W końcu, oto przed wami ostatni kawałek historii. Dedykuję go Ness, bo to ona marudząc przypomniała mi, że wypadałoby napisać kolejny rozdział.
Kise siedział cały spięty, tępo wpatrzony w wypełniony po brzegi rosołem talerz przed sobą. Weselny obiad mijał tak, jak się tego spodziewał, czyli innymi słowy chujowo. Starał się nie patrzeć nawet na siedzącego koło niego Aomine, jednak przychodziło mu to z sporym trudem. Poza tym, minęło dopiero niecałe 20 minut, a wesele będzie trwać do rana, więc w końcu będą musieli porozmawiać. Zerknął ukradkiem na siedzącego obok Kagamiego, który miał w gruncie rzeczy podobną pozycję jak on sam. Westchnął cicho i zanurzył łyżkę w zupie, bawiąc się kawałkiem marchewki. Atmosfera wokół nich była naprawdę okropna, a na dodatek Momoi, która teoretycznie obiecała siedzieć koło nich, gdzieś zniknęła razem ze swoim rudym pływakiem. Blondyn westchnął ponownie, po czym zmusił się do zjedzenia czegoś. Pogrążony w trwodze, smutku i żałobie, nagle usłyszał cichy szept.
- Marchewka ci spadła - Kise słysząc te słowa niemalże podskoczył. Spojrzał się szerokimi oczami na Aomine, który wskazał palcem okolice talerza. Rzeczywiście, leżała tam mała kosteczka marchewki, prawdopodobnie ta, którą się chwilę wcześniej bawił. W momencie zrobiło mu się jakoś dziwnie gorąco. Przez Daikiego rzecz jasna, nie marchewkę. Przeraził się nie na żarty, ale z drugiej strony poczuł ogromne szczęście i ulgę, że mają ten pierwszy krok już za sobą. Uśmiechnął się lekko, już miał coś odpowiedzieć, gdy nagle zobaczył Momoi, która pojawiwszy się znikąd władczo oparła się o plecy Aomine.
- Dai-chan, jest sprawa - powiedziała podejrzanie niewinnym głosikiem. - Nasza młoda para musi jakoś zostać odtransportowana na zdjęcia do parku, a nasz kierowca gdzieś zaginął, a tylko ty nic nie wypiłeś, mógłbyś ich zawieźć? - wyrecytowała na jednym wdechu, wieńcząc sentencję swoją typową miną "bardzo miło i grzecznie cię o to proszę a jak tego nie zrobisz to wyciągniemy konsekwencje", którą wyrobiła sobie przez biznesowskie powołanie.
- Eeee... - Daiki wyglądał na zbitego z tropu. Znał jednak Satsuki na tyle dobrze, że wiedział, że odmowa skończyła by się w najlepszym wypadku na urazach fizycznych. - Jasne?
- O jak wspaniale, wiedziałam, że można na ciebie liczyć! - klasnęła w dłonie i uśmiechnęła się szeroko. - Będziesz musiał też chwilkę tam na nich poczekać, ale to będzie jakoś pół godzinki, króciutko. To chodź chodź! - krzyknęła i pociągnęła go za sobą. Aomine niechętnie wstał i podążył za nią, rzuciwszy szybkie spojrzenie Ryoucie, na które temu zabiło mocniej serce. Kise zobaczył w tym spojrzeniu taką niemą obietnicę, że jak tylko wróci, to porozmawiają. Blondyn uśmiechnął się do leżącej beztrosko na stole marchewki i stwierdził, że może jakoś to będzie.
Z każdą kolejną minutą wiedział coraz bardziej, jak okropnie się mylił. Minęły 3 godziny, pary młodej jak nie było tak nie ma, co za tym idzie Aomine również, wszyscy goście weselni byli już zdrowo nawaleni, śpiewali właśnie jakąś wojenną piosenkę, z Momoi na czele. Co gorsze, gdy wrócił z łazienki spostrzegł brak ważnego sojusznika - Kagami zniknął gdzieś z Kuroko.
