajcę Austrię!
- Nie… nie tylko!
- Chcesz ratować zdrajcę? – wtrąciła się Natalia.
- Nie nazywajmy nikogo zdrajcą, nie mamy dowodów… - zaprotestował słabo Litwa. – Poza tym, chyba zapominamy o czymś ważnym…
- Jak chcesz, to idź go sobie szukaj sama, ja też poszukam Belgii sam!
- Nie chodzi tylko o Rodericha! Musimy odnaleźć też pozostałe dziewczyny…
- Ja idę szukać brata i jeśli będzie trzeba, to zrobię to sama!
- Ameryka wciąż wydaje mi się podejrzany – odezwał się Chiny, na co Japonia pokręcił głową i coś powiedział, ale jego słowa zagłuszył Eduard.
- Nigdy nie uwierzę w to, że Raivis zrobiłby coś takiego! – zawołał ponad jazgotem przekrzykujących się państw. Nikt go jednak nie słuchał.
Nagle ktoś krzyknął. Wszyscy spojrzeli na Litwę, zwiniętego niemalże wpół i przyciskającego dłoń do twarzy.
- Wsadziłem ci palec do oka? – zapytał Szwajcaria, wyciągając przed siebie ręce. – Przepraszam, to było niechcący.
Poklepał niezdarnie Litwę po plecach i ruszył dalej przez pokój, potykając się o meble. Pozostali, nie licząc jęczącego Torisa, przyglądali mu się w ciszy. W końcu Vash przystanął opierając się o ścianę.
- Poddaję się – powiedział. – Możecie pomóc mi trafić do drzwi?
Dopiero po chwili odezwał się Tino.
- Dokąd chcesz iść? – zapytał.
Szwajcaria milczał przez chwilę, jakby się zastanawiał. Podrapał się w skroń pod bandażem.
- Jak to dokąd? – powtórzył. – To chyba oczywiste: musimy pomóc uwięzionym.
- Musimy? – odezwał się Chiny. – My?
- Jeszcze niedawno mówiłeś, że powinniśmy trzymać się razem i sobie pomagać. – Spuścił głowę. – Chociaż nie wiem, czy tak według ciebie wygląda współpraca i wzajemna pomoc, bo kłócicie się jak stare baby. Bez urazy, Natalia.
- Hej! – zawołała oburzona Węgry. – Ja też tu jestem!
- Sam nie dam rady – ciągnął Vash. – Potrzebuję waszej pomocy.
Białoruś zrobiła krok w jego stronę, ignorując spojrzenia pozostałych.
- Pomożesz mi odnaleźć brata? – zapytała. Szwajcaria kiwnął głową. – W takim razie ja pomogę tobie. Teraz i później, gdy będziemy szukać Liechtenstein.
- Chyba nie mamy wyjścia – mruknął Holandia, pocierając wierzchem dłoni czoło. – Żebym musiał ratować tego idiotę…
- Nie spodziewałem się po tobie tak głębokich przemyśleń – Japonia zwrócił się z powagą do Chin, na co ten się żachnął.
- Ej, skoro mnie Vash nie przeprosił, to znaczy, że uważa mnie za starą babę? – zapytała Węgry, ciągnąc za rękaw Eduarda, który starał się oderwać od twarzy Torisa jego dłonie i obejrzeć bolące oko.
Tino odetchnął. Awantura została zażegnana, a pokój zapewniony. Teraz pozostaje tylko obmyślić plan, odnaleźć Kubę i resztę… Może nawet uda im się dowiedzieć czegoś na temat Berwalda. Tak, zdecydowanie im się uda.
Wtedy zabrzęczał telefon w jego kieszeni. Spokojny nastrój prysł, a niepokój ścisnął mu żołądek, gdy tylko spojrzał na wyświetlacz.
- Tino – usłyszał w słuchawce głos Islandii. – Lepiej uciekaj. Zamierzam cię zdradzić.
