Dwa dni później zostałem dowieziony na ryneczek w moim rodzinnym Aurillac. Uczyniło się zbiegowisko. Wysiadłem z automobilu w mojej skórzanej kurtce, wysokich oficerskich butach i w garnizonówce z czerwonymi liśćmi laurowymi oznaczającymi młodszego oficera. Odznaczenia miałem na materiałowej ,,bluzie" munduru pod skórzaną kurtką, więc nie było ich widać.

Sous-adjutant, który mnie wiózł, otworzył mi drzwi i teraz stał salutując.

-Widzimy się za 6 dni, sous-adjutancie.

-Oui, mon officier! Czy mogę się odmeldować?

-Jesteś wolny.

Podał mi mój oficerski plecak polowy, podał mi neseser z karabinem. A ja ignorując zbiegowisko ruszyłem w stronę domu. Prószył śnieg, ale mi to nie przeszkadzało.

Śnieg był mi bratem, deszcz przyjacielem, księżyc druhem, chmury sojuszniczkami. To słońce stało się moim wrogiem, gdyż w pełnym słońcu szturm był łatwy do zatrzymania przez wroga.

Teraz szedłem chodnikiem wzdłuż ulicy, świadom że wpatrują się we mnie dziesiątki oczu, a za plecami idzie niejeden fałszywy przyjaciel z przeszłości. Wreszcie dotarłem do murku otaczającego ogródek mojej matki, przed moim rodzinnym domem. Przeżegnałem się, i otworzyłem bramkę. Zamykając ją za sobą, powiedziałem spokojnie:

-Rozejść się, to nie cyrk!

Musieli wykonać. Podszedłem do schodów, pokonałem te trzy stopnie, na których w dzieciństwie tyle przesiedziałem... i zakołatałem do drzwi.

-Kto tam?- odpowiedział mi głos mojej matki.

-To ja, ma mere. Fabien.

Drzwi otworzyły się. Stanęła w nich moja kochana mama... jakże dawno jej nie widziałem.

-Mon officier... czy ma pan jakieś wieści o moim synu?

-Mamo, to naprawdę ja... Fabien.

-Fabien?

-To ja, mamo... To naprawdę ja.

-Och, Fabien...- matka rzuciła mi się na szyję- Wejdź, tak się cieszę, że żyjesz... Zabrali cię tak nagle...

Wszedłem do domu. Po chwili usłyszałem skrzypienie schodów.

-Nie kryjcie się, mes chères sœurs.

Zeszły po schodach obie.

-Ale wyrosłyście...

-Bałam się o ciebie, braciszku.

-Naprawdę, Claire?

-Tak... ja się bałam, Gabi się bała, mama się bała... ale żyjesz. Już z nami zostaniesz?

-Niestety, nie mogę zostać, Claire. Ale zostanę z wami 6 dni, potem muszę wracać. Wróg jeszcze się nie poddał.

-Szkoda...

-Też żałuję, że się nie poddał jeszcze.

-Chodź do kuchni, Fabien.- usłyszałem głos ojca.

Ruszyłem posłusznie. Ojciec siedział przy stole i obierał ziemniaki na obiad. Widząc mnie, wstał, opłukał dłonie, wytarł w ręcznik i podszedł do mnie.

-Czy mnie oczy mylą, czy widzę oficera?

Uśmiechnąłem się.

-Nie mylą cię oczy, ojcze. Jestem sous-lieutenantem piechoty.

-Jestem z ciebie dumny, synu.

-Mam dla was prezenty. Dla ciebie, ojcze, niestety mam tylko odpowiedni prezent dla myśliwego, i choć to już nie Święta, myślę że się nie obrazisz.

Ojciec otworzył neseser i zamarł.

-To... to jest Lisieux wz. 22?

-Tak.

-Przecież one są warte około siedmiu tysięcy za sztukę!

-Tu jest papier od marszałka Jofriste zezwalający na użycie myśliwskie tej broni po jej naprawieniu na własny rachunek.

-Naprawieniu? Co jest nie tak?