Zajebiście.
Opadł na krzesło bez nadziei i chęci do życia, biorąc czystą szklankę. Wszyscy koło niego byli zalani, czemu on ma być trzeźwy? Zrobił sobie drina w proporcji doskonałej, czyli 99% wódki plus odrobinka coli dla nadania dobrej barwy. Wypił go duszkiem i zrobił sobie kolejnego, jednak znacznie mniej doskonałego, w końcu był dziki i szalony, ale nie aż tak zjebany. Wziął szklankę i paczkę fajek, po czym wyszedł na werandę.
Na dworze było chłodniej niż się spodziewał, mimo, że była ledwo 19:30. Położył szklankę na barierce i przysiadł obok. Była całkiem wygodna, bo dość szeroka. Jedną nogę przełożył na drugą stronę i oparł się plecami o belkę. Odpalił papierosa i spojrzał w zadumie na zachodzące słońce.
Nie minęło nawet 10 minut, gdy usłyszał małe poruszenie na sali, domyślił się, że para młoda wróciła. Uśmiechnął się lekko. U Riko zawsze wszystko musiało być idealne, zapewne sterroryzowała biednego fotografa, dlatego trwało to tak długo. Ciekawe, czy Hyuuga protestował?
- Palenie szkodzi piękności, zapomniałeś? - usłyszał za sobą mocny głos. Westchnął cichutko.
- Stres i złość jeszcze bardziej - odparł, spoglądając na Daikiego. Ten również przysiadł na barierce, nogi przerzucił na drugą stronę, przez mógł swobodnie wpatrywać się w piękne niebo, które chwaliło się właśnie całą gamą ciepłych, kojących barw. Kise miał wreszcie dobrą okazję, żeby go swobodnie poobserwować. Aomine zdecydowanie zmężniał i znacznie się zestarzał, dużo bardziej niż powinien przez tak krótki czas. Kości policzkowe miał aż za nadto widoczne, policzki zapadnięte a oczy pozbawione tego charakterystycznego blasku. Jedynie usta, te wspaniałe, miękkie, choć wiecznie zgryzione usta nie zmieniły się nic a nic.
- Więc... Jak ci się powodzi w wielkim świecie? - przełamał ciszę wyższy. - Co chwila widzę gdzieś jakiś magazyn z tobą na okładce - uśmiechnął się lekko, wciąż wpatrując się w zachód.
- Jest w sumie całkiem w porządku, chociaż nie jakoś wybitnie - odparł szczerze Kise. - Nieźle zarabiam, mam niezłe kontakty, wspaniałe perspektywy i wszystko czego zapragnę, jedynie szczęście jakoś uciekło. A co u ciebie? Ja... - przełknął ślinę. Nie wiedział jak ująć w słowa to co chce powiedzieć, żeby zabrzmiało dobrze. - Ja słyszałem od Momoi, że nie było zbyt kolorowo.
- Nie ma nawet mowy o kolorach, jest beznadziejnie - mruknął Daiki. - Szczęście, mówisz... Od ponad dwóch lat już nie pamiętam, jak ono wyglądało.
Ponownie zapadła między nimi cisza, jednak ta była dużo bardziej niezręczna. Kise musiał przetrawić to, co wyższy powiedział. Do czego to była aluzja? Zaraz jednak zganił się w myślach. No jasne, że do niego. Co ma na to odpowiedzieć? Westchnął cichutko i zmienił temat.
- Jak z koszem? Podobno przestałeś grać.
- Nie miałem z kim - uśmiechnął się gorzko Aomine. - Jedynymi osobami z którymi mogłem grać na serio byłeś ty i ten debil Kagami, a kiedy ciągle muszę się powstrzymywać to jest bez sensu, więc stwierdziłem, że to bez sensu.