Doktor Ross stał z założonymi rękami, wsparty od biurko w przestronnym, choć nieco zakurzonym pokoju w domu Włoch i w milczeniu przyglądał się siedzącemu na krześle mężczyźnie. Gdy doszedł do wniosku, że tamten nie zamierza odezwać się pierwszy, westchnął.
- Zdaje pan sobie sprawę, że wtargnął pan na teren objęty kwarantanną? – zapytał. Niemcy, bo to on siedział na krześle, patrzył na niego uważnie. Z całą pewnością zdawał sobie sprawę, co zrobił.
- Przyjechałem w odwiedziny – odpowiedział. – Często tutaj bywam, ale to pierwszy raz, kiedy mnie za to zatrzymano.
- Nie doszłoby do tego, gdyby znalazł się pan w jakiejkolwiek innej części tego kraju – powiedział Ross, odpychając się od biurka. Obszedł mebel i podniósł z blatu plik kartek. – Ale wszedł pan do domu Włoch, który cierpi na chorobę, o której wciąż wiemy niewiele i która prawdopodobnie jest zakaźna…
- To nie było wejście. On po prostu wtargnął tu siłą.
Ross zmrużył oczy zły, że mu przerwano, i spojrzał na stojącego przy Niemcach potężnie zbudowanego mężczyznę. Był to dowódca jednostki specjalnej Wyzwolonych, zimny i bezwzględny człowiek, którego wraz z kilkoma ludźmi przydzielono Rossowi jako ochronę, gdy ten udawał się do Włoch. Doktor wiedział o nim tylko tyle, że nazywał się Meyers i że nienawidził personifikacji, traktując je niemal jak przedmioty. W swojej bezduszności i w skrajności swoich poglądów był bardzo podobny do dyrektora stowarzyszenia.
Meyers uśmiechał się złośliwe, widząc niezadowolenie i niechęć na twarzy doktora. Wskazał kciukiem na Ludwiga, drugą rękę opierając na kaburze pistoletu.
- Powinien zostać aresztowany na naruszenie kwarantanny – powiedział szorstko. – Nie rozumiem, po co zawraca pan sobie głowę rozmową.
- Pozwól, że to ja zadecyduję, co teraz zrobimy – odparł zimno Ross. Meyers go irytował, ale nie mógł pozwolić się sprowokować. Nie da mu tej satysfakcji. W końcu to pod jego rozkazami była ochrona. Skierował spojrzenie na Niemcy. – Jak pan słyszał, będziemy zmuszeni pana zatrzymać i również poddać kwarantannie do czasu, aż…
- Przyszliście po Włochy, prawda? – przerwał mu Ludwig. – Chcecie mu odebrać status personifikacji…
- Myli się pan – Ross energicznie pokręcił głową. – Jestem lekarzem i być może będę mógł pomóc pańskiemu przyjacielowi. Działam na prośbę Włoch Południowych, który zwrócił się do Stowarzyszenia Wyzwolonych szukając pomocy dla brata.
- Lovino się do was zgłosił? – Ludwig nie krył zaskoczenia. Choć Ross przytaknął, wciąż coś wydawało mu się podejrzane. – Jak chcecie pomóc Feliciano? Ludzie na to umierają…
Meyers parsknął. Ross domyślał się, że mężczyzna śmiał się z wyrażenia, jakiego użył Niemcy. Dla niego personifikacje nie były ludźmi.
- Wciąż pracujemy nad lekarstwem, ale terapia jest możliwa – powiedział doktor, ignorując wywracającego oczami Meyersa.
- Chcę go zobaczyć – powiedział Ludwig.
- Zapewniam, że nie zrobimy mu krzywdy. Poza tym kwarantanna…
- I tak już ją naruszyłem – Niemcy wzruszył ramionami. Był bardzo zdeterminowany, by zobaczyć się z Włochami, co Rossowi wydało się podejrzane. Wyglądał, jakby starał się coś ukryć, odwracając ich uwagę. – Równie dobrze mogę się z nim spotkać. Potem możecie mnie odizolować, nie będę stawiał oporu.
