Rozdział 10 – samum*
Jeźdźcy zjeżdżali kłusem z zalesionego wzgórza. Na czele odział samurai, ich kapitana wysłano przodem do zamku, potem Hak i lord Il, dalej żołnierze z prowincji Wiatru, a wśród nich Shin-Ah, Kija, Jae-Ha i Yun.
Od wielu godzin z nieba sączył się żar. Hak jechał żwawym truchtem, nie zważając na ciepło. Jeszcze wczoraj był osłabiony. Rana na jego ramieniu nie goiła się dobrze, ale nie chciał nawet słyszeć o dłuższym odpoczynku i nie pozwolił na zwolnienie tempa. Dziś jednak sił mu przybyło i wyraźnie zadowolony, że zbliżają się do kresu podróży, przez większość drogi, prowadził ożywioną rozmowę z lordem Ilem.
Pozostali przysłuchiwali się z zaciekawieniem. Brat cesarza często wyjeżdżał za granicę, widział dużo świata, wiele czytał i wydawał się, ogólnie rzecz biorąc, człowiekiem wykształconym i rozsądnym, a jednak jego poglądy bywały co najmniej zaskakujące. Hak zaś miał swoje zdanie, z którym nie zamierzał się ukrywać. Bez ogródek mówił to, co myślał.
– Marzy mi się świat, w którym nie istnieją przemoc, konflikty i wojna – powiedział Il. – Nienawiść można pokonać wyłącznie miłością, nie orężem.
– Brzmi to bardzo szlachetnie, panie – odparł Hak – ale nie potrafię sobie tego wyobrazić.
– Dlaczego?
– Bo ludzie są z natury skłonni do przemocy i wyzysku innych.
– To, co mówisz, jest przygnębiające.
– Ale niestety prawdziwe, panie. Poza tym nie znam nikogo, kto potrafiłby obronić najbliższych bez użycia broni – dodał z przekąsem.
– Oczywiście, w obecnej sytuacji, nie jest to realne, ale należy szukać drogi, która stwarzałaby ludziom taką możliwość. Toczenie wojny, której celem ma być zaprowadzenie trwałego pokoju, jest absurdalnym pomysłem.
– O pokoju zdecydowanie łatwiej gadać, niż go utrzymać.
– Czasem obawiam się, że masz mnie za głupca, Hak.
– Nie, panie, za idealistę – zaprzeczył ze szczerością, w którą nie sposób było wątpić. – Wybacz, jeśli jestem zbyt bezpośredni.
– Skądże znowu, bardzo cenię sobie twoją otwartość.
Dojechali właśnie do skraju lasu i jakby przez bramę światła wynurzyli się pod otwarte niebo. Zbliżało się późne popołudnie, ale słońce było jeszcze wysoko. Osłonili oczy przed jego promieniami. Przed nimi rozpościerała się stolica cesarstwa, Kuuto. Jej ogrom był tak przytłaczający, aż zakręciło im się w głowach. Po sam horyzont widać było tylko nieregularnie rozrzucone zabudowania, ludzkie mrowie i olbrzymi zamek.
Hak ściągnął cugle, zwolnił i obrócił się w siodle, zwracając się do, spoglądającego przed siebie z rozdziawioną buzią, Yuna.
– Jak ci się podoba?
– Wielkie... – wymamrotał chłopak.
– Poczekaj, aż dojedziemy do zamku.
Gdy przejeżdżali przez miasto, chłopak rozglądał się w każdą stronę lśniącymi z podniecenia oczami. Wszędzie dookoła byli ludzie, kupcy, tragarze, mnisi, rolnicy, wróżbiarze, skrybowie, poeci, poubierani w rozmaite stroje, głównie kimona, wielorakiego gatunku i kolorów, ale z rzadka widziało się kogoś w długich, strojnych szatach lub pomarańczowych buddyjskich togach. Gdy orszak zbliżał się do nich, rozpraszali się na boki i kłaniali nisko. Niektórzy klękali z głowami skłonionymi ku ubitej ziemi. Sztandar szoguna prowincji Wiatru widoczny był z oddali.
Nagle Hak zatrzymał się, zeskoczył z konia i podszedł do rzędu straganów z kociołkami. Wskazał smażone pierożki i polecił podać sobie dwie porcje. Sprzedawcę rozpierała duma, że wybrał jego stoisko. Zręcznie nabił na patyki po trzy najładniejsze sztuki. Szogun zapłacił, a uszczęśliwiony mężczyzna ukłonił się, to samo zrobili właściciele pobliskich straganów. Hak wrócił do pozostałych i zaproponował jedną porcję ojcu Yony, ale ten uprzejmie odmówił, podał więc obie Yunowi.
