Krew dziewicy


Tydzień po wycieczce do burdelu i pierwszym upiciu Castiela, Dean wciąż się z tego śmiał i miło wspominał ten dzień. Sam także, bo choć pogodził się z aniołem, nie przeszkadzało mu to napawać się tą kompromitującą sytuacją w ramach zemsty. Za każdym razem, gdy natykał się na Castiel, starał się go w jakiś sposób rozdrażnić i zawstydzić żartami, ale anioł nie rozumiał żadnego z nich, a na dodatek swojego upicia nie traktował jak coś, czego ma się wstydzić. Był wręcz dumny, bo udało mu się zaimponować Deanowi i ilekroć wspominana była ta sytuacja, prostował się jeszcze bardziej niż zwykle i prężył pierś jak zadufany w sobie paw. To też było zabawne. Dean nie mógł uwierzyć ile zabawy może dostarczyć nieobeznany w ludzkich zachowaniach anioł. Naprawdę sądził, że spędzanie czasu z takim smutasem będzie potwornie nudne, ale Castiel nieświadomie potrafił go rozbawić jak nikt inny. Z tego powodu Dean zaczął chętniej chodzić do pracy, chociaż dalej nie wydarzył się jakiś przełom związany ze sprawą wampira. Jednego dnia było jednak inaczej.

Dean i Sam jak zwykle razem pojechali do pracy i rozdzielili się w biurze. Zapowiadał się miły dzień spędzony w towarzystwie Castiela, gdy Deana nagle zatrzymał Garth.

- Dobrze, że na ciebie wpadłem – powiedział.

- O co chodzi? – spytał Dean. – Znowu mam ci w czymś pomóc?

- Nie, Bobby chce cie widzieć, masz tam przyjść jak najszybciej.

Ta wiadomość sprawiała, że ten dzień wydał się Deanowi jeszcze przyjemniejszy. Bobby rzadko go do siebie wzywał, tylko gdy miał jakąś wyjątkowo ważną sprawę. A co mogło być w tej chwili ważniejsze od wampira? Chyba tylko kolejna zmiana partnera, ale ponieważ z Castielem się już dogadywali, wątpił, by o to chodziło.

- Dzięki, Garth – powiedział i udał się szybko do Bobby'ego. Ekscytacja, którą odczuwał bardzo go dziwiła. Zaczynał naprawdę wierzyć, że jest do tej roboty stworzony, skoro na myśl o zapolowaniu na wampira dostawał dreszczy podniecenia.

- Hej, Bobby, co masz? – zapytał zaraz po wejściu do biura szefa. W tym właśnie momencie doznał uczucia deja vu. Castiel siedział na tym samym krześle, co w czasie pierwszego spotkania, Bobby był zawalony papierami, a Dean znowu był w szoku, gdy zdał sobie sprawę, że w biurze jest ktoś jeszcze.

- Raczej czego nie mam – odparł Bobby. – A dokładniej kogo.

- Co się dzieje? – spytał, siadając na krześle obok Castiela. Spojrzał na niego, by dowiedzieć się czegoś z mimiki twarzy partnera, ale okazało się to być bezcelowym działaniem. – Ktoś umarł?

- Prawdopodobnie.

Dean miał zadać kolejne pytanie, ale Castiel podał mu teczkę z aktami. Nie były to jednak akta sprawy, tylko osobowe. Nim je otworzył, przez głowę Deana w ciągu sekundy przeszło kilka możliwości, do kogo może ona należeć. Mogły być Castiela, co tłumaczyłoby jego obecność w biurze. Czy Bobby mógł odkryć, że anioł znalazł się tutaj dzięki kolegom z góry? Akta mogły też należeć do Sama. Albo gorzej, do jego samego. Odetchnął z ulgą, gdy po otworzeniu zobaczył nazwisko Gordona. Po chwili jednak ulga ustąpiła miejsca zdziwieniu. Po co Bobby miałby im dawać akta Gordona? I co miał na myśli mówiąc, że prawdopodobnie ktoś umarł? Ofiarą był Gordon, czy może to on kogoś zamordował.

- Co z Gordonem? – spytał, przeglądając akta. Gordon był dupkiem, ale znał się na swoim fachu, rozwiązał wiele spraw, głównie samemu. Bobby nigdy nie przydzielił mu stałego partnera.

- Nie wrócił z urlopu – odparł Bobby. – Od dwóch dni nie ma z nim kontaktu.

- Myślisz, że coś mu się stało?

- Bobby zaproponował, byśmy go poszukali – odpowiedział za szefa Castiel. – Uważam, że to dobry pomysł.

