Aomine nie spał przez pół nocy. Przewracał się z boku na bok, próbując znaleźć wygodną dla siebie pozycję, ale nijak mu się to nie udawało. Wpatrywał się w sufit, na którym tańczyły cienie dogasającego w kominku ognia. Jego myśli pędziły jak szalone; zastanawiał się, jak bardzo nadchodzący dzień zmieni całe jego życie. Miał poślubić Asunę i zakończyć wojnę, chociaż w głębi serca czuł, że wojna tak naprawdę wciąż nie jest jeszcze przeszłością. Mimo sojuszu Riori – Seirin – Tōō, żołnierze Kirisaki oraz Shūtoku wciąż stanowili realne zagrożenie. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby nie jego związek z Asuną, mógłby przegrać wojnę. Nie był aż tak arogancki, by się tego nie domyślić. Już teraz część jego poddanych cierpiała z głodu i chorób, a państwo potrzebowało ogromnej pomocy. Skupił się na obronie granic, ale zapomniał o tym, czego one chronią.

Z drugiej strony jednak, nie cieszyło go małżeństwo. Nie mógł powiedzieć o Asunie złego słowa; była piękna, mądra, delikatna i dobra. Poświęcała się dla innych i dawała każdemu coś od siebie. Nie musiał się skupiać, by to widzieć. Tetsu miał rację, była idealnym materiałem na królową i małżonkę. Nie była jednak tym, czego on w swoim życiu pragnął.


Asuna pozwoliła, by matka, po raz ostatni, rozczesała jej włosy i przyozdobiła je białymi kwiatami. Próbowała ignorować fakt, że dłonie Cesarzowej lekko drżały. Korzystając z okazji, obróciła się i mocno przytuliła do niej; przez chwilę znów czuła się jak mała dziewczynka, która nie musi mierzyć się z wyzwaniem rzeczywistości.

-Dasz sobie radę, skarbie. Jesteś zdolna i mądra – matka pocałowała ją w czoło. –Pamiętaj tylko, żeby być sobą. Jeśli twój mąż ma cię pokochać, nie możesz udawać kogoś, kim nie jesteś. Jesteś Lwicą, o czym Aomine jeszcze nie wie. Ale powiedz mu.

-Boję się, mamo – szepnęła. –Nie wiem, jak długo jeszcze zdołam udawać. To wszystko mnie przerasta. Nie przypuszczałam, że to wszystko stanie się tak szybko.

Cesarzowa z lekkim uśmiechem pogłaskała ją po głowie. Wiedziała, że siła Asuny jest jednocześnie jej słabością. Nieważne, jak ciężko jej było, nigdy nikomu o tym nie mówiła. Była uparta i chciała robić wszystko po swojemu. Duma i charakterek nie zawsze stanowiły powód do radości.

-Nie ma się czego bać, skarbie. Rób wszystko swoim tempem i bądź sobą. Jak długo zdołasz udawać?

Do komnaty zapukał i wszedł Kagami z Kuroko, nim Asuna zdążyła odpowiedzieć. Tuż za nimi dreptał Sakurai. Cała trójka wyglądała tak, jakby za chwilę mieli wyruszyć na front i nigdy już z niego nie wrócić. Kagami wbijał w Asunę świdrujące spojrzenie. Dziewczyna wiedziała, że przyjaciel martwi się o nią, że chce jej szczęścia. I że podejrzewa, że ona nie znajdzie u boku Aomine tego, na co zasługiwała.

-Pani… - Kuroko skłonił się Cesarzowej. –Lady Asuno.. Już czas.

-Dobrze.

Asuna wstała i po raz ostatni zerknęła na siebie w lustrze. Biała suknia, przewiewna, ozdobiona była na dole spódnicy małymi kwiatkami, a górę stanika obszytą miała barwami Seirin, przeplecionymi z barwami Tōō. Nie miała ramiączek. Długie włosy Asuny zasłaniały jej plecy i kończyły się w okolicy bioder; lekko falowały, gdy szła. Bez słowa podała dłoń Kagami'emu, a on ujął ją i uścisnął pokrzepiająco.

-Poradzisz sobie – powiedział twardo i pocałował ją w czoło. –Poradzisz.

A ona nie wiedziała, czy przekonywał siebie, czy ją.


