Rozdział X
Od momentu otrzymania anonimowej wiadomości od tajemniczej Krukonki, Andrew stał się w oczach swoich dwóch przyjaciółek kompletnie nieznośny. Za każdym razem, gdy na korytarzu mijała ich dziewczyna z Ravenclawu, wpatrywał się w nią bardzo uważnie, zastanawiając się czy mogła być autorką listu, czy też nie; podczas posiłków cały czas spoglądał na stół domu Roweny i praktycznie nie myślał o niczym innym, czym najbardziej doprowadzał Allyson i Shyanne do szału, ponieważ nigdy nie miał pojęcia, co do niego mówiły.
Cały czas zastanawiał się czy to nie był po prostu żart ze strony Kelly'ego i jego przyjaciół, którzy chcieli ośmieszyć go tym, że uwierzyć, że może podobać się jakiejś dziewczynie. Czasem podejrzewał również, że to Allyson i Shyanne wszystko wymyśliły, chcąc dodać mu pewności siebie; szybko jednak dochodził do wniosku, że nie było to możliwe, bo obie przez cały czas nie odstępowały go na krok. Allyson kompletnie nie dziwiły wątpliwości Andrew co do tego czy list jest prawdziwy, a nie byłoby to dla nikogo szokiem, gdyby się okazało, że to rzeczywiście Mark Kelly i jego banda postanowili mu dokuczyć. Nie dlatego, że wszyscy uważali Andrew za gorszego od siebie, bo to nigdy nie przeszło przez myśl żadnemu Puchonowi, chociaż bywały dni, gdy uważali, że trochę wstyd mieć kogoś takiego w swoim domu. Po prostu nie byłby to pierwszy raz, gdy coś takiego miałoby miejsce, choć Ślizgoni zdawali się odczepić od niego w trzeciej klasie, gdy dokuczanie Andrew nie dawało już nikomu powodu do śmiechu, ze względu na brak nowych pomysłów.
W pierwszej klasie jednak była to jedna z ich ulubionych rozrywek i za każdym razem, gdy Puchon znalazł się niedaleko nich było pewne, że zaraz coś się wydarzy. Sam chłopak wiedział, że nie jest w stanie nic na to poradzisz, gdyż oprócz prowokującego do wyśmiewania wyglądu, posiadał kiepskie umiejętności magiczne i bardzo często mu coś nie wychodziło; ponadto, taktyka ignorowania wszystkiego kompletnie w tym wypadku nie zadziałała. Musiał jednak przyznać, że cała ta sytuacja, w jakiej się znalazł miała swoje pozytywne strony. Gdyby nie głupie żarty Kelly'ego, być może nigdy nie przełamałby swojego strachu w stronę Allyson i nie zaprzyjaźniłby się z nią.
Przyjeżdżając do Hogwartu, był przerażony. Nie miał pojęcia, jak poradzi sobie w szkole, podczas gdy trudno mu było uwierzyć, że w ogóle został do niej przyjęty. Jego rodzice byli przekonani, że jest charłakiem, bo jego zdolności magiczne nigdy się nie ujawniły, a przynajmniej ani on, ani nikt inny z jego otoczenia tego nie zauważył. I choć jego rodzina, mimo czystości krwi, nie należała do tych, dla których właśnie to było najważniejsze, to Andrew czuł, że syn-charłak i tak byłby dla nich wstydem. Jego rodzice nigdy nie powiedzieli tego wprost, ale jego siostra, zawsze mówiąca to, co miała na myśli, nigdy tego nie ukrywała i nie pozwalała mu o tym zapomnieć.
Jakim zaskoczeniem było dla wszystkich przyjście w lipcu dwóch, a nie jednego, listów do Hogwartu! Gdy tylko Jake Hamilton odczepił od nóżki rodzinnej sowy dwie koperty, jedną znacznie grubszą od drugiej z racji tego, że znajdowały się w niej wyniki SUM-ów jego córki, a drugą zaadresowaną do jego jedenastoletniego syna, omal nie wypuścił z rąk filiżanki, którą trzymał w ręce. Gdy tylko poinformował o tym resztę rodziny, siedzącą przy stole i jedzącą śniadanie, jego żona i szesnastoletnia córka natychmiast zawołały, żeby im to pokazał. Andrew jednak był czarodziejem… Żadna z nich nie mogła w to uwierzyć, chociaż dla wszystkich była to ogromna ulga; największa prawdopodobnie dla Natalie. Wszyscy w Hogwarcie wiedzieli o istnieniu jej młodszego brata i obawiała się, że gdyby we wrześniu nie pojawił się w szkole, stałaby się dla wszystkich ogromnym pośmiewiskiem.