- Serio? – zdziwił się. Castiel nie spieszył się do rozwiązywania śledztw. Robił to, bo musiał, w przeciwieństwie do Deana.

- Lepsze to niż siedzenie w biurze. – Na twarzy anioła przez ułamek sekund pojawił się grymas. Coraz częściej okazywał mimiką emocje, choć dalej podstawową ekspresją była pokerowa twarz i skupione w jednym miejscu, ale zawsze pełne czujności oczy.

- Dlaczego dajesz to nam? – spytał Bobby'ego Dean.

- Bo wszyscy inni są zajęci. Jo i Ash wyjechali, wrócą jutro albo po jutrze, Garth też niedługo wyjeżdża. Pozostali też mają ręce pełne roboty, tylko wy się byczycie, więc chociaż się do czegoś przydajcie. I weźcie ze sobą Sama.

Cały entuzjazm Deana uleciał z niego jeszcze zanim Bobby dokończył zdanie. Nie, nie zgadzał się. Nie chciał Sama do pomocy. Zniknięcie Gordona mogło mieć jakiś związek z wampirem, inaczej po co on i Castiel mieliby się tym zająć? Odkąd anioł był jego partnerem, dostali dwie sprawy do rozwiązania i obie miały coś wspólnego z paranormalnymi istotami. Ta nie mogła być wyjątkiem, co potwierdzała sama ochota Castiela, by się tym zająć.

Musiał teraz szybko myśleć, by trzymać Sama z daleka. Będzie dalej kłamał, jeśli będzie trzeba. Woli brata wkurzonego, ale żywego, niż martwego.

- Zajmiemy się tym – obiecał, choć przez chwilę się zawahał. Mógł przecież odmówić, powiedzieć, że ktoś inny może się tym zająć, a oni wezmą w zamian jakąś inną, mniej niebezpieczną sprawę. Ale nie zrobił tego, bo egoistyczna część jego umysłu aż się paliła na myśl o zabiciu wampira. Przypuszczał, że to była ta część, za którą od samego początku odpowiedzialny był cały entuzjazm do tej roboty z nadnaturalnymi stworzeniami. Musiał mieć to we krwi, bo inaczej nie mógł wytłumaczyć tego, czemu przeszedł nad tym wszystkim do porządku dziennego. Poza tym oczywiście, że Castiel był bardzo wiarygodny, gdy mu o tym opowiadał, a ostatnie polowanie też było bardzo przekonywujące.

Jak tylko znaleźli się z Castielem poza biurem Bobby'ego, Dean odciągnął anioła na bok, by nikt nie mógł ich w razie czego usłyszeć, a nawet jeśli, to najwyżej uznają ich rozmowę za normalną rzecz pomiędzy kolegami.

- Myślisz, że to wampir? – zapytał partnera.

- Tak – odparł Castiel, a Dean poczuł zimny dreszcz ogarniający całe jego ciało. – Ale może to być także coś innego.

- Na przykład co?

- Pełnia już była, więc na pewno nie wilkołak, poza tym znaleźliby ciało.

- Nie pomagasz – zauważył Dean.

- Z wampirem ukrywającym się w mieście jest duże prawdopodobieństwo, że to właśnie on stoi za zniknięciem Gordona. Może to być coś innego, ale nie sądzę. Nie ma to jednak znaczenia, bo cokolwiek by to nie było, na pewno jest niebezpieczne. Tak czy inaczej, Sam znajduje się w niebezpieczeństwie.

Dean nie zdziwił się, że Castiel zorientował się, co jest grane. Gadał o bezpieczeństwie Sama tak często, że anioł już to podchwycił.

- Jesteś pewien, że nie ma żadnych stworzeń, które mogłyby być niegroźne? – spytał z nadzieją. – Jackalope'y albo coś podobnego?

- Zdziwiłbyś się, jak groźne potrafią być Jackalope'y – powiedział z powagą Castiel. – Lepiej chodźmy już i zajmijmy się tą sprawą.

Dean przytaknął niemrawo i ruszył za Castielem. W windzie wysłał do Sama wiadomość, by spotkał się z nimi przy Impali.

Castiel musiał jeszcze wrócić do biura, by zabrać stamtąd odznakę. Dean chciał wykorzystał cenne sekundy, by utworzyć jakiś plan awaryjny na wypadek spotkania wampira, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Poza paniką, miał tam kompletną pustkę.

- Jesteś pewny, że to wampir? – zapytał jeszcze raz.

- Będę pewny, gdy znajdę jakiś ślad – odparł. – Ale nie podejrzewam nic innego.

Dean był nieco otępiały, gdy szli do Impali, przy której czekał już Sam. Był uradowany, choć nie było się z czego cieszyć.

