To mógł być przypadek. Pomyłka. Cokolwiek.
Kilka minut po jego odkryciu logika wreszcie doszła do głosu. Obecność tych osób o drugiej w nocy na środku korytarza jeszcze o niczym nie świadczyła. Oni robili tak nie raz i jakoś udało im się to bez szczególnych mocy.
Ale z peleryną.
Wiedząc, że nie ma innego rozwiązania jak naoczne upewnienie się, powolutku przekradł się do drzwi i wyszedł na zewnątrz. Czując jak serce tłucze mu się w piersi czekał, aż Canis… nie, aż oni dojdą do celu.
Już.
Portret Grubej Damy uchylił się. Jak to zrobili bez budzenia jej? Zupełnie, jakby to były zwykłe… drzwi. Po cichu przekradł się do kamiennej poręczy i uklęknąwszy wyjrzał zza niej nieznacznie. Pokój był pusty.
Co…?
Spojrzał na pergamin.
Przecież stoją tam, na dole. Naprawdę tam są. To…
Dwie kropki zatrzymały się nagle, a on szybko schował się za poręcz. Czując jej chłód na swoich plecach starał się oddychać jak najciszej. Wytężywszy słuch na każdy, najmniejszy szmer czekał w zupełnym bezruchu przez kilka minut. Stali w miejscu.
- Czujesz coś?
Szept jej towarzysza, choć cichy, doszedł do jego uszu. Odpowiedź dziewczyny była za to prawie niedosłyszalna.
Jakiś szmer, subtelny i melodyjny. Nigdy nie wychwycił od niej takiej nuty.
- Coś wyraźniejsze…?
To było irytujące słyszeć tylko jedną część rozmowy, zwłaszcza, że i on przyciszył już głos. Stali jeszcze przez kilka minut lecz w końcu rozeszli się do swoich dormitoriów.
Serce zabiło mu szybciej. Całe szczęście, że on miał sypialnię niżej, przynajmniej nie zauważy czającego się na schodach niechcianego obserwatora. Za to ona… Są na tym samym poziomie, tylko vis a vis. Jak dobry ma wzrok? Jak czułe zmysły? Wystarczy, że się odwróci…
Przerażony, bezszelestnie położył się na podłodze. Znowu się zatrzymała.
Boże, skąd ona wiedziała?
Powinna już być w połowie schodów. Powinna, to dobre słowo, bo dla jego oczu one wciąż ziały pustką. Cofnęła się.
Nie, proszę.
Jak ma zareagować? Co zrobić, jeśli pojawi się przy nim znikąd i zastanie go leżącego na posadzce przed swoją sypialnią? W odruchu paniki chciał rzucić się do drzwi i szybko je zamknąć. Na szczęście, logika znów zwyciężyła.
Po kilku minutach ciszy dziewczyna podążyła znów w kierunku dormitorium. Nawet nie zdążył rozkoszować się chwilą ulgi, gdyż szybko zastąpiła ją fala bezbrzeżnego przerażenia.
Według jego informacji ona była już w sypialni. Według jego zmysłów drzwi w ogóle nie zostały otwarte.
- Irytku, odłóż to na miejsce!
Po pięciominutowej pogoni za poltergiestrem kradnącym z choinek kolorowe bombki Lily w końcu dała za wygraną. Zwolniwszy kroku chwyciła się za serce obijające się rozpaczliwie w jej piersi. Czując nieprzyjemne ukłucie w płucach, odgarnęła włosy z czoła i zrobiła kilka głębszych oddechów. Parę metrów dalej Irytek roztrzaskał na schodach dwie najładniejsze bombki z zestawu.
Cudnie. – mruknęła Lily w duchu – McGonagall będzie wniebowzięta.
Starając się nie myśleć o reakcji nauczycielki, dziewczyna zawróciła w kierunku Wielkiej Sali, by wraz z innymi prefektami pomóc w ozdabianiu. Praca, choć przyjemna, okazała się również bardzo męcząca, tak ze względu na niechcianych gości jak i perfekcjonizm odpowiedzialnego za dekoracje Flitwicka. Toteż gdy późnym wieczorem Ruda wracała do Pokoju Wspólnego jej myśli krążyły już tylko wokół zasłużonego odpoczynku. Całe szczęście, że Remus zgodził się zostać dłużej, by dopiąć wszystko na ostatni guzik. Czasem wydawało jej się, że przez takie poświęcenia starał się jakoś przeprosić za dni, w których była jedynym reprezentantem prefektów z ich roku. Cóż, co by o nim nie powiedzieć – tego dnia mu się udało.