Najgorsze dla Kagami'ego było to, że po ślubie Asuny opuszczą go dwie najważniejsze dla niego osoby. Pierwszą z nich będzie przyjaciółka z dzieciństwa – Asuna wyjedzie do Tōō, będzie już na zawsze u boku Aomine. Tak jak Kuroko, druga osoba, której wyjazd złamie jego serce. Przez te kilka tygodni przywiązał się do maga, ze świadomością, że uczucie jest odwzajemnione. Za każdym razem, kiedy na niego patrzył, wracały do niego wspomnienia, jak te o ich pierwszym pocałunku. To Kuroko go zainicjował, w pałacowym ogrodzie, kiedy podczas krótkiej ulewy schronili się w altanie. Z daleka od wszystkich, zarówno ludzi, jak i problemów, ogrzewali się nawzajem, a ciepłe usta Kuroko po chwili odnalazły jego wargi. Kagami pamiętał, jak bardzo słodki był to pocałunek. Jak bardzo Kuroko drżał, wtulając się w niego i jakie ciepło zalało ich obu.

-Kagami?

-O! Kuroko?

-Odpłynąłeś gdzieś myślami. Za chwilę spadniesz z konia.

Byli właśnie w drodze do świątyni, jak dzień wcześniej. Orszak jechał przez całe miasto; na jego przedzie jechał Cesarz, za nim Asuna, a za nią jej świta. Kagami i Kuroko znajdowali się pośrodku, przed nimi jechał Izuki i Mitobe. Na samym końcu, na jednym koniu, jechał Hyuuga wraz z Riko. Oboje byli lekko bladzi, ale uśmiechnięci. Żadne z nich nie powiedziało nic o minionej nocy, a nikt z drużyny nie miał odwagi zapytać o szczegóły. Książę troskliwie otulał świeżo poślubioną małżonkę swoją opończą, opierając brodę na jej głowie.


Asuna z każdym kolejnym metrem, który przybliżał ją do świątyni, miała ochotę ściągnąć lejce i popędzić konia w inną stronę. Przerażał ją roześmiany i zachwycony tłum, twarz bolała od uśmiechu, który miała na ustach. Coś w niej krzyczało, ale nie mogła wydobyć z siebie głosu. Odnalazła wzrokiem Kagami'ego i wiedziała, że on jako jedyny wie, co dzieje się teraz w jej głowie i sercu. Ona również wiedziała, o czym on myśli, zwłaszcza, kiedy rycerz szybko zerknął na Kuroko.

Och, Kagami, pomyślała z żalem. To był drugi raz, kiedy zakochał się w kimś, kto wkrótce miał go opuścić. Pierwszy był Himuro, przyjaciel z dzieciństwa, jego brat, który również szkolił się w Seirin, ale nim został pasowany na rycerza, jego rodzice oddali go na wychowanie do Kirisaki i kontakt został zerwany. Pamiętała, jak bardzo Kagami cierpiał i jak dziki stał się wtedy. Jeśli historia się powtórzy, Junpei znów będzie musiał poświęcić wiele czasu i uwagi, by doprowadzić przyjaciela do równowagi psychicznej.

Wiedziała, że myślenie o kłopotach przyjaciół niewiele jej pomoże, ale miło było chociaż na chwilę skierować swoje obawy na inny tor. Mimo to, wciąż czuła nieznośny ucisk w żołądku. Nie pomagał również fakt, że na niebie, w oddali, pojawiły się czarne chmury, które niewątpliwie zwiastowały nie tylko ulewę, ale prawdziwą burzę.


Aomine siedział na ławeczce w świątyni i wpatrywał się w okno. Jego również zastanawiały chmury, które nadciągały z południa. Mówiono, że burza w dniu ślubu to zły omen dla małżeństwa, ale on o to nie dbał. Wywiąże się ze swojej części umowy. Obowiązek ponad wszystko, mruknął do siebie w myślach i ziewnął szeroko.

Bardziej martwiło go to, co stanie się wkrótce z Tetsu. Nie chciał go tutaj zostawiać, bez Tetsu życie w Tōō ulegnie zbyt drastycznym zmianom. Jego życie ulegnie zmianom.

-Mój panie – Sakurai stanął obok niego. –Lady Asuna już tutaj jest.

Aomine podniósł się i westchnął. No cóż, jego ostatnie pięć minut bycia kawalerem właśnie mijało. Stanął przy ołtarzu i odwrócił się, patrząc na drzwi. Widział, jak do środka wchodzi rodzina Asuny, a także rycerze jej brata i zaproszeni goście. Na samym końcu wszedł Kuroko z Kagamim; mag lekko ścisnął ramię rycerza, a potem podszedł do swojego władcy.

-Jesteś zdenerwowany? – zapytał, przywołując na ustach ten swój charakterystyczny, spokojny uśmiech.

-Niekoniecznie – burknął Aomine.

-Dobrze – pochwalił Kuroko.