Tym ostatnim zdaniem doktor upewnił się, że Niemcy coś ukrywa. A mógł ukrywać tylko jedno: miejsce pobytu Prus. Jeśli Ross dobrze to rozegra, być może uda mu się dowiedzieć, gdzie w tej chwili przebywa brat Niemiec i dzięki temu uda się go pojmać. Zakrył dłonią uśmiech zadowolenia.
- Właściwie to nie powinno zaszkodzić żadnemu z was… – zaczął wolno, ale zaraz przerwał mu Meyers.
- Wykluczone – powiedział ostro. Zignorował wściekłe spojrzenie Rossa. – Jestem szefem pana ochrony, więc nie mogę pozwolić, by tych dwóch znalazło się razem w jednym pomieszczeniu. To niebezpieczne.
- Nic mi nie będzie. Każ przyprowadzić tutaj Włochy.
- Nadal uważam, że…
- Sprzeciwiasz mi się? Przypominam, że podlegasz mnie, a ja podlegam bezpośrednio dyrektorowi. Chyba nie chcesz, by dotarły do niego słuchy o twojej niesubordynacji? – syknął Ross. Wiedział, że dał się sprowokować, ale miał dość. Ten człowiek działał mu na nerwy.
Przez chwilę mierzyli się spojrzeniami. W końcu Meyers uniósł kącik ust i odwrócił się do drzwi, by zawołać jednego ze swoich ludzi.
- Jak pan sobie życzy – powiedział drwiąco.
Po dłuższej chwili do pokoju wszedł Włochy. Kulał i wyglądał na przestraszonego. Dopiero gdy zauważył Ludwiga, jego twarz rozjaśnił szeroki uśmiech i wyraz ulgi.
- Włochy! Wszystko w porządku? – zawołał Ludwig, zrywając się z krzesła.
- Niemcy!
Feliciano utykając ruszył w jego stronę, ale drogę zastąpił mu Meyers.
- Wystarczy – rzucił opryskliwie, po czym odwrócił się do Ludwiga. – Zadowolony? Zobaczyłeś go i koniec.
- Chcę z nim porozmawiać – zażądał Niemcy.
- To nie najlepszy pomysł, ale… - zaczął Ross, gdy wtem rozległ się dzwonek jego telefonu. Zmarszczył brwi, gdy zobaczył, kto dzwoni. Przeprosił, po czym odebrał.
- Niemcy, tak się cieszę, że tu jesteś! – zawołał Feliciano ponad ramieniem Meyersa. – Zabronili mi widywać się z kimkolwiek, a braciszek Lovino zniknął gdzieś jakiś czas temu…
- Feliciano, czy oni… nie zrobili ci czegoś dziwnego? – zapytał Ludwig, nie odrywając wzroku od zimnych oczu Meyersa. – Nie grozili, że cię zabiorą, prawda?
- Nie… Doktor Ross jest bardzo miły i…
- Zamknij się – warknął Meyers, odwracając się do Włoch. Machnął rękę na wciąż stojącego w drzwiach człowieka, który przyprowadził Feliciano. – Zabierz go.
- Pozwól nam porozmawiać! – zaprotestował Ludwig. Wtedy podszedł do nich doktor Ross, który właśnie wkładał telefon do kieszeni marynarki.
- Dostałem wiadomość od dyrektora – rzucił rozdrażnionym tonem. – Muszę natychmiast wracać do ośrodka. Pojmali Prusy.
Ludwig zbladł, a jego oczy rozszerzyły się z przerażenia.
- Co… co takiego? – zapytał. Doktor nie odpowiedział, tylko zamaszystym krokiem ruszył przez pokój.
- Musiał mnie wezwać akurat teraz, gdy jeszcze nie skończyłem tutaj – mruczał do siebie. W końcu rzucił do Meyersa. – Nie mam innego wyjścia. Zabieramy Włochy ze sobą.