- Lily!
Nie. Błagam. Tylko nie to.
Ten głos rozpoznałaby wszędzie. Zaklęła cicho pod nosem i odwróciła się na pięcie.
- Czego ty znowu chcesz? – jęknęła, profilaktycznie rozglądając się za jemiołą.
Podszedł do niej powoli, patrząc na Rudą niepewnie. Uniosła brwi, zaskoczona. Po raz pierwszy nie posłał jej na przywitanie swojego firmowego uśmiechu.
- Poświęcisz mi kilka minut?
On ją prosił? James Potter ją prosił, zamiast stwierdzić, że na pewno się za nim stęskniła?
Lily chrząknęła krótko.
- O co chodzi?
- Wiesz… za kilka dni wyjeżdżam i…
- Zaraz, zaraz. – weszła mu w słowo, marszcząc brwi – Do przerwy świątecznej zostały jeszcze dwa tygodnie.
Zaśmiał się krótko.
- Tak, wiem. Dostałem się na dwutygodniowy obóz ze znamy trenerami Qudditcha. Długa historia. – wzdrygnął ramionami.
Ruda przypomniała sobie jego nagły wybuch radości w Trzech Miotłach i tajemnicę jej przyjaciółki. Nic dziwnego, że Cassie mu wtedy zawtórowała – na pewno wiedziała o jego marzeniu.
- Och… no, to gratuluję. – bąknęła.
- Dzięki. – wyszczerzył zęby, lecz po chwili znów spoważniał – W każdym razie, skoro przed świętami już się nie zobaczymy… chciałbym ci coś dać. Pomyślałem, że potem może nie być okazji.
Spojrzała na niego z przerażeniem, cofając się o krok. Ostatnie prezenty odcisnęły w jej pamięci swoje piętno.
- Nie, nie spokojnie. – powiedział szybko, widząc jej reakcję – To nie śpiewa, nie tańczy, ani nie zmienia swoich rozmiarów. Przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo.
Przyjrzała mu się nieufnie. Rogacz wyjął zza pleców owinięte cienką wstążką czarne pudełko i powoli wysunął rękę. Niepewnie odebrała prezent i zsunęła czerwoną kokardę.
Gdy wreszcie zajrzała do środka, odebrało jej mowę.
Na białym, aksamitnym materiale leżał zatopiony w złocie piękny, zielony kamień. W przytłumionym świetle pochodni mienił się delikatnie i wydawać by się mogło, że jego wnętrze jeszcze nie zastygło. Powolna, płynna masa, poruszała się delikatnie na kształt zielonej mgły. Lily ostrożnie wyjęła łańcuszek i zawiesiwszy naszyjnik na palcach, przyjrzała mu się z bliska.
- Przepiękny. – szepnęła, patrząc na niego z niedowierzaniem.
Rogacz uśmiechnął się, widząc jej minę.
- Po… James, ja nie mogę…
- Proszę cię, nie rób mi tego. – jęknął. – Jedyny prezent, który ci się spodobał i go nie przyjmiesz?
- Ale ty…
- Lily, błagam. - odsunął jej dłoń od siebie – Bo się obrażę.
Ruda uśmiechnęła się krótko. W normalnych warunkach ta deklaracja mogłaby ją nawet ucieszyć, ale teraz wszystko stanęło na głowie. Widziała, jak Rogaczowi zależało i musiała przyznać w duchu, że piękniejszego naszyjnika jeszcze nie oglądała.
On nie może mi robić takich prezentów, to…
James patrzył na nią błagalnie, czekając na werdykt. Wszystkie wcześniejsze prezenty, o ile na początku nie zdemolowały sypialni, lądowały zaraz za oknem. Ale ten…
- Nic sobie nie pomyślę, obiecuję. – zaznaczył, widząc jej minę. – Wszystko po staremu.
Spojrzała na niego zaskoczona. Skąd wiedział, że o tym myślę?
- No dobrze. – westchnęła w końcu, przyglądając się naszyjnikowi – Ale naprawdę nie powinieneś tego robić.