Nagle przechylił jednak głowę i przyjrzał mu się krytycznie. Aomine zmarszczył brwi, zastanawiając się, o co chodzi. Włożył na siebie to, co nakazał mu rano włożyć Sakurai, twierdząc, ze Protokół tego wymaga i że nie ma innej opcji. Założył nawet koronę, za którą nie przepadał. Miał na sobie mundur Tōō, a także szeroką opończę, z eleganckim, granatowym wykończeniem. Przy pasie miał pochwę z mieczem, a buty kazał wyczyścić. Więc o co chodziło Tetsu?

-Przechyliło ci się – oznajmił w końcu mag i wygładził mu zapięcie opończy. –Już.

-Dzięki – odparł sucho.

Kuroko uśmiechnął się do niego krzepiąco, po czym cofnął się, by zająć miejsce dla drużby. W momencie, w którym to zrobił, Cesarz wprowadził do środka Asunę. Wolnymi krokami zbliżali się do ołtarza, a Aomine nie mógł oderwać od niej wzroku.

Kto do cholery ubrał ją tak lekko, kiedy na zewnątrz zrywała się wichura?!


Cesarz podał mu dłoń Asuny i przez chwilę trzymał na ich splecionych palcach swoje dłonie. Widać było, że walczy ze sobą i Asuna miała wrażenie, że nie tylko ona za chwilę zacznie płakać. Dłonie Aomine były ciepłe i przyjemnie rozgrzewały jej zziębnięte palce.

-Aomine – zaczął Cesarz tak cicho, by nie słyszał go nikt inny, prócz księcia Tōō. –Oddaję ci mój największy skarb. Proszę, dbaj o moją córkę.

Aomine przytaknął, po czym przyciągnął Asunę do swojego boku. Księżniczka spuściła głowę i odetchnęła głęboko. Jej życie było zaplanowane z góry, nie miała wiele do powiedzenia w kwestii wyboru męża. Oczywiście, gdyby odmówiła ojcu, Cesarz rozważyłby to. Mimo to w momencie, gdy zapytał ją o zdanie, spuściła tylko głowę i potulnie zgodziła się.

Teraz również zgodzi się na wszystko.


Ceremonia zaślubin Aomine i Asuny nie była tak szczęśliwa, jak wczorajszy ślub. Widzieli to wszyscy zgromadzeni. O ile Hyuuga i Riko byli zdenerwowani, ale gdzieś pod tym kryła się ekscytacja, tak dzisiejsi nowożeńcy wyglądali tak, jakby właśnie podpisywali kontrakt z demonami piekieł. Cesarzowa ocierała łzy, ale nie te szczęścia, jak wczoraj. Cesarz ścisnął jej dłoń mocno.

-Wychowaliśmy ją dobrze. Poradzi sobie. Na pewno – szepnął, nie patrząc na żonę. –My również nie pobraliśmy się z miłości, najdroższa. Czy czegoś żałujesz?

Cesarzowa uśmiechnęła się lekko i przyjrzała się nie tylko córce, która właśnie wypowiadała drżącym głosem słowa przysięgi, ale również skierowała wzrok na pozostałą trójkę.

-Nie. Nie żałuję ani chwili – odparła, czując się troszkę spokojniejsza.


Aomine złożył przysięgę, patrząc Asunie w oczy. Widział w nich lęk i niepewność, co go nie zaskoczyło. Przypuszczał, że księżniczkę Seirin w końcu opuści odwaga. W sumie nie widział w tym nic złego; pamiętał, jak jego kuzynka wychodziła za mąż pierwszy raz. Też panikowała, a nawet uciekła przed ojcem i narzeczonym do jego zamku.

-Czy przysięgasz, książę, dbać o swoją małżonkę w zdrowiu, w chorobie, w szczęściu i smutku, przysięgasz chronić ją, a także wasze wspólne dzieci i bliskich? – zapytał kapłan, a Aomine lekko ścisnął dłonie Asuny. Nawet nie wiedział, dlaczego to zrobił. Instynkt?

-Tak – odparł bez wahania.

Kapłan wrócił do recytowania formułek, a Aomine powstrzymał się od ziewnięcia. Dlaczego te ceremonie zawsze trwały tak długo? Powiedzieli, co mieli powiedzieć. Ich dłonie opleciono jakimś specjalnym sznurkiem, a kapłan skropił im głowy jakąś specjalną, ziołową mieszanką. Przerost formy nad treścią, jak nic.

-W obliczu bogów i ludzi, od dziś jesteście mężem i żoną – prowadzący ceremonię cofnął się, a Sakurai podszedł i podał Aomine diadem, który od dzisiaj miała nosić Asuna. Książę włożył go na jej głowę niezgrabnie.

