10.

– Przecież to tylko niezobowiązująca kolacja!

– Czyli nie jestem zobowiązana do przyjścia?

– Rini, nie przeginaj. Nie każę ci za niego wychodzić, tylko spotkać się, porozmawiać…

– A potem za niego wyjść?

Leandrze opadły ramiona.

– Mam wrażenie, że gdybym kazała ci wziąć ślub z hurlokiem, byłoby mniej oporów z twojej strony niż w przypadku syna seneszala.

– O, i nareszcie się zgadzamy – Therina wstała z fotela i podeszła do biurka. Miała nadzieję, że w ten sposób dostatecznie zamanifestowała chęć ucięcia konwersacji.

– Zrozum, to dla twojego dobra – matka nie dawała za wygraną. – Jeśli wyjdziesz za któregoś ze szlachciców, będziesz miała zapewniony byt po mojej śmierci, bez konieczności łapania morderców, odbijania zakładników, życia w ciągłym niebezpieczeństwie!

– A może ja właśnie do tego zostałam stworzona? Może nie potrafię robić nic innego? – dziewczyna odwróciła się do swej rozmówczyni i zaczęła nerwowo gestykulować. – Naprawdę sądzisz, że odnalazłabym się w roli perfekcyjnej pani domu? Potulnej żony, o nienagannej prezencji na bankietach i idealnie wyprofilowanym pod sąsiadów uśmiechu? Miałabym całe dnie siedzieć, wysłuchiwać bzdurnych plotek o tym, kto ma nową fryzurę, kto spojrzał na kogo w znaczący sposób albo komu okociły się kanarki? Miałabym zależeć od jakiegoś bubka, być mu podległa, bo zawartość sakiewki byłaby u niego kilkakrotnie większa od rozmiaru mózgu?

– Byłabyś bezpieczna!

Theri złapała za ceramiczny wazon, ale nie zdążyła już zaprezentować swój performans; w korytarzu rozległo się szczekanie, a chwilę później do sypialni zapukał Bodahn.

– Najuprzejmiej przepraszam, ale właśnie przyszedł list do panny Theriny – krasnolud ukłonił się lekko w futrynie i wyciągnął w stronę dziewczyny biały zwitek papieru.

– No właśnie, panny – prychnęła Leandra, gdy służący już się oddalił. – Co tym razem? Atak ożywienców? Bunt maleficarów? Promocja na piwo w Wisielcu?

Theri rozwinęła kartkę i ze zdziwieniem wpatrywała się w nabazgraną wiadomość. Wreszcie opanowała zainicjowany przez jej twarz uśmiech i rzuciła krótko:

– Muszę wyjść.

– Oczywiście, jakże inaczej. Pewnie czekają już na ciebie twoi przyjaciele: piratka-nimfomanka, ogolony krasnolud, dziecinna Dalijka, wytatuowany lyrium elf…

Dziewczyna złapała sztylet i wsadziła go za pasek przy udzie; chwilę potem zasznurowała trzewiki o wysokich cholewach i zaczęła schodzić ku wyjściu. Zmieniłaby swój, trochę zbyt odważny strój, ale nie miała ochoty dłużej wysłuchiwać niezadowolonego monologu matki.

Minęła w korytarzu smutnego Jaspera, dużego, długowłosego psa, o kruczoczarnej sierści. Podrapała go po grzbiecie i zapewniła, że następnym razem weźmie ze sobą. Theri miała do niego słabość, jak zresztą do każdego psa. Podczas ucieczki z Lothering zginął przez pomioty jej mabari, Taran. Był dobrym przyjacielem i obrońcą, więc bardzo mocno odczuła jego stratę. Gdy rok temu, wracając z Doków, zauważyła dzieciaki znęcające się nad walczącą ostatkiem sił, wybiedzoną psiną wiedziała, że nie skończy się na rozgonieniu gówniarzy. Wzięła czarnego czworonoga ze sobą i tym samym zyskała sobie nowego wiernego towarzysza.