– Smakują ci? – spytał po chwili.
– Pycha. W środku mają dżem śliwkowy.
Jae-Ha uśmiechnął się. Bardzo podobał mu się sposób, w jaki Hak odnosił się do swojego młodego służącego. Od razu przypomniał sobie pewną sytuację, która miała miejsce jeszcze w Awie, niedługo po pokonaniu Kum-Jina. Yun dowiedział się wtedy, że Hak został ranny. Natychmiast, chciał obejrzeć jego ranę i odpowiednio opatrzyć, ale ten zaoponował, twierdząc, że nic mu nie jest. Wtedy chłopak zwymyślał go od lekkoduchów, niedbających o siebie, był jednak tak przejęty, że ledwo powstrzymywał łzy. Hak poczochrał mu włosy na głowie, mówiąc, by się nie zachowywał jak jego matka. Wszyscy roześmiali się, ale Jae-Hę uderzyło, jak niezwykle postępował. Właściwie, gdyby nie wiedział, kim jest Yun, mógłby uznać go za młodszego brata Haka. Po raz pierwszy w życiu pomyślał, że nie wszyscy panowie są tacy źli.
Wtedy Il, jakby czytając mu myślach, zagadnął:
– Co zamierzasz ze sobą zrobić, teraz, gdy Kum-Jin został już pokonany.
Nie był prawdziwym piratem, walczył po prostu o wolność.
– Nie wiem – odrzekł zgodnie z prawdą.
– Nie chciałbyś dołączyć do Haka?
Twarz Jae-Hy wykrzywiła się.
– Nie zamierzam nikomu służyć – odparł.
– Podążanie za człowiekiem, którego szanujesz i podziwiasz, to nie jest ślepa, bezmyślna służba. Zastanów się nad tym.
Zastanawiał się, wielokrotnie. Był wolnym duchem, lecz coś go ciągnęło do Haka. Szczerze go polubił, choć, jak większość możnych, był dumny, uparty i wymagający, postępował szlachetnie i miał szczere serce. Dbał o swoich ludzi i cenił ich. Jae-Ha długo bił się z myślami. W końcu postanowił z nim pojechać, wmawiając samemu sobie, że robi to, tylko po to, by spłacić dług za ocalenie życia.
Dojechali do wielkiej bramy, osadzonej w kamiennym murze. Głęboka fosa biegła w obie strony i zakręcała razem z grubymi na kilka metrów umocnieniami. Przed wejściem stali żołnierze, dobrze uzbrojeni i w pełnym rynsztunku. Il pierwszy przejechał pod podniesioną kratą, za nim Hak. Ze stukiem kopyt, wjechał na brukowany dziedziniec główny i energicznie zeskoczył na ziemię. Rzucił wodze służącemu, którego zadaniem było pomóc mu zejść z konia. Stojący w pobliżu wysoko postawiony oficer ukłonił się z szacunkiem. Miał około trzydziestu kilku lat. Barczysty, porywczy mężczyzna, w lekkiej zbroi z metalu i bambusa. Zawsze trzymał w pogotowiu zatknięty za pasem miecz. Hak odkłonił się lekko, a ten skłonił się ponownie, przed cesarskim bratem, który szedł teraz w ich kierunku.
– Generale Joo-Doh, miło cię widzieć – odezwał się Il, ton jego głosu nie był ani wymuszony, ani przesadny, wyglądał i mówił, jakby naprawdę odczuwał niekłamaną przyjemność.
– Witam, panie – odparł dość powściągliwie, zwłaszcza, jak na tak przyjazne powitanie. – Jego Wysokość pragnie się z tobą zobaczyć.
– Oczywiście.
Życzenie cesarza było rozkazem, nawet dla jego brata.
– Nieco później, panie. Teraz z pewnością pragniesz odpocząć – pospieszył z wyjaśnieniami. – Cesarz pośle po ciebie.
To powiedziawszy, skinął na czterech samurai, by eskortowali go, gdziekolwiek sobie zażyczy, po czym przeniósł wzrok na Haka i wydał podobne polecenie. Ten nieznacznie drgnął.
– Dziękuję, poradzę sobie sam.
Nie widziało mu się poruszanie po zamku pod strażą. Spojrzenie Joo-Doh stwardniało, zmarszczył czoło.
– Powinieneś okazać wdzięczność! – syknął z niezrozumiałą wrogością. – To zaszczyt!
W tym momencie Kija postąpił krok naprzód, lecz ręka szoguna spoczęła na jego ramieniu i zatrzymała go. Wszyscy stojący za nim żołnierze byli równie oburzeni. Joo-Doh zrozumiał, że przesadził. Nie przepadał za Hakiem, obawiał się go, ale stał on o wiele wyżej w hierarchii od niego, do tego był bohaterem i sam cesarz życzył sobie, by traktować go, jak członka jego rodziny.