- I tak mnie to zdziwiło, w końcu ty chyba najbardziej z nas wszystkich to kochałeś - mruknął blondyn. Myślał chwilę nad kolejnym tematem, gdy nagle usłyszał huk z hali. Obrócili się szybko w stronę okien, w sekundę później Kise pomyślał jakie to było nieprzemyślane. Wyeksowany drin doskonały uderzył mu do głowy w najmniej odpowiednim momencie, co poskutkowało tym, że prawie spadł. Aomine w momencie zeskoczył z barierki i podszedł do niego bliżej, kładąc ręce na jego nogach, żeby go trochę ustabilizować.
Kise poczuł, że robi się cały czerwony. Chwilę temu było mu zimno, teraz jednak zrobiło się zdecydowanie za ciepło. Spojrzał w zmartwione oczy Aomine, wpatrzone w jego, w te ciemne, głębokie oczy, po czym, nie wiedział sam czemu, czy to przez chwilowe zamroczenie zbyt szybko wypitym alkoholem, czy to przez głośne krzyki dobiegające gdzieś z głębi jego serca, przeniósł nogę na wewnętrzną stronę, szybko zarzucił ręce Daikiemu na szyję i mocno przyciągnął go do siebie.
Czuł, że Aomine cały się spiął. Chwilę stał bez ruchu, po czym delikatnie przytulił blondyna.
- Ryouta - szepnął. - Jesteś pijany.
- Nie jestem - odburknął Kise, z twarzą wtuloną w zagłębienie szyi wyższego. - Jak już to jedynie trochę odważniejszy, zbyt szybko wypiłem drina, ale dobrze wiesz, że to za mało dla mnie.
- Drina doskonałego? - uśmiechnął się Daiki. Doskonale pamiętał ten dzień, kiedy jeszcze w gimnazjum przyszedł kiedyś do blondyna, kiedy ten miał wolny dom przez kilka dni i wtedy po raz pierwszy miał bliski kontakt z autorskim tworem przyjaciela. Tak się wtedy spił, że cierpiał później przez dwa kolejne dni.
- Mhm - mruknął blondyn.
Wiedział, że wypadało by się odsunąć, ale było mu tak dobrze, tak błogo, czuł, że znowu wszystko jest takie, jakie powinno być. Jeszcze bardziej zdemotywował go fakt, że Aomine wzmocnił swój uścisk, przyciągając go bliżej siebie.
- Ryouta - zaczął cicho Aomine. - Przepraszam. Za to wszystko co się stało, nie oczekuję, że mi wybaczysz, ale proszę, żebyś zrozumiał i uwierzył jak to wtedy wyglądało, jak to się stało że do tego wszystkiego doszło - zaczął wyrzucać z siebie szybko słowa, wszystko co mu do tej pory ciążyło na duszy, wszystko co chciał powiedzieć przez te minione dwa lata, nie wiedział tylko jak. - Ja naprawdę nie wiem dlaczego tak w ogóle było, proszę uwierz mi, ja...
- Daiki - przerwał mu dobitnie Kise. Odsunął się od niego lekko, tak, że mogli sobie spojrzeć w oczy. - Ja dobrze wiem, co tam się stało, a wybaczyć ci zdążyłem już w samolocie do Nowego Jorku. Nie wiem czemu nie wróciłem, żałowałem tego przez ten cały czas. Albo w sumie wiem, po prostu się bałem. Ale dobrze wiesz, że nigdy nie potrafiłem się na ciebie długo gniewać - uśmiechnął się lekko i położył dłoń na policzku Aomine. - Strasznie schudłeś, wiesz? To też niezdrowo - mruknął, po czym ponownie się w niego wtulił.
Za nimi słońce schowało się już niemal całkowicie, a niebo przybierało coraz to zimniejsze barwy, kończąc powoli miniony dzień. Kise wiedział, że jest to znak, że w ich życiu też skończył się pewien okres. Okres płytkiego szczęścia, problemów z definiowaniem uczuć, a, co najważniejsze, okres samotności. Teraz już wszystko może być tylko lepiej.
Epilog
- Daikicchi, jeszcze jeden sklep, obiecuję!
- Cholera Ryouta spóźnimy się na mecz! Masz już tysiące tych fatałaszków, po co ci kolejne? A znając ciebie i tak nic nie kupisz!