Zbliżał się wieczór, barwa nieba przybrała odcień fioletu. Hawke zaczęła wspinać się po łagodnych schodkach, prowadzących na brukowany plac. Jakaś wyrafinowana szlachecka para obejrzała się na nią z wyższością doprawioną zażenowaniem. Theri niewiele robiła sobie z obowiązującej aktualnie mody. Kobiety nosiły toczki, długie, mocno marszczone suknie, najczęściej z błyszczącej satyny połączonej z miękkim welurem w kontrastujących ze sobą kolorach. Hawke miała na sobie dokładne przeciwieństwo szlacheckiego stroju: sukienkę, o krótkich rękawkach i zgniłozielonej barwie, która z przodu kończyła się przed kolanami, z tyłu zaś sięgała nieco dalej. W talii przepasana była szerokim, ciemnobrązowym skórzanym paskiem, o ładnych esowatych żłobieniach, a góra, łącznie ze stójką, wycięta została w typowo elfickim stylu. Dla szlachty Therina była chodzącą modową wpadką, choć mężczyźni nieraz wznosili się ponad kwestie stylu i obracali za nią z niezdrowym zainteresowaniem.

Szła zwykłym dla siebie, szybkim krokiem, wiążąc naprędce włosy za pomocą czerwonej tasiemki. Za rogiem ulicy wyciągnęła zwitek papieru i ponownie, jakby dla pewności odczytała nieco krzywe, niepewne jeszcze pismo: Otwieram wino. Przyjdź, jeśli chcesz. Fenris.

Elf wyraźnie ucieszył się na jej widok. Ewidentnie też otworzył wino nieco wcześniej, niż sugerowałaby wysłana przez niego notatka. Był rozluźniony, nawet uśmiechnięty, gdy stawiał przed nią kieliszek. Mimo to, przy polewaniu alkoholu, jego ręka ani na moment nie zadrżała.

– Twój pierwszy list?

Kiwnął głową.

– Jestem dumna – powiedziała szczerze. – Teraz musisz tylko ćwiczyć nabyte umiejętności. Koniecznie przyjdź do mnie, jak skończysz czytać Shartana, wybierzesz sobie coś nowego.

– W zasadzie już skończyłem – powiedział elf. – Ostatnio nie miałem za wiele zleceń.

– Naprawdę? – Theri była zaskoczona. Wiedziała, że Fenris był zdeterminowany i uparty przy nauce czytania. Jednak bez pomocy Hawke nie radził sobie z cięższymi fragmentami i ze złością porzucał to zajęcie. – I jak, co sądzisz?

– Nieco zbyt indoktrynacyjnie i pompatycznie napisana. Ale same wspomnienia jego niewolniczego życia były… hmm, powiedzmy, że potrafiłem się z nim utożsamić – elf chciał pociągnąć łyk z butelki, ale oprzytomniwszy, sięgnął po drugi kieliszek i nalał do niego rubinowego płynu. „Stara się o maniery przy mnie! Niebywałe!" – pomyślała dziewczyna.

– Oddać ci ją teraz, czy jak przyjdę po kolejną? – Fenris usiadł w fotelu naprzeciw i bacznie przyjrzał się swojemu gościowi. Dopiero teraz zauważył, że Hawke była ślicznie ubrana, choć wystające z kucyka kosmyki włosów świadczyły o typowym dla niej, spontanicznym wyszykowaniu się do wyjścia. – Do czasu wizyty mógłbym jeszcze potrenować.

– Nie oddawaj mi jej, jest twoja – Therina zarejestrowała niepewną minę elfa, więc dodała: – Będzie ci przypominać, że zrobiłeś kolejny duży krok w pozbyciu się resztek okowów.

– Dziękuję – Fenris nie patrzył na nią, ale na leżącą przy stoliku książkę. – To dobre uczczenie dzisiejszego dnia.

– A właściwie co to za okazja, co świętujemy?

– Kolejną rocznicę mojej ucieczki – elf powiedział dość lekkim tonem. Wino robiło swoje, bo za chwilę zapytał również: – Chcesz usłyszeć, jak to było?