Siedząc w niewielkiej łódce, płynącej spokojnie po jeziorze w stronę okazałego zamku na drugim brzegu, w towarzystwie ciemnowłosej dziewczyny i jasnowłosego chłopaka, później przydzielonych do Ravenclawu, a także drugiej ciemnowłosej dziewczyny, którą na ceremonii Tiara Przydziału umieściła w Gryffindorze, Andrew trząsł się ze strachu. Jego obawy nie zmniejszyły się, gdy znaleźli się w Wielkiej Sali i stał w grupie pierwszoklasistów, czekając na przydział, tylko jeszcze bardziej się nasiliły. Bał się, że gdy nadejdzie jego kolej, przerażająca profesor Smith nie wyczyta jego nazwiska, lecz na samym końcu, gdy na środku zostanie tylko on, oznajmi wszystkim, że nie przybył on do Hogwartu studiować magii, lecz miał być uczniem woźnego Filcha, przygotowującego się na przejście na emeryturę, żeby po skończeniu szkoły przejąć jego obowiązki. Kiedy w Sali po raz kolejny zapanowała cisza, a z ust nauczycielki wydobyło się: „Hamilton, Andrew!", niemal biegiem ruszył przed siebie, nie potrafiąc ukryć ogromnej radości. Nie byłby jednak sobą, gdyby tuż przed krzesłem nie przewrócił się na ziemię, potknąwszy się o sznurówki, które mógłby przysiąc, że jeszcze moment wcześniej były zawiązane.
Gdy się podniósł, nauczycielka spoglądała na niego takim wzrokiem, który spowodował, że po jego ciele przeszły ciarki. Niektórzy w pomieszczeniu otwarcie się śmiali, niektórzy rzucali w jego stronę określeniami typu „niezdara", „oferma". Siadając na stołku dostrzegł swoją siostrę, siedzącą przy stole Ravenclawu, całą czerwoną ze wstydu, na której twarzy wymalowane było, że pragnęła zapaść się pod ziemię. Potem profesor Smith nałożyła na jego głowę Tiarę Przydziału, która w przeciwieństwie do innych uczniów, nie zatrzymała się na końcówce jego nosa, lecz na bardzo odstających uszach. Ledwo tylko dotknął jego głowy, kapelusz wykrzyknął: „HUFFLEPUFF!" i Andrew, z ogromną ulgą, czym prędzej ruszył w stronę stołu odpowiedniego domu, zajmując miejsce obok wyglądającej na oszołomioną ciemnoskórej dziewczyny.
W trakcie uczty nie zamienił z nikim słowa. Przyglądał się tylko wszystkim swoim rówieśnikom, starając się zgadnąć, jacy byli. Najbardziej jednak zastanawiała go obecność przy stole jego domu Allyson Yaxley. Wychowując się w rodzinie czarodziejów, nikt nie musiał mu mówić, że to nie była zbieżność nazwisk, lecz naprawdę była córką „tych" Yaxley'ów. Ale nie tylko jej nazwisko zwróciło jego uwagę; najbardziej w oczy rzucała się jej ogromna blizna na twarzy, która sprawiała, że dziewczyna wyglądała na wiecznie niezadowoloną, nawet gdy w rzeczywistości malowała się na niej jej wersja stoickiego spokoju. Ona również nie odzywała się do nikogo ani też nikt nie spróbował jej zagadnąć. Domyślał się, że większość wolała tego nie robić, bo zapewne była wściekła, że znalazła się w Hufflepuffie i rozważała, jak naprawić tą ogromną pomyłkę.
Nie miał pojęcia, jak bardzo się mylił aż do lekcji Obrony Przed Czarną Magią, którą mieli tuż po pierwszych tego dnia Zaklęciach. Przerażony, po lekcji z opiekunką Slytherinu, pragnął jak najszybciej znaleźć się w dormitorium, ale razem z resztą Puchonów powędrował pod klasę profesor Morgan, gdzie czekało już na nich część Gryfonów, część Krukonów i wszyscy Ślizgoni. Ci ostatni, z wyjątkiem dwóch, stojących z boku chłopaków, natychmiast uśmiechnęli się szyderczo na jego widok.
- Proszę, proszę! Niedojda dotarła pod klasę i nawet się nie przewróciła!- zawołał jeden z nich, Nathan Blyke.
- On się nie przewrócił, tylko oddawał cześć profesor Smith! Chyba sądził, że dzięki temu będzie traktowała go łagodniej!- odpowiedział drugi, Mark Kelly.
- A czego ty oczekujesz po Puchonie? W dodatku takim, którego rodzona siostra otwarcie nazywa najgorszą porażką swojego życia?- spytał Blyke, a Andrew zacisnął zęby, starając się powstrzymać cisnące się mu do oczu łzy.