-Właściwie wszystko gra, trzeba tylko przeregulować lunetę. Amunicja standardowa, klasycznymi C siedmiotrójkami będzie strzelać. Teraz prezent dla ciebie, mamo. Jesteś tu gospodynią, a gospodyni powinna mieć możliwość godnego prowadzenia domu.- wyciągnąłem z plecaka skórzany pugilares z moim żołdem- Proszę. Dwadzieścia tysięcy liwrów. Mi to niepotrzebne, wszystko mam albo za darmo, albo zdobywam na wrogu.

-Ale to mała fortuna...

-Dasz radę, mamo. Za te pieniądze przetrwacie. Teraz wy, siostrzyczki... Dla was mam to- wyjąłem z plecaka dwie tabliczki szwajcarskiej czekolady.- A gdzie mój mały braciszek?

Odpowiedziały mi łzy matki.

-Gdzie mój braciszek?

-Na cmentarzu… Umarł na grypę. Nie było leków…

-O nie… Ale wy jesteście zdrowi?

-Tak, my nie zachorowaliśmy.

Dwa dni spędziłem w domu, nie wychodząc, aż doszła moich uszu plotka, że zdezerterowałem. To była potwarz. Poszedłem jakby nigdy nic na ryneczek, na spacer. Ludzie patrzyli na mnie niepewnie. W pewnym momencie pojawił się patrol konstabli.

-Fabien Delissi?

-Sous-lieutenant Fabien Delissi.

-Nieważne jaką masz rangę, idziesz z nami. Za dezercję kara jest jedna.

-A dlaczego sądzicie że zdezerterowałem?

-Dostaliśmy informację, że byłeś w karnej kompanii, a skoro jesteś tu, to zdezerterowałeś.

-Dobrze, prowadźcie do burmistrza.

Zaprowadzili mnie. Gdy burmistrz, czyli ojciec tej łamaczki serc która ,,wysłała" mnie na śmierć, kazał mnie rozstrzelać, wszedł dowódca komendy wojskowej, commandante Francesco Diro.

-Czyś ty zmysły postradał, cywilu? Chcesz rozstrzelać bohatera wojennego i oficera mianowanego osobiście przez marszałka Jofriste? Witaj, Fabien.

-Witam, monsieur commandante.

-Skoro wyjaśniliśmy sobie tę kwestię, Fabien pójdzie ze mną, a do administracji sądowniczej trafi raport o próbie mordu na oficerze.

Poszedłem z commandante na Rynek, i tam commandante ostatecznie rozwiał plotkę o mojej dezercji.

Gdy nadszedł czas, pożegnałem rodzinę i wsiadłem do automobilu, który zawiózł mnie do sztabu marszałka Jofriste.

-Mon marechal, sous-lieutenant Delissi melduje swój powrót z przepustki.

-O, już jesteś. Zostajesz przydzielony do 1 Armii, Quatre-Vingt-Quatre Infanterie-Regiment, do Troisieme Infanterie- Companie. Będziesz miał dobrego dowódcę, colonel Dorsz jest bardzo błyskotliwym oficerem. Jakieś pytania?

-Gdzie kwateruje moja jednostka?

-Dostała rozkaz okopania się pod Metzem.

-To moje jedyne pytanie.

-A to moja ponadplanowa informacja- skontrował marszałek- Tu masz odznakę Żelaznej Gwardii, to nie medal, ale ma swoją wartość. Jak pruski Eisernes Kreuz, tak my nadajemy poza Croix de Guerre odznakę ŻG. To specjalna odznaka dla najlepszych żołnierzy o dużych dokonaniach.

-Dziękuję, mon marechal.

I udałem się pociągiem wiozącym uzupełnienia do Nancy, skąd ruszyłem pieszo w stronę Metzu, jak wielu innych żołnierzy. Maszerujący francuscy żołnierze dziwili się, że oficer idzie piechotą, ale zachowywali ewentualne obiekcje dla siebie. Gdy jednostka z którą szedłem zatrzymała się na postój, a żołnierze ujrzeli moje odznaczenia (CDG z dwoma srebrnymi palmami i odznakę Żelaznej Gwardii), ich nastawienie jeszcze się poprawiło. Otrzymałem od nich upieczonego ziemniaka- najpewniejszy objaw wojennej przyjaźni.

