Więc jestem już po sesji, drugi rok został zaliczony, to też przybyło mi wolnego czasu, aby coś tam pobazgrolić.

Ostatnio wspominałam o sidestory, które nieco kręciło mi się po głowię. Miał to być jeden odcinek, jednak nigdy nie wiadomo co z tego wyjdzie. Liczę na wasze opinie


Gdy pierwszy raz ją ujrzałem, miała szaleństwo w oczach. Jej małe, szlacheckie dłonie pewnie trzymały dwa sejmitary ściekające czarną krwią Pomiotów. Patrzyła mi prosto w oczy, jednak miałem wrażenie, że nie dostrzegała, że tam stoję. Jej czarne tęczówki zlewały się kolorem ze źrenicami, a ja w nich tonąłem. Oczy demona. Mawiają, że jej szaleństwo zaczęło się po zabiciu Arcydemona, jednak Ci, co znali ją przedtem potwierdzą, że zawsze miała je w sobie. Szał, na co dzień kontrolowany, uwalniał się w czasie walki i doprowadzał wrogów do zguby. Krwawa królowa. Jednak wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Gdy wpadła do pomieszczenia, w którym byłem, właśnie kończyłem walkę z pomiotami, które zaatakowały mnie i eskortujących mnie do Kręgu Templariuszy. Pomimo smrodu spalonych ciał, który doprowadzał mnie do mdłości dostrzegłem jej wdzięcznie falujący, jasny warkocz, wąską kibić, długie nogi, w czarnych, skórzanych spodniach. Jej kuszące, ponętne kształty praktycznie zbiły mnie z nóg. „Piękna" pomyślałem wtedy, pochłaniając ją wzrokiem. „To miłe uczucie móc spotkać anioła przed ponownym uwięzieniem". Krew płynęła jej z łuku brwiowego cienką, lecz intensywną strużką, a jej oczy były pełne żądzy mordu. Wyglądała niczym mityczna bogini wojny, prowadząca swoich ludzi do zwycięstwa. To było widać, zwycięstwo wyssała z mlekiem matki. Osoba taka jak ona nie mogła nigdy ponieść klęski. Zawsze dostawała to, co chciała.

Gdybym wtedy wiedział, kim jest i jak potoczy się moje dalsze życie, zgodziłbym się na powrót do Kręgu Maginów. Ponowne próby ucieczki sprawiłyby mi mniej kłopotów, niż te czarne, piękne oczy, które nie raz jeszcze widzę w snach.

Stwórca ma ogromne poczucie humoru, jeśli obdarza istoty tak piękne i niewinnie wyglądające taką potężną siłą.

Z zadumy wyrwał mnie kobiecy głos dobiegający zza drzwi.

-Milady, teren jest jak na razie czysty. Powinniśmy sprawdzić jeszcze blanki. Stwórco, mam nadzieję, że większość zdążyła uciec…

Druga kobieta, dzierżąca tarczę i miecz, weszła do pomieszczenia i stanęła przy ciemnookiej piękności. Widziałem, jak dzierżąca sejmitary wojowniczka mruga parę razy, jakby wybudzając się ze snu. Spojrzała wtedy na mnie, mrużąc w skupieniu oczy. Uśmiechnąłem się krzywo i zdołałem jedynie bąknąć:

-Um… to nie ja.

-Milady, on zabił… - zaczęła kobieta dzierżąca tarczę, lecz Milady przerwała jej ruchem dłoni.

-Umiesz walczyć magu. Przyda nam się twoja pomoc.

-Specjalizuje się raczej w uzdrawianiu, znam jedynie parę zaklęć żywiołów więc…

Ciemnooka kobieta uniosła dłoń, a ja posłusznie zamilkłem.

-Tym lepiej. Przyda nam się uzdrowiciel.

-Zrobię to, jeśli pójdziesz ze mną do łóżka –nie wiem, co mi wtedy odbiło, że to powiedziałem. Ona była piękna, a ja zupełnie w nią zapatrzony.