- Może w końcu rozwiążemy razem jakąś porządną sprawę – powiedział Sam podczas wsiadania do samochodu.

Dean przytaknął z uśmiechem, choć w środku czuł coraz większą panikę, która ogarniała każdy centymetr jego ciała. Zauważył, że drżą mu palce, gdy odpalał silnik. Błagał, by Gordon po prostu się spił i dlatego nie mógł wrócić do pracy. Cokolwiek, byle tylko nie wampir.

Pojechali do mieszkania Gordona. Poprzez całą drogę Dean czuł na sobie spojrzenie Castiela, który z tylnego siedzenia obserwował każdy, nawet najmniejszy ruch, podczas gdy Sam paplał bez końca z podekscytowania. Nie lubił Gordona tak jak Dean, obaj się wręcz nienawidzili, ale chciał go odnaleźć, zarówno dla korzyści zawodowych, jak i z samego faktu posiadania empatii i troski o drugiego człowieka.

Deana mało obchodził Gordon w tej chwili. Chciał tylko, żeby nie okazał się trupem pozbawionym krwi.

Nie mieli klucza do mieszkania, a nie chcieli wyważać drzwi, Dean musiał więc otworzyć je wytrychem. Gdy mu się udało i uchylił je, nie poczuł smrodu rozkładu, więc istniała duża szansa, że Gordon jeszcze żył, pod warunkiem, że wampir nie zamordował go gdzieś indziej.

- Czego szukamy? – spytał Sam, zamykając za nimi drzwi.

Castiel nie czekał na odpowiedź tylko od razu wszedł głębiej do mieszkania i po chwili zniknął im z oczu.

- Czegoś podejrzanego – odpowiedział Dean i poszedł za partnerem, mając nadzieje, że Sam rozejrzy się gdzieś indziej.

Dom Gordona był niezwykle uporządkowany, wszystko było na swoim miejscu, a zwłaszcza kolekcja broni palnej powieszona na ścianie. Dean nie od dziś wiedział, że znajomy z pracy ma hopla na jej punkcie i często przechwalał się swoimi nowymi zdobyczami do kolekcji, na którą wydawał krocie każdego roku. Gdyby nie to, że FBI miało zasady co do broni, Gordon pewnie przychodziłby z pistoletami maszynowymi albo jeszcze czymś większym.

Znalazł Castiela w sypialni. Stał na środku pokoju i nie ruszał się, miał zamknięte oczy, a gdy je otworzył, widać w nich było ogromne zaskoczenie.

- Co? – zapytał Dean. – Masz coś?

- Ślad wampira – odparł cicho, niemal szeptem. Dean poczuł, jak zaciska mu się gardło. Cała jego nadzieja na to, że to jednak nie wampir, właśnie przepadła. Czy zmysł anioła mógł się mylić? – Coś jest jednak nie tak.

- To znaczy? – Serce zaczęło mu bić mocniej. Może to wampir wegetarianin, nie żywi się ludźmi i nie ma nic wspólnego z wampirem, który zabił Anitę.

- Ślad jest bardzo wyraźny – wyjaśnił Castiel. Nadal wyglądał na zdumionego tym faktem. – Gdybym był w stanie go zobaczyć, miałby pewnie bardzo jaskrawy kolor. Jest jak linia, po której można iść do celu.

- Mówiłeś, że nie możesz tak znaleźć wampira – przypomniał mu Dean. Odwrócił się na chwilę i zobaczył Sama, który w drugim pokoju szperał w rzeczach Gordona.

- Coś się zmieniło. Im silniejsze emocje, tym wyraźniejszy ślad. Coś się tu musiało stać albo wampir był tu niedawno. Być może jedno i drugie. Gdybyśmy przyszli godzinę lub dwie później, ślad byłby za słaby.

- Ale teraz jest silny.

Castiel, oglądający do tej pory sypialnie, odwrócił się gwałtownie w stronę Deana i w dwóch krokach znalazł się tuż przed nim patrząc mu głęboko w oczy. Dean poczuł się nieswojo.

- Cas, trochę dystansu – poprosił, ale anioł nie cofnął się, a nogi Deana odmówiły posłuszeństwa.

- Mogę go wytropić – powiedział. – To może być nasza jedyna szansa.

Castiel był tak blisko, że Dean czuł na twarzy jego oddech, a od oczu nie mógł oderwać wzroku. Nie potrafił wymówić ani jednego słowa, był jak zahipnotyzowany, a Castiel bez wątpienia czekał na jego decyzję, której nie potrafił podjęć, gdy stali tak blisko siebie.

- Ej, znaleźliście coś?