Brakowało mu tylko tego, żeby teraz rozpłakać się na oczach wszystkich rówieśników. Słowa Ślizgona bardzo go zabolały, ale wiedział, że najprawdopodobniej nie kłamał. Znał Natalie na tyle dobrze, że wiedział, że była zdolna do tego, żeby powiedzieć coś takiego. Nigdy nie była zadowolona z tego, jakiego miała brata i otwarcie mówiła rodzicom, że wolałaby być jedynaczką. Mimo to nie chciał jej widzieć na oczy; był na nią wściekły nie tylko za to, co powiedziała, ale też, że przez to inni uczniowie mieli więcej powodów do drwin z niego.
- O patrzcie, on się zaraz rozpłacze!- zawołała jedna ze Ślizgonek, a cała reszta zachichotała.
Gdy Andrew przechodził obok nich, chcąc stanąć przy grupce Puchonów, jeden z chłopaków celowo przewrócił go na ziemię, przez co spadły mu z nosa okulary, bez których nie widział prawie nic, a książki wypadły mu z ręki. Ślizgoni śmiali się, gdy po omacku szukał okularów, lecz nagle poczuł na swoim ramieniu dłoń, niewielką i chłodną, po czym bardzo niewyraźnie zobaczył, że ktoś się przed nim znajduje i zakłada mu okulary z powrotem na oczy. Wtedy dostrzegł, że nie był to nikt inny, tylko Allyson Yaxley, która z zaciśniętymi wargami pomagała mu się pozbierać.
- Zamknijcie się już!- zawołała w stronę Ślizgonów, którzy natychmiast umilkli. Aż trudno mu było uwierzyć, jakie cuda potrafiła wymusić czarodziejska hierarchia, która najważniejsza była właśnie dla Ślizgonów, a w której rodzina Allyson, ze względu na czyściutką od wielu pokoleń krew, znajdowała się bardzo wysoko.- A wy co tak stoicie? Moglibyście mu pomóc!- rzuciła jeszcze do reszty uczniów, gdy pomogła mu wstać i ruszyli w stronę klasy.
Profesor Morgan akurat otworzyła drzwi i wściekła Puchonka praktycznie wciągnęła go do klasy. Usiedli w jednej ławce, na samym początku klasy, nie spoglądając nawet na resztę.
- Dzięki.- wybąkał, zawstydzony, zanim jeszcze rozpoczęła się lekcja.
- Nic takiego.- odpowiedziała.- Jestem Allyson, tak w ogóle.- powiedziała, a jej twarz wykrzywiła się lekko, jak się jednak później przekonał, w jej wypadku był to sympatyczny uśmiech.
- Andrew.- uścisnął jej zimną dłoń, odwzajemniając go.
Od tego czasu trzymali się razem, a jeszcze tego samego dnia zyskali miano szkolnych wyrzutków, z którymi nikt zbytnio nie chciał mieć nic wspólnego. Z nim przez to, że był największą ciapą w szkole, z nią za odrzucający wygląd i za to, że była Yaxley'ówną, co czyniło ją w oczach niemal wszystkich osobą chłodną, podłą i wyrachowaną, a co za tym szło, sprawiało, że nie stawała się w niczyich oczach osobą wartą poznania. Mimo to jednak, żaden z Puchonów nigdy nic im nie powiedział. Czasem zdarzało im się słyszeć komentarze ze strony innych domów, ale w Hufflepuffie nikt nie powiedział do nich złego słowa. Wybrali oni wersję znacznie łatwiejszą i dla nich przyjemniejszą, i po prostu ich ignorowali. Być zobaczonym z nimi, w ich pierwszej klasie było największym wstydem, jaki komukolwiek mógł się przydarzyć. To przekonanie zaczęło znikać dopiero, gdy w klasie drugiej Allyson, choć z niezbyt dużym entuzjazmem ze strony innych członków drużyny, dostała się do domowej drużyny Quidditcha i stało się tak dlatego, że była naprawdę najlepsza ze wszystkich kandydatów. Wtedy Puchoni, głównie ci z drużyny, bez większego wyboru zaczęli spędzać z nią więcej czasu i przekonali się, że ze swoich sióstr, najbardziej przypomina Annabelle, a z Alexandrą, Ashlyn, a dla niektórych także z Antonie, nie miała zbyt wiele wspólnego. To spowodowało, że coraz więcej osób zaczęło ją akceptować, a co za tym idzie również i jej przyjaciół. Ostatecznie wszyscy otworzyli się na nich w trzeciej klasie, gdy co rusz Allyson zaczepiał James Potter. Sama Puchonka jednak nie wiedziała czy ma się z tego powodu cieszyć, czy płakać, bo choć była mu wdzięczna za to, że dzięki niemu wszyscy się do nich ocieplili, wolałaby, żeby dał jej święty spokój.