Rogacz uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Powiesz mi, co to jest za kamień? – zapytała, przyglądając się mu z uwagą.
- Tak właściwie, to nie jest zwykły kamień. – wyjaśnił – Początkowo to był zielony bursztyn, ale… czarodzieje wprowadzili kilka ulepszeń. To twoja własna myślodsiewnia.
- CO?
- Malutka. Na jedno wspomnienie, ale tak.
Lily przysunęła naszyjnik do twarzy. Teraz zdała sobie sprawę, że delikatne ruchy wewnątrz przypominają jej trochę płynną powierzchnię myślodsiewni. Nowej, zielonej myślodsiewni.
- Tutaj masz formułkę zaklęcia. – powiedział, odbierając jej delikatnie pudełko i wyjmując spod atłasu małą kartkę – usuwa na chwilę powłokę i pozwala zamknąć w środku jedno wspomnienie. Gdy myślodsiewni nie chroni żadna bariera, jeden dotyk wystarczy, żebyś mogła do niej wejść.
- Wpadnę do środka? - zapytała, dźgając z zastanowieniem powierzchnie kamyka.
- A wiesz, że to nawet jest fajne? – zaśmiał się. – Pokazywali mi. Lekkie szarpnięcie, potem nagle robi się zielono i… jesteś. Żadnych większych niedogodności.
- Aż trudno w to uwierzyć.
- Magia. – stwierdził, wzdrygając ramionami.
Umilkli. Lily gładziła wciąż powierzchnię kamienia patrząc na niego z zachwytem. Po chwili delikatnie rozpięła łańcuszek i w obecności Jamesa założyła go sobie na szyję.
- I jak?
- Podkreśla twoje oczy. – oznajmił tonem znawcy.
Zaśmiała się krótko.
- Dziękuję. Ja…
- Rogaty!
Spojrzeli równocześnie w stronę nadbiegającego Syriusza. Rogacz jęknął cicho.
- Szukam cię po całym zamku.
Popatrzył na przyjaciela, próbując uregulować oddech.
- Masz wyczucie chwili, że niech cię cholera. – mruknął tamten, rzucając Łapie zdegustowane spojrzenie.
Black od razu się zreflektował.
- Przepraszam. – ukłonił się nieznacznie przed Lily, a ta przewróciła oczami – Ale część twojej drużyny cię szuka, mówią, że to ważne. Siedzą pod Wielką Salą.
Potter westchnął, przecierając czoło.
- Powiedz im, że zaraz będę.
- Jak zaraz, to tyle zaczekają. Muszę…
- Idź już. – burknął James, odpychając go w stronę dziury pod portretem.
- Ja tylko…
- Łapa!
- Dobrze, już idę. – zaśmiał się, widząc wzrok przyjaciela. – Trzymaj się.
Szybko podał hasło i jednym susem znalazł się w salonie Gryfonów. Lily i James odprowadzili go wzrokiem.
- Przepraszam, wiesz, jak…
- Spokojnie, nie będę cię zatrzymywać. Tylko – Lily zawahała się, chwytając odruchowo swój naszyjnik – Ja… ja nie mam…
- Nie szkodzi. – uśmiechnął się krótko. – Wystarczy, że po raz pierwszy odkąd pamiętam zwróciłaś się do mnie po imieniu.
I nie czekając na jej odpowiedź rzucił krótkie „Do zobaczenia" i pobiegł w kierunku Wielkiej Sali.
Lily jeszcze długo stała pod portretem Grubej Damy, patrząc z zastanowieniem przed siebie. Pod palcami cały czas czuła przyjemny chłód myślodsiewni.
Jej własnej, zielonej myślodsiewni.
Czas mijał mu zdecydowanie za szybko, a on nie był nawet w stanie rozdzielić od siebie następujących po sobie dni. Znaczyły je tylko poszczególne wydarzenia, mniej lub bardziej ważne, żadne jednak nie mogło przysłonić tego, czego świadkiem stawał się prawie co noc.
Wyszła z dormitorium przez okno. Przeniosła się pod jego okno. Oddalili się w kierunku lasu. Na niebie ani na ziemi nie było najmniejszej kropki.