Dean odzyskał kontrolę nad swoim ciałem, gdy usłyszał za sobą głos Sama. Ostatni raz spojrzał w oczy Castiela, nim odwrócił się w stronę brata, który stał w progu, przyglądając im się ze zdziwieniem.

- Nic – odparł Dean i odkaszlnął, robiąc krok w tył, by odsunąć się od partnera na bardziej neutralną odległość. – A ty?

To była taka kompromitująca sytuacja. Przez te kilka sekund nie potrafił myśleć o niczym, tylko o tym, co miał przed oczami. Na nieszczęście okazał się to być Castiel. Nie wiedział, czy to dobrze, że Sam się pojawił i zadał im pytanie, czy nie.

- Przejrzałem jego kalendarz, nie miał nic zaplanowane, a na sekretarce nie ma nagranych żadnych wiadomości. Komputer też nie pomógł.

Dean chciał się zapytać, kiedy zdążył zrobić to wszystko, ale podejrzewał, że nie spodoba mu się odpowiedź, więc nic nie powiedział. Nie chciał dowiedzieć się od Sama, jak długo stał tu z Castielem nic nie robiąc.

- To gdzie teraz?

Sam w ogóle nie wyczuwał niezręczności Deana, który miał teraz wielką ochotę wyjść na powietrze i ochłonąć, najlepiej jak najdalej od Castiela, ale wciąż mieli robotę do zrobienia.

- Sprawdźmy jeszcze raz wszystko – zdecydował. Zrobił to, by mieć jeszcze trochę czasu na rozmowę z aniołem. Wciąż mu nie odpowiedział, co mają zrobić.

- Dobra. – Sam wyszedł, a Dean i Castiel znowu zostali sami.

- Musimy się spieszyć, Dean – przypomniał mu anioł.

- Myślę – syknął w jego stronę. – Gordon na pewno już nie żyje, ale gdzie jest ciało?

- Jest duża szansa, że jeszcze nie zginął, wampir mógł go porwać, by przez jakiś czas czerpać z niego krew.

- Możemy go jeszcze uratować – uświadomił sobie Dean. Czy mu się to podobało, czy nie, jeśli była tak możliwość, musieli pójść za śladem i znaleźć wampira i być może żywego Gordona. – Dobra, idziemy.

- Co z Samem? – spytał Castiel.

Sam. Całkiem zapomniał, że wciąż mają ze sobą Sama. Jak mają razem z nim wkroczyć do kryjówki wampira? Co jeśli Gordon jednak nie żyje i Sam dołączy do niego jako dystrybutor krwi zaraz po przekroczenia progu? Ale nie mogli nie spróbować, gryzłoby go sumienie do końca życia.

Mógłby spróbować odesłać brata, ale jakiej wymówki użyć, by zadziałała? Bilingi i wsparcie mogli załatwić przez telefon, a nic innego nie było im w tej chwili potrzebne. Sam mógłby przeszukać biurko Gordona, ale jakby wyjaśnił nieobecność swoją i Castiela?

- Muszę pomyśleć – zdecydował, choć czuł już, że nic nie wymyśli. – Najlepiej myśli mi się w Impali.

- Nie możemy tracić czasu.

- Więc będziemy się kierować tropem, a w międzyczasie coś wymyślę – powiedział i szybko wyszedł z sypialni. – Sam! Zwijamy się!

- Coś nie tak?

- Muszę pomyśleć – odparł zgodnie z prawdą. – Pojeździmy po mieście i wykombinujemy, co dalej.

Wyszli z mieszkania i wsiedli do samochodu. Sam był zaskoczony, gdy Castiel usiadł z przodu, a Dean nie powiedział nic na ten temat.

Castiel usiadł jednak na siedzeniu pasażera nie po to, by dogryź Samowi. Dean potrzebował jego pomocy w nawigacji, musiał wiedzieć, w którym kierunku jechać, by znaleźć wampira. Nie mógłby tego robić, gdyby siedział z tyłu.

Ich jazda nie miała najmniejszego sensu. Castiel kierował Deana w dziwny sposób, czasami każąc mu nawet zataczać koła. Im dłużej to jednak trwało, tym spokojniejszy był Dean, bo miał więcej czasu, by wymyślić sposób na pozbycie się Sama. Był tak zdesperowany, że rozważał nawet kłótnie z bratem, byle go tylko zniechęcić. Miał już nawet pomysł, jak to zrobić, ale ostatecznie go nie zrealizował, bo Castiel kazał mu się zatrzymać daleko od centrum miasta, tuż przed wjazdem na budowę, na której nie było jednak żywej duszy, a znak przy bramie wskazywał, że została przerwana z braku środków.