-Cóż – bąknął, odsuwając się od niej na kilka centymetrów. –Od dziś kroczyć będziesz u mojego boku. Doprowadźmy Tōō do świetności.

Powodzenia, pomyśleli ironicznie zgromadzeni goście.

-Możesz pocałować pannę młodą – kapłan uśmiechnął się do Aomine.

O ile to, jak ją ukoronował, było niezgrabne, a ruchy Aomine były wtedy sztywne, tak pocałunek bardzo się od tego różnił. Jego wargi były bardzo ciepłe i bardzo władcze. Asuna nawet nie zdążyła się zorientować, kiedy rozchylił jej usta swoim językiem i pocałował ją tak, że zabrakło jej tchu w płucach. By nie upaść, rozpaczliwie wczepiła się palcami w mundur na jego piersi i wspięła się, by móc dorównać tempu, jakie narzucił. Nim jednak zdążyła jakoś zareagować i odpowiedzieć na pocałunek, Aomine przerwał go i uniósł głowę.

-Żono – mruknął, a Asuna zadrżała. Nie słyszała gratulacji, które właśnie im składano; cała jej uwaga skupiła się na tym, jak ciepły był jej mąż, a także na tym, jakie spustoszenie w jej głowie zrobił (nie)zwykły pocałunek.

Nagle stało się coś, czego nikt się nie spodziewał.

Aomine czując, jak drży jego świeżo poślubiona małżonka, rozpiął swoją opończę i zamaszystym gestem zarzucił ją na ramiona Asuny i zapiął jej pod brodą. Ogromny materiał otulił ją, niczym koc, sprawiając, że wydawała się jeszcze drobniejsza. Na jej policzkach pojawił się rumieniec, ale szczelniej otuliła się opończą.

-Bardzo lekko się ubrałaś – oznajmił Aomine. –Pogoda w Tōō bywa ostrzejsza niż tutaj. Miej to na uwadze, Asuno.


Uczta weselna również odbywała się w ogrodzie, chociaż była mniej wystawna, niż wczorajsza. Głównie ze względu na to, że słońce przesłoniły chmury, a wiatr przegnał do domów część weselników, przerażonych perspektywą ucztowania na deszczu. Cesarzowa dyskretnie kazała szykować wszystko do przeniesienia do Wielkiej Sali. W międzyczasie Asuna i Aomine rozpoczęli tańce. Tym razem nie odważyła mu się zwrócić uwagi, że myli kroki i gubi się. Tak naprawdę prócz krótkiego „epizodu", jaką była wymiana przysięgi w świątyni, miedzy nimi nic się nie zmieniło, ale, mimo to, Asuna czuła się dziwnie skrępowana obecnością męża. Lata praktyki, wszystkie wyćwiczone sposoby prowadzenia konwersacji zawodziły. Czy ślub tak bardzo zmienił jej charakter?

Aomine tymczasem siedział obok Asuny, nieświadom tego, o czym ona myśli, i znudzonym wzrokiem rozglądał się po biesiadnikach. Wysłuchał ich przemówień, wysłuchał życzeń, wypił toasty. Był teraz żonaty, a tymczasem wciąż czuł się tak, jak czuł się rano. Z tym wyjątkiem, że siedziała obok niego kobieta, która delikatnie uśmiechała się do każdego. Ale Aomine widział jej dłonie, splecione na podołku, a dla innych ukryte za stołem. Dłonie mocno zaciśnięte, wręcz pobielałe. W końcu nie wytrzymał i, nie patrząc na nią, nakrył jej dłonie swoją.

-Opanuj się, Asuno – powiedział cicho.

-Jestem opanowana – skłamała gładko, skupiona na jego dłoni.

Wcześniej nie miała czasu o tym myśleć, ale podobały jej się ręce Aomine. Wyczuwała na nich stwardnienia i zgrubienia od trzymania miecza. A mimo to były ciepłe, a także na swój sposób trochę ją uspokajały.

-Tak, tak – westchnął ciężko.

-Nie chcę cię zawieść, mój panie – oznajmiła. Ona również unikała jego wzroku.

-Nie zawiedziesz.

Nie można zawieść kogoś, kto niczego nie oczekiwał, prawda?

-Nie chcesz zatańczyć ze swoimi przyjaciółmi? – zapytał. Nie miał nic przeciwko, dopóty, dopóki miał ją na oku. To, co się zmieniło, to to, że nie dzielił się swoją własnością. I o ile Tetsu był wolny, bo niczego sobie nie obiecywali, tak Asuna należała do niego.

-Nie, mój panie. Nie mam ochoty na tańce.