– Jasne… jeśli masz ochotę się tym ze mną podzielić – Theri była mocno zaskoczona. Na początku ich znajomości zapytała o to, jak wyglądała jego droga od niewolnika, do mieszkańca Kirkwall, ale Fenris nie przejawiał chęci na taką rozmowę. Później jeszcze kilka razy robiła podchody, lecz wszystkie zakończyły się niepowodzeniem. Była pewna, że dziś działo się coś wyjątkowego w ich relacji, dlatego dodała przymilnie: – Lubię słuchać twojego głosu. Jest hipnotyzujący.

Spodziewała się jakiegoś ironicznego komentarza albo zażenowania w jego zachowaniu, ale nic podobnego się nie wydarzyło. Zamiast tego, Fenris odchylił się na oparcie fotela, uśmiechnął w bardzo tajemniczy sposób i z utkwionymi w Theri oczami powiedział niskim, wprawiającym w drżenie głosem:

– Niewiele przyjemności dorównuje rozmowie z piękną kobietą.

– A co z dekorowaniem ścian za pomocą wina? – poczuła, że się rumieni.

– W odpowiednim towarzystwie? To jedna z tych dorównujących – odpowiedział. Theri posłała mu równie roześmiane, co zalotne spojrzenie znad uniesionego do ust kieliszka. „Stwórco, czy my właśnie flirtowaliśmy?" – pomyślała podekscytowana.

Wtedy Fenris zaczął mówić. Choć wielokrotnie wyobrażała sobie, jak mogło wyglądać porzucenie niewoli u Danariusa, w życiu nie odgadłaby prawdy. Gdy opowiadał o tym, jaki był jego ostatni wykonany rozkaz, wzrok miał utkwiony gdzieś w dali, a jego głos na moment się załamał. To wstrząsnęło Theriną mocniej, niż sama historia. On wciąż to przeżywał, dzień po dniu wracał myślami do tej chwili i zamiast czuć dumę, szczęście, satysfakcję z powodu najważniejszej decyzji w jego dotychczasowym życiu, Fenris musiał czuć jedynie wstyd, żal i złość na samego siebie.

Elf wrócił wzrokiem do swojej rozmówczyni; spodziewał się, że będzie zaskoczona, rozzłoszczona. Nie pomylił się. W końcu opowiedział jej właśnie o tym, że potrafił zdradzić i wymordować tych, którzy otoczyli go opieką, którzy mu zaufali. Hawke musiała poczuć się oszukana. „Pewnie zacznie być niezręcznie i pod byle pretekstem wyjdzie" – pomyślał.

Ku jego zaskoczeniu, Theri wyszeptała, kręcąc przy tym głową:

– Kiedy dojdzie w końcu do tego spotkania, będziesz musiał trzymać mnie z całej siły, bym nie pozbawiła cię możliwości zemsty; z przyjemnością wyrwałabym trzewia temu całemu Danariusowi i kazała mu patrzeć, jak robię z nich kokardkę.

Fenris, mimo makabrycznego tematu, uśmiechnął się do dziewczyny. Poczuł, jakby ciężar w jego sercu zmalał, jakby otrzymał kolejną cząstkę wolności. Spojrzał na swoją rękę, dzierżącą w tej chwili kieliszek.

– Nikomu wcześniej nie mówiłem o tym wszystkim – zaczął. Było mu trudno otwierać się ze swoimi uczuciami, ale wiedział, że chce to powiedzieć. – Nie miałem potrzeby. Aż do teraz.

– Cieszę się, że zyskałam twoje zaufanie – to, co powiedział elf było chyba najmilszą rzeczą, jaką w życiu usłyszała, mimo iż nawet nie przypominało w swej formie komplementu. – Mam nadzieję, że pomyślisz o mnie, jeśli będziesz kiedyś czegoś potrzebował.

„Uch, to nie zabrzmiało właściwie" – zorientowała się po czasie. Fenris ponownie się uśmiechnął i powiedział tym swoim dziwnym, wibrującym głosem:

– Jesteś piękną kobietą, Hawke. Musisz uważać na słowa, bo ktoś w końcu wyciągnie z nich więcej, niż powinien.