-C-co?! Jak śmiesz tak się zwracać do Milady, czy wiesz kim ona jest?! – kobieta z tarczą uniosła miecz i już miała na mnie ruszyć, lecz poczuła na swoim ramieniu dłoń ciemnookiej. Milady pokręciła głową, hamując tym wojowniczkę.

-A-ależ pani… on…

-Powściągnij swój miecz, Mhirai. Jak ci na imię, magu?

-Anders – wydukałem i spłonąłem rumieńcem. Jasnowłosa kobieta przeszła obok mnie i szepnęła tak, aby jej towarzyszka nie usłyszała

-Zobaczymy co przyniesie nasza dalsza współpraca –i ruszyła w stronę krenelaży.

Przez chwile stałem oszołomiony, powalony zapachem, który wydzielała. Kwiaty mieszały się z metalicznym zapachem krwi. Nie czując na sobie nienawistnego spojrzenia wojowniczki imieniem Mhirai, podążyłem za mą panią, nie do końca wiedząc, co robię. Wołała mnie do siebie niczym latarnia strudzonego sztormem żeglarza. Cóż innego mi pozostało, jeśli nie odpowiedzieć na to uporczywe przyciąganie?

Gdy do naszej „drużyny" dołączył Oghren – rudy krasnolud, który zdawał się znać ciemnooką Milady, dowiedziałem się, że jest ona nowo mianowanym Komendantem Szarych Strażników w Twierdzy Czuwania. Co prawda obiło mi się o uszy, że ktoś ma tutaj przybyć i objąć to stanowisko, jednak nie interesowałem się wtedy polityką, a plan ucieczki tak mocno zaprzątał mi głowę, że nie zwracałem na to wszystko zbytniej uwagi. Nie podejrzewałem niczego również wtedy, gdy przed Twierdzą pojawił się sam Król Fereldenu, Alistair wraz ze zbrojnymi. W zasadzie wtedy mój umysł zaprzątał jedynie towarzyszący mu Templariusz. Wiedziałem co mnie czeka i nie miałem szansy na ucieczkę.

Czarne myśli zalewały mnie strumieniami, depresja rozwijała nade mną swe czarne, krucze skrzydła. Byłem załamany i zupełnie wyłączony z konwersacji, która była prowadzona pomiędzy Komendantką Szarej Straży a królem.

-CO?!-Dopiero krzyk templariusza wyrwał mnie z zamyślenia.

-Czy mam się uciekać do prawa werbunku?! – warknęła Komendantka, ściągając skórzane karwasze i masując obolałe przedramiona. – Nienawidzę niesubordynacji ze strony takich żałosnych, małych jednostek – dodała ciszej tak, że tylko ja i chyba król Alistair to usłyszeliśmy. Władca Fereldenu uśmiechnął się półgębkiem.

-Szary Strażnik ma do tego pełne prawo – poparł ją król i puścił do mnie oko.

-Tak jest – templariusz zacisnęła pięści, odwróciła się na pięcie i odeszła. Widocznie była niezadowolona. I to bardzo.

-Moje gratulacje, panie Magu – wtrąciła z przekąsem Mhirai, krzyżując dłonie na piersiach.

-Mam nadzieję, że to wypali – bąknąłem, niepewny, co mam o tym myśleć.

-Panie, może chciałbyś odpocząć wraz ze swoimi zbrojnymi w twierdzy. Nie wygląda ona po ataku zbyt dobrze, jednak myślę, że szybko uda się uprzątnąć główną salę i przygotować jakiś skromny poczęstunek – zaczął seneszal, jednak król pokręcił głową.

-Chciałbym jedynie porozmawiać na osobności z Kapitan.

-Tak. Zaprowadzę za tym naszych rekrutów do ich komnat.

-Nasze gołąbki chyba mają miłosną sprzeczkę – szepnął do mnie Oghren, gdy szliśmy korytarzami Twierdzy Czuwania.

-O czym ty mówisz? – odpowiedziałem mu konspiracyjnym szeptem.

-No Lilienne i Alistair – gdy uniosłem brew do góry, nadal nic nie rozumiejąc, krasnolud westchnął ciężko – przecież Komendantka Szarej Straży jest królową. Gdzie ty żyjesz, kochasiu.