- Andrew!- Puchona z zamyślenia wyrwał głos Shyanne, stojącej przy nim razem z Allyson, gdy wróciły do dormitorium po lekcji Starożytnych Run, na którą chodziły bez niego- Jeśli się nie ruszysz, spóźnimy się na Opiekę Nad Magicznymi Stworzeniami!
- Hagrid i tak nic nie powie ani nie odejmie nam punktów.- stwierdził, ale piorunujące spojrzenie Shyanne wystarczyło, żeby podniósł się z fotela i bez słowa wyszedł z dormitorium, zostawiając Allyson samą w pokoju wspólnym.
Ally tymczasem zajęła się pisaniem wypracowania na Transmutację, które profesor Hollands zadał jej klasie w piątek. Przez pierwszy tydzień po meczu profesor Reynolds dał drużynie odpocząć i nie mieli treningów, z czego Allyson była bardzo zadowolona, bo nie tylko miała dużo więcej czasu wolnego w popołudnia, ale mogła porządnie się wyspać. Nie pamiętała już, kiedy w tygodniu poszła spać przed północą, zmuszona do odrabiania większości zadań domowych wieczorami, po treningu. Najgorzej bywało w środę i w czwartek, gdy nie raz samotnie siedziała w pokoju wspólnym nawet do trzeciej w nocy, nad pracami z Zaklęć, Eliksirów, Transmutacji, a czasem też z Historii Magii i Run. Rano Shyanne była dla niej nieubłagana i choć czasem pozwalała jej przespać śniadanie i wstać o ósmej, to i tak na pierwszych lekcjach Allyson była kompletnie nieprzytomna, a ku jej nieszczęściu w czwartek były to Zaklęcia, a w piątek Eliksiry.
Następnego dnia, jak zawsze w środę miała zły humor, którego nie było w stanie poprawić nawet to, że był to jedyny dzień w tygodniu bez lekcji Zaklęć. Dwie godziny Zielarstwa powodowały, że nie miała ochoty wstawać z łóżka, a po Transmutacji bardzo często pojawiała się u niej pokusa ucieczki do dormitorium i zaszycia się w nim przez najbliższe dwie godziny. Shyanne jednakże znała ją na tyle dobrze, żeby doskonale o tym wiedzieć i zawsze, gdy opuszczały klasę profesora Hollandsa nie spuszczała z niej wzroku. Allyson bardzo często to irytowało, ale zawsze dochodziła do wniosku, że może to i lepiej, że Shyanne była tak regulaminowa i jej pilnuje. Gdy chodziła na Zielarstwo, profesor Longobttom widział przynajmniej, że próbowała, a za brak podejścia i zainteresowania roślinami nie miał zamiaru jej karać. Jeśliby jednak uciekała, mógłby całkowicie zmienić do niej podejście.
Opuszczając salę po Transmutacji, Shyanne jak zawsze szła przy Allyson, podczas gdy Andrew cieszył się, że nareszcie będzie lekcja, którą faktycznie lubi. Zostawili torby w dormitorium i poszli do cieplarni, gdzie nie było jeszcze prawie nikogo. Wszystkie stoliki były porozstawiane osobno, nie tak jak zazwyczaj połączone w dwójki, a na każdym stała wypełniona ziemią doniczka, do której przyczepiona była plakietka z imieniem i nazwiskiem. Wyglądało jednak na to, że w środku nie było żadnej rośliny.
- Ciekawe, co Longbottom wymyślił tym razem. Oby coś normalniejszego niż wczoraj Hagrid, bo nie mam ochoty znowu uciekać…- powiedział Andrew, a Shyanne uśmiechnęła się. Allyson natomiast spojrzała na przyjaciela z powątpiewaniem; w końcu na Zielarstwie psucie wszystkiego i robienie z siebie pośmiewiska to była jej rola.
Po chwili przyszli Gryfoni i zajęli miejsca przy swoich stanowiskach, przyglądając się doniczkom równie ciekawie, co Puchoni. Profesor Longbottom przyszedł zaraz po nich i stanął przed klasą z uśmiechem na ustach.
- Zapewne zastanawiacie się, co na dzisiaj dla was przygotowałem.- powiedział, wyciągając z kieszeni płócienny woreczek- Zasadzicie dzisiaj Oryginałki.
Między uczniami poniósł się szmer rozmów i wszyscy wymieniali zaskoczone spojrzenia. Nikt nie wiedział, o jakiej roślinie mówił nauczyciel; nawet zawsze zorientowane we wszystkim Shyanne i Rose nigdy nie słyszały takiej nazwy.