– Chyba nie dosłyszałam tego pierwszego – Theri zmrużyła oczy i przybliżyła pusty kieliszek w jego kierunku. Bezzwłocznie wstał, podniósł kolejną butelkę i zaczął nalewać szkarłaty płyn. – Mógłbyś powtórzyć?

– Tego, co oczywiste, nie trzeba powtarzać – powiedział z rozbawieniem. Theri cofnęła rękę, ale jakoś opieszale, jakby jego bliskość była czymś, co chciała zatrzymać. Usiadł z powrotem w fotelu i bacznie przyglądał się jej ruchom. Zauważył, że gesty dziewczyny, jak odgarnięcie włosów czy poprawienie sukienki, miały w sobie sporo z kokieterii. Spodobało mu się to.

– Zgadzam się. Nie będę więc mówiła dwa razy o tym, że niektórzy powinni jednak wyciągać ze słów więcej, niż pozostali.

Kości zostały rzucone. Theri czuła jakąś nerwowość i ekscytację. W końcu elf w ciągu jednego wieczora dwukrotnie nazwał ją pięknością. Była jednocześnie świadoma, że tylko dzięki częściowemu znieczuleniu umysłu jest w stanie tak prowadzić tę konwersację. Sporo już wypiła.

Białowłosy elf wyglądał na zaskoczonego i nieco zdezorientowanego.

– Jesteś doskonałą partią. Szlachta nie stoi codziennie pod twoimi oknami?

Hawke zareagowała nerwowym śmiechem.

– Umówiliście się, czy co?

– O czym…

Theri jednym haustem wypiła całe wino, jakie znajdowało się w jej kieliszku. Sięgnęła po butelkę i nalała, trzęsącymi się dłońmi, kolejną porcję.

– Matka ubzdurała sobie, że idealnym zwieńczeniem mojego życia będzie małżeństwo z którymś ze szlachciurów. Wiesz… – zamachała niebezpiecznie dłonią z kieliszkiem. Płyn odbijał się od ścianek. – …według niej byłabym wtedy bezpieczna. Więc wciska mi jakąś aranżowaną kolację z synem seneszala, a ja mam na niej udawać, że bawię się wyyyśmienicie i tylko marzę, by kogucik oprowadził mnie po jakiejś tam zasrrranej kolekcji antycznych narzędzi do wyrobu stempli czy gablocie z niepowtarzalnymi kamiennymi figurkami z okresu Świętego Marszu. No błaaaagam! – upiła kolejny spory łyk wina.

– Odnosiłem wrażenie, że masz całkiem niezłe relacje ze swoją matką.

– Bo mam. Zazwyczaj. Nie chcę jej ranić, ale nie mogę też pozwolić, by wybierała za mnie drogę życia.

– Jesteś jej ostatnim dzieckiem, nic dziwnego, że chciałaby twego bezpieczeństwa. I zapewne liczy, że przedłużysz linię swojego rodu.

Przesadził, bo Theri spochmurniała. Za chwilę jednak, tak jak się spodziewał, próbowała nadrobić uśmiechem.

– Przepraszam, to było nieodpowiednie z mojej strony – rzucił szybko.

– W porządku, nic się nie stało. Ale mam nadzieję, że gdy matka zacznie ten temat, wymyślisz jakiś przekonujący argument, który uwolniłby mnie od zakusów kogucików z Górnego Miasta.

– Będę nad tym myślał, obiecuję – powiedział lekkim tonem. – Choć nie sądzę, by Leandra przejmowała się zbytnio moim zdaniem.

– No cooo ty! Ona was wszystkich lubi. Tylko kiedy jest zła z mojego powodu, zgania na was winę za moje zachowanie, ale w rzeczywistości wcale tak nie myśli! Zresztą ciągle jest pod wrażeniem twojego stonowanego zachowania przy stole. Prawie codziennie słyszę: „Nie jedz tak szybko, nikt ci tego nie zabiera! Zobacz, jak dystyngowanie jadł Fenris, a przecież jest taaaki szczupły, więc na pewno był głodny".