– Wybacz, panie, gdy odpowiadam za bezpieczeństwo ważnych osób, robię się nerwowy – rzekł, lecz jego spojrzenie nie w pełni odwzajemniało uprzejme słowa. – Jego Wysokość rozkazał cię chronić. Dlatego zechciej, z łaski swojej, przyjąć eskortę.
Gdy tak zostało to przedstawione, Hak nie mógł odmówić. Przytaknął i miał już zamiar coś powiedzieć, gdy w bramie po drugiej stronie placu pojawiła się Yona. Za nią podążała dama dworu, a obok czterech uzbrojonych samurajów. Zupełnie nie spodziewał się zobaczyć jej tutaj. W jednej chwili stracił wątek i zapomniał, o czym rozmawiali.
Pozostali przyglądali się jej z zainteresowaniem. Wydawała się pełna życia, roziskrzona, ale jednocześnie dumna. Szła w ich kierunku energicznie, pod ostrzałem ich spojrzeń i jak przystało na cesarską bratanicę, nie zwracając na to w ogóle uwagi. Miała na sobie najwspanialsze kimono, jakie w życiu widzieli. Jedwabne, błękitno-zielone, w ręcznie malowany wzór czapli nad wodą.
Tuż przed nimi przystanęła. Hak ukłonił się, ale ona widziała tylko ojca, który wyciągnął ramiona, zapraszając ją w swoje objęcia. Postąpiła kilka kroków i nie wierząc jeszcze własnym oczom, pogłaskała go po policzkach.
– Ojcze... – wyszeptała prawie bezgłośnie.
A gdy już nabrała pewności, że on tu naprawdę jest, rzuciła mu się na szyję i rozpłakała.
– Przepraszam... już nigdy nie będę nieposłuszna... wybacz mi... – bełkotała bezładnie przez łzy.
Nie był pewien, za co przeprasza, ale tulił ją do siebie, zapewniając, że się nie gniewa. Jego słowa brzmiały coraz czulej, a jej łkania zamierały. W samej jego obecności był jakiś czar przynoszący jej ulgę.
W tym czasie, do Haka podeszła towarzysząca Yonie dama dworu, którą zapamiętał jako jej przyjaciółkę, lady Asami. Skłoniła się z należnym szacunkiem.
– Wszyscy jesteśmy pod wrażeniem tego, co uczyniłeś, panie – rzekła.
– Jesteś zbyt łaskawa, pani.
Uśmiechnęła się delikatnie.
– A ty, panie, zbyt skromny. Od dnia, gdy dotarły do nas dobre wieści, Yona odzyskuje siły z godziny na godzinę.
– Nie rozmawiajcie o mnie za moimi plecami – wzburzyła się Yona, usiłując wydostać się z objęć ojca.
Ten jednak przytrzymał ją za ramiona i spoglądał na nią chwilę z pełną uczucia natarczywością. Jej spojrzenie iskrzyło się radością, a na zapłakanej twarzy miała zdrowe rumieńce, jednak uważne oko ojca dostrzegło zmianę, jakąś przeźroczystość ciała i wiotkość.
– Bardzo zmartwiła mnie wiadomość o twojej chorobie – powiedział wreszcie. – Jesteś taka delikatna.
– Teraz jestem już znacznie silniejsza – mówiąc to, spojrzała na Haka, który stał obok i prawie nieświadomie, znów próbowała się uwolnić.
Ojciec westchnął i puścił ją. Obdarzyła go jeszcze promiennym uśmiechem, po czym cała jej uwaga skupiła się na Haku. Ukłoniła się przed nim nisko.
– Dziękuję!
Serce zabiło mu mocniej. Łzy spływały po jej twarzy i kapały na ziemię, ale dla niego była tak śliczna, że nic nie mogło umniejszyć podziwu, z jakim na nią patrzył. Po chwili podniosła głowę.
– Jesteś największą beksą, jaką znam – rzucił łagodnie.
Oczy Yony nagle wypełniły się ogniem, a czoło zmarszczyło.
– A ty szarmancki jak zwykle – parsknęła.
– Widzę, że emocje nie odebrały ci języka w buzi – skwitował z łobuzerskim uśmiechem.
– Hak! – Wycelowała w niego ostrzegawczo palec. – Nie prowokuj mnie!
– A co, będziesz się na mnie dąsać?
Przygryzła wargę, zastanawiając się przez chwilę, co odpowiedzieć. Gdyby tylko wiedziała, jak rozbrajająco wygląda.