- Oryginałka jest właściwie nazwą zwyczajową, ale pełnej nie będę wam podawał, bo i tak jej nie zapamiętacie, a jeśli chcielibyście o niej poczytać, łatwiej znaleźć ją pod właśnie tą nazwą. Sądzę, że na pytanie, co to znaczy, że coś jest oryginalne, bez problemu mi odpowiecie.- mężczyzna rozejrzał się po klasei, gdy w górę podniosło się kilka rąk i jego wzrok zatrzymał się na podniesionej dłoni Allyson, bo było to zjawisko, którego nie widywał zbyt często.- Proszę, panno Yaxley.
- Jeżeli coś jest oryginalne, to znaczy, że jest bardzo rzadkie i niepowtarzalne?
- W pewnym sensie o to chodzi, chociaż z tą rzadkością to tak niekoniecznie. Najważniejsze jednak jest słowo nie-pow-ta-rzal-ne!- nauczyciel przesylabizował ostatni wyraz, a uczniowie znowu wymienili spojrzenia. Nadal nikt nie wiedział, co to miała być za roślina.
- W tym woreczku mam nasionka. Każde z nich, jak się szybko zorientujecie wygląda inaczej, choć niektóre mogą być do siebie bardzo, wręcz łudząco podobne. Z każdego, w zależności do kogo trafi, wyrośnie inna roślinka. Wszystko dlatego, że Oryginałki są bardzo wrażliwe na charakter osoby, która je posiada. Z dojrzałego egzemplarza można bardzo wiele wyczytać o właścicielu, ale nie będziemy się tym zajmować na lekcji, do tego służy ogromna księga i zabrałoby to bardzo dużo czasu, ale jeśli tylko ktokolwiek miałby taką ochotę to myślę, że w bibliotece ją znajdzie.
- W takim razie po co będziemy sadzić te roślinki?- zapytał Wayne, spoglądając lekko znudzonym wzrokiem na opiekuna swojego domu.
- Po pierwsze, dla tych osób, którym brak naturalnego talentu do Zielarstwa i krótko mówiąc, oblałyby ten przedmiot, będzie do możliwość jego zaliczenia. Przy okazji, będzie to dla was wszystkich pamiątka ze szkoły, bo raz wyrośnięta Oryginałka obumiera dopiero w momencie śmierci właściciela lub gdy wyrwie się ją z doniczki. Pamiętajcie jednak, że nie dam zaliczenia nikomu, kto na początku czerwca nie przyniesie mi swojej Oryginałki, nawet jeżeli będzie mieć w ciągu roku same Wybitne! Dobrze, więc teraz każdy z was podchodzi do mnie i wyciąga jedno nasionko. Zacznijmy od pierwszego rzędu od lewej, zapraszam panno Yaxley.
Allyson z westchnięciem podeszła do nauczyciela i stojąc przed nim, uważnie obserwowała materiałowy woreczek. Powoli, ostrożnie i bez przekonania włożyła dłoń do środka, jednocześnie mając na twarzy lekko skrzywiony wyraz twarzy. Profesor Longbottom, widząc to roześmiał się.
- Spokojnie, nasionka cię nie ugryzą, bo nie mają ząbków!- powiedział, a klasa natychmiast zaczęła się śmiać.
Allyson tymczasem oblała się szkarłatnym rumieńcem i czym prędzej chwyciła jedno z nasion, a następnie wróciła na swoje miejsce. Wtedy dopiero otworzyła dłoń i ujrzała w niej fioletową, błyszczącą fasolkę. Przez chwilę przyglądała się jej, czekając aż Shyanne, mająca stanowisko tuż obok wróci ze swoim nasionem. Przyglądała się, co robi i starała się powtarzać jej czynności; zrobiła w ziemi dołek, położyła w nim fasolkę i zasypała.
- Widzę tu jeden, mały problem. Longbottom nie powiedział nam, co mamy z tym robić, żeby urosło.- stwierdziła Allyson, gdy znalazły się razem z Shyanne w swojej sypialni i postawiła doniczkę na parapecie obok fałszywego okna, znajdującego się przy jej łóżku.
- Sądzę, że nie ma żadnych konkretnych reguł. Gdyby były, zapewne wszystkie by nam powiedział.- odparła Shyanne, kładąc się na łóżku.
Do Astronomii mieli jeszcze dużo czasu i obie dziewczyny zastanawiały się, co z nim zrobić. Problem jednak szybko się rozwiązał, gdy drzwi do sypialni piątoklasistek otworzyły się i stanęła w nich trzecioklasistka, którą Allyson i Shyanne znały jedynie z widzenia, ale wiedziały, że ma na imię Julie.
- Dziewczyny, Andrew was woła.- powiedziała, po czym wyszła.