– Nie zmyślaj, Hawke.

– Przysięęęgam, że to prawda! – podniosła najpierw lewą, a później prawą rękę do serca. Tą z kieliszkiem.

– Twoja matka, w takim razie, byłaby niepocieszona widząc, jak dystyngowanie rozpijam cię w mojej rozpadającej się posiadłości.

Therina zaczęła się śmiać w głos. Ułożyła się bokiem do stołu, przewieszając obute w skórzane trzewiki nogi przez poręcz fotela. Przód zielonej sukienki podwinął się nieco i Fenris dostrzegł sztylet przyczepiony czarnym paskiem do jej uda. Zawsze była uzbrojona, tak samo jak i on, ale teraz, w połączeniu z tą sukienką, sztylet był już czymś więcej, niż rutynowym zabezpieczeniem. Poczuł obezwładniające fale gorąca i łomotanie serca.

– Jak już wspominaałam, opinia mamy, co do moich potrzeb, mocno rozmija się z moiimi zapatrywaniami na tę kwestię – puściła oczko w stronę Fenrisa, czując okropną satysfakcję z faktu, że wreszcie się zarumienił. Poprosiła o więcej wina. Elf miał niepewną minę.

– Bo pomyślę, że mi żałujeszsz – udała, że grozi. – Zresztą, do rozmowy wino pasuje iidealniee.

– A o czym chcesz porozmawiać?

– Być może wypada dowiedzieć się o sobie czegoś więęcej? Ja już wiem, jak uciekłeś od Danariusa. So ty byś chciał wiedzieć o mnie?

Spodziewała się, że odbije piłeczkę i zapyta o ucieczkę przed plagą. Ale nic z tego.

– Co zobaczyłaś wtedy, w tej jaskini, gdy Saarebas manipulował naszymi umysłami?

„Oho, no i się doigrałam" – pomyślała. Zabawny był fakt, że nawet pijana, była w stanie trzeźwo myśleć.

– Nie ma gry wstępnej, so? – wino było najcudowniejszą rzeczą pod słońcem. W razie czego, mogła wszystko zrzucić na działanie alkoholu. – Zobaczyłam… wspomnienie sprzed lat. Wspomnienie z życia w Lothering.

– Coś konkretnego?

– Taak… – upiła kolejny łyk. – Zobaczyłam osobę, o której praktycznie zapomniałam. To był taki młooody chłoopak, mój sąsiad, Tommir.

Fenris przysłuchiwał się z uwagą.

– Czy to było prawdziwe wspomnienie? Mam na myśli to, czy było ono dokładnie takie, jak sama je zapamiętałaś.

– Owszem, dokłaadnie takie. Niepokojąco prawdziwe, jeśli mam być szczera. Nie mam pojęcia, w jaki zposób Saarebas wygrzebał soś takiego, bo Tommir nie był obecny w moich myślach, przynajmniej nie od kilku lat – Spojrzała na elfa. – Szemu pytasz? So ty zobaczyłeś w swojej wizjii?

– Zastanawiałem się… wiesz, że nie pamiętam nic z mojego życia sprzed rytuału. Byłem przekonany, że to, co ukazała mi magia tego qunari, było tylko sztuczką, zmyśleniem. Ale jeśli w twoim przypadku mógł sięgnąć tak głęboko w podświadomość, to może…

– Co zobaczyłeś? – cicho powtórzyła pytanie. Starała się skupić.

– Zabawę na podwórku z jakąś małą, rudowłosą elfką. Sam też nie mogłem mieć wiele lat. Nie wiem kim była, ale mówiła coś o matce, więc możliwe… – Fenris obserwował jakiś czas ogień w kominku. Wreszcie, jakby ze zniecierpliwieniem powiedział: – To bez znaczenia. Mag musiał w moim przypadku stworzyć wizję, bo do prawdziwych wspomnień nie miał, jak ja, dostępu.