- Dean, co my tu robimy? – zapytał Sam.

Dean spojrzał na Castiela szukając u niego pomocy, ale jego wzrok mówił wszystko. Nie zamierzał brać w tym udziału i Dean musiał sam sobie z tym poradzić. On to zaczął i on to skończy.

- Musimy coś sprawdzić w sprawie zamordowanej nastolatki – odpowiedział bratu z uśmiechem, ale doskonale wiedział, że to wcale nie było przekonujące.

- Tutaj? – zdziwił się Sam. – Co nastolatka robiłaby na budowie?

Nie miał na to odpowiedzi, musiał więc improwizować.

- Po prostu zostań w wozie, a my z Castielem się rozejrzymy – powiedział i otworzył drzwi. Podszedł do bramy, która była zamknięta na łańcuch. Musieli się wspiąć.

Dotykał już siatki, gdy usłyszał za sobą zatrzaskiwane drzwi. Raz i dwa. Sam też wysiadł.

- Nie zamierzam siedzieć zamknięty w wozie – uparł się.

Dean miał wrażenie, że zaraz wpadnie w jeszcze większą panikę.

- Sam, proszę cię, zostań w wozie.

Błagał, ale nie miał innego wyjścia. Wciąż miał nadzieję, że da się to jakoś rozwiązać.

- Co się z tobą dzieje? – zapytał. – Zachowujesz się dziwnie od czasu sprawy na Florydzie.

Po raz kolejny Dean znalazł się w kropce. Nie mógł unikać więcej prawdy, musiał powiedzieć Samowi wszystko, ale czy mu uwierzy? Prędzej wyśle go do wariatkowo, chyba że Castiel pokaże swoje moce.

- Sam...

Przerwał mu dźwięk potrząsanej siatki. Obaj z Samem spojrzeli w jej kierunku i zobaczyli, jak Castiel zwinnie przeskakuje na drugą stronę. Chociaż na samej górze siatki znajdowały się pozostałości drutu kolczastego, anioł nawet nie zahaczył o nie płaszczem, który właśnie wygładzał.

- Idziecie? – zapytał, patrząc na nich w zniecierpliwieniu.

Dean miał ochotę go zabić. Castiel dosłownie zaprosił Sama do wspólnego wypadu i nic już nie mogło go powstrzymać. Jeśli tak chciał się bawić, proszę bardzo, ale jeśli Samowi stanie się krzywda, to będzie jego wina.

Sam zaczął się wspinać i po chwili stał już obok Castiela po drugiej stronie.

- Dalej, Dean – popędzał go.

Niechętnie Dean dołączył do partnera i brata. Niefortunnie złapał się jednak w złym miejscu i naciął wewnętrzna stronę lewej dłoni. Jak na małą ranę, krew leciała bardzo szybko, co zapewne było winą przyspieszonego tętna wywołanego strachem o życie brata. Miał nadzieję, że Castiel będzie go pilnował.

- W porządku? – spytał Sam, widząc jego ranę.

- Tak.

- Lepiej to później opatrz, bo może się wdać zakażenie.

Nie potrzebował nic opatrywać, miał prywatny szpital na dwóch nogach, który stał tuż obok.

Sam dalej nie rozumiał, co tu w ogóle robią, ale podążał za nimi, nie oddalając się. Dean był mu za to wdzięczny, chciał mieć oko na brata przez cały czas ich pobytu na budowie.

Wokoło nie było żadnych maszyn, wszystko zostało zabrane, zostały tylko niektóre materiały, ale największą uwagę przyciągał niedokończony budynek stojący na samym środku placu. Miał kilka pięter, ale żadnego wykończonego dachu, drzwi czy okien, jego budowę praktycznie przerwano w połowie.

Weszli do środka kolosa, gdzie również znajdowały się pozostałości po budowie. Wszystko zdążył przykryć kurz i piach, który naniósł do środka wiatr.

- Czy ktoś mi może w końcu powiedzieć, co tu robimy? – zapytał Sam. Wyglądał na bardzo zniecierpliwionego, ale i zaniepokojonego. Dean wiedział, że martwi się o niego, bo nigdy nie widział go zachowującego się w taki sposób.

- Mówiłem, to dotyczy tej zamordowanej nastolatki – nie kłamał, ale nie czuł się z tego powodu lepiej.

- Jak chcesz. – Sam wzruszył ramionami i ruszył w stronę schodów. – Rozdzielmy się, szybciej nam pójdzie. Cokolwiek robimy.

Sam nie wierzył, że ma to jakiś związek ze sprawą, Dean widział to w jego oczach, gdy spojrzeli na siebie. Nie sądził, że jest tu coś wartego uwagi.

