Rozdział dziesiąty: Sto osiemdziesiąt stopni


Charlotte poprawiła niesforne kosmyki, które wysunęły się z luźno upiętego koka.

Jeszcze tylko trochę. Już niedługo do nich dotrzesz. Musisz jeszcze tylko trochę wytrzymać.

Był już wieczór, i Charlotte zaraz miała się wybrać na obiad do kajuty Neda Lowa. Niespecjalnie chciała z nim teraz spędzać czas, ale mając do wyboru jego lub resztę załogi Fancy, zdecydowanie bardziej wolała tę pierwszą opcję.

Gdy dotarła na miejsce, jedzenie już tam na nią czekało. Wymieniła tylko proste powitania z Lowem, po czym od razu zasiadła do wieczerzy. Uparcie nie odezwała się nawet słowem – nie wiedziała w sumie nawet, o czym mogliby teraz porozmawiać. Przez ostatnie wydarzenia ich stosunki dość mocno się oziębiły. Charlotte uważała, że to Low powinien teraz starać się to wszystko naprawić.

- To… jakie dokładnie moce posiadasz? – spytał się jej w końcu Low, dobre kilka minut po tym, jak Charlotte napoczęła swój posiłek.

Oczywiście, że to było jego pierwsze pytanie. Każdy jest tego cholernie ciekawy. Nigdy nie pytają o nic innego. Charlotte na spokojnie przełknęła kęs jedzenia, który miała właśnie w ustach, i dopiero wtedy udzieliła odpowiedzi na zadanie przez Neda pytanie.

- Jeśli mam być kompletnie szczera, to… praktycznie wszystko. – odpowiedziała z iście stoickim spokojem dziewczyna. – Niektóre moce wymagają wykorzystania mniej energii, inne więcej. Osoby, które posiadają wystarczająco dużą wyobraźnię, potrafią o wiele więcej od tych, którzy są, że tak to delikatnie ujmę, „anty-kreatywnymi młotkami".

- I ty zapewne do takich „bardziej kreatywnych osób należysz. Zgadza się? – Po tym pytaniu Charlotte tylko przytaknęła pojedynczym skinieniem głowy, po czym wróciła do głównego tematu rozmowy.

- Ważną rolę odgrywa tu też pochodzenie danego Podróżnika. – kontynuowała spokojnym głosem. Nie bała się, że powie mu za dużo. Jeśli Low zdecyduje się wykorzystać tę wiedzę przeciwko niej, zwyczajnie się go pozbędzie. Oczywiście dopiero po tym, jak wskaże mi drogę do Sama i Priscilli. Wtedy najwyżej rzucę go na pożarcie jednemu z nich, a drugim sama się zajmę. – Osoby z tak zwanych „królewskich" lub „magnackich" rodów posiadają w sobie zdecydowanie większe połacie energii, dzięki czemu nie wyczerpują jej tak szybko, i dzięki temu mogą zdecydowanie więcej. – dziewczyna zamilkła nagle, po czym przyjrzała się uważnie Lowowi. Wciąż nie odpowiedział jej na jedno pytanie, na które odpowiedzi oczekiwała z coraz większą niecierpliwością. Nadeszła najwyższa pora, aby ponownie je zadać i zobaczyć, czy tym razem uda jej się czegoś dowiedzieć. – Czego ty właściwie ode mnie oczekujesz? Co planowałeś ze mną oryginalnie zrobić, gdy tylko dowiedziałeś się, kim jestem, z kim jestem spokrewniona?

Mam cię, cholero jedna. Charlotte z mściwą satysfakcją zauważyła, że Ned po tym pytaniu nieco się spiął. Wyraźnie nie chciał udzielić jej odpowiedzi. Odwrócił na moment spojrzenie, udając zamyślenie, ale dziewczyna wiedziała lepiej, że wcale teraz nad niczym się zastanawia. Był zdenerwowany i wyraźnie poruszony. Ukrywał coś przed nią. I tym razem Charlotte nie zamierzała mu odpuścić.

- Low, nie zamierzam ci odpuścić, wiesz o tym? – dziewczyna naciskała dalej pomimo braku reakcji ze strony pirata. – Co planowałeś ze mną zrobić? Jakie miałeś wobec mnie plany? Odpowiedz mi! – wykrzyknęła nagle, gdy Low zaczął znów unikać jej spojrzenia. Uderzyła przy tym pięścią w stół, tak mocno, że aż huknęło.

Podziałało. Low spojrzał się na nią z dezorientacją. Dziewczyna zamarła nagle, dostrzegając w jego spojrzeniu coś, czego się w życiu nie spodziewała u niego zobaczyć.

Strach. O rzesz jasna… on się boi? Czego? Mnie? Sama? Priscilli? A może tego, co wobec mnie planował? Może boi się, że gdy się o tym dowiem, znienawidzę go? Albo… albo może…

Nagle drzwi do kajuty otworzyły się na oścież. Charlotte syknęła mimowolnie i wyprostowała się momentalnie w krześle, doskonale udając przed nowoprzybyłym, że wszystko tutaj gra.