– Nie kcesz dać się ponieść nadziei, coo? – Theri, mimo tonu głosu, była poważna. – Myślę, że Saarebas nie potrafiłby w tak krótkim czasie wyssondować na podstawie twoich myśli, jaka wizja by cię pochłonęła. Może nie jest mądrze ufać temu, so ci pokazał, ale wydaje mi się, że mógłbyś zpróbować sastanowić się nad szdżegółami wizji. To radżej nie zaszkodzi.

– Nie wiem, próbowałem przypomnieć sobie moją ewentualną siostrę. Są chwile, kiedy coś mi świta, ale później wydaje mi się, że po prostu zasugerowałem się wizją. Lepiej jeśli przestanę myśleć o sobie, jako o cząstce nieznanej rodziny. Jestem sam, powinienem był przywyknąć.

– Nie jezteś sam. Ja tu jeztem, Fenrisie – Theri spojrzała miękko na elfa. Ten, pokiwał z podziwem głową. Nie wiadomo czy dlatego, że ujęła go jej troskliwość, czy poziom upojenia.

– Kim był dla ciebie ten chłopak, jeśli mogę spytać?

– Tommir? Moją pieerfszą miłooością – zaśmiała się z cicha i podniosła kieliszek do ust. – Był dwa lata starszy ode mnie, potrafił waldżyć mieczem i zajmującoo opowiadać o wielkich bitfaaach, smokaaach i bohaterach. Czasem pojdyn… pajady… cholera! Po-je-dyn-kowaliśmy się, używając drewnianych osczy. O ile na początku przegrywałam z nim za kaażdym razem, o tyle później za każdym razem celowo lądował na ziemi – Theri uśmiechnęła się do własnych wspomnień. – Kiedy zaczął dostrzegać we mnie dziewczynęę, a nie tylko podwórkowego partnera do walk, stał się niemal nieznośny. Przynajmniej do momentuu, aż sama zainteresowałam się innym aspektem jego towarzystwa, hehe.

– A więc… byliście razem? Do wybuchu plagi?

– Nieee, to była krótka przygoda. Wsześnie wyjechał, by wstąpić w szeregi Szszarej Strażży. Gdy pojawiłam się pod Ostagarem, byłam już wyleczona z tego zauroczenia, choć chciałam go sobaczyć i sprawdzić, jak mu się wiedzie. Jednak przed bitwą powiedziano mii, że Tommir nie żyje. Nie chcieli zdradzić, jak poległ. Pomyślaałam, że po bitwie spróbuję ich jesze pociągnąć sa język, no ale wiadomo, so się stało. Tak, szy inaczej, nie mam pojęęęcia, dlaczego Saarebas wyciągnął akurat jego z mojej głowy.

Nalała sobie kolejną lampkę. Pomyślała naraz, że Fenris musi zapłacić za śmiałość w pytaniu o takie rzeczy.

– A so z tobą? Komuś udało się sskraść twoje serce?

Wyraz jego twarzy był bezcenny. Zaczęła chichotać.

– Mam wrażenie, jakby wyszła Hawke, a przyszła Izabela.

– To pewnie przez to wiino, nis nie poradzę.

– Nic? A mnie się wydaje, że wystarczy zakończyć jego konsumpcję.

– Eeej, nie zmieniaj tematuu – pogroziła mu wskazującym palcem. Reszta obejmowała szkło.

– Nie pamiętam.

– Ale później.

– Nikt. Nigdzie nie zatrzymywałem się na dłużej, nikomu nie mogłem zaufać.

– Aż dotarłeś do Kirkwall i zpotkałeś grupę posczleńców, którzy przypominają rodzinę zbiegłą z domu wariatów, hm?

– Coś w tym guście – skwitował z uśmiechem. – Teraz moja kolej. Chciałabyś wrócić do Fereldenu?

– Myślałam nad tym – przyznała. – Nie mogłabym jednak osiedlić się w Lothering. Ponoć ziemia po plaadze nie wydaje już plonów, więz odbudowanie domostwa nis by nie załatwiło. Mogłabym zabrać matkę i spróbować w jakimś mniejszym miastedżku albo znowu gzieś na wsi, ale… mam wrażeniee, że ona już tutaj wsiąkła. Ma soś, czego może się złapać, ma rodzinę, nawet jeśli ta rodzina przybrała postać Gamlena, hihi. Poza tym nie powinnam narażać ją na tak daleeką podróż. I pewnie chciałaby sobaczyć dawny dom, a nie wiem, szy zniosłaby ten widok … wiesz, spalonegoo, spustoszonego miejsca niedawnegoo życia, bez Carvera i Bethany.