Aomine w końcu spojrzał na nią. Siedziała wyprostowana, niczym dobrze naciągnięta cięciwa. Ginęła w jego opończy, ale musiał przyznać, że barwy Tōō podkreślały jej jasną cerę. Teraz wręcz przezroczystą.

-Nic nie zjadłaś.

-Nie jestem głodna, mój panie. Proszę, wybacz mi, czy mogę już udać się na spoczynek? – wymamrotała.

-Oczywiście. Sakurai! – zawołał, a sekretarz niemal natychmiast znalazł się u jego boku. –Odprowadź jej wysokość do komnaty.

-Tak, panie. Milady – Sakurai skłonił się z szacunkiem, a Asuna odpowiedziała lekkim dygnięciem.

Poprowadził ją do komnaty Aomine. Asuna była na to przygotowana, wiedziała, ze na tę noc nie wróci do swojego łóżka. Mimo to, żołądek miała mocno zaciśnięty, a gdy tylko została sama, zwinęła się w kłębek na szerokiej ławie (nie miała odwagi wejść do łóżka, jeszcze nie) i przycisnęła do brzucha rękę. Wiedziała, ze rzucanie zaklęć na samą siebie nie było rozsądne, że nie odnosiły one takiego efektu, jak rzucane na kogoś, ale próbowała powstrzymać falę mdłości, jaka ją męczyła.


Aomine jeszcze długo siedział na uczcie. Wręcz stracił rachubę czasu. Goście przysiadali się do niego, z kilkoma zamienił więcej niż kilka zdań. Tetsu również obok niego usiadł, ale prawie natychmiast porwał go Kagami i potem Aomine już go nie widział. Udało mu się również porozmawiać z Cesarzem, a także z Hyuugą. Wspólnie ustalili parę szczegółów odnośnie wspólnego frontu, nie tylko militarnego, wobec Kirsaki i Shutoku. Ale Junpei szybko uciekł, by dotrzymywać towarzystwa Riko, a Cesarz wkrótce został poproszony na słowo z Kagetorą. Książę Tōō został sam. Nie zapijał się w trupa, wiedział, że to nie ma sensu. Nie był nawet w nastroju do picia.

-Pozwolisz, panie?

Uniósł głowę i napotkał wzrok Cesarzowej. Mimowolnie wyprostował się i przesunął palcami po włosach.

-Oczywiście, milady. Będę zaszczycony – odparł, próbując sobie przypomnieć cokolwiek, o czym mógłby z nią rozmawiać.

Cesarzowa usiadła na tronie, który zwolniła Asuna i przyjrzała się Aomine z uprzejmym zainteresowaniem. Słabo pamiętał swoją matkę, ale uczucie było znajome; jakby znów coś przeskrobał, a rodzicielka strofowała go.

-Jesteś przystojnym mężczyzną, mój drogi książę – zaśmiała się nagle Cesarzowa, a Aomine poczuł, jak się rumieni. Otworzył usta, by coś odpowiedzieć, ale ona tylko pokręciła głową. –Nie, nie bulwersuj się. To przywilej matki mówić takie rzeczy, prawda? Pozwolisz? – ujęła jego dłoń w swoje ręce, nie czekając na odpowiedź, i Aomine poczuł, jak pomiędzy nimi zaczyna płynąć magia. –Jesteś dobrym człowiekiem – szepnęła. –Zagubionym, ale dobrym. Odnajdziesz odpowiedź na każde pytanie, które cię trapi, synu – dodała.

Synu.

To słowo wkręciło się w niego i sprawiło, że zrozumiał, wreszcie do niego dotarło to, co się stało. Prócz żony, miał teraz teściów oraz rodzeństwo Asuny. Obcych mu ludzi, którzy w świetle wszystkich praw stali się jego rodziną.

-Jesteś również arogancki, ale – westchnęła lekko – kto z nas nie jest. Chronisz to, co do ciebie należy. Chroń moją córkę, proszę – uśmiechnęła się do niego i Aomine zauważył, ze mimo lat i obowiązków, jakie miała na barkach, wciąż była piękną kobietą. Asuna ma jej uśmiech, pomyślał.

-Wybacz mi tę szybką analizę – puściła jego dłonie i sięgnęła po puchar z wodą. –Kiedy będziecie mieli swoje dziecko, zrozumiesz, drogi książę, że ono zawsze będzie dzieckiem, niezależnie od wieku.

Aomine nawet nie chciał się teraz nad tym zastanawiać. Zwłaszcza, że po niebie przetoczył się pierwszy, groźny pomruk burzy, a piorun, który uderzył chwilę później, gdzieś całkiem niedaleko, sprawił, że na stołach lekko zadrżała zastawa. Cesarzowa uniosła głowę, jak dzikie zwierzę, wietrzące niebezpieczeństwo.