Dean patrzył bezradnie, jak brat znika mu z oczu, wchodząc na kolejne piętro budynku. Najgorsze w tym obrazku było dla Deana to, że Sam był nieuzbrojony. Nie zobaczył broni u niego i Castiela, więc uznał, że nic im nie zagraża.

- Cas, gdzie jest ten wampir? – zapytał szybko anioła.

- Nie wiem – odparł. – Wiem, że tu jest, albo był, ale nie wiem gdzie.

- Świetnie, po prostu świetnie.

Co miał teraz zrobić? Przecież nie mógł pójść za Samem, mieli się rozdzielić. Powinien był mu powiedzieć wszystko wcześniej, kiedy jeszcze miał na to szansę.

- Rozejrzę się na zewnątrz i upewnię, że wampir nie próbuje uciec – oznajmił Castiel. - Masz

- Co to jest? – spytał, biorąc do ręki przedmiot, który podał mu partner. Wyglądał jak sztylet, ale miał dziwną rękojeść i był cały srebrny. Nigdy nie widział tej broni u Castiela.

- Anielskie ostrze – odparł. – Zabija prawie wszystko, również wampira.

To tłumaczyło, czemu nigdy nie widział u Castiela pistoletu.

- A co z tobą? – spytał.

- Mam to. – Anioł uniósł do góry rękę.

- Promienie śmierci, no tak.

Castiel wyszedł na zewnątrz budynku, ale Dean zaczął sprawdzać parter, drugi raz tego dnia mając wrażenie deja vu. Przypomniał mu się dzień, kiedy razem z Bennym szukali przestępcy.

Teraz szukał Gordona, ale miał się też na baczności na wypadek ataku wampira. Serce waliło mu tak mocno, że pewnie był teraz dla niego niezłą przynętą. Nie zdziwiłby się, gdyby to jego zaatakował, a nie Castiela czy Sama.

Dean wychylił się zza rogu i zerknął do środka następnego pomieszczenia, gdy nagle usłyszał odgłos wystrzału, jego echo i kolejne dwa strzały. Serce zamarło mu w przerażeniu, gdy w ciągu krótkiej chwili jego umysł zdał sobie sprawę, że tylko jedna osoba mogła teraz skorzystać z broni.

- Sammy – szepnął i spanikowany pobiegł w kierunku schodów, którymi dostał się na pierwsze piętro. – Sam!

Nie mógł tego wiedzieć, ale Sam był już dawno na czwartym piętrze, nie szukając niczego konkretnego. Chciał wykorzystać chwile samotności by zastanowić się, co dziwnego dzieje się z Deanem. Odkąd zaczął pracować z Castielem, w ogóle go nie poznawał. Zaczynał się poważnie martwić o brata.

- Sam – usłyszał nagle za sobą. Głos był ochrypły, nie rozpoznawał go, ale gdy się odwrócił, wiedział już do kogo należy.

- Gordon? – zapytał zdziwiony. – Co ty tu robisz?

Gordon nie odpowiedział tylko wpatrywał się w niego ze swojego miejsca. Swoim ciałem zasłaniaj jedyne wyjście z pokoju, w którym obaj się znaleźli.

- Gordon? – powtórzył zaniepokojony Sam. – Hej, nic ci nie jest? Szukaliśmy cię.

Drugi agent zrobił krok w jego stronę, a Sam, czując nagły strach, cofnął się pod samą ścianę, kładąc dłoń na kaburze z pistoletem, którą miał przy biodrze.

Gordon dalej milczał i powoli zbliżał się w jego kierunku. W końcu był tak blisko, że Sam był w stanie zobaczyć jego oczy. Były czarne, źrenica rozszerzyła się tak bardzo, że nie było widać koloru tęczówki. Znał to spojrzenie, Gordon był głodny.

- Jeszcze jeden krok i strzelę – zagroził, wyciągając broń i mierząc nią do mężczyzny. – Gordon?

Nie usłuchał, dlatego Sam bez zawahania strzelił. Tylko w nogę, by go unieruchomić, ale Gordon tylko jęknął, nic sobie z tego nie robiąc i szedł dalej.

Sam czuł narastający strach. Wystrzelił kolejne dwa razy, tym razem celując w pierś. Jedna kula trafiła bez wątpienia w płuco, a druga w serce, ale nic to nie dało. Sam nie potrafił tego wyjaśnić, żaden narkotyk nie wywołałby takiej niewrażliwości na ból.

Strzały rozwścieczyły Gordona. Odsłonił zęby jak jakiś dziki zwierz i rzucił się do przodu, wytracając przerażonemu Samowi broń z ręki.