Nie powinien się dziwić, gdyż sam znał doskonałą metodę na znikanie ludziom z oczu, ale przenoszenie się od okna do okna z kilkusetmetrową przepaścią pod spodem przechodziło jego wyobrażenia. Czasem tylko zdawało mu się, że słyszy jakiś szum, szept lub trzepot skrzydeł – wszystko jednak cichło tak nagle, jakby było tylko jego złudzeniem. Zaczął zupełnie inaczej na nią patrzeć; przyglądał jej się przy posiłkach i na lekcjach, zawsze dyskretnie, bojąc się o czułe zmysły Canis Lupus.
Tak. Teraz był pewny. Canis Lupus.
Analizował jej gesty tak, jakby każdy miał ukryte znaczenie. Widząc jej uśmiech zastanawiał się, czy nie bawią ją czasem zachowania otaczających ją ludzi, zupełnie nieświadomych tego, kto im towarzyszy. On był świadom. Świadom wszystkiego.
Nie wiedział tylko, co z tym dalej zrobić.
- Hej? Podasz mi tę kawę…?
Otrząsnął się z rozmyślań. Patrzyła na niego zaciekawiona, wskazując ręką na dzbanek z kawą. Uśmiechnął się tylko, gdy pomachała mu przed oczami i szybko podał jej czego chciała.
Siedzieli przy kolacji, po długim dniu zajęć, a ona zaledwie dwa metry dalej rozmawiała w najlepsze z przyjaciółkami. Żując w zamyśleniu swoją kanapkę zastanawiał się co powinien zrobić ze swoimi informacjami. Nie wyda jej, to pewne. Może co najwyżej wydać siebie.
Powiedzieć jej?
Niedługo rozejdą się na dłuższy czas. Czy nie lepiej kuć żelazo póki gorące?
Ma prawo wiedzieć. – pomyślał w duchu – Mają prawo.
Rozejrzał się, szukając jej brata, lecz nigdzie go nie widział – pewnie tego dnia zjadł kolację już wcześniej. Obrócił się z powrotem do swojego talerza i znów zatopił w swoich rozmyślaniach.
To jej królestwo i jej sprawa, powinna wiedzieć, że ktoś odkrył jej tajemnicę. Ale jak zareaguje? Wystraszy się? Rozzłości? Będzie grać? Wyśmieje go?
Opcji było wiele, jednak najbardziej bał się jej gniewu. Nie znał jej – tak, teraz wiedział, że jej nie znał. Mogła okazać się naprawdę agresywna w tak podbramkowej sytuacji.
Jednakże… jego sumienie wciąż podszeptywało mu tylko jedno rozwiązanie.
Spojrzał na nią jeszcze raz; chichocząc opowiadała o czymś siedzącym obok dziewczynom.
Tak. – pomyślał w duchu, odsuwając od siebie talerz. – Tak będzie sprawiedliwe. Musimy porozmawiać, Canis Lupus. Obyś tylko nie okazała się być dużym, złym wilkiem.
Pogodny śmiech dziewczyny znów zabrzęczał w jego uszach.
- Dobra, podsumujmy. – Cassie westchnęła głęboko i odsunęła grzywkę z twarzy – Cztery pary spodni, dziesięć T-shirtów, trzy swetry, rozpinana bluza, trzy pary butów, kurtka, bielizna, jakieś kosmetyki, szaty obozu, szaty do Quiditcha, zestaw do czyszczenia miotły i dwie książki na pewno się do tej torby nie zmieszczą. – skończyła swoją wyliczankę z wyraźnym załamaniem, a Rogacz spojrzał na nią błagalnie.
- Dlaczego nie możesz wziąć hogwarckiego kufra, tylko jakąś małą torbę? – jęknęła.
- Jadę na obóz sportowy. – oznajmił dobitnie, jakby to przesądzało sprawę.
Dziewczyna uniosła brwi.
– Sportowcy to z natury minimaliści. – wyjaśnił, poirytowany – Nie mogę tam wpaść jakbym przyszedł na rewię mody.
- Ale z obozu jedziesz prosto do domu! Tak czy siak będziesz musiał zabrać jakieś książki, albo rzeczy do prania. – Cassie nie dała za wygraną, przemawiając do resztek zdrowego rozsądku Rogacza.
- O to się nie martw, już wszystko załatwiłem. – powiedział dumnym głosem.
- Co, znalazłeś jelenia, który ci to dowiezie? – burknęła.
- Tylko nie jelenia. – zaperzył się Potter. – Przyjaciela wiernego jak pies. – dodał, uśmiechając się złośliwie w kierunku leżącego na łóżku Syriusza.