-Mój panie – zaczęła, wstając. Aomine usłyszał w jej głosie niepokój. –Wiem, że to niegrzeczne z mojej strony, ale moja córka będzie cię potrzebować.

-Ja…

-Asuna boi się burzy. Gdy miała cztery latka zgubiła się w lesie, w czasie jednej z najgorszych burz, jaką kiedykolwiek widziałam. Odnaleziono ją dopiero po dwóch dniach – powiedziała szybko.

To mu wystarczyło.


Asuna, nim rozpętała się burza, zdążyła się przebrać w koszulę nocną, a także kilka razy zmienić zdanie wobec tego, co ją czekało. Skończyło się na tym, że przemierzała komnatę Aomine szybkim krokiem, a koszula falowała dookoła jej kostek. Zatrzymała się tylko na chwilę, by magią rozpalić w kominku, gdy zrobiło jej się zimno, i znów wróciła do spacerowania. Nie wiedziała nawet, ile wydeptała kilometrów; liczyło się tylko to, że czuła się spokojniejsza, gdy czymś się zajmowała. Ale jako że brakowało jej odwagi, by ruszyć rzeczy Aomine, pozostało tylko chodzenie.

Kiedy usłyszała pierwszy grzmot, zatrzymała się w pół kroku i powoli obróciła do okna. Jej pięści zacisnęły się, a oddech stał się płytki. Ciało Asuny ogarnął znajomy chłód. Nie teraz, jęknęła w myślach, błagam, nie teraz. Przy kolejnym grzmocie, dłonie uniosły się do uszu i zasłoniły je.

Kiedy poczuła na głowie ciepłą, dużą dłoń, przez chwilę miała wrażenie, że to Junpei albo Kagami do niej przyszli. Obaj wiedzieli o jej lęku i zawsze pomagali jej przetrwać najgorsze. Ale kiedy odwróciła się, uderzyła nosem w pierś Aomine. Odsunęła się lekko, dotykając nosa i sprawdzając, czy jest cały.

-Ostrożnie – mruknął jej mąż i przyjrzał się jej badawczo. –Nic sobie nie zrobiłaś?

-Nie, nic – wymamrotała, przyciskając palce do skrzydełek nosa. –Już wróciłeś z uczty, mój panie?

-Jak widać. Dlaczego, skoro boisz się burzy, szłaś w stronę okna? – zapytał.

-Skąd wie…Mama. To moja mama ci to powiedziała, panie?

-Nieistotne – Aomine wyminął ją i podszedł do okna. –Niektórzy twierdzą, że lękom trzeba stawiać czoła – złapał za kotarę i pociągnął ją tak, by przesłonić okno i chociaż trochę zagłuszyć dźwięki burzy. –Ja uważam, ze dopóki nie jest się gotowym, na siłę i tak niczego się nie osiągnie.

Asuna obserwowała jego ruchy. To, co zrobił i powiedział, sprawiło, ze nagle poczuła do niego autentyczny szacunek, niekoniecznie wynikający z pozycji i relacji, jaka ich łączyła.

-Połóż się – powiedział Aomine cicho.

-Mój panie, ja wiem, na czym polegają moje obowiązki.

-O jakich obo… a. Aha. Nie. Czekaj. Czekaj.

Aomine przeszedł się kawałek, jakby pomagało mu to w zbieraniu myśli. W końcu obrócił się do niej.

-Nie tknę cię dzisiejszej nocy – oznajmił.

Asuna poczuła, jak grunt umyka jej spod stóp. Czyżby aż tak była dla niego odrażająca, że nie chciał jej dotknąć? Spuściła wzrok, by nie zauważył rozczarowania, jakie wymalowało się na jej twarzy. Nigdy nie uważała się za piękność, ale Junpei, Kagami i reszta mówiła jej, że taką jest. Ona wolała cenić się za to, co miała w głowie i w sercu, nie za to, co przeminie z czasem. Mimo to, takie bezpośrednie odrzucenie przez człowieka, który poślubił ją chwilę temu, zabolało. A jeśli… Asuna zacisnęła w dłoniach materiał koszuli. Nagle do niej dotarło, że to nie z jej urodą jest coś nie tak. Połączyła fakty. Wreszcie zrozumiała, dlaczego Aomine tak zależy na Kuroko. Dlaczego był taki zazdrosny o Kagami'ego, że aż wyzwał go na pojedynek. Dotarł do niej sens wszystkich spojrzeń, jakie Aomine rzucał swojemu magowi, gdy szukał go wzrokiem.