Dopiero gdy przetrawiłem jego słowa w myślach, uderzyła we mnie fala gorąca, a słowa, które powiedziałem do niej w pierwszych minutach naszej znajomości wybuchły w mojej głowie z ogromną siłą. Oblałem się rumieńcem, niczym dziecko, które właśnie uświadomiło sobie swój błąd.

Gdy znalazłem się sam w komnacie, oparłem się o drzwi i zsunąłem po nich w dół, kryjąc twarz w dłoniach. Nadal byłem czerwony ze wstydu, a moje serce biło szybko, jakbym co najmniej przebiegł bardzo długi dystans. Przeczesałem dłońmi włosy, wprowadzając je w nieład i pogrążyłem się w nieciekawych myślach o przyszłości. Jutro, o poranku miałem zostać Szarym Strażnikiem. Miałem dwie możliwości – albo pogodzić się z losem, albo uciec. Długo siedziałem, myśląc nad swoją bardzi nieciekawą przyszłością. Wreszcie podjąłem decyzje. Było dość późno i miałem nadzieję, że wszyscy śpią, więc cicho wyszedłem z komnaty i zacząłem szukać wyjścia. Zdawałem sobie sprawę, że na pewno jest jakieś inne wyjście, niż to prowadzące przez główne wrota, musiałem tylko je po cichu odnaleźć i nikogo po drodze nie zaalarmować. Gdy uda mi się wydostać z Twierdzy, reszta powinna pójść gładko.

Chwilę kluczyłem ciemnymi korytarzami Twierdzy Czuwania, gdy wreszcie znalazłem się na blankach. Cicho zamknąłem wrota prowadzące na zewnątrz i rozejrzałem się wkoło, szukając jakichkolwiek oznak czyjejś obecności. Wiedziałem, że używanie magii byłoby głupstwem, więc zmrużyłem oczy, chcąc wyostrzyć sobie obraz tego, co mam przed sobą. Zachmurzone, nocne niebo było zbawienne i jednocześnie zgubne – nikt w prawdzie nie mógł mnie dostrzec, jednak ja również widziałem tyle, co nic. Bezszelestnie, niczym kot, ruszyłem szukając wyjścia dla służby.

Zauważyłem ją dopiero wtedy, gdy sama tego chciała. Wyślizgnęła się z mroku, niczym cień, jedynie białka oczu świeciły intensywnie, odbijając słabe światło latarni. Patrzyła na mnie uważnie, badając każdy szczegół mojej osoby. Przeszedł mnie dreszcz, począwszy od czubka głowy, a skończywszy na palcach u stóp. Zastanawiałem się, jakiej wymówki mogę użyć, że błąkam się nocą po blankach, jednak nic nie przychodziło mi do głowy. Słyszałem dudnienie własnej krwi w uszach, a serce łomotało mi tak mocno, że bałem się, iż ona to usłyszy.

-Właśnie szłam do ciebie –szepnęła. Stanęła w lekkim rozkroku, krzyżując dłonie na piersi. Była dość wysoka, jak na kobietę, więc patrzyła praktycznie w moje oczy, tylko trochę unosząc głowę do góry. Chciałem coś powiedzieć, rzucić jakąś mało wiarygodną wymówkę, jednak w jej oczach widziałem, że to bez sensu. Ona wiedziała, a jej wyraz twarzy nie zdradzał żadnych uczuć. Nie wiedziałem więc, co myśleć o tej sytuacji. Staliśmy tak chwilę, bez słowa, prowadząc cichą walkę wzrokową. Przegrałem, nie mogąc znieść krępującej ciszy i uciekłem spojrzeniem w bok. Wybąkałem coś bezsensownego pod nosem i zacisnąłem pięści. Gdy ponownie na nią spojrzałem, stała oparta o mur i patrzyła w dal. Byłem zdziwiony, że nie usłyszałem jak zmienia pozycję, jednak obwiniałem o to fakt, iż walące serce zagłuszało mi wszystko na około.