– Nie – odparła, słodkim, miękkim głosem. – Dziś wybaczę ci wszystko.
– Wszystko? Doprawdy? Powinnaś lepiej dobierać słowa!
– Jesteś okropny! Zmieniłam zdanie i jednak będę się na ciebie gniewać!
– Przed chwilą zapewniałaś, że mi wszystko wybaczysz, a teraz proszę... mało, że beksa to jeszcze kłamczucha.
Uniosła wysoko brodę i spojrzała na niego z frustracją. Była drobna i smukła, a przy wysokim Haku sprawiała wręcz wrażenie porcelanowej lalki, ale stała naprzeciw niego, spoglądając mu prosto w oczy, śmiało i zdecydowanie. Całe jej zachowanie było tak wdzięcznym połączeniem słodyczy i łobuzerstwa, że nie mógł się po prostu powstrzymać, by się z nią jeszcze nie podroczyć. Przysunął się, niedbale odgarnął kosmyki włosów, spadające mu na twarz i zagadnął nonszalancko:
– To jak będzie?
Nagle, niespodziewanie dla samej siebie, pomyślała, że jest bardzo przystojny i zdenerwowana, spuściła wzrok.
Il uśmiechnął się, odczuwając ulgę, że sprawy między nimi mają się właśnie tak.
– Na mnie już chyba pora... – stwierdził, zbierając się do odejścia.
Yona natychmiast zapomniała o swoim zakłopotaniu i tanecznym krokiem podbiegła do niego.
– Chyba nie sądzisz, że puszczę cię samego, ojcze?! – Ujęła go pod rękę, podążając z nim w stronę rezydencji. – Tak się cieszę, że mam cię wreszcie przy sobie! Mam tyle planów. Tyle rzeczy będziemy razem robić!
– Jakich rzeczy?
– Chciałabym pojechać do naszego domu. Zaczynają już kwitnąć róże i jaśminowce...
– Nie mogę wyjechać, dopiero przyjechałem. Yu-Hon...
– O nie! – zaprotestowała. – Teraz należysz do mnie i tylko do mnie!
– Bardzo proszę tylko bez tyranii – odpowiedział ciepłym tonem.
Coraz bardziej oddalali się od pozostałych. Asami uśmiechnęła się, ukłoniła grzecznie i poszła za nimi.
– Nie zamierzam się poddać, ojcze – paplała dalej Yona. – Odpoczynek i świeże powietrze przydadzą ci się, równie mocno, jak mi. Pomyśl tylko, o tych wspólnych spacerach utartymi ścieżkami i wieczorach spędzonych tylko we dwoje w ogrodzie. Czy nie byłoby cudownie?
Hak obserwował ich, obserwował ją – tryskała radością i energią. Nim zniknęła w bramie, odwróciła się jeszcze i puściła na chwilę ramię ojca. Ukłoniła się Hakowi ponownie i posłała mu uśmiech, który byłby w stanie stopić lód, a co dopiero serce zakochanego chłopaka. Zachwyt w jego oczach, widoczny był, jak na dłoni.
– Nie ma co, poległ bezpowrotnie – zażartował Jae-Ha.
Pozostali zaśmiali się, jedynie stojący obok Yun przewrócił oczami i ciężko westchnął.
Po dotarciu do apartamentów Il poszedł się wykąpać i przebrać. Gdy wrócił, w salonie zastał Yonę. Siedziała przy małym stoliku, suto zastawionym jedzeniem, przygotowanym tak, jak lubił. Tutaj była panią, jego skarbem, jego małą córeczką. Już nie, przemknęło mu przez głowę, stała się młodą kobietą, przedmiotem afektu mężczyzny, niedługo wyjdzie za mąż i opuści cię na zawsze. Poczuł niemalże fizyczny ból na samą myśl o tym.
– Zjesz coś, ojcze? – zaproponowała z uśmiechem, podając mu jedną z miseczek.
Usiadł na poduszce obok i przyjął naczynie. W powietrzu wisiała duchota. Drzwi wiodące na taras zostały otwarte na oścież, by zwabić wieczorną bryzę. Jadł powoli, jak należy, z godnością. Mówił niewiele i często spoglądał na ogród. Było tam mnóstwo kwitnących krzewów, tchnących wykwintnymi, słodkimi woniami. A w centralnym miejscu kwitła biała, dzika róża, ulubiony kwiat Yony. Całości dopełniały, zaaranżowane przez nią lampiony, kołyszące się w lekkich podmuchach wiatru. Wszystko spokojne i ciche w cieniach wczesnego wieczoru.