- Kapitanie… Charles Vane tu przyszedł. – To Holmes zdecydował się przerwać im wspólny posiłek i rozmowę. Charlotte po usłyszeniu tego zerknęła z zaciekawieniem na Holmesa. Intrygowało ją, co też Vane teraz od nich mógł chcieć. Było już dobrze po zachodzie słońca, i z całą pewnością nikt o tej porze nie załatwiał żadnych interesów.

Jednocześnie dziewczyna poczuła się dziwnie zaniepokojona. Przypomniała sobie to uczucie, jakie ogarnęło ją wtedy, gdy po raz pierwszy rozmawiała z Vanem. Ostrzegał ją wtedy, żeby trzymała się daleko od Lowa, bo coś może jej się złego stać. A teraz przyszedł tutaj, sam, z własnej woli. Coś tu nie grało; i to bardzo.

- Dobrze, przyjmę go. – odpowiedział Ned. Gdy tylko Holmes wyszedł, żeby udać się po Vane'a, Low odwrócił się z powrotem w stronę Charlotte. – Będziesz chyba musiała…

- O, nie. W żadnym wypadku. – Charlotte zaparła się mocno i założyła ręce na piersi, po czym spojrzała się butnie na mężczyznę siedzącego przed nią. – Zostaję tutaj. Bezwarunkowo. Ta decyzja nie podlega żadnym negocjacjom.

- Wolałbym jednak, żebyś stąd wyszła. – Low nalegał mimo to. – Tak będzie lepiej dla nas wszystkich…

- Dla nikogo nie będzie to lepsze wyjście. – przerwała mu gwałtownie dziewczyna. – Zapomniałeś już o tym, że zaledwie parę godzin temu sam wymogłeś na mnie, żebym poszła z tobą do tego wariata? Obawiałeś się, że może chcieć się wykończyć. Teraz może być tak samo. Dlatego lepiej dla nas obojga będzie, jeśli tu zostanę.

Ned zamyślił się na chwilę, ale w końcu przytaknął pojedynczym skinieniem głowy, godząc się na decyzję Charlotte. W milczeniu spędzili następnych kilka chwil, czekając na przyjście Charlesa Vane'a.

W końcu mężczyzna się zjawił. Gdy przekraczał próg kajuty, Charlotte wyczuła w nim pewność siebie i dziwną, niepokojącą aurę gniewu i złości. To wszystko zniknęło jednak bardzo szybko, gdy tylko Vane dostrzegł, że w pomieszczeniu nie znajdował się tylko Low, ale również i Charlotte.

Miałam rację. – pomyślała dziewczyna, mrużąc nieufnie oczy. – Coś z nim jest nie tak. Coś kombinuje. Dobrze, że zdecydowałam się tu zostać. Coś się niedługo wydarzy. Czuję to. Czuję to wyraźnie.

- Chciałem z tobą porozmawiać o czymś na osobności. – powiedział Vane, przyglądając się znacząco Charlotte. – Czy ona mogłaby…

- Nie, ona nie mogłaby. – odpowiedziała za Lowa Charlotte. – Zostaję tutaj, i nikt mnie stąd nie wyciągnie. Kapitan się na to zgodził i chce, abym tu z nim została. Decyzja już zapadła.

Vane był wyraźnie z tego faktu niezadowolony. Gdy jednak Ned wskazał mu miejsce, przy którym mógłby on usiąść, Charles bez wahania je zajął. Charlotte złapała go jednak kilkakrotnie na tym, jak zerkał on na nią z konsternacją.

- Czego tak się boisz, Vane? – spytał się Ned. I on bez trudu dostrzegł dziwne zachowanie Charlesa. – Mnie, czy może Charlotte?

Vane zignorował tę docinkę i przeszedł od razu do rzeczy.

- Przyszedłem w sprawie naszej dzisiejszej rozmowy. – zaczął mężczyzna. – Chcę zawrzeć z tobą umowę partnerską. Gotów jestem zdradzić Eleanor Guthrie dla… – tu nagle zamarł, gdy Ned podniósł w tej samej chwili dłoń, skutecznie go uciszając.

Oho, zaczyna się. Charlotte usiadła prościej na krześle i skupiła całą swoją uwagę na tej sytuacji. Nadciągał punkt kulminacyjny tej krótkiej rozmowy. Musiała teraz bardzo uważać, jeśli nie chciała, żeby Vane, który ewidentnie coś planował, wykorzystał jej zamyślenie lub niepewność.

