[Ashley Tisdale – Tell me lies]
- Cześć, mamo – uśmiechnęłam się blado. Całe szczęście, że Carlisle zdążył wyjąć igłę z mojej ręki zanim się zorientowała. Przez chwilę stała w progu lekko oniemiała i niezdolna do powiedzenia czegokolwiek, ale wiedziałam, że niedługo odzyska głos.
- Witaj, Vanessa – przywitał się Carlisle. Mama ciągle błądziła wzrokiem po gabinecie. Kiedy jej bystre, piwne oczy zatrzymały się na mnie, przełknęłam głośno ślinę. – Masz jakąś ważną sprawę? Bo jestem teraz troszkę zajęty. A, i chyba nie poznałaś jeszcze moich dzieci
Mama pokiwała przecząco głową patrząc prosto na mnie, jakby zastanawiała się czy lepiej udusić mnie przy świadkach, czy może potem, na osobności. Pomińmy już fakt, że jestem nieśmiertelna, zgoda?
- To są Alice, Jasper i Emmett – wskazał po kolei na każde z nich.
- Miło mi – udało się wykrztusić mamie. Potem zwróciła się do mnie: – Jesse miał rację. Stałaś się wyjątkowo towarzyska
Jasper parsknął śmiechem co doskonale zamaskował udawanym atakiem kaszlu.
- Może pomóc? – spytałam przymilnie.
- Chyba jednak nie – wykrztusił.- Zbieramy się prawda?
Pokiwałam twierdząco głową. Zanim moja mama odzyska głos. Alice spojrzała na mnie znacząco, a potem zwróciła się do mojej mamy:
- Panią także miło poznać. Chłopaki idziemy – i wypchnęła ich z gabinetu zostawiając mnie na pastwę losu. Może chociaż Carlisle okaże trochę współczucia?
- To ja chyba tez się zbieram – wypróbowałam starą taktykę na zwianie z miejsca zbrodni.
- Gdzie moja panno? – zapytała mama, gdy już naciskałam klamkę. Przeklęłam w myślach moją głupotę. Mogłam się przecież pośpieszyć. – Co ty tutaj właściwie robisz?
- Mamo – jęknęłam błagalnie. – To nieco skomplikowane, związane z eee… – spojrzałam za plecami mamy na Cralisle'a licząc na jakąś podpowiedź. Nic z tego. Stał jak ten słup soli. – No, w każdym razie, na razie
I wybiegłam z gabinetu zanim zdążyła mnie ponownie zatrzymać. W domu i tak będę musiała się ze wszystkiego wyspowiadać.
[Demi Lovato – Every time you lie]
- Więc każdy dhampir jest inny*? – zapytałam. Siedziałam razem z wszystkim Cullenami w salonie. No, może z prawie wszystkimi, bo Edward gdzieś "wybył" bynajmniej nie zainteresowany rodzinną naradą.
- No, tak – wyjaśnił Jasper. Jakoś wcześniej (czyt. dwa lata temu w Oxfordzie) nie był łaskawy mi tego wyjaśnić, a przydałoby mi się to może do pracy. – Nigdy nie wiadomo, jakie cechy zachowa, a jakie dostanie. W twoim przypadku przeważają wampirze
- Jak to wampirze? – zdziwiłam się. W życiu miałam już styczności tyle z tymi stworzeniami, że powinnam już wszystko dobrze wiedzieć, ale najwidoczniej nie. – A nie zwykłe, człowiecze?
- Masz ludzkie oczy – wytknęła mi Rosalie. – Ale takie ładne są. To twoje?
- Nie – odpowiedział jej Jazz, a wszyscy dziwnie na niego spojrzeli. Nie wyłączając mnie. Czy on pamięta dokładnie jakiego odcieniu były moje oczy? Bo teraz są błękitne, a były granatowe. Takie… nietypowe. – No, nieważne. Jej oczy były inne i koniec tematu. Pewnie się jeszcze zmienią. Dezzy, nie masz krwi, jesteś nieśmiertelna, prawdopodobnie masz dar, ale to nie jest pewne. Widzisz, czujesz i słyszysz tej lepiej niż człowiek. No i chyba jesteś silna jak my
- Nie jest – wtrąciła Alice. – Przecież Carlisle mógł wbić jej igłę, a nam się tego nie da zrobić. Co dowodzi tego, że może sobie łamać kości
- Dzięki za pocieszenie – warknęłam sarkastycznie na co wszyscy wybuchli śmiechem. Odczekałam chwilę i zapytałam: – A co z moją… dietą?
- Z racji, że przeważa u ciebie większość wampirzych cech… – zaczął Carlisle, ale przerwał mu Emmett.
- A podobno jesteś z rodziny wilkołaków – Rosalie walnęła go w bok, aby się uspokoił, bo już dosłownie leżał ze śmiechu.
- … to jesz jak ludzie – dokończył udając, że nie zauważył bezczelnego wtrącenia się Emm'a.
- To teraz chyba trzeba będzie powiedzieć mamie – zauważyłam niezbyt mądrze co reszta zgodnie skwitowała śmiechem.
[Kelly Clarkson – Behind these hazel eyes]
Tym razem Aly odwiozła mnie do domu. Są minusy nie posiadania własnego samochodu mimo, że ma się prawo jazdy. Co to w ogóle za sprawiedliwość jest?
- Ciekawi mnie jaki masz dar – stwierdziła, gdy zajechaliśmy na podjazd. Od razu wyczulam dwa dziwne zapachy. Jeden śmierdzący (Jesse) i drugi nietypowy, pachnący podobnie do wampirzego. Czyżbyśmy mieli jakiś gości?