Gdy skończył, sięgnął po sake, ale flaszka znalazła się w dłoni jego córki. Nalała mu.
– Ojcze, co się dzieje? Źle się czujesz? – spytała. Niepokoiło ją jego niezwykłe milczenie.
– Nie. Wszystko dobrze.
– Powiesz mi, co ci się przydarzyło?
– Dzisiaj nie powinniśmy o tym rozmawiać. Przyjdzie na to pora.
– Ale tyle rzeczy wymaga wyjaśnienia – sprzeciwiła się. – Wiem tylko, że ktoś cię zatrzymał, a Hak cię odnalazł. Jednak kto to był? Czemu to zrobił? Nie rozumiem tego... to znaczy... domyślam się, że to ktoś, kto chciał wybuchu wojny... ale nie rozumiem dlaczego?
Zdziwienie przemknęło przez twarz Ila. Skąd o tym wiedziała?
– Hm... – mruknął, by zyskać na czasie.
– Proszę, ojcze, te ciągłe dociekania męczą mnie.
Wymówiła to cichym, błagalnym głosem. Wyglądała bardzo poważnie, a jej oczy prawie zmuszały do posłuszeństwa. Zdumiało go, że zachowuje się tak dojrzale. Wszystko zdawało się jak przedtem, lecz wszystko się zmieniło.
– Dobrze – powiedział.
Postanowił wyjaśnić, kim był ów tajemniczy człowiek. Posunął się nawet tak daleko, by zdradzić jej, że Hak odbił go, gdy Kum-Jin usiłował wywieźć go z Awy.
– Zamierzał cię zabić? – dopytywała.
– Nie wiem, nie mam pewności.
Oboje zamilkli. Zapadł zmierzch, liście krzewów szeleściły cicho w ogrodzie. Yona zapatrzyła się na rozświetlające go różnobarwne lampiony. Jeśli tak, to Hak nie tyle odnalazł i uwolnił jej ojca, ile ocalił mu życie. Była mu bardzo wdzięczna, bardzo wzruszona, odczuwała to całą sobą, całym swoim sercem.
– Jak ja się mu kiedykolwiek odpłacę? – wymamrotała.
Domyślała się, że zrobił to dla niej. Pamiętała, jak obiecał, że ojciec wróci do domu cały i zdrowy.
– Lubisz go, prawda? – spytał spokojnie Il.
Zarumieniła się i spuściła wzrok na podłogę.
– Lubię – wyszeptała.
Ojciec milczał. Przypuszczała, że patrzy na nią i stara się zrozumieć jej zachowanie. Rzeczywiście obserwował ją w skupieniu. Uznał jej milczenie za dobry omen i ujął ją za rękę.
– Chciałbym ci coś powiedzieć. Widzisz, jakiś czas temu podjąłem ważną decyzję dotyczącą twojej przyszłości...
Zawahał się, przypominając sobie poprzedni przebieg tej rozmowy, ale przecież musiał to wreszcie zrobić. Powinna to usłyszeć właśnie od niego. W końcu zwymyślał swoje tchórzostwo i rzekł:
– Wybrałem ci na męża Haka.
Na dźwięk jego imienia, serce poderwało jej się do galopu. Spodziewała się tego. Miała dużo czasu, by oswoić się z tą myślą, a jednak teraz nie mogła wykrztusić z siebie ani słowa. Wydawało jej się, że zaraz zemdleje z emocji. Ojciec czekał cierpliwie. Nic nie było ważniejsze niż ona. W końcu tylko potrząsnęła głową.
– Zgadzasz się? – dopytywał, nie będąc pewnym jej reakcji.
– Tak – wyszeptała, na tyle cicho, że sama ledwo to dosłyszała.
Nadal uparcie wpatrywała się w ziemię, ale ojciec zauważył jej przejęcie i ten błysk szczerej, niezmąconej niczym radości. A więc to tak, pomyślał. Usłyszała, że westchnął.
– Nikt nie jest wart mojej dziewczynki, ale ze wszystkich kandydatów on jest najlepszy – powiedział.
W tym czasie Hak kończył kolację, popił ją zupą i odstawił miseczkę. Natychmiast podbiegła do niego młoda, ładna służąca.
– Życzysz sobie coś jeszcze, panie?
– Tylko sake.
Nalała wina, przyglądając się mu z podziwem. To był ten przystojny, odważny, młody szogun, o którym rozprawiał cały zamek. Czuła się dumna, że pozwolono jej dziś tutaj usługiwać. Podała mu czarkę.
– Jeżeli będziesz czegoś potrzebował, panie, wystarczy jedno skinienie – zapewniła.
Śliczny uśmiech rozjaśnił jej twarz, zabrała pustą tacę z jedzeniem, ukłoniła się i szybciutko odeszła.