- Gordon, przestań! – krzyknął próbując odrzucić od siebie mężczyznę. Gordon jednak był zbyt silny. – Gordon, to ja! Nie poznajesz?!

Chciał mu przemówić do rozsądku, ale tak jak strzały, nie dawało to żadnego rezultatu. Gordon trzymał go mocno, wbijając palce w ciało z siłą imadła. Sam mógł tylko patrzeć i modlić się, by Dean i Castiel usłyszeli strzały. Nikt jednak nie nadchodził, nie słyszał kroków.

- Gordon, przestań! – powtórzył spanikowany. Przeraził się jeszcze bardziej, gdy mężczyźnie wyrosły kolejne zęby. Długie i spiczaste. Pojawiły się nagle, jakby wysuwając się z dziąseł. Sam czuł narastającą panikę. Nie miał pojęcia co się stało z Gordonem i czy to coś w ogóle nim jest. Oddech mu przyspieszył, zaczął się dusić. Zastrzyk adrenaliny pozwolił mu dalej się opierać, ale to nie mogło na długo wystarczyć. Gordon przybliżał swoją twarz coraz bardziej, nie patrzył mu jednak w oczy, jego wzrok skierowany był na szyję.

Spanikowany Sam rozejrzał się w poszukiwaniu jakiejś broni, której mógłby użyć. Na stercie worków z piaskiem, zaraz na wyciągniecie ręki, leżał drut kolczasty.

Wciąż miał wolne ręce, dlatego chwycił go szybko i owinął wokół gardła Gordona. Liczył na cokolwiek, na to że Gordon się udusi, wykrwawi lub po prostu odpadnie mu łeb. Wszystko byle tylko uratowało mu to życie.

Gordon wyraźnie nie spodziewał się takiego oporu, ale nie zaprzestał swoich prób zbliżenia się do gardła Sama, który z całej siły ciągnął za oba końce drutu powoli zaciskającego się coraz bardziej wokół szyi Gordona. Drut wżynał mu się w ręce, ale nie czuł bólu, nie czuł już nawet strachu tylko czystą determinację i wolę życia.

Z ust Gordona zaczęła wypływać krew, mimo to wciąż walczył, podobnie jak Sam, który czuł, jak drut przecina szyję drugiego mężczyzny niczym masło. Nie był już go w stanie zobaczyć, tak głęboko wszedł. Adrenalina wciąż działa i dodała mu jeszcze więcej siły. Pociągnął jeszcze mocniej, drut zupełnie jakby przecinał powietrze przedarł się pomiędzy dwoma kręgami szyjnymi i wyszedł z drugiej strony, rozcinając kolejne mięśnie oraz skórę.

Sam nie czuł już oporu, gdy głowa Gordona potoczyła się po podłodze, zostawiając za sobą krwawy ślad. Ciężko dysząc, wpatrywał się w nią i ciało, które leżało teraz u jego stóp. Musiało minąć kilka chwil, nim poziom adrenaliny opadł i powrócił strach oraz świadomość tego, co właśnie zrobił.

Wydając z siebie trudny do nazwania dźwięk, Sam osunął się po ścianie na podłogę i czołgając się na plecach, odsunął się jak najdalej od ciała. Jego oddech był nierówny, szybko nabierał i wypuszczał powietrze, znowu się dusił.

- Sam! – usłyszał krzyk Deana. To go trochę uspokoiło. Dean tu był. Dean go ochroni, tak jak zawsze to robi.

Już po chwili Dean znalazł się w pomieszczeniu, ale Sam nie mógł oderwać oczu od głowy Gordona. Nawet gdyby mógł odwrócić wzrok, był pewny, że nadal widziałby te ogromne zęby i głód w oczach byłego współpracownika.

Dean od razu zauważył brata siedzącego pod ścianą i szybko do niego podbiegł, upuszczając broń Castiela na podłogę.

- Sammy, jesteś cały? – zapytał. Chwycił twarz brata w dłonie, by skupić na sobie jego uwagę. Podziałało. Sam spojrzał na niego, ale zrobił to takimi przerażonymi oczami, że Deanowi zrobiło się niedobrze.

- W porządku? – powtórzył pytanie, nie doczekawszy się poprzednio odpowiedzi.

Sam pokręcił głową, wpatrując się w swoje zakrwawione dłonie, które drżały jak w febrze.

- Dean... Co to było? – zapytał. – To nie był Gordon, miał wielkie zęby i chciał mnie ugryźć.

Dean w końcu zauważył ciało Gordona i jego głowę leżącą kilka kroków dalej. Tuż obok leżał też drut kolczasty, którego jeden koniec znajdował się nad kolanach Sama, cały w jego krwi.