- Ale nie jest pewne czy będę miała dar – zauważyłam. Czarnowłosa tylko się uśmiechnęła.
- Widziałam, że będziesz miała
- A nie widziałaś jaki? – zapytałam z nadzieją. Dużo lepiej byłoby wiedzieć wcześniej, niż czekać, aż łaskawie się ujawni. Wampirzyca pokiwała przecząco głową. Westchnęłam. – Do zobaczenia jutro – i wyszłam z auta trzaskając drzwiami. Po chwili odjechała z piskiem opon. Chyba nigdy się nie przyzwyczaję do tego jak oni jeżdżą. Teraz czas na rozmowę z mamą.
- Wróciłam – zawołałam przekraczając próg, gdzie o mało co, a nie zderzyłabym się z Mike'em, który miał minę jakby zaraz miał wybuchnąć ze śmiechu. – Co się stało?
- Jesse dostał kosza – wyjaśnił, a uśmiech natychmiast zawitał na mojej twarzy. Niepowodzenie Jesse'a sprawia, że ja się uśmiecham.
Odwiesiłam kurtkę i weszłam do kuchni, gdzie wszyscy już siedzieli. Znaczy wszyscy oprócz Jesse'a. Ale to właśnie w kuchni zlokalizowałam źródło tego wampirzopochodnego zapachu.
- Czuję się niedoinformowana – zawiadomiłam wszystkich opierając się o blat. Mama zmierzyła mnie chłodnym spojrzeniem.
- Nie martw się ja też – rzuciła aluzję, którą doskonale zrozumiałam.
- Brittany McKey rzuciła Jesse'a – oświadczyła Devonna szczerząc się jak głupia. James posłał jej karcące spojrzenie z którego nic sobie nie zrobiła. Ba, udała, że w ogóle go nie zauważyła. – W sumie się nie dziwię. Britt jak na cheerleaderkę jest bardzo niedostępna, a Jesse…
- Aż za bardzo – dokończyłam wiedząc o czym mówi. W końcu wychowałam się z ta namiastką człowieka.
- Dajcie sobie już spokój – warknął Jesse. Na mój widok stanął jak wyryty. Co znowu nie tak? – Jakbyście nie mieli ważniejszych spraw na głowie – spojrzał na mnie wymownie. Zrobiłam minę niewiniątka. Czego oni wszyscy ode mnie chcą?
- A tobie o co znowu chodzi? – warknęłam groźnie.
- O to, że się puszczasz – wypalił z zaciętym wyrazem twarzy. Że co proszę? Że ja się puszczam?
- W przeciwieństwie do ciebie mam przyjaciół – odparłam wojowniczo. Z miny Devonny wywnioskowałam, że żałuje, że nie ma popcornu, bo zapowiada się na niezłe kino.
- Jakich przyjaciół – zakpił.
- Cullenowie to bardzo miła rodzina – wtrąciła się mama. Rzadko kiedy wtrąca się do naszych kłótni, ale widocznie bardzo polubiła naszego doktorka. Chyba James powinien być nieco zazdrosny. Boże, co ja gadam? Na starość mi chyba odbija! – Spotkałam ich dzisiaj w szpitalu
- Oo, to tam cię poniosło po lunchu – uśmiechnął się perfidnie. – Z tymi krwiopijcami?
Nim ktokolwiek się zorientował trzymałam już w ręku nóż gotowa go uderzyć. Może to niektórym wydawać się dziwne, ale takie bitki są u nas w domu na porządku dziennym. Takie, to znaczy z użyciem noży kuchennych.
Jesse tylko przeciągliwie ziewnął.
- To się robi nudne – stwierdził. Wszyscy patrzyli na nas w skupieniu ciekawi co z tego wyniknie. – Ty mnie dźgniesz, moja rana się szybko zagoi, ja cię dźgnę i będzie nieco gorzej, czyli mama się będzie musiała pobawić się igłą i nitką
- Jesse – syknęła ostrzegawczo mama, a potem zwróciła się do mnie: – A ty go wreszcie dźgnij, bo jest strasznie upierdliwy
- Nie radzę – zaśmiał się Jesse biorąc tasak. – Chyba, że chcesz kolejną bliznę do kompletu
Jeden szybki ruch mojej ręki i nóż utkwił w jego nadgarstku. Devonna skrzywiła się nieznacznie, Mike zbladł, a James minę miał jakby nadchodziło najgorsze. Najgorsze dla nas oczywiście.
- Destiny – zagrzmiał po chwili. Czyżbym umiała przepowiadać przyszłość? – W tym domu nie będzie żadnego dźgania nożami
- Czasami to jedy… AUĆ! – nie zdążyłam dokończyć, bo Jesse postanowił właśnie w tej chwili się „odwdzięczyć". Zabolało jednak nic poza tym. Zero krwi, nic, nada. Nóż z łoskotem spadł na podłogę.
Wszyscy patrzyli na mnie w szoku bojąc się cokolwiek powiedzieć, oddychać. Najbardziej przerażony był Jesse. Logiczne było, że tego nie przewidział.
- Mamo – szepnął tak cicho, że ledwie ja go dosłyszałam a co dopiero reszta. – Sprawdź bicie jej serca
- Przecież… – zaczął Mike. – Ale ona… Nóż…
- Nie wierzysz w to co słyszysz? – zapytałam patrząc w jego piwne oczy, które rozszerzyły się ze zdziwienia na widok koloru moich.
- Dlaczego cię nie czuję? – zapytał cicho sam siebie.
- Może węch cię zawodzi – podsunęłam z uśmiechem. – Dhampir, nie wampir
- Myślę, że najwyższy czas powiedzieć mamie
- A ja myślę, że najwyższy czas powiedzieć wszystkim – uzupełniłam.