– Rozumiem – przytaknął elf. – Sporo straciłaś.

– Boję się, że przyciąągam nieszęścia – prychnęła. – Na twooim miejscu bym uważała.

– Jestem twoim nieszczęściem? – rzekł drocząc się.

– A udało mi się ciebie przyciąągnąć? – zripostowała z błyskiem w oku.

– Punkt dla ciebie, Hawke – zaśmiał się Fenris.

– Ha! Po kilku kieliszszkach wina idzie mi s tobą stecydowanie lepiej!

– Po kilkudziesięciu, chciałaś powiedzieć. Możesz mieć mały problem z mobilnością, kobieto.

– Pszszekonamy się, męszszczyzno? – Theri wstała i zaczęła iść w stronę elfa. Nie było daleko, ale i tak pokonanie tej drogi wymagało od niej nie lada skupienia. Fenris śmiał się w głos. Gdyby była w stanie zarejestrować i odpowiednio ocenić ten fakt, byłaby zszokowana. Ale ona była w innym stanie.

Z trudem dotarła do drugiego fotela, nachyliła się nad elfem i wyszeptała w jego ucho:

– I soo, kto jest miszczem?

– Hawke…

– Noooo oszywiście, że jaa! Ni jezdem tag pijaana, jag ci się wydaje.

– Twój pies.

– Jagi pies?

Nagle poczuła, że jej udo zetknęło się z czymś zimnym i mokrym. Odskoczyła i obróciła się natychmiast, tracąc zupełnie równowagę. Wylądowała na kolanach Fenrisa; elf jakimś cudem zdołał unieść swój kieliszek i uchronić jego zawartość przed niebezpiecznym dla okolicznych ubrań ekshibicjonizmem. Poczuł wanilię; zawsze pachniała wanilią. Spojrzał w dół: ciemnorude włosy, związane czerwoną tasiemką rozlały się po jego torsie, a lekko zadarty nosek i niemożliwie długie rzęsy zwrócone były w stronę czarnego psika, które z nieukrywaną radością namiętnie wachlowało ogonem.

Theri odetchnęła z ulgą; przez ten alkohol nie usłyszała, jak psina zbliża się do niej. Równie dobrze mógł podejść ją skrytobójca. Z taką różnicą, że pewnie by się nie ślinił. Podniosła głowę i zobaczyła zielone tęczówki.

– Jag Jasper mógł tutej wejść, coo? Szemu nie zamykasz drzwi?

– Zamknąłem. Musiał dostać się przez otwór w piwnicy.

– A jag następnym razem wejdzie łowca niewolnigów? Ja ci powiem, że ty wcaaale nie jezdeś ostrożny, wisz?

– W razie czego byś mnie obroniła. Przecież jesteś „miszczem", prawda?

– O! I terazz mówisz z senssem!

Fenris zaśmiał się cicho, a Therina poczuła, jak jego klatka piersiowa prędko unosi się i opada. Było jej ciepło i miło. Chciała właśnie umościć się wygodniej, gdy Fenris powiedział:

– Ekhm, Hawke, ten pies pewnie nie znalazł się tutaj przypadkiem.

– Racja! – w jednej sekundzie stała z powrotem na ziemi i zaczęła poprawiać pogniecioną sukienkę. – Matka musiała wysładź Jaspera, żeby mnie sprowadził z bowrotem. Cholera, musi bydź późno.