Ich chef adjutant zapytał mnie dokąd idę, a gdy dowiedział się, że do Metzu w ślad za 3. Kompanią 84. Regimentu 1. Armii, zawołał:

-Gardez-vous! Mon lieutenant, melduję pańskich żołnierzy powracających z tyłów!

Odpowiedziałem starannie na salut, i kazałem im spocząć.

-Chłopcy, nie będę jeszcze przemawiał bo nie znam sytuacji na naszym odcinku, ale powiem krótko: dajcie z siebie wszystko, a tyle samo uzyskacie ode mnie i od innych. Tymczasem rozkaz brzmi: pichcić i posilać się, za pół godziny wymarsz.

Ruszyliśmy piechotą, wesoło, ze śpiewem. Szedłem na czele kompanii, z plecakiem i snajperką na plecach, kaburą i ładownicami przy pasie, czapce na głowie i hełmie na plecaku. A w sercu miałem tylko Francję i rodzinę. I moją jednostkę.

Gdy domaszerowaliśmy do Metzu, zatrzymał nas adjutant z żandarmerii.

-Kto idzie?

-Sous-lieutenant Fabien Delissi prowadzi swój oddział, znaczy się 1 Armia, Quatre-Vingt-Quatre Infanterie-Regiment, Troisieme Infanterie- Companie.

-Kierujcie się na wschód główną aleją miasta. Transzeje są już gotowe.

Poprowadziłem mój oddział we wskazanym kierunku. Na końcu drogi, po drugiej stronie miasta, był dom zajęty przez sztab.

-Adjutant!

-Oui, mon officier?

-Stańcie tak, by nie przeszkadzać innym, idę po rozkazy.

-Rozkaz!

Wszedłem do budynku. Wewnątrz przywitał mnie harmider.

-Ej, Fabien! Fabien, chodź tu!

Odwróciłem się w stronę głosu.

-Commandante Montelli, jak miło pana widzieć!

-Chodź tu.

Podszedłem, a commandante przedstawił mi oficera w randze colonel, o nazwisku Emil Dorsz.

Colonel zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie człowieka energicznego i inteligentnego.

-Sous-lieutenancie Delissi, twój oddział…

-Stoi pod budynkiem… a przepraszam, stoi za oknem w bocznej uliczce. Spotkałem ich i objąłem dowództwo.

-Zatem szukajcie 17. Kompanii naszego pułku. Zmienicie ich, transzeje macie świeżo wykopane, twoja ziemianka jest sto metrów od linii bojowej. A twoi żołnierze mają prawie wykończone ziemianki, niestety brakło drewna na wykończenie.

-Nie szkodzi, drewno się znajdzie, mon colonel.

-Na odcinku chwilowo cisza, mamy wsparcie artyleryjskie i moździerze…

-Co to jest moździerz?

-Wyrzutnia ładunków wybuchowych. W naszym pułku jest samodzielna kompania moździerzowa.

-Wspaniale. Z kim będę graniczył?

-Od północy z piątą kompanią, od południa z Kompanią Crockett.

-Cóż to za oddział?

-Amerykańscy ochotnicy. Jest wśród nich wielu dobrych kaemistów, kilku snajperów, gromada dobrych moździerzowców i jeden namiernik. Znaczy obserwator artyleryjski, diablo precyzyjny. Jeszcze jakieś pytania?

-Nie. Odmeldowuję się celem zajęcia pozycji.

-Jesteś wolny.

Wyszedłem z budynku, i skierowałem się do moich żołnierzy.

-Chłopcy, idziemy na poszukiwanie 17. Kompanii, mamy zająć ich pozycję. Od północy mamy naszą piątą kompanię, a od południa amerykańskich ochotników. Za mną marsz swobodny.

Znaleźliśmy 17. Kompanię pół godziny później. Ich dowódca, sous-lieutenant, widząc moje medale zasalutował mi pierwszy, podaliśmy sobie dłonie i on odszedł na czele swoich zmęczonych, ale szczęśliwych żołnierzy.