- Jeszcze słowo, Rogaty, a z umową koniec. - warknął Łapa znad gazety.
Cassie zachichotała.
- Dobrze. – mruknęła po chwili, wciąż rozbawiona – W takim razie…
W kilu szybkich ruchach wyjęła z torby parę spodni, dwa t-shirty, jedną parę butów, jedną książkę i sweter.
- Co ty robisz?
- Jesteś z natury minimalistą, tak? – ku uciesze pozostałych Huncwotów odrzuciła na bok wyjęte rzeczy i spojrzała na Jamesa uważnie. – Rączki masz? To sobie przepierzesz co trzeba, jeśli ci zabraknie ciuchów.
- A to… ? – wskazał ze zbolałą miną na „Najbardziej spektakularne mecze ostatniego stulecia"
- Przecież znasz to na pamięć. Jedna książka ci starczy, zresztą, jak wy wszyscy jesteście takimi zapaleńcami, ktoś tą na pewno weźmie. Będziesz mógł się wymienić na… – zerknęła na okładkę leżącej w torbie księgi – „Wzloty i upadki drużyn angielskich".
Niewzruszona cichym skamleniem Jamesa z trudem upchnęła wszystkie rzeczy, by zajmowały choć odrobinę mniej miejsca i zabrała się za zapinanie. Rogacz, otrząsnąwszy się z transu, zaczął ściągać materiał tak, by zamek przeszedł po suwaku w miarę gładko. Po minucie wytężonego wysiłku oboje odsunęli się od torby z triumfem.
- Jak nie pęknie, to będzie dobrze. – Cassie opadła na podłogę, a siedzący na łóżku Remus podał jej szklankę wody.
- Dzięki. – mruknęła, biorąc porządny łyk.
Huncwoci ze smutkiem przywitali koniec pakowania, które od pół godziny dostarczało im przedniej rozrywki. Wkrótce Cassie opuściła ich dormitorium i żując czekoladową żabę zeszła do Pokoju Wspólnego.
- Proszę. – rzuciwszy na ławę paczkę kociołkowych piegusków, usiadła na kanapie i spojrzała na dziewczyny.
- Dostałaś to w nagrodę? - zachichotała Jess, sięgając po ciastka.
Cas przełknęła ostatni kęs żaby i skinęła głową.
- Była aż tak źle? – zapytała Sue.
Tamta wzdrygnęła ramionami.
- Jak się pakował pod namiot był większy cyrk. – mruknęła, przypominając sobie zdarzenie sprzed kilku lat. – Więc mogło być gorzej.
Lily odłożyła na bok „Proroka" i poczęstowała się pieguskiem. Cały czas nie rzuciła jednej złośliwej uwagi na temat Pottera, choć miała ku temu wiele okazji. Nie umknęło to uwadze przyjaciółek, ale na razie wolały tego nie komentować.
- Gdzie Leila? – Ruda, jakby czując krępująca ciszę, zmieniła temat.
Dziewczyny zachichotały.
Odkąd ich przyjaciółka zaczęła tak często znikać, to pytanie stało się swoistym żartem sytuacyjnym grupy. Nie mogąc poradzić sobie z jej nowymi nawykami musiały je po prostu zaakceptować; przynajmniej część z nich.
- Może znowu coś kombinują z drużyną. – zastanawiała się Sue.
- O czym mówisz? – Lily spojrzał na nią zaciekawiona.
- Gdy James im się pochwalił godzinę później mieli już gotowe małe przyjęcie. – wyjaśniła Jess - Może teraz robią poprawiny.
Ruda przypomniała sobie sytuację sprzed dwóch dni, kiedy Rogacz wręczał jej prezent. Black mówił wtedy, że drużyna go szuka. Czy właśnie tak chcieli go ściągnąć? I dlaczego dowiadywała się o tym dopiero teraz? No tak, rzeczywiście - jej przyjaciółki rzadko raczyły ją szczegółami z życia Huncwotów, znając doskonale jej stosunek do tych chłopaków. On zresztą też zaczął ją tak traktować „Dostałem się na dwutygodniowy obóz ze znanymi trenerami Qudditcha. Długa historia". Cassie zapewne poznała jej każdy szczegół…
Ruda skarciła się w duchu. Co jej chodzi po głowie?