– Czy on nigdy nie zwraca uwagi na inne kobiety? – spytał Jae-Ha.
Kija i Yun zgodnie pokręcili głowami.
– No cóż... nie można oceniać stanu jego umysłu, w końcu jest zakochany.
Wybuchli śmiechem. Hak westchnął. Mógł się spodziewać, że nie dadzą mu spokoju. Co chwila przerzucali się żartami, nic sobie nie robiąc z otaczającej ich służby. Rzeczywiście nie zwykł zwracać uwagi na inne dziewczyny, ale może w normalnych warunkach pozwoliłby sobie na uśmiech, czy krótką pogawędkę. Jednak nie tutaj, za dobrze zdawał sobie sprawę, że wszystko, co robi, jest bacznie obserwowane i może dotrzeć do Yony.
– Nie przejmuj się. Rozumiemy. Ta twoja panna to naprawdę urocze stworzenie – kontynuował Jae-Ha.
– Jest piękna i pełna majestatu – poparł go Kija.
Majestatu? Zdziwił się Hak. Mógł wiele o niej powiedzieć, ale, tego akurat, nie zauważył. Dla niego nie była mitycznym stworzeniem, tylko dziewczyną z krwi i kości. Bardzo realną i bardzo cielesną.
– Shin-Ah, a co ty o niej sądzisz? – Jae-Ha zerknął na niego pytająco.
Nie miał on w zwyczaju wyrażać opinii o kimś, kogo prawie nie znał. Jednak dawno nie widział, by Hak śmiał się tak beztrosko, jak dzisiaj, i serce podpowiadało mu, że jest to zasługą Yony.
– Wydaje się pełna światła... – odparł po chwili namysłu.
– No nie... nawet ty? – westchnął Yun.
– Widać nawet on potrafi docenić urodę kobiety – skomentował Jae-Ha.
– Shin-Ah, jeśli chcesz, możesz go wysłać na drugą stronę, pozwalam ci – zażartował Hak.
Ten nie zareagował. Jak na ironię, właśnie to sprawiło, że były pirat poczuł się dziwnie i nieco pobladł. Pozostali roześmiali się, rozładowując atmosferę. Dobrze wiedzieli, że nie czuje się komfortowo w obecności Shin-Ah, choć najwyraźniej lubił dreszczyk emocji, gdyż bezustannie go zaczepiał. Odkrył już chyba, co znajduje się pod płaszczem pozornego chłodu i opanowania. Z jednej strony Shin-Ah, niczym dziki kot, wszystko obserwował, cały czas w stanie czuwania, gotów zaatakować i zabić, jeśli uzna to za konieczne. Z drugiej, niezwykle troszczył się o brata, a dla przyjaciół, Kijy czy Yuna, był bardzo łagodny i ciepły. Tak samo jak Hak. Jae-Ha jeszcze tego nie wiedział, ale taka była cała rodzina Son. Śmiertelnie niebezpieczni dla wrogów, oddani, czuli i opiekuńczy dla bliskich.
Do werandy podszedł jeden z samurai. Skłonił się.
– Wybacz, panie, że ci przeszkadzam, ale cesarz chciałby się z tobą widzieć.
– Oczywiście – odparł Hak i bez zwłoki wstał.
Kazał przynieść swoją broń. Po chwili jeden z żołnierzy podszedł z dwoma mieczami w ręku i ceremonialnie oddał je swojemu panu. Hak wziął sztylet i zatknął go za pas, ostrzami do góry, a po nim długą katanę, po czym wyszedł do ogrodu i, w eskorcie samurai, udał się w kierunku pawilonu czterech smoczych wojowników. Na ścieżce przed budynkiem zobaczył Soo-Wona. Ukłonił się i z radością ruszył w stronę księcia, który na twarzy miał szeroki powitalny uśmiech.
– Hak! Dobrze cię widzieć. Jak twoje ramię?
– Dziękuję, dobrze.
– Na pewno? Kapitan Sumiyori mówił, że jeszcze wczoraj ledwo trzymałeś się w siodle.
– Naprawdę nic mi nie dolega.
Soo-Won obrzucił go uważnym spojrzeniem, ale nie spostrzegł nic niepokojącego. Z twarzy jego przyjaciela biła taka sama siła jak zwykle. Razem weszli do pierwszego pomieszczenia, swego rodzaju sieni. Była obszerna, pełna cieni i półświateł. Potężne filary wspierały wysoki strop.
– Wspomniano mi, że odnalazłeś stryja dzięki jakiemuś piratowi – powiedział Soo-Won.
– Tak. Nawet przyjechał tu ze mną.