To nie z jej twarzą było coś nie tak. Po prostu miała inną płeć.

-Rozumiem, mój panie – bąknęła. –Rozumiem, że mnie nie prag…

-Asuna, do jasnej… - nakazał sobie spokój. Odetchnął głęboko. –Najpóźniej jutro wieczorem musimy wyruszyć w drogę powrotną do Tōō. Gdybym wziął cię dzisiaj w nocy, podróż konno byłaby dla ciebie piekłem. Mamy przed sobą wiele wspólnych nocy.

-Tak, mój panie.

Niech taka będzie wersja, pomyślała, oddychając szybko. Kiedy usłyszała kolejny grzmot, zadrżała i niemal upadła. Aomine złapał ją w pasie.

-Połóż się – powtórzył. –Od rana na nogach, ledwo coś zjadłaś. Tetsu mnie zabije, jeśli coś ci się stanie.

-Mój panie – zarumieniła się. –Co z… z tym, co rano sprawdzają? Po nocy poślubnej? – nerwowo gniotła w dłoniach swoją koszulę.

-Ach – Aomine podrapał się w tył głowy. No tak, wszyscy oczekiwali od niego, że skonsumuje małżeństwo najszybciej, jak się da. –Ech. Co za problem…

Złapał za swój sztylet, a Asuna cofnęła się o krok. Mimo to, z fascynacją patrzyła, jak podchodzi do łóżka, odgarnia nakrycie, a potem dźga się czubkiem sztyletu w palec. Wycisnął na prześcieradło kilka kropel krwi i schował broń do pochwy. Spojrzał na żonę.

-To wystarczy, by nikt się nas nie czepiał. A teraz połóż się. I nie każ mi tego powtarzać po raz czwarty.


Kagami wpatrywał się w Kuroko, który, w blasku ognia na kominku, suszył włosy. Obaj pomagali ogarnąć teren wesela, kiedy rozpętała się ulewa, więc teraz byli przemoczeni i zmarznięci. Wrócili do jego komnaty i zamknęli się, chociaż Izuki namawiał ich, by wraz z nimi udali się do miasta, by tam świętować w karczmie. Kagami chciał jednak spędzić tę noc z Kuroko. To była ich ostatnia, wspólna noc, nim Kuroko wróci do Tōō. Nie wiedział, czy i jeśli w ogóle się jeszcze kiedykolwiek zobaczą.

-Kagami, nawet z daleka czują, jak intensywnie myślisz – zaśmiał się cicho Kuroko, opuszczając ręce. Ręcznik zawisł mu na karku. Prócz niego i spodni, mag nie miał na sobie nic innego.

Rycerz wzruszył tylko ramionami i usiadł na kocu, przed ogniem, tuż obok niego. On również został w samych spodniach, pozwalając, by ogień wysuszył resztę. Czuł przyjemny, słodki zapach, jaki otaczał Kuroko i jaki od tygodni nie dawał mu spokoju.

-To nasza ostatnia noc – powiedział w końcu Kagami.

-Jeszcze nie podjąłem decyzji – Kuroko wpatrzył się w ogień. –Nie wiem, czy chcę wracać do Tōō. Kise może przejąć moją funkcję.

-Wiem. Rozmawialiśmy o tym – Kagami przesunął dłonią po jego włosach, rozkoszując się ich miękkością. To, że Kuroko przy okazji lekko zadrżał, również sprawiło mu przyjemność.

-Z drugiej strony…

-Wiem, wiem. Aomine cię potrzebuje. Czy możemy o nim teraz nie rozmawiać? – Kagami skrzywił się.

Kuroko roześmiał się cicho, po czym przysunął się bliżej rycerza i pocałował go lekko w brodę, a potem w policzek. Uwielbiał to, że Kagami był taki zazdrosny. Objął go ramionami w pasie, a głowę oparł na jego piersi.

Czy czegokolwiek żałował? Tak. Tego, że nie uległ szybciej. To, co wybuchło między nim i Kagamim mógł porównać do pożaru, który pojawił się znikąd i objął ich swoim żarem. Kuroko próbował się temu oprzeć, tak, jak Kagami próbował stłumić w sobie uczucia wobec maga. Obaj jednak okazali się na tyle spragnieni swojej bliskości, że w końcu poddali się temu, co pojawiło się między nimi. Na początku ograniczali się do nieśmiałych pocałunków i pieszczot, które pomagały im poznać nawzajem swoje ciała.