- Kurwa. Sammy, twoje ręce – powiedział Dean. Zdjął z siebie marynarkę i przycisnął ją do ran na rękach, by powstrzymać krwawienie.

- Odciąłem mu głowę – wymamrotał Sam. – Dean, odciąłem mu głowę!

- Spokojnie, Sam – szeptał do brata Dean. Sam był w szoku, musieli go stąd zabrać jak najszybciej, ale najpierw trzeba go było uleczyć. – Cas! Przydałaby się mała pomoc! – krzyknął i już po chwili w pokoju pojawił się anioł. Gdzie był wcześniej, kiedy rozległy się strzały, było zagadką.

- Pozwól. – Castiel przyklęknął przy Samie i dotknął jego poprzecinanych dłoni. Drut wbił się naprawdę głęboko, zatrzymał się dopiero na kościach. Dean patrzył w zdumieniu, jak rany znikają, nie pozostawiając po sobie nawet blizn. Zupełnie jakby nigdy ich tam nie było.

Sam również przypatrywał się całemu procesowi i gdy zobaczył swoje dłonie, które były zupełnie jak nowe, spojrzał zaskoczony na Castiela.

- Jak ty to...?

- Wyjaśnimy ci wszystko po drodze – odparł Dean i złapał brata pod ramię, pomagając mu wstać. – Cas, posprzątasz to?

Musieli jakoś pozbyć się ciała Gordona, nim ktoś je znajdzie. Najważniejsze jednak było pozbycie się stąd DNA Sama, który zostawił po sobie niewielką kałużę krwi.

- Oczywiście – przytaknął Castiel.

Dean wyszedł razem z Samem na świeże powietrze i pozwoli zbliżał się z nią do bramy, która o dziwo była otwarta. Castiel musiał ją otworzyć, gdy rozglądał się na około budynku.

Posadził brata na miejscu pasażera obok kierowcy. Chciał go mieć blisko, tak na wszelki wypadek. Castiel go uleczył, ale Sam nadal był roztrzęsiony. Miał wielkie szczęście, że znalazł pod ręką drut kolczasty i owinął go akurat wokół szyi. I że ciągnął tak mocno, że odciął Gordonowi głowę. Gdyby nie to, zapewne już by nie żył, Dean nie miał pojęcia, czy zdążyłby na czas.

Był wściekły, że Castiel nie pojawił się wcześniej. Ze swoją teleportacją powinien się znaleźć przy Samie w sekundę. Nie miał mu jednak za złe, bardziej obwiniał samego siebie. Gdyby wcześniej powiedział o wszystkim Samowi, nic takiego by się nie wydarzyło. Co wcale nie znaczyło, że nie zamierzał rozmówić się później z aniołem, gdy będą sami. Teraz miał jednak ważniejsze sprawy na głowie, musiał uspokoić brata.

Sam albo nadal był zbyt przerażony, by zadawać pytania albo pomimo poprzednich kłamstw nadal ufał Deanowi i wierzył, że rzeczywiście wszystko wyjaśni później. Siedział więc spokojnie w samochodzie, patrząc się przed siebie, a Dean stał obok, trzymając dłoń na jego ramieniu, by zapewnić go, że wciąż tu jest.

Castiel dołączył do nich po kilku minutach. Dean usiadł za kierownicą i pojechał do mieszkania swojego i Sama.

- Uprzątnąłeś wszystko? – spytał Castiela.

- Tak – odparł.

- Jak mamy wyjaśnić Gordona bez głowy? I te wielkie zęby? – Wdział je tylko przez chwilę, ale dobrze je zapamiętał.

- Proponuję anonimowy telefon. Ukryłem jego zęby, pozbyłem się też krwi Sama i śladów naszych butów. Będę później musiał zniszczyć także ślady samochodu.

Deanowi podobał się ten pomysł. Zerknął na brata, by zobaczyć jego reakcję, ale Sam dalej patrzył przed siebie i nie zwracał na nic uwagi. Odciął się od wszystkiego, by jakoś się uspokoić.

- Dlaczego nie powiedziałeś mi, że to Gordon jest wampirem?

- Nie wiedziałem – przyznał szczerze Castiel. – Nie potrafię rozpoznać konkretnego wampira po śladzie, jaki zostawia. Myślałem, że to co znalazłem u Gordona należało do wampira, którego ścigamy. Musiał natknąć się na Gordona w czasie jego urlopu i go przemienić.

- Po co?

- Prawdopodobnie szuka sobie pobratymców.

- Świetnie, więcej tego cholerstwa – westchnął Dean i zamilkł na resztę drogi, co jakiś czas patrząc z troską na Sama.