– Hm... niezwykłe. Jaki jest?
– Nietuzinkowy. Trzeba go poznać, by zrozumieć.
– Z przyjemnością.
Zbliżyli się do sali audiencyjnej. Stali przed nią wartownicy. Ich dowódca skłonił się głęboko.
– Dobry wieczór, książę – rzekł i równie grzecznie ukłonił się Hakowi. – Dobry wieczór, wielmożny panie – dodał i otworzył z wolna ciężkie drzwi.
Weszli do środka. We wewnątrz znajdowali się tylko cesarz i lord Il, żadnych strażników czy służby. Siedzieli obok siebie na podniesieniu. Hak klęknął tuż za progiem, odłożył swoje miecze na podłogę i nisko się pokłonił. Nie raz już bywał w ogromnej sali posłuchań, której ściany zdobiły wizerunki czterech, legendarnych, smoczych wojowników.
– Witaj, lordzie Hak, miło cię widzieć – przemówił cesarz.
Szogun podniósł się, zostawiając miecze na ziemi. Powiedziano mu, że dostąpił zaszczytu posiadania ich nawet w obecności Jego Wysokości, ale nie czułby się z tym komfortowo. Cesarzowi spodobał się ten gest pokory.
– Usiądź, proszę – wskazał mu miejsce na podniesieniu, naprzeciwko siebie. Po jego prawej stronie, nieco z przodu, znajdował się Il, po lewej zasiadł Soo-Won. – Jestem ci wielce zobowiązany za przywiezienie go do domu – odezwał się ponownie, spoglądając na brata.
– Dziękuję, panie. Wykonałem jedynie swój obowiązek – odparł.
– Nawet jeśli, to sprawiłeś mi tym wielką radość. Proś, o co tylko chcesz – powiedział podniośle i utkwił w nim wzrok.
Dobrze wiedział, co to takiego. Ta dziewczyna to twoja największa słabość, pomyślał. Pod przenikliwym spojrzeniem władcy Hak poczuł się nieswojo.
– Dziękuję jeszcze raz, panie, ale nic mi nie trzeba – zapewnił.
– Hm... Zostawmy to na razie. Wiem, że zostałeś ranny. Jak się czujesz?
– Dziś już bardzo dobrze.
– Cieszę się, bo mamy pilne sprawy do omówienia. Wiesz, że Xing odwleka negocjacje?
– Tak, panie.
– Jak sądzisz czemu?
– Myślę, że planują atak i chcą zyskać na czasie.
– Jak szybko możesz się na niego przygotować?
– Rozkazy do Fuugi zostały już wysłane. Za kilka dni wszystkie jednostki przy granicy będą w stanie pełnej gotowości.
– Bardzo dobrze – powiedział z uznaniem.
Z każdym dniem cenił tego młodzieńca bardziej. Wyglądało na to, że jest dobrym strategiem i doskonałym dowódcą. Szybkim i konkretnym.
– Obawiam się, że na razie obrona południowej granicy spadnie całkowicie na twoje barki – dodał.
Hak skłonił głowę na znak, że rozumie. Cesarz zamilkł i przez chwilę się namyślał. Soo-Won i Il również się nie odzywali.
– Chcę, abyś posłał osiem tysięcy do prowincji Ognia – rzekł w końcu.
Grymas niezadowolenia pojawił się na twarzy szoguna.
– Dlaczego, Wasza Wysokość?
Nie planował tego robić. Owszem, w sytuacji wyższej konieczności, gdyby zostali zaatakowani, tak, ale jeszcze nie teraz.
Cesarza kusiło, by odpowiedzieć „bo ja sobie tak życzę", przetestować go, zanim zaczną padać rozkazy na polu bitwy. Jednak tego nie zrobił. Choć Hak nie potrafił ukryć lekkiego oburzenia, był opanowany, a pytanie o powód było czymś całkowicie naturalnym. Ponadto, dopiero co, wykazał się wielkim oddaniem i ocalił Ila, uznał więc igranie z nim za niestosowne.
– Trzeba wesprzeć obronę północno-wschodniej granicy. Siły prowincji Ognia ruszą razem z Geun-Tae ku Południowemu Kai – wyjawił.
– Atakujesz, panie?
– Tak. Nie będę czekał, aż ruszą przeciwko mnie.
A więc wojna, pomyślał Hak. Nie znaleziono dowodów na współpracę Kum-Jina z Imperium, ale już samo podejrzenie stawiało Południowe Kai w złym świetle. Kouka zyskała polityczny pretekst do rozpoczęcia walki. Rozumiał decyzję cesarza. To czekanie, na to, co nastąpi, było nieznośne, nawet dla niego, i na dodatek nic nie przynosiło. Atakując natomiast, brali wreszcie sprawy we własne ręce, dawali jasny znak agresorom, że nie zamierzają się poddać i wzmacniali morale we wszystkich pięciu prowincjach.