Zdając sobie sprawę, że dłuższy czas nic nie mówiła, podniosła głowę i spojrzała na dziewczyny. Patrzyły na nią uśmiechając się pod nosem.
- Ostatnio często odpływasz. – wypaliła Jess – Albo chodzisz przemęczona, albo się zakochałaś.
Lily spiorunowała ją spojrzeniem, czując jak pieką ją policzki.
- Doigrasz się kiedyś. – warknęła, rzucając w Jess gazetą.
Tamta zachichotała; Ruda westchnęła z poirytowaniem
Powód jej zamyślenia był nieco inny. Wciąż nie pochwaliła się dziewczynom otrzymanym prezentem. Bała się ich reakcji. Bała się docinek i znaczących spojrzeń, ale co najważniejsze – bała się zmiany relacji między nią i Jamesem.
Choć nie miałaby nic przeciwko temu, żeby Rogacz zachowywał się wreszcie jak na jego wiek przystało, to obawiała się, że nawet nieznaczne ocieplenie stosunków między nimi mogłoby być mylnie interpretowane. Z drugiej strony nie chciała być niewdzięczna i traktować go z góry, ale nie mogła też nagle stać się zupełnie pobłażliwa wobec jego wybryków i …
Lily miała już serdecznie dość tych rozterek. Czując, że zaraz mózg jej eksploduje, zmusiła się do rozmowy z przyjaciółkami, spychając swoje rozmyślania w głębsze partie świadomości. Na szczęście, James wyjeżdżał już jutro z samego rana, więc przez następny miesiąc nie będzie musiała się nim przejmować.
Żegnała go duża grupa osób, mimo tego, że była niedziela, a on już o piątej rano stał gotowy w drzwiach zamku. Drużyna wraz z Huncwotami, nie zważając nawet na groźby opiekunki ich domu, obudzili pół Hogwartu swoimi okrzykami. Pozostałe dziewczyny poprzestały na uścisku i kilku ciepłych słowach.
Lily wykorzystała moment, w którym jej przyjaciółki wraz z resztą drużyny zabrały się za komponowanie pożegnalnej piosenki dla Rogacza i szybko życzyła Jamesowi szczęśliwej podróży. Uśmiechnęli się do siebie krótko, nie patrząc sobie w oczy, po czym chłopak jeszcze raz wszystkim podziękował za tak huczny komitet i odprowadzony do drzwi przez coraz bardziej poirytowaną McGonagall opuścił zamek.
- Tak cicho będzie bez niego, nie? – stwierdziła Sue, gdy powoli wracali do Wieży Gryffindoru.
- Masz jeszcze trójkę w zapasie. – zauważyła mimochodem Leila.
- Tak po prawdzie to jednego – mruknęła ciszej Jess – Remus i Peter raczej nie zrobią dużą hałasu.
Dziewczyny odwróciły się ukradkiem w stronę idących kilka metrów dalej Huncwotów. Ich zapał już opadł, ustępując miejsca zmęczeniu i niewyspaniu.
- Czyli Syriusz musi pracować za dwóch. – westchnęła Cassie, krzyżując ręce na piersiach Lily prychnęła w duchu. Mimo wszelkich zmian i wątpliwości nigdy nie będzie skłonna nazwać zachowania Huncwotów „pracą". Przynajmniej przez następne dwa tygodnie będzie mogła narzekać na nią do woli, nie narażając się przy tym na najdrobniejsze wyrzuty sumienia.
Pozostawała tylko świadomość, że oddalony o ileś setek kilometrów Rogacz zachowałby się tak samo. I głupia nadzieja, że może, ale tylko być może, w końcu go to znudziło.
Pojawił się u jej boku tak nagle, że prawie ją zaskoczył. Spojrzała na niego z uznaniem, jednak nie zwolniła kroku.
- Dziesiąta odpada. – szepnął półgębkiem.
Popatrzyła na niego ze złością. Na korytarzu roiło się od uczniów, a on składa jej te deklaracje akurat teraz? Gdy ostatnio tak rozmawiali miała przynajmniej na oku większość przechodniów.
- Przepraszam…– jęknął – … ale chłopaki chcą zrobić małe przyjęcie, nie skończy się wcześniej jak o pierwszej.
- Przecież jutro macie sprawdzian z transmutacji!