Ally i Shyanne wymieniły spojrzenia i obie zebrały się do wyjścia. Ich trzy współlokatorki nie zwróciły nawet uwagi na to, że wyszły ani też na to, że ktokolwiek był w środku. Nikt nie miał wątpliwości, że Andrew mógł wołać tylko swoje dwie przyjaciółki. Te tymczasem poszły do pokoju wspólnego, gdzie znalazły Andrew siedzącego na jednej z kanap, trzymającego w ręku kawałek pergaminu i wpatrującego się w niego z przerażeniem w oczach. Dziewczyny usiadły po obu jego stronach i chłopak wydał z siebie głośne westchniecie, połączone z dźwiękiem, który w jego przypadku wyrażał strach połączony z bezradnością.
- Chłopak z pierwszej klasy podał mi to chwilkę temu.- oznajmił, podając pergamin Allyson, która natychmiast przeczytała wiadomość na głos, ale tak, żeby było to słyszalne tylko dla ich trojga.
Kochany Andrew, co byś powiedział na wspólne wyjście do Hogsmeade w tą sobotę? Wiem, że nie wiesz kim jesteś, więc pomyślisz, że nie masz jak dać mi odpowiedzi. Wolałabym, żebyś tego na razie nie wiedział, ale mogę dać Ci wskazówkę, bo widzę, że przyglądasz się każdej mijającej Cię Krukonce. W Wielkiej Sali siedzę mniej więcej naprzeciwko Ciebie. Eśli chodzi o odpowiedź na moje pytanie, to jeżeli się zgadzasz, przyjdź po prostu pod Miodowe Królestwo o jedenastej.
- Kochany Andrew?- Shyanne uśmiechnęła się, spoglądając na przyjaciela- No, no…
- Nic nie mów! Nie mam pojęcia, co zrobić… Z jednej strony chciałbym wiedzieć kto to, z drugiej się boję…
- Czego?- zapytała natychmiast Allyson, a Andrew przewrócił oczyma.
- A jeżeli to jest dziewczyna pokroju fanek Jamesa Pottera? Szalona desperatka, która…
- Bez urazy Andrew, ale porównujesz siebie do Jamesa Pottera?- spytała Allyson z niedowierzaniem, przerywając mu w połowie zdania- Wiesz dobrze, że za nim nie przepadam, natomiast ty jesteś moim przyjacielem i jak dla mnie jesteś od niego nieporównywalnie lepszy, jeśli chodzi o całokształt, ale nawet z całą moją niechęcią do niego musze stwierdzić, że wygląda dziesięć razy lepiej od ciebie! A te dziewczyny lecą wyłącznie na jego wygląd, no i na sławę, chociaż tą ma tylko ze względu na swojego tatusia!
Shyanne spojrzała na Ally przerażonym, a jednocześnie lekko zdenerwowanym wzrokiem, na co ta odpowiedziała tylko wzruszeniem ramion. Andrew natomiast przez chwilę wyglądał na odrobinę załamanego i pogrążonego w myślach, ale już po chwili pokiwał głową, przyznając przyjaciółce rację. Nie mógł się nie zgodzić z jej słowami. Nigdy nie kwestionował, że nie należał do najprzystojniejszych chłopaków w szkole ze swoimi ogromnymi okularami, koszmarnie odstającymi uszami i wątłą budową ciała.
- Proponuję, żebyś poszedł na miejsce. Ja i Shyanne będziemy ci towarzyszyć. Jeśli okaże się to głupim kawałem to spędzisz czas w Hogsmeade z nami, a że i tak wybieramy się do Miodowego Królestwa, to nikt się nie zorientuje, że miałeś się tam z kimś spotkać!
Shyanne poparła przyjaciółkę, a choć Andrew przez chwilę wydawał się być niezbyt przekonanym do jej pomysłu i do tego, że uchroni go to przed zrobieniem z siebie pośmiewiska, to w końcu dziewczynom udało się go przekonać.
Poza Hogwartem tymczasem toczyło się również normalne życie, nie polegające na chodzeniu na lekcje i rozwiązywaniu nastoletnich problemów. Nieświadomi jakiejkolwiek niezwykłości mugole każdego dnia rano wychodzili do pracy, wieczorami z niej wracali, często narzekając na ekscentryczność niektórych ze swoich sąsiadów, nie posiadających samochodu, niemal niewychodzących z domu, a w dodatku kompletnie niezorientowanych nie tylko w wydarzeniach ze świata, ale w żadnym innym temacie. Nie potrafili zrozumieć, jak to w ogóle było możliwe, a nie podejrzewali, że odpowiedź może być znacznie bardziej zaskakująca niż podejrzewają.