– Będzie, jak rozkazujesz, panie. Jeśli jednak pozwolisz, chciałbym coś zasugerować.
– Proszę.
– Nie ufałbym Soo-Jinowi.
– Masz mu coś do zarzucenia?
– Po pierwsze jest bardzo dumny i sprytny.
– Same chwalebne zalety. A po drugie?
– Źle się rządzi. Wymusza wygórowane podatki. Gdyby jego poddani mieli broń, wszczęliby bunt.
– Hm... a co sądzisz, o jego najstarszym synu, Kyo-Dze?
– Bystry i uzdolniony. Całkowicie oddany ojcu. Budzi podziw wśród poddanych.
– A drugi syn, Tae-Jun?
– Nie zasługuje, bym poświęcał mu jakiekolwiek myśli, panie.
Cesarz z trudem powstrzymał uśmiech. Hak był młody, ponad pięć lat młodszy od Tae-Juna, a jednak jego pogarda nie była nieuzasadniona. Tamten nie dorastał mu nawet do pięt. Jego ocena sytuacji, wyciągnięte wnioski, podjęte działania, wszystko było, jak należy. Był pracowity, inteligentny i równie groźny jako sojusznik, jak i wróg.
– Wiem, że ustaliłeś z moim bratem, iż poślubisz Yonę, jeśli się na to zgodzi – powiedział. – Wybacz, ale muszę wiedzieć, czy nie zmieniłeś zdania?
– Nie, panie.
– W takim razie mam zaszczyt oznajmić, że się zgodziła.
– Co takiego? – wypalił.
Miał zupełną pustkę w głowie. W najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewał się, że wszystko zostanie załatwione tak szybko.
– Yona powiedziała „tak" – wtrącił rzeczowo Il.
– Tylko...?
– W zasadzie to tylko – odparł – w każdym razie zgodziła się bez nacisków. – Błysk wątpliwości pojawił się w spojrzeniu młodzieńca, dlatego uprzedzając jego kolejne pytanie, dodał: – Możesz ją jutro spytać.
Hak przytaknął. Serce mu łomotało, ale zaczynał powoli odzyskiwać jasność myślenia. Oparł się obiema dłońmi na podłodze i pochylił nisko głowę.
– Jestem zaszczycony, panie – rzekł.
Nastała podniosła cisza. Nikt się nawet nie poruszył. Il przez dłuższą chwilę przyglądał się pochylonemu przed nim w pokłonie mężczyźnie. Od dawna wiedział, że utrata córki jest nieunikniona, ale to i tak nie zmieniało jego uczuć. W końcu odezwał się, bardziej wzruszony, niż zamierzał okazać:
– Haku Son, powierzam ci Yonę... moje dziecko... moje jedyne dziecko... opiekuj się nią dobrze.
– Przysięgam, że będę – odparł uroczyście.
Miał nadzieję, że pozostali są tak skupieni na lordzie Ilu, że nie zauważą jego przejęcia. Jednak cesarz wyraźnie widział skrywany niepokój na jego twarzy i doskonale go rozumiał. Nigdy nie zapomniał dnia, gdy poznał Yong-Hi, był tak bardzo zdenerwowany, a przecież najlepsze, co go w życiu spotkało, to właśnie ona. Wszystko jeszcze przed nim, pomyślał i odczekawszy stosowny moment, odezwał się:
– Powinieneś sprezentować Yonie jakąś „głupotę". Jakiś wachlarz, parasolkę, czy coś takiego. Na pewno będzie tego oczekiwała. Niech cię nie zmyli jej urok, jest niebywale rozpuszczoną panną. Skłonny jestem nawet założyć się, że najbardziej w całym cesarstwie.
Soo-Won zdziwił się nieco, ojciec bardzo rzadko zachowywał się w podobny sposób, ale dziś był w wyśmienitym humorze. Od razu pojął, że próbuje on obrócić wszystko w żart i podłapał temat.
– Doprawdy? – rzekł z przekąsem. – Znam jeszcze jedną...
*samum – gorący, suchy wiatr, występujący na Saharze. Rozpoczyna się nagle i powoduje burze piaskowe. Gdy się zbliża, symptomem jest narastający szmer w rozgrzanym piasku, wzrost temperatury do 50°C, przedmioty zaczynają przebierać czerwonawą barwę, słońce staje się purpurowo-czerwone, a w powietrzu unosi się czerwono-żółta mgła.