- Ja nie chcę! – krzyknął przerażony Feliciano.
- Pan niestety będzie musiał zostać w areszcie – Ross odwrócił się do Niemiec, ignorując protesty Włoch. - W końcu wtargnął pan na teren kwarantanny…
Ludwig ocknął się, jakby dopiero teraz dotarła do niego waga słów doktora. Rzucił się za doktorem i chwycił go za ramię, próbując go zatrzymać.
- Dokąd go zabieracie? Co chcecie mu zrobić? – zawołał, natarczywie szarpiąc rękaw marynarki Rossa.
- Zapewniam pana, że…
- Po co zabieracie Włochy i co chcecie zrobić mojemu bratu?!
- Och, zamknij się w końcu! – warknął Meyers. Wyciągnął broń z kabury i kilkakrotnie wystrzelił.
Feliciano zachwiał się, gdy kule uderzyły go w pierś. W uszach wciąż miał huk wystrzału i przeciągły krzyk Niemiec, wymieszany z wrzaskiem Rossa. Spojrzał w dół, na przód swojej koszuli, po której w strugach spływała krew.
- Niemcy… - wychrypiał i zakaszlał, plując krwią. Nim upadł na podłogę, zdołał jeszcze powiedzieć: - Pomóż mi…
Ludwig ryknął wściekle i rzucił się na Meyersa. W pół kroku zatrzymała go lufa pistoletu skierowana w jego głowę.
- Nie radzę – syknął Meyers, spoglądając na Ludwiga. – Może nie umieracie od postrzałów, ale jestem całkiem pewny, że strzał w głowę rozwali każdego, nawet takie monstrum jak ty.
- Meyers, czyś ty oszalał?! – wrzasnął Ross, dopadając do bezwładnego ciała Włoch. Kałuża krwi rozpłynęła się po miękkim dywanie. – On jest chory! Nie ma gwarancji, że tak łatwo z tego wyjdzie!
- Nic mu nie będzie – odparł ochroniarz, nie spuszczając wzroku z dyszącego wściekłością Ludwiga. Wiedział, że Niemcy nie może mu nic zrobić, i to go bawiło. – W końcu mamy na sali lekarza, prawda?
Ross zgrzytnął zębami. Dopiero teraz zrozumiał, że Meyers nigdy nie uznawał jego zwierzchnictwa. Mało tego, nie uznawał go nawet za kogoś równego sobie. Był lepszy od Rossa, bo nie bał się odebrać komuś życia, nawet jeśli była to personifikacja państwa. Teraz też widać było bijącą od niego bezduszną radość, gdy wciąż mierzył do Niemiec, który mógł tylko bezsilnie zaciskać pięści.
- Chciałeś wiedzieć, po co go zabieramy? To masz odpowiedź – zwrócił się do Ludwiga, przesuwając palec po spuście. Kciukiem wskazał na nieprzytomnego Feliciano i doktora, który próbował zatamować krwawienie. – Mógłbym postrzelić go jeszcze kilka razy, a i tak by przeżył, dość szybko wracając do zdrowia. A my potrzebujemy właśnie tej waszej nieprzeciętnej odporności.
- Ty draniu – syknął Niemcy, dygocząc ze złości. – Jesteście potworami…
Meyers potrząsnął głową.
- To wy jesteście potworami – odpowiedział. – A jeśli pozbycie się was da innym ludziom szansę na życie, to z przyjemnością się wami zajmę.
- Cholera jasna! Nie dam sobie z tym rady – usłyszeli zdenerwowany głos Rossa. – Muszę natychmiast zawieźć go do ośrodka i tam udzielić mu pomocy…
- Już się robi, szefie – powiedział drwiąco Meyers. Potem machnął pistoletem na Ludwiga. – A ty pójdziesz z nami. Chyba spieszy ci się zobaczyć brata, prawda?