Jednakże nie wszyscy czarodzieje mieszkali wśród mugoli, z większą lub mniejszą skutecznością wtapiając się w ich społeczność. Choć od pokonania Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Było-Wymawiać minęły już dwadzieścia trzy lata, a oficjalnie mugole, czarodzieje z niemagicznych rodzin, charłacy i ci, którzy byli półkrwi byli równie ważną częścią społeczeństwa, co ci czystej krwi, to nawet istnieli tacy, którzy uważali działalność wielkiego czarnoksiężnika za godną podziwu i tylko stwarzali pozory, że są zadowoleni z sytuacji, jaka panuje w świecie magii. W rzeczywistości jednak pałali nienawiścią dow wszystkich tych, którzy nie mieli czyściutkiej krwi, a także do tych, którzy uważani byli za bohaterów ostatniej wojny. Z mugolami nie chcieli mieć absolutnie nic wspólnego, dlatego mieszkali w miejscach, do których oni nie mieli dostępu, dodatkowo zabezpieczeni licznymi zaklęciami.
Jednym z takich ludzi był Alastair Yaxley. Był to człowiek, który choć sam nigdy nie dołączył do Śmierciożerców, zawsze popierał ich działania. I choć naprawdę chciał się przyłączył do popleczników Czarnego Pana, jego ojciec uparcie mu na to nie pozwalał, a że miał do niego ogromny szacunek, nigdy nie sprzeciwiał się jego decyzjom. Vincent Yaxley wychował jednak syna w przekonaniu, że najważniejszą wartością dla czarodzieja jest czystość krwi, a ci, którzy ją mają są najważniejsi i najlepsi w magicznej społeczności. Gardził mugolami, szlamami, charłakami i mieszańcami, ale nie był w stanie nie mieć z nimi żadnego kontaktu, bo praca w Ministerstwie Magii sprawiała, że spotykał się z rozmaitymi czarodziejami, nie miał też możliwości doboru współpracowników. Jednakże wieczorami mógł spokojnie wrócić do domu, gdzie przychodzili tylko ludzie, których zapraszał, a bardzo rzadko niespodziewani goście. Jako jedyny dziedzic Yaxley'ów, po śmierci ojca całkowicie przejął rezydencję Yaxley'ów, nie martwiąc się nawet swoją matką, która nie żyła już od wielu lat, poślubił też czarownicę, którą jeszcze wybrał mu na przyszłą żonę jego ojciec, a wkrótce na świat przyszła jego pierwsza córka, Antonie.
Rezydencja Yaxley'ów mieściła się na niewielkiej polanie pośrodku lasu, dodatkowo specjalnie zaczarowanej, żeby mugole nie mogli znaleźć się w jej pobliżu. Był to stary, ogromny, kamienny budynek, stojący w tym miejscu już kilka stuleci i zachwycający każdego, kto znalazł się w jego pobliżu. Metalowe ogrodzenie z piękną, bogato zdobioną bramą świetnie współgrało z otoczeniem lasu. Wieczorem, cały budynek był również oświetlony nikłym, zielonkawym światłem, co nadawało mu odrobinę przerażającego wyglądu i nasuwało skojarzenia, jakby mógł być nawiedzony.
Wnętrze było bardzo bogato urządzone. Każdy, nawet najmniejszy detal wszystkich pokoju był wykonany z najlepszych materiałów przez znanego na całym świecie mistrza w swojej dziecinie. Każdy, kto wchodził do środka nie miał wątpliwości, że to, co widzi jest wynikiem pracy wielu pokoleń, a Yaxley'owie są naprawdę bogatym, wpływowym i godnym szacunku rodem. Mimo wszystko jednak goście bywali tam bardzo rzadko, dlatego ogromnym zaskoczeniem dla wszystkich było, gdy nagle przed fotelem, w którym siedział Alastair zajęty czytaniem Proroka Wieczornego, pojawił się skrzat domowy i oznajmił, że przyszedł do nich Matthew Carver.
Alastair znał doskonale to nazwisko, gdyż był to człowiek, z którym znał się od dzieciństwa. Byli w tym samym wieku, ich ojcowie często się spotykali, a co za tym idzie również i oni, później także byli w jednym domu w Hogwarcie. Jednakże gdy stali obok siebie, wyglądali naprawdę komicznie. Alastair był dość niskim, jak na mężczyznę człowiekiem, o bladej cerze, krótkich, blond włosach zaczesanych idealnie do tyłu, zimnych, szarych oczach i bladych piegach na twarzy; gdy tylko każdy na niego spojrzał, nie miał wątpliwości, że ma przed sobą Yaxley'a, gdyż były to typowe cechy ich rodziny. Matthew natomiast był bardzo wysokim, barczystym mężczyzną, miał odrobinę ciemniejszą karnację, półdługie, kruczoczarne włosy i czarne oczy. Każdy zawsze uważał Carvera za ważniejszego w tym duecie, jednak w rzeczywistości to Alastair był tym, który zajmował w świecie magii ważniejszą pozycję.