Czasem nawet ona musiała brzmieć jak rozsądna starsza siostra, odrzucając na chwilę obowiązki Canis Lupus. Chłopak zaśmiał się krótko i wzdrygnął ramionami.
- Tę teorię poznałem już kilka lat wcześniej. – oznajmił spokojnie – Jakoś sobie poradzę. Ale…
- Dobra. – ucięła, wiedząc, do czego zmierza. Rozejrzała się dyskretnie, po czym szeptem dodała – Zrób co trzeba, a będzie o ósmej.
- Ale co?
- Nie wiem. – teraz to ona wzdrygnęła ramionami – Kombinuj, jak masz takich bystrych przyjaciół, że robią męski wieczorek w niedzielę przed sprawdzianem. Zresztą… skoro transmutacja nie sprawi ci problemu, to mały przekręt też nie powinien. Masz przecież długi staż, nie?
Uśmiechnąwszy się krótko klepnęła go w plecy i nim się obejrzał zniknęła w tłumie uczniów zmierzających w kierunku biblioteki.
Poranne pożegnanie Jamesa zaowocowało u części Gryfonów przesunięciem dnia o dobrych kilka godzin. Niektórym wypadł z jadłospisu cały jeden posiłek, inni zdążyli jeszcze na końcówkę śniadania, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, co dokładnie jedli.
Huncwoci pofatygowali się dopiero na lunch, gdyż, jak dziewczyny słusznie podejrzewały,
poprzedniej nocy nie spali wcale. Dumając nad tym, jak Rogacz zniósł pierwszy dzień treningu („Rano wyglądał przecież całkiem dobrze…"), zjedli wszystko, co mieli pod ręką i wrócili do Pokoju Wspólnego kontynuować odsypianie nocy. Z miny Leili można było jasno wywnioskować, że chętnie poszłaby w ich ślady, ale zamiast tego grzecznie podreptała z przyjaciółkami do biblioteki, by zabrać się za dokończenie esejów z Zielarstwa i Transmutacji. Poprzedniego dnia wróciła dość wcześnie; jak na jej standardy, oczywiście. W dormitorium była już przed ósmą, a pół godziny później, ku wielkiemu zdumieniu dziewczyn, leżała w łóżku, gotowa do snu. Jednak nawet tak duża dawka odpoczynku musiała być niewystarczająca, bo komunikowanie się z nią następnego dnia okazało się nie lada wyzwaniem. Przez te kilka godzin spędzone w bibliotece głównie ziewała, jęczała lub przekartkowywała setki książek, dopisując w swoich esejach ledwie kilka zdań. Co rusz spoglądała też nerwowo na zegarek, jakby odliczała minuty do wyjścia. Gdy wreszcie o wpół do ósmej dziewczyny zarządziły koniec pracy, w Leili momentalnie wzrósł entuzjazm. Zerwawszy się z krzesła jednym ruchem zsunęła książki do torby, a te, które się nie zmieściły od razu chwyciła do ręki.
- Skąd taki nagły przypływ wigoru, co? - zapytała Ruda, zakręcając kałamarz.
- Przerwa zawsze działa na mnie stymulująco. – odparła Leila, szczerząc zęby – Ile można siedzieć w bibliotece? Życie tu zmarnujemy.
Lily już otwierała usta, gotowa do kłótni, ale ostatecznie się rozmyśliła. Przekonywanie przyjaciółki do swoich racji było równie owocne co próby wyciagnięcia z niej, dokąd tak znikała, a Ruda nie miała ochoty na kolejną, pustą rozmowę. Przełknąwszy więc jakoś docinki o bibliotece, spakowała się wraz z resztą dziewczyn i całą piątką skierowały się do wyjścia.
- Jeszcze tylko dwa tygodnie… – westchnęła Jess z rozmarzeniem – A potem długie dni odpoczynku i obżarstwa.
- I następne, długie dni przepełnione wyrzutami sumienia. – wtrąciła Sue, doskonale pamiętając coroczną serenadę Jessiki, zaczynającą się od „Patrzcie, jak ja wyglądam", a kończącą na „W następne święta zjem tylko trochę puddingu".
Szatynka chrząknęła znacząco, a dziewczyny zachichotały.
- Gdyby tylko nauczyciele się od nas odczepili, moglibyśmy te dwa tygodnie przeżyć całkiem znośnie, a tu proszę – esej na ese…
Leila urwała wpół słowa, wpatrując się w nadchodzącego z naprzeciwka brata.