Dziś jednak obaj byli gotowi iść na całość. Kuroko wiedział, że gdy nadejdzie ranek, będzie musiał podjąć ciężką decyzję. Starał się jednak o tym nie myśleć; wolał skupić się na tym, że usta Kagami'ego błądziły po jego barku i szyi. Odchylił głowę, pozwalając mu odnaleźć miejsce, które tak lubił pieścić.

-Kagami…

-Wiem – szepnął, kładąc go na kocu.

Kuroko wyciągnął ku niemu ramiona i przyciągnął Kagami'ego do siebie. Kiedy poczuł na sobie jego ciężar, z jego gardła wyrwał się cichy jęk. Ciepło, jakie go otoczyło, niewiele miało wspólnego z bliskością ognia. Mógł powiedzieć, że to skóra Kagami'ego była niczym żywe płomienie, tak gorąca, że gdy go dotknął, Kuroko myślał, ze spłonie. Przesunął dłońmi po barkach chłopaka, a potem po plecach i w końcu mocno objął go w pasie. Kagami tymczasem całował go zachłannie, palcami rozwiązując tasiemkę jego spodni. Kuroko ocierał się o niego lekko, świadom tego, jak bardzo Kagami to lubił. Wkrótce też usłyszał w uchu jego ochrypły jęk, a wrażliwą skórę na karku owiał jego gorący oddech. Również jęknął i wbił mu paznokcie w ramię, kiedy poczuł, jak twarda męskość Kagami'ego ociera się o jego udo.

-Kuroko…

-Szzz, wiem – zamruczał, unosząc biodra. Czuł tylko, jak Kagami szarpie się z jego spodniami, a potem ze swoimi. Wiedział, że tej nocy nie będzie czasu na delikatność.

Nie żałował.

On sam również był już mokry i twardy, dlatego, gdy poczuł, jak Kagami bierze jego męskość do ręki, drgnął, a spomiędzy warg wyrwał mu się zduszony jęk. Chcąc się uciszyć, wsunął sobie do ust dwa palce i zacisnął powieki, ale to, co robił z nim Kagami, było zbyt intensywne.

-Kagami…

-Nie walcz z tym.

Nie walczył. Pozwoliłby mu na wszystko, dlatego też, patrząc rycerzowi w oczy, wsunął w siebie palce, które jeszcze przed chwilą miał w ustach. Kagami osłupiał, niezdolny do rozumnego myślenia. Mógł tylko obserwować, jak Kuroko lekko odchyla głowę do tyłu i cicho jęczy, a potem zaciska wargi. Oddech Kagami'ego był płytki, rwał się, jakby coś uciskało go w płuca i nie pozwalało odetchnąć. Pragnienie, które go trawiło, było zbyt silne.

-Kagami… chodź. Błagam.

-Jesteś pewien, że to okej, Kuroko.…? Zrobię ci krzywdę..

-Nie zrobisz.

Może to pewność w jego głosie, a może uśmiech, który mu posłał, sprawiły, że Kagami przestał się wahać. Wszedł w Kuroko powoli i ostrożnie, jednocześnie dłonią dotykając jego policzka. Mag uniósł biodra, wychodząc mu naprzeciw. Czuł, jak jego ciało rozciąga się i wiedział, że to będzie bolało. Dlatego tylko odwrócił lekko głowę i zagryzł wargi, jednak nie pozwolił się wycofać Kagami'emu.

Kochali się długo, a Kuroko szczytował dwa razy. Kagami jednak nie pozwolił mu odpocząć. Kiedy tylko złapał oddech, zaczynali od nowa, za każdym razem urządzając sobie krótkie przerwy. Dopiero nad ranem, Kuroko zwinął się u jego boku i zamknął oczy, zaspokojony i szczęśliwy, nie tylko dlatego, że gdzieś po drodze przenieśli się do łóżka. Ledwo kojarzył fakty, a jego ciało było cudownie obolałe. Gdzieniegdzie miał malinki i wiedział, że przez najbliższe kilkanaście godzin nie miał szans na to, by je zakryć.

Kagami leżał obok niego, obejmując go mocno. Jego długie palce powoli przeczesywały jego palce, a on sam równie powoli zapadał w sen. Kuroko wiedział, że to, ze spał obok niego, uspokajało rycerza na tyle, by zasypiał bez trudu. Nigdy nie pytał o jego złe sny, wystarczyło mu to, że przy nim ich nie miał. Jeśli tyle mógł zrobić dla Kagami'ego, wystarczyło.

-Tetsuya… - szepnął Kagami, nachylając się nad jego uchem. Otoczył go ramionami i dotknął czołem jego czoła. –Tetsuya, nie wyjeżdżaj. Zostań ze mną, proszę.