-Szłam do ciebie –zaczęła-żeby Ci powiedzieć, że jeśli chcesz odejść, to droga wolna. Decyzja, którą podjęłam była jedyną możliwością, aby uwolnić Cię tymczasowo od Templariuszy, którzy zapewne od razu by Cię uwięzili. Nie jest ona jednak wiążąca. Jeśli nie chcesz tutaj pozostać, odejdź. Nie będę w stanie całkowicie zatrzymać pościgu za Tobą, jednak mogę pomóc Ci przedostać się na przykład do Tevinter. Tam powinieneś mieć spokój.

Wpatrywałem się w nią nie mogąc wydusić słowa. W jej głosie nie było ani krzty ironii, z resztą, można stwierdzić, że nie wyrażał on niczego. Patrzyłem uporczywie w jej twarz, pragnąc dojrzeć jakąkolwiek odpowiedź, dlaczego to robi. Jednak jej maska była doskonała. Nie wyrażała niczego. Może jedynie smutek przez chwilę pojawił się w jej oczach, jednak mogło to być tylko złudzenie. Po chwili zdołałem wydukać jedynie mało mądre „Dlaczego?"

-A dlaczego nie? – Odparła - czy nie o tym marzysz? Nie potrzebujemy tu ludzi, którzy jedyne o czym będą myśleć, to ucieczka. Nie każdy dostał możliwość wyboru, więc możesz poczuć się zaszczycony. Możesz wybrać, jak będzie wyglądała twoja przyszłość. I nie będę tutaj ani chwalić, ani ganić żadnej z opcji. Jeśli okażę się, że twój wybór był błędem, będziesz mógł obwiniać za to jedynie siebie. Nikogo innego. Czy nie tak powinno wyglądać normalne życie?

Patrzyłem na jej wdzięczną, łabędzią szyję, jej szczupłe, szlacheckie nadgarstki i małe, zgrabne dłonie, ściskające w nerwowym geście mur. Pomimo wszystkich tych cech, które wskazywały, że pochodzi ona ze szlacheckiej rodziny, nie uszedł mojej uwadze fakt, iż jej mięśnie są mocno zarysowane, a nogi silne, wyzbyte grama tłuszczu. Uważnie przyglądałem się jej przedramionom, które pokryte były bliznami, a myślami spoglądałem na inne części jej ciała, w tym momencie zakryte luźną, jasną koszulą i obcisłymi, ciemnymi spodniami. Dopiero teraz zauważyłem, że jej włosy są mokre, jakby dopiero co wyszła z kąpieli, związane w luźny, przewieszony przez ramię, warkosz. Moje ciało ogarnął dreszcz, a policzki spłonęły rumieńcem. Dziękowałem Stwórcy, że jest tak, ciemno i ona nie może tego wszystkiego dostrzec. W zasadzie nie wiem, co mnie wtedy podkusiło, aby unieść się dumą, jednak otrząsnąłem się szybko z marzeń i starając zapanować nad drżącym głosem, odparłem:

-Nie mam zamiaru uciekać, Milady. Chcę zostać Szarym Strażnikiem.

Widziałem, jak przelotny uśmiech rozświetla jej twarz i za chwilę znika za nieprzejrzaną maską. W tamtym momencie byłem szczęśliwy, że wywołałem go na jej twarzy. Chciałem to robić codziennie, patrzeć jak uśmiecha się tylko do mnie, jak jej oczy mrużą się słodko, nakrywając policzki długimi, złotymi rzęsami. Byłem wtedy szczęśliwy i miałem chwilowo jakiś cel w życiu. Nie obchodziło mnie wtedy, że ona ma męża. Liczyło się tylko tu i teraz. Sam nie wiedziałem, co za wariactwo mnie ogarnęło, jednak chciałem się w nim zatracić, poznać tę silną osobę o wyglądzie anioła. Sprawić, aby nigdy o mnie nie zapomniała. Nawet jeśli miałem się przez to narazić władcy Fereldenu. Zamrugałem kilka razy patrząc na wyciągniętą w swoją stronę dłoń. Bez namysłu uścisnąłem ją po męsku.

-Mam w takim razie nadzieję, że nasza współpraca będzie owocna. Mów mi Lili. Tytuły strasznie mnie peszą.