- Biorąc pod uwagę, że po raz ostatni widziałem cię ponad piętnaście lat temu, gdy urodziła się moja najmłodsza córka, nie sądzę, żebyś przybył tu ze zwyczajną, przyjacielską wizytą.- powiedział Alastair, ściskając dłoń Matthew.
- Częściowo muszę przyznać ci rację.- powiedział Carver z lekkim uśmiechem na twarzy- Miło cię znowu widzieć, Mirabelle.- zwrócił się do siedzącej na drugim końcu pokoju żony Alastaira- To domyślam się, są twoje trzy najstarsze córki?- jego wzrok spoczął na siedzących obok siebie na sofie Ashlyn, Antonie i Alexandrze- Muszę przyznać, że wyrosły na doprawdy przepiękne młode kobiety. Ostatnio, gdy je widziałem najstarsza miała osiem lat…
- Jeśli o to chodzi, nie możesz mieć do mnie żadnych pretensji, bo mówiłem ci wielokrotnie, że zawsze jesteś w tym domu mile widziany.
- Tak, wiem… Dlatego nie wahałem się dzisiaj przyjść do mojego starego przyjaciela bez wcześniejszego uprzedzenia… Mniejsza z tym, ostatnio bardzo dużo pisze się o twojej najmłodszej córce… Powiedz, ona naprawdę jest w Hufflepuffie?
- Niestety… Po tym, jak Annabelle trafiła do Gryffindoru sądziłem, że gorzej już być nie może, ale Hufflepuff?! Co za wstyd!
- Nie przesadzaj Alastair, zawsze mogła być charłakiem, a wtedy byłoby znacznie gorzej dla twojej rodziny. Będąc w Hufflepuffie przynajmniej nie umniejsza czystości waszej krwi. Ale nieważne… Przyszedłem tu raczej zapytać cię czy nie przyłączyłbyś się do organizacji, do której należę ja i paru innych naszych znajomych…
- Po co miałbym się do niej przyłączać?
- Ma ona zjednoczyć wszystkich czarodziejów czystej krwi i choć odrobinę starać się sprzeciwiać temu bezczeszczeniu magicznego dziedzictwa, jakie pozostawili nam nasi członkowie… Słyszałeś, o ostatnim pomyśle Ministerstwa? Żeby znaleźć jakiś sposób na kontakt z mugolami?
- Owszem, ale prawdopodobnie zostanie on całkowicie odrzucony.
- Oby! Ja się dowiedziałem z ostatniej gazety, bo przez ostatnie miesiące byłem w Ameryce Południowej…
- Czyli mam rozumieć, że nadal gonisz za nieuchwytnym? Sądziłem, że z biegiem lat przestaniesz aż tak pasjonować się tą legendą, którą opowiada się dzieciom…
- Jak widać tak się nie stało, zresztą i tak odkryłem, że to nie jest tylko legenda!
- Ach, czyli przybyłeś tu mnie o tym poinformować?- skrzywił się lekko Alastair, gdyż miał nadzieję na inny cel wizyty swojego przyjaciela.- Poza tym i tak uważam, że jest to tylko zwykła bajka dla dzieci!
- To nie jest bajka Alastair! BEW naprawdę żył! Odnalazłem jedną z jego ksiąg, dokładnie w miejscu, o którym mówi legenda! Czy ty rozumiesz, co to oznacza? Jeżeli odnajdziemy wszystkie jego artefakty, a następnie tego, w którego ciele się odrodził, będziemy w stanie pomóc mu dokończyć jego dzieło!
- O ile on w ogóle się odrodził w czyimkolwiek ciele!
- Pamiętasz wzmiankę o kamieniu?! Tym, który miał spłonąć na znak, że dusza BEW ponownie pojawiła się na świecie?! Spłonął! I stąd mam pewność, że możemy mieć ogromny wkład w całe jego dzieło! Wchodzisz w to czy nie?!- zapytał Carver, wyciągając do Yaxley'a dłoń.
Alastair spoglądał na przyjaciela, starając się opanować swoje emocje. Znał Matthew na tyle długo, że widział, że zapał, z jakim mu o tym mówi nie równa się w żaden sposób z tym, jak wyglądał on piętnaście lat temu. Był znacznie większy, a sam Carver mówił o tym wszystkim z ogromnym przekonaniem i pomyślał, że może powinien mu uwierzyć. W końcu była to jedna z osób, które nigdy nie śmiały go oszukiwać. A jeżeli miał rację, to naprawdę mieli ogromną szansę uczynić coś wielkiego. Mężczyzna uśmiechnął się, ściskając dłoń przyjaciela.