- Odpuść sobie. – powiedział Ned. – Wiem o tym, że wciąż durzysz się w Eleanor. Ta twoja zagrywka ma tylko służyć jej interesom. Wcale jej nie chcesz zdradzić. Ostatecznie pozostaniesz lojalny swojej pani, a nie mnie. – Ned pozwolił sobie następnie na chwilę ciszy, tak aby Vane mógł w spokoju przemyśleć to, co właśnie usłyszał. W końcu jednak zdecydował, że sens jego słów wreszcie dotarł do mężczyzny. – Wyjdź stąd. – odezwał się stanowczym głosem. – Nie mamy już nic więcej do omówienia.

Charlotte, która przez cały ten czas milczała jak zaklęta, teraz zaczęła się niepokoić. Ze strony Vane'a zaczęły do niej napływać silne fale emocji. Mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany, chwilami wręcz rozjuszony. Zachowywał przez cały ten czas kamienną twarz, ale nie mógł oszukać zmysłów Charlotte. Dziewczyna aż za dobrze wiedziała, co kryje się w jego wnętrzu.

Co kombinujesz, człowieku? Jakie są twoje plany? Co teraz zrobisz? Jak na to wszystko zareagujesz?

Jeszcze raz sięgnęła umysłem do wnętrza Vane'a. Spróbowała jeszcze raz odczytać jego emocje. Momentalnie się jednak cofnęła, gdy wyczuła w nim to, czego szukała.

Pierwotna żądza mordu. Wściekłość. Gniew. Furia. Chęć zemsty. Chęć mordu. Chęć zabicia Lowa. Tutaj. Teraz. Natychmiast.

Charlotte podniosła się gwałtownie z krzesła dokładnie w tym samym czasie, w którym Vane zdecydował się zrobić to samo. Mężczyzna zamarł na moment, zdezorientowany i niepewny tego, co dziewczyna chce zrobić. To jednak wystarczyło Charlotte na to, aby jakoś zareagować.

- To zasadzka! – powiedziała zduszonym głosem, nie odrywając nawet na moment spojrzenia od Vane'a. – On przyszedł cię tu zabić. Myślał o tym od samego początku. I teraz chce to zrobić.

Charles tylko przez chwilę stał w miejscu. Zareagował bardzo szybko; nim Ned zdołał na niego skoczyć, mężczyzna zaatakował go pierwszy.

O nie! Co to, to nie! Charlotte również nie zamierzała stać bezczynnie. Doskoczyła do Vane i rzuciła mu się na plecy, po czym zaczęła go wściekle okładać pięściami. Mężczyzna zdołał ją jednak złapać za włosy i zrzucić z siebie. Nim zdołała ona w jakikolwiek sposób zareagować, mężczyzna rzucił nią brutalnie w tył. Charlotte poleciała na jeden z mebli i przewróciła się o niego, upadając boleśnie na podłogę.

Na moment ją kompletnie zamroczyło. Przestała odbierać wszelkie dźwięki, zapachy czy obrazy. Ocknęła się po jakimś czasie, a i nawet wtedy z trudem podniosła się do pozycji siedzącej.

Wciąż walczą. – pomyślała, gdy w końcu odzyskała w pełni wizję. – Muszę coś zrobić. Muszę go powstrzymać. Muszę…

Nagły hałas w górze sprawił, że Charlotte na moment odwróciła spojrzenie od walczących mężczyzn. Spojrzała się wysoko w górę i wsłuchała się w to, co działo się piętro wyżej. Skupiła przez chwilę swój „radar aury" na tamtym regionie, aby dokładnie wyczuć, co się tam dzieje.

Walka. Tam też odbywa się walka. Ludzie Lowa też walczą. To była większa zasadzka. Vane zaplanował to wszystko z góry. Taki był jego plan od samego początku. Spotkanie z nami było tylko przykrywką, niczym więcej.

- Jasna cholera. – syknęła, wyraźnie rozeźlona. Miała już tego dosyć. Wiedziała, że ludzie Lowa znajdują się na straconej pozycji. Już im nie pomoże. Mogła jeszcze jednak pomóc chociaż jednej osobie, której teraz potrzebowała. – Zawsze pod górkę, jak pragnę zdrowia.

Dziewczyna jeszcze raz skoczyła na Vane'a. Tym razem jednak się nie powstrzymywała przed niczym – od tego, czy go pokona, zależało również i jej życie. Zdążyła w ostatnią chwilę. Mężczyzna właśnie powalił Neda i chciał przebić mu gardło sztyletem. Charlotte machnęła nieznacznie dłonią, i Vane nagle stanął w płomieniach. Nie zdążył nawet krzyknąć – Charlotte następnie popchnęła go przy pomocy swoich zdolności daleko w tył.

- Chodź. – powiedziała, łapiąc Neda za ramię i podnosząc go z podłogi. Nie uszła z nim jednak daleko; zaraz potem poczuła, jak mężczyzna zaczyna ciągnąć ją w przeciwnym kierunku, z powrotem w stronę Vane'a. – Co ty wyprawiasz? – wