Miał być to ostatni rozdział „Po wojnie", ale jakoś mi się tak rozrósł, dlatego ostatni będzie już w nowym roku. Chciałabym jednak życzyć wszystkim Wesołych Świąt i spytać, czy ktoś zauważył niespodziankę jaką wam przyszykowałam? Dla nieświadomych, od pierwszego grudnia do dziś pojawiał się codziennie nowy rozdział, co było wielką zasługą mojej niezastąpionej bety PersianWitch – tak, mówię o tobie. Gdyby nie ona, nie udałoby mi się – zwłaszcza, że ten rozdział dostał się w jej łapki naprawdę późno. Nie przedłużając, życzę wszystkim jeszcze raz Wesołych Świąt.
Rozdział 10
— Masz jej nie spuszczać z oczu.
Harry zatrzymał się w połowie zakładania kurtki, spoglądając na Severusa. Mężczyzna powtórzył mu to już któryś z kolei raz. Rozumiał, że może się troszczyć o swoją córkę, ale to była już lekka przesada.
— Idziemy tylko do Hogsmeade — powiedział, patrząc na Snape'a, który pomagał dziewczynce ubrać letni płaszczyk. — Jest to standardowa wycieczka. Inni uczniowie również tam będą. Nawet jeśli jakimś cudem zgubiłbym Eli, to zna już tyle osób, by wiedzieć, do kogo się zwrócić o pomoc. A jeśli nie, to z pewnością wielu będzie nosiło szaliki, czapki lub inny symbol swojego domu, dzięki czemu z łatwością będzie mogła odnaleźć uczniów wśród innych mieszkańców wioski. Merlinie, każdy z wioski zaprowadziłby ją do Hogwartu, jeśli wyjaśniłaby, kim jest — powiedział zrezygnowany Harry.
Naprawdę nie miał ochoty po raz setny usłyszeć od mistrza eliksirów o środkach bezpieczeństwa i zachowaniu ochrony. Do licha, Snape kazał mu nawet powtórzyć wszystkie zaklęcia tarczy. Po tych wszystkich prośbach i błaganiach oraz zastrzeżeniach i nakazach można byłoby pomyśleć, że Severus spodziewa się kolejnej bitwy, a nie zwykłego spaceru i zakupów.
Jednak kiedy ujrzał spojrzenie czarodzieja, które było surowe i pełne mocy, stracił swój animusz.
— Ma się nie zgubić. Być cały czas w zasięgu twojej ręki. Czy to rozumiesz? — wycedził Snape. — Jeśli chociaż usłyszę od kogoś, że ją widział bez ciebie obok, to przysięgam, że użyję twojej wątroby do sporządzenia eliksirów.
Wstał, kładąc swoją dłoń na głowie córki. Harry go obserwował. Po całych tygodniach spędzonych wspólnie, znał już ten gest. Miał również wrażenie, że w końcu zrozumiał jego znaczenie. Snape musiał mieć pewność, że Elizabeth jest tuż obok niego. Chciał wiedzieć, co się stało, że mistrz eliksirów był tak ostrożny, ale ten wciąż nic nie chciał powiedzieć o przeszłości swojej córki.
— Tato, mogę iść? — zapytała Eli, pociągając rękaw szaty ojca. — Obiecałeś, że będę mogła w końcu wyjść poza zamek. Chcę iść z Harrym na zakupy.
Spojrzała na niego tymi swoimi pięknymi, dwukolorowymi oczami. Severus spoglądał na nią przez dłuższy moment, ale najwyraźniej nawet najsurowszy z profesorów w Hogwarcie nie mógł się jej oprzeć.
— Nie łamię swoich obietnic, Elizabeth. Ty też nie możesz złamać swoich. Pamiętasz, co mi obiecałaś? — zapytał.
— Nie oddalać od Harry'ego. Nie rozmawiać z nieznajomymi. Nie iść z nikim obcym, nawet jeśli powiedzą, że ty lub Harry kazaliście im to — wyrecytowała grzecznie, wiercąc się nerwowo na swoim miejscu.
Chciała już iść. Po raz pierwszy miała spędzić więcej czasu na zewnątrz. Nie będąc ograniczona przez mury swojej dawnej rezydencji, ani granice wyznaczone przez teren Hogwartu. Chciała zwiedzać, zobaczyć to, co inni uczniowie. Harry jej to umożliwiał.
— Tatoooo — jęknęła, patrząc na Gryfona i na drzwi, jednoznacznie dając do zrozumienia, że już na nich czas.
— Dobrze. — Severus westchnął i jeszcze raz spojrzał na Harry'ego. — Masz jej pilnować — nakazał.
— Będę. — Zbliżył się i chwycił delikatnie dłoń mężczyzny. — Dla mnie również jest ważna. Będę na nią uważać.
Przesunął się bliżej, ale kiedy jego wargi miały się zetknąć z ustami Severusa, Eli krzyknęła:
— Będę czekała przy głównym wyjściu. — Wypowiadając hasło, wybiegła z kwater mistrza eliksirów.
— Hmmm… Lepiej będzie, jak za nią pójdę.
Speszony Harry odsunął się od mężczyzny. Wiedział, że stracił swoją szansę.
— Tak będzie najlepiej — zgodził się Severus, nie wykonując żadnego gestu, że chce kontynuować to, co im przerwano.
— Przyprowadzę ją za trzy godziny — obiecał Harry. — Do zobaczenia.
OoO
Harry szedł ulicami Hogsmeade. Zastanawiał się nad swoją przeszłością. Rok szkolny się kończył i tym samym uzyska pełne wykształcenie. Będzie mógł zdobyć pracę albo osiąść gdzieś i żyć za fortunę zgromadzoną przez rodzinę Potter i Black. Jednak druga opcja mu nie pasowała. Nie potrafił nic nie robić. Zawsze musiał być w ruchu, robić coś albo planować.
Co prawda, mógłby ostatecznie odpocząć przez rok czy dwa, a może nawet trochę dłużej, ale ostatecznie znudziłoby mu się takie życie. Z drugiej strony, nie wiedział jeszcze co chciałby robić. Nie chciał również oddalać się zbyt bardzo od zamku. Nie wtedy, gdy pokochał całym sercem Eli i był z jej ojcem w coraz bliższych stosunkach.
Na razie nie określili jaka relacja ich łączy. Nie była to jednak przyjaźń, nawet jeśli jedynym kontaktem cielesnym jaki istniał między nimi były lekkie dotknięcia, które były zbyt pobudzające, by uznać je za koleżeńskie i kilka delikatnych pocałunków.
Nie był pewny, czy Severus nie chciał się angażować, bo myślał, że Harry zrozumie, jaki popełnia błąd i ucieknie, czy z powodu tego, że Gryfon był „jeszcze" uczniem. Jeśli nie było to żadne z powyższych, to może tego nie chciał poważniejszego związku ze względu na Eli. Nie chciał bardziej mącić w jej życiu.
Z drugiej strony, Harry chciał wiedzieć na czym stoi. Przecież, gdy nastanie koniec czerwca, będzie musiał wyprowadzić się wraz z innymi uczniami z zamku. Jeśli jego związek z Severusem byłby czymś pewnym, to mógłby wynająć dom w wiosce, by być blisko mężczyzny i jego córki. Jeśli jednak Snape nie chciałby go widzieć, to Harry nie był pewny, czy mógłby pozostać ze złamanym sercem tak blisko drogich mu osób.
Była jeszcze jedna opcja. Severus mógł ogłosić oficjalnie ich związek i zaproponować wspólne zamieszkanie w kwaterach w Hogwarcie.
Harry będzie musiał się dowiedzieć, co mężczyzna chce zrobić. Najlepszą okazją byłby czas po oficjalnej końcowej uczcie. Mogliby wtedy…
Jego rozmyślania zostały przerwane przez krzyki:
— Zostaw mnie! Nie chcę iść! Puść mnie! To boli! Harry! Harry! Hally!
Uniósł wzrok i zobaczył Eli, która oddaliła się od niego o paręnaście metrów. Jej ramię było w uścisku nieznanego mężczyzny. Wyglądał jak bezdomny. Miał poszarpaną, brudną szatę i długie, tłuste włosy. W jego oczach widać było szaleństwo, gdy starał się coraz bardziej brutalnie odciągnąć dziewczynkę od głównej ulicy.
— Zostaw ją! — krzyknął wyjmując różdżkę.
Ruszył w ich stronę, mając zamiar odzyskać siedmiolatkę.
Mężczyzna spojrzał na niego pół przytomnym wzrokiem. Objął dziewczynkę w pasie i przerzucił ją przez ramię. Uniósł wolną dłoń i wymówił zaklęcie. Harry nie musiał słyszeć, co to było. Rozpoznał je od razu, gdy tylko ujrzał zielone iskry buchające w powietrze. Już po chwili na niebie pojawił się zgniłozielony symbol Śmierciożerców.
Czarodzieje w pobliżu zaczęli krzyczeć i uciekać w panice. Pomimo tego, że od śmierci Voldemorta minął rok, to i tak na wolności wciąż było wielu jego zwolenników, którzy z każdym mijanym tygodniem najwyraźniej stawali się coraz bardziej szaleni, biorąc pod uwagę ich przypadkowe i nie mające sensu ataki.
Spanikowany tłum spowodował, że Harry'emu ciężej było podążać za nieznajomym mężczyzną i Eli. Widział, że do napastnika dołączyły kolejne dwie osoby. Jeden starszy mężczyzna i młoda kobieta. Rzucali oni na przypadkowe budynki zaklęcia bombardujące, powodując jeszcze większy chaos i rozgardiasz.
Kurz unosił się wszędzie, utrudniając widoczność. Ludzie pchali się i zderzali z Harrym, gdy biegł za porywaczem. Wiedział, gdzie podążają — do najbliższego miejsca, gdzie nie było już barier powstrzymujących przed teleportacją.
— Hally! — krzyknęła Eli.
Harry nie miał czasu zareagować. Budynek obok niego, osłabiony przez wszystkie zaklęcia wybuchające, zachwiał się, rozpadając. Jedna z jego ścian osunęła się. Wielki kawałek z niej upadł na Gryfona, przygwożdżając go do ziemi. Był uwięziony. Krew spływała mu po czole na oczy, barwiąc wszystko na czerwono. Czuł ból w całym ciele, ale jego umysł był skupiony na Eli, która krzyknęła jeszcze raz zanim zniknęła.
Ogarnęła go wściekłość. Za to, że jej nie przypilnował, mimo obietnic. Na niesprawiedliwość tego wszystkiego. Na Śmierciożerców, którzy wciąż chcieli zniszczyć jego szczęście.
Jego emocje znalazły ujście w wybuchu wielkiego ładunku magicznego, który spowodował, że kawałek budynku leżącego na nim rozkruszył się w drobny pył, ale szkody były już wyrządzone. Jego miednica była złamana, a na głowie była głęboko rana. Tracił zbyt wiele krwi. Zemdlał.
OoO
Umysł Harry'ego był zamglony. Dźwięki wokół niego docierały do jego uszu, ale mózg nie mógł ich przetworzyć. Czuł ciepłą dłoń na swoim czole, ale te momenty świadomości były przerywane długimi chwilami ciemności.
Znów nic nie czuł. Ponownie stracił przytomność.
OoO
Jego umysł był zamglony. To było tak, jakby budził się po bardzo, ale to bardzo długim śnie. Czuł się tak, jakby spał ze sto lat. Otwierając z trudem oczy, rozejrzał się. Powitał go bardzo znajomy widok. Znajdował się skrzydle medycznym. Jęcząc uniósł się, siadając. Madame Pomfrey od razu pojawiła się u jego boku.
— Spokojnie, panie Potter. Dwa tygodnie temu doznałeś złamania miednicy i wyczerpania magicznego — poinformowała go.
— Gdzie jest, Eli? — zapytał, odtrącając jej dłonie, gdy próbowała go powstrzymać.
— Tego właśnie chce się dowiedzieć.
Harry spojrzał prędko na wejście do skrzydła medycznego. W progu stał mistrz eliksirów. Jego szata była brudna, a w jego oczach była widoczna determinacja. Jednak jego głos był surowy i wściekły.
— Pierwszy raz wyszła na zewnątrz. Obiecałeś, że będziesz jej pilnować, a umożliwiłeś jej porwanie. — Przy każdym słowie podchodził coraz bliżej, aż stanął przy łóżku Harry'ego. — Miałeś jedno zadanie. Utrzymać ją bezpiecznie — wycedził, pochylając się nad nim.
— Severusie, odsuń się od niego — powiedziała surowo Pomfrey. — Nie mógł nic zrobić. Przypominam ci, że miał skomplikowane złamanie miednicy. Nie mógł się ruszyć. Jeśli chcesz go obwiniać…
— To co? — zwrócił na nią swój jadowity wzrok. — Może mam mu pogratulować, że nie mógł po tylu szkoleniach unieszkodliwić napastnika!
— Wystarczy, Severusie. — McGonagall pojawiła się w pomieszczeniu. — Poppy, czy możesz nas na chwilę zostawić?
Pielęgniarka przez chwilę patrzyła się na nich, zanim się poddała.
— Będę w swoim gabinecie. Wyjdę z niego za pół godzinny i chce widzieć tylko mojego pacjenta, który będzie odpoczywał w łóżku. Jeśli moje zaklęcia monitorujące odnotują najmniejsze pogorszenie się jego stanu, to nie zawaham się was usunąć z mojego skrzydła, niezależnie od tego, czy jest jesteście profesorem, czy dyrektorem — powiedziała stanowczo, zanim zniknęła w swoim gabinecie.
— Panie Potter… — McGonagall machnęła różdżką i obok łóżka Gryfona pojawiły się dwa krzesła, z których jedno zajął z prychnięciem Snape —…chciałabym żebyś opisał dokładnie, co się stało podczas twojej wizyty z Elizabeth w wiosce.
— Ale… — zaczął Harry, ale kobieta mu przerwała.
— Po tym postaramy się odpowiedzieć ci na wszystkie pytania. Uważam, że zbyt długo byłeś narażony na niewiedzę. Gdybyś posiadał wszystkie informacje, z pewnością wiedziałbyś, że Eli była wyjątkowo narażona na atak. Nie jesteś jedynym odpowiedzialnym za to wszystko. — Tutaj spojrzała surowo na Snape'a, który siedział z zaciśniętymi ustami. Jego dłonie były zwinięte w pięści.
— Dobrze. — Westchnął z rezygnacją. — Wędrowaliśmy wraz z Eli…
OoO
Opowiedzenie wszystkiego o ataku i opisanie sprawców nie zajęło Harry'emu zbyt wiele czasu. Kiedy jednak skończył, był wyczerpany fizycznie i emocjonalnie. Czuł ból w dolnej partii ciała, ale nie miał zamiaru narzekać. Miał również nadzieję, że Madame Pomfrey nie przyjdzie ingerować. Przynajmniej dopóki nie dowie się, co się stało z Eli.
— Ostatnim co pamiętam, to aportacja tego mężczyzny z Eli. Później było coś jak wybuch mocy — skończył swoją opowieść.
— W ten sposób objawiła się twoja magia. Odpowiedziała dość gwałtownie na twoje emocje, usuwając przeszkodę, która uniemożliwiała ci poruszanie się. Jednakże taki gwałtowny przepływ mocy i zneutralizowanie obiektu tej wielkości spowodował, że byłeś magicznie wyczerpany, co zagrażało twojemu życiu, biorąc pod uwagę twoje urazy. Na szczęście pomoc dotarła na czas — wyjaśniła McGonagall.
— Nie dotarła na czas, by pomóc Eli — stwierdził Harry. — Wiadomo, kim byli napastnicy? — zapytał. — Czy to poplecznicy Voldemorta, czy jego naśladowców? Użyli mrocznego znaku przy porwaniu.
— Nie udało się nam ustalić ich tożsamości, ale sądzimy, że to był pewien odłam Śmierciożerców zajmujących się pewnymi szczególnymi zadaniami na rozkaz Voldemorta — odpowiedziała McGonagall.
— Ale czego chcieli od Eli? — Harry, krzywiąc się, uniósł się bardziej na swoim miejscu. — Przecież to jest mała dziewczynka. Zrozumiałbym, gdyby starali się mnie zaatakować, czy nawet zamordować, ale byli skupieni wyłącznie na zdobyciu Elizabeth. Chcieli jak najszybciej ją wydostać z tego miejsca. Nawet mrocznego znaku użyli tylko do wzbudzenia popłochu, bym nie mógł za nimi iść.
— Severusie? — Czarownica spojrzała na mężczyznę, który przez całą historię się nie odzywał. — Uważam, że to ty powinieneś odpowiedzieć na to pytanie. Elizabeth jest twoją córką i wiesz więcej na ten temat.
Szczęka mężczyzny zacisnęła się na moment, ale nie protestował.
— Jeszcze przed twoimi narodzinami, zanim jeszcze ja, czy twoi rodzice skończyliśmy swoją naukę w Hogwarcie, Czarny Pan był mocno skupiony na powiększaniu swojej armii popleczników. Chciał, żeby jego Śmierciożercy byli mu dozgonnie oddani, silni magicznie, a jednocześnie nie mogliby w jakikolwiek sposób sprzeciwić się jego woli. Utworzył sekcje Śmierciożerców, które miały się tym zająć. Uznano, że najłatwiejszym sposobem, aby spełnić jego marzenia, będą dzieci. — Harry otworzył usta, aby o coś zapytać, ale widząc, minę mężczyzny zamknął je, posłusznie słuchając dalszej jego wypowiedzi. — Tutaj powstał pewien problem. Jego Śmierciożercy nie rozmnażali się według niego w odpowiedniej ilości, a dzieci zbyt wolno dorastały. Stworzono wtedy coś na kształt mugolskiego in vitro. Pobierano nasienie od Śmierciożerców i łączono je z komórką jajową matek, sióstr, córek popleczników Czarnego pana i umieszczano w ich łonach.
— Zgodziłeś się na to? — zapytał z przerażaniem Harry, domyślając się już pochodzenia Eli.
— Nie — zaprotestował ostro Snape. — Żaden czarodziej by się na to nie zgodził. Dzieci są bardzo ważne w magicznej społeczności. Nikt z nas o tym nie wiedział. A nawet jeśli zostalibyśmy o tym poinformowani, to naprawdę sądzisz, że moglibyśmy odmówić Czarnemu Panu? — Kiedy Harry nie odpowiedział, kontynuował: — Tak sądziłem. Jednakże to nie było proste zapłodnienie i stworzenie życia. Zarodek był karmiony magią Czarnego Pana. Po porodzie, dziecko musiało przybywać niedaleko czarnoksiężnika, by dalej się rozwijać. Oczywiście, był to przyśpieszony rozwój. Tydzień mijał jak cały miesiąc. Dzięki nasyceniu magią Voldemorta, dzieci również stawały się silniejsze magicznie, a podczas wychowywania przez popleczników Czarnego Pana uczyły się lojalności wobec niego. Nawet jeśli chciałyby go w przyszłości zdradzić, nie mogłyby tego zrobić, ponieważ ich magia należała w głównej mierze do niego. To byłoby tak, jakby sprzeciwić się swojej magii. Zniszczyłaby cię od środka. Czarny Pan mógł zdobyć w ten sposób szybko oddaną, silną i niemogącą się sprzeciwić armię. Wtedy jednak ty się pojawiłeś. — Severus spojrzał wprost w oczy Harry'ego. — Pokonałeś Czarnego Maga, przez co jego magia była zbyt słaba, by móc w dalszy sposób stymulować wzrost powstałych w ten sposób dzieci. Zatrzymały się one w różnym wieku i przez te wszystkie lata w ogóle nie dorastały. Wiele z nich umarło bez swojego źródła zasilania. Inne oszalały, przez co zostały zabite. Ich umysły były świadome przemijającego czasu. Nie mogły znieść tej presji. Wydaje się, że Elizabeth jest jedyną, która ocalała. Dowiedziałem się tego wszystkiego w ostatnie wakacje, gdy skontaktowała się ze mną rodzina Swan. Ich córka była nosicielką mojego dziecka połączonego z magią Voldemorta. Przez wszystkie lata utrzymywali Elizabeth w odosobnieniu, ale w dobrej kondycji, mając nadzieje, że Czarny Pan powróci i wynagrodzi ich wysiłki w zapewnieniu przeżycia jego „eksperymentu". — Tutaj Snape skrzywił się, na takie określenie swojej córki. — Po ogłoszeniu definitywnej klęski Mrocznego Pana i jego śmierci z twoich rąk, uznali ją za zbyteczną. Nie chcieli ryzykować jej zabijania, ale nie mieli zamiaru wychowywać bękarta i to mężczyzny bez szanowanego nazwiska oraz będącego profesorem w szkole. Nie mogli również przyjąć Elizabeth do rodziny jako córkę zmarłej krewnej, bo nie pasowała do ich standardów. Uznali, że najlepszym wyjściem będzie odesłanie jej do mnie — zakończył Snape.
Harry milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad tymi informacjami. To wszystko wyjaśniało. Dlaczego córka Swan nie była w żaden oficjalny sposób związana ze Snape'em. Dlaczego, według książki, Eli miała ponad dwadzieścia lat. Jednakże, jeśli dziewczynka nie rozwijała się bez magii Voldemorta…
— Eli chwaliła się, że za kilka lat również będzie uczniem Hogwartu. Także mierzyłem ją. Urosła o dwa centymetry. Jak to jest możliwe, jeśli nie może się rozwijać?
— Panie Potter, słyszałeś kiedyś o magii zwycięstwa obowiązującej w pojedynku? — zapytała go McGonagall. Kiedy pokręcił głową, wyjaśniła: — Jest to stara magiczna reguła obowiązująca w magii, która rzadko jest stosowana w dzisiejszych czasach. W oficjalnych pojedynkach czarodziejów, gdzie każdy z uczestników jest świadomy ryzyka śmierci i je akceptuje, zwycięzca przejmuje cześć magi przeciwnika. Tak było w twoim przypadku. Gdy pokonałeś Voldemorta poprzez zabicie go, jego magia stała się twoją. Elizabeth, przebywając z tobą, zaczęła ponownie dorastać. Wolniej, niż inne dzieci, ale jej czas nie jest już zatrzymany.
— To znaczy, że mogę ją kontrolować? — spytał z przerażeniem Harry. — Dlatego chciała być blisko mnie?
W jego oczach pojawiła się groza. Czy za każdym razem, gdy pytał się dziewczynki, czy coś jej się podoba, lub czy ma na to chęć, to odpowiadała twierdząco, by go zadowolić?
— Idiota! — wrzasnął Snape, podrywając się ze swojego miejsca. Jego krzesło upadło z hukiem na podłogę. Przeklinając dość obrazowo, wyszedł ze skrzydła medycznego, trzaskając drzwiami.
— Przepraszam — powiedział słabo Harry, wzdrygając się, gdy usłyszał głośny huk na zewnątrz.
— Severus jest zdenerwowany — powiedziała McGonagall, odwracając wzrok od zamkniętych drzwi. — Każdy z nas jest. Wszyscy troszczymy się o Elizabeth. I odpowiadając na twoje pytanie. Nie kontrolujesz jej w żaden sposób. Mogłeś zdobyć magię Voldemorta poprzez jego pokonanie, dzięki czemu stałeś się potężniejszy i twoje wybuchy magii są gwałtowniejsze, ale ta magia stała się twoją. Jest na tyle podobna do Voldemorta, by sprawić, żeby Elizabeth znowu zaczęła powoli dorastać i czuła się lepiej w twojej obecności, może nawet była lekko zafascynowana twoją osobą, ale mogę cię zapewnić, że nawet jeśli zostało to na początku spowodowane waszą magią, to teraz naprawdę szczerze i mocno cię kocha — zapewniła go.
— Ja też ją kocham — przyznał się Harry, ze łzami w oczach. — Nie rozumiem jednak, czemu ją porwali? Przecież sami się jej pozbyli. — Zacisnął dłonie w pięści na kołdrze. Chciał znać powód.
Czarownica westchnęła.
— Według naszych informacji, odłam zajmujący się stworzeniem tych dzieci uważa, że posiadają one na tyle magii Voldemorta, że za pomocą odpowiednich rytuałów mogą sprowadzić jego duszę, by zamieszkała w ich ciałach. To istny cud lub miłosierdzie rodziny Swan, że zamiast oddać ją w ich ręce, odesłała ją do Severusa. Był świadomy ryzyka i zagrożenia, jakie ciąży nad nią i dlatego ukrywał ją w komnatach. Zgodziłam się na to, gdy wyjaśnił mi jej pochodzenie, nie mogłam jednak znieść myśli, że mała dziewczynka jest do końca życia uwięziona w czterech ścianach. Kiedy zastanawiałam się, co z tym zrobić, pojawiłeś się wraz z Elizabeth na obiedzie. Uznałam, że to jej szansa na normalne dzieciństwo. Powinnam jednak podjąć większe środki bezpieczeństwa. To porwanie nie powinno się nigdy zdarzyć. — Na samym końcu jej głos był pewien winy i zarzutów skierowanych do siebie samej.
— Odzyskam ją — powiedział z całą pewnością Harry.
— Zostaw to nam — powiedziała McGonagall, kładąc mu dłoń na ramieniu, gdy wstała z krzesła. — Zrobiłeś wystarczająco dużo, zabijając Voldemorta. Pozwól, że teraz my zajmiemy się jego naśladowcami i przywrócimy Elizabeth do domu. Masz się leczyć. — Nakazała mu. — Poppy ma rację. Miałeś bardzo poważny uraz. Najlepiej będzie, jak teraz pójdziesz spać. — Zaciągnęła firankę wokół jego łóżka. — Twoja magia musi się zregenerować.
Nie wiedziała, że w Harrym już krążyła magia, gdy myślał nad tym, jak odzyskać Eli. Nie żartował. Miał zamiar przyprowadzić ją do Severusa i upewnić się przy tym, że już nikt nie odważy się wyrwać mu jej z rąk.