- Czego chcesz, młody? – mruknęła, znudzona.
- Hooch cię szuka. – odparł krótko.
- Co? Teraz?
Mike wzdrygnął ramionami.
- Nie macie kapitana i szukającego, nie? Mieliście wybrać kogoś na zastępstwo.
- Rozgrywki w grudniu powinny być surowo zakazane, to niehumanitarne. – mruknęła Lily pod nosem, a rodzeństwo Carterów spojrzało na nią ze zdziwieniem.
- Większe ryzyko, większe emocje. – skwitowała Leila - Dobra, prowadź. Ale…
Dziewczyna spojrzała na trzymane w rękach książki i przeniosła błagalny wzrok na przyjaciółki.
- Daj to. – warknęła Jess, zabierając balast.
Leila uśmiechnęła się szeroko, rzuciła krótkie „kocham was" i pobiegła za bratem. Nim się obejrzały, oboje zniknęli za zakrętem.
- No i masz, znowu jej nie ma. – mruknęła Jess. – Do tego jak dobrze się ustawiła, nie? Sama chciałabym…
- Co?
Lily zatrzymała się wpół kroku, patrząc na minę przyjaciółki.
- Jasna cholera, Flitwick. Kompletnie zapomniałam.
Dziewczyny spojrzały na nią zaskoczone.
- Wiecie, że ostatni sprawdzian nie poszedł mi za dobrze, nie? – mruknęła. – Zaliczył mi, ale powiedział, że mam do niego przyjść dzisiaj o siódmej.
Ruda jęknęła cicho.
- Leć, ja pójdę z tobą. – powiedziała szybko Sue, wciskając swoje książki w ręce Lily – Jakoś to załagodzimy.
- Czekajcie! – Ruda, ignorując oburzenie Cassie, oddała jej swój podwójny zestaw i popędziła za przyjaciółkami – On mnie lubi, przydam się wam!
- No cóż…
Cassie z lekką obawą spojrzała na trzymany przez nią stos książek, po czym przeniosła wzrok na znikająca za rogiem trójkę dziewczyn.
- W takim razie ja zostanę.
Dziękując Bogu, że chociaż Jessica zdecydowała się zabrać ze sobą swoje obciążenie, odłożyła książki na podłogę i popatrzyła na nie przez chwilę. Z trudem udało jej się dopakować część do torby; widząc niebezpiecznie napięte szwy, zaklęła cicho w duchu. Na szczęście, do ręki musiała wziąć już tylko trzy podręczniki, a do dormitorium nie zostało daleko. Z cichym westchnieniem zarzuciła torbę na ramię i zabrawszy wszystkie książki poszła w kierunku Pokoju Wspólnego.
Odgłos szybkich kroków brutalnie wyrwał ją z rozmyślań. Odwróciła się szybko i spojrzała na zmierzającego w jej stronę Remusa.
- Cześć. – rzuciła na powitanie, uśmiechając się do niego łagodnie.
Skinął głową, odwzajemniając gest.
- Potrzebujesz pomocy?
Był dziwnie nerwowy i spięty. Cassie zaprzeczyła, ignorując kłujący ból w ramieniu.
- Poradzę sobie, nie martw się.
Uśmiechnął się krótko. Przez chwilę stali w zupełnej ciszy; dziewczyna uniosła brwi i przyjrzała mu się uważnie.
- Czy coś się stało? - zapytała w końcu – Wyglądasz na rozkojarzonego.
Lupin potrząsnął przecząco głową.
- Nie, nic. Naprawdę nic. Po prostu… – spojrzał na nią dziwnie i cofnął się o krok. – …chyba zapomniałem czegoś z biblioteki.
Cassie przyjrzał a mu się bacznie, doszukując się przyczyn jego nietypowego zachowania.
- To… widzimy się w salonie. – rzuciła wreszcie na pożegnanie, chcąc zakończyć rozmowę.
Pomachał jej krótko, patrząc jak odchodzi. Była już jakieś dziesięć metrów od niego, gdy usłyszała za sobą wołanie:
- Zaczekaj!
Odwróciła się. Chłopak podszedł kilka kroków w jej stronę.
- Canis Lupus, zaczekaj.
Książki wypadły jej z rąk.