Pies zaczął skakać i szczekać w euforii, po czym wybiegł z pomieszczenia, pokonał wysokie schody i stanął przy drzwiach wyjściowych gotowy do spaceru. Theri nie miała pojęcia, jakim cudem dotarła do balustrady, ale za to wiedziała, że tylko dzięki asekuracji elfa nie wyleciała przez nią na marmurową podłogę kilka metrów niżej. Schodzili co stopień; dziewczyna wczepiła się w ramię białowłosego wojownika, mamrocząc coś o żałosnym stanie i mocnym postanowieniu poprawy, on zaś tylko się uśmiechał.

Wyszli z posiadłości. Gwiazdy mrugały do nich porozumiewawczo, zimny wiaterek rozwiewał lekko kosmyki włosów, latarnie oświetlające wejścia do posiadłości przyciągały lekkomyślne ćmy.

– So jezd? Żadnych bandytów? Toż to skaandaaal!

– Hawke, wolałbym nie kusić losu.

– Praszam. Ale luubisz mnie jeszczeee?

– Lubię – westchnął.

– Szemu ty ni jezdeś pijanyy? Oszust!

– Mam silniejszą głowę… co ty… Hawke, nawet nie próbuj.

– Baran-buc?

– Nie.

Stanęli pod domem. Jasper skoczył na klamkę i otworzył sobie drzwi.

– Zaprosiłabym cię do środka, ale sam rozumisz.

– Wolę nie rzucać się w oczy twojej matce, tobie radzę to samo. Trafisz do łóżka?

– Nie wieem… – zmrużyła oczy. – Bez ciebie ni dam chyba rady…

W głębi mieszkania rozległ się głos Leandry. Światło świecy niebezpiecznie się zbliżało. Therina miała już wskoczyć do środka, gdy nagle obróciła się do elfa, wspięła na palcach i pocałowała go w policzek.

– Kuję za miły wieczór – szepnęła i wkroczyła do domu. Zanim zatrzasnęła za sobą drzwi, posłała Fenrisowi jedno powłóczyste spojrzenie.

Elf stał bez ruchu. Dotyk jej ust na własnej skórze był elektryzujący. Sięgnął opuszkami palców do tego miejsca i bezwiednie się uśmiechnął. Stałby tak jeszcze przez nieokreślony czas, gdyby do jego uszu nie doszedł oburzony krzyk:

– Therino Hawke! Jak dowiem się, kto jest za to odpowiedzialny…

Ganek był już wówczas pusty.


Łańcuchy zerwane, ale czy naprawdę jesteś wolny?

Flemeth zaczęła się śmiać. Chciał obrócić głowę, ale nie mógł. Wiedźma rozpoczęła przemianę. Wzdrygnął się, gdy ujrzał efekt końcowy.

Ach, mój mały wilczek… uciekł ze smyczy, by wpaść we wnyki – gardłowy śmiech poniósł się echem po górach. – Jest zdolna, nie powiem. Moja godna następczyni.

Przed oczami elfa sceneria zmieniła się na jego własny pokój w posiadłości. Zobaczył samego siebie, jak bez chwili zastanowienia łapie za butelkę i nalewa wino do wyciągniętego przez dziewczynę kieliszka. Siedziała, mając pańską postawę; uśmiechała się z wyższością.

Zamrugał i obraz znów się zmienił. Ruiny, grupa magów, Hawke każe ich bronić. Jego sobowtór próbuje przekonać Therinę, ale ta kręci tylko głową. Za moment elf podnosi miecz na templariusza.

Kolejna odsłona. Hawke negocjuje z jakimś ciemnym typem. Fenris stoi po jej lewej stronie, dając mężczyźnie do zrozumienia, że Theri posiada dobrego ochroniarza. Ochroniarza, który nie zawaha się odciąć mu głowy, bez względu na temat i wynik rozmowy.

To jest ta twoja wolność? Muszę ją poznać…

Zerwał się z posłania zlany zimnym potem. Złapał rozedrganymi dłońmi bolącą głowę. Serce tłukło się w jego piersi, jak schwytany w potrzask ptak. Fenris powoli, niepewnie oderwał ręce od białych włosów i spojrzał na nadgarstki. Obok srebrnych linii lyrium znajdowały się dwie stare blizny. Blizny po zakładanych co noc kajdanach.

Dłonie zacisnęły się w pięści.