Kise stanął w miejscu na środku ruchliwej uliczki, założył ręce na piersi i nadął policzki. Aomine westchnął. - No dobra, ale zaraz po nim już idziemy, jasne?
- Pewnie! - blondyn klasnął w ręce, po czym cmoknął wyższego w usta, i chwyciwszy go za dłoń pociągnął szybko za sobą. Tutaj, w centrum przepełnionego ludźmi Nowego Jorku nikt nie patrzył na to, że dwójka mężczyzn trzyma się za ręce. Nikomu to nie przeszkadzało. Aomine uśmiechnął się. Nie czuł się co prawda tutaj zupełnie pewnie, otoczony ludźmi, którzy tak bardzo różnili się od niego i językiem, którego nie znał. Kise był jednak szczęśliwy, a to było dla niego najważniejsze. Jednak cholera, nie chciał się spóźnić na mecz! Wreszcie miał okazję zobaczyć tego kretyna Kagamiego na żywo w akcji. Wiedział co prawda, że blondyn wprowadzi ich jakimś tylnim wyjściem, ale mimo wszystko, ileż można.
W końcu, stanęli pod wejściem dla pracowników na Barclays Center. Aomine nie był przyzwyczajony do wielkiego życia Kise i Kagamiego, którzy zawsze wchodzili gdzie chcieli i kiedy chcieli, często bez żadnych kosztów, rozglądał się więc nerwowo dookoła i był nieco spięty. Kise od razu to wyczuł, splótł ich dłonie razem i mocno ścisnął, dodając Daikiemu pewności. Po krótkiej chwili pojawił się dobrze znany już blondynowi typek, który wciąż nie odpowiadał na jego pozdrowienia, a teraz patrzył się dodatkowo z nienawiścią na ich splecione ręce. Szli tak długim korytarzem, słysząc coraz to głośniejsze okrzyki i wiwaty. Kiedy weszli na ogromną salę, wypełnioną tysiącami ludzi, poczuł, że Aomine zaparło dech w piersi. Spojrzał na niego ukradkiem i uśmiechnął się szeroko, widząc jego błyszczące oczy. Pociągnął go do zaklepanych już od dawna miejsc w pierwszym rzędzie. Po lewej stronie, na miejscach wyznaczonych dla rodzin i bliskich przyjaciół zawodników dostrzegli uśmiechniętego Kuroko, koło którego siedział roześmiany sześcioletni chłopiec, podopieczny niebieskowłosego. Kise uśmiechnął się na ten widok, nikt się nie spodziewał, że Tetsuya tak szybko zaaklimatyzuje się w Nowym Jorku, nie mówiąc już o znalezieniu pracy. Jednak jak się okazało, Kuroko już od dość dawna płynnie władał angielskim, co utrzymywał w ścisłej tajemnicy i już w tydzień po zamieszkaniu z Taigą w dość sporym, chociaż skromnie urządzonym mieszkanku dostał pracę w jednym z przedszkoli. Mały Frankie był sierotą i jakoś podejrzanie coraz więcej czasu spędzał z Tetsuyą i Kagamim, którzy powoli zaczynali traktować go jak syna.
Rozległ się nad nimi głos speakera, zapowiadającego wejście maskotek i cheerlederek. Poczuł, że dłoń Aomine zaciska się da jego. Spojrzał na niego z uśmiechem, widząc jak bardzo zapatrzony w otaczających ich ludzi jest Daiki, jak zachwycony jest tą wyjątkową atmosferą. Rozejrzał się po publiczności, gdzieś po prawej dostrzegł Rihannę, która z ogromnym, ciepłym uśmiechem pomachała do niego. Odmachał jej i spojrzał na boisko, gdzie wchodzili już zawodnicy, w tym już skupiony Kagami.
Blondyn rozsiadł się wygodniej na krześle i słysząc te wszystkie krzyki, widząc znajome twarze i czując ciepło dłoni Aomine na swojej zrozumiał, że wreszcie jest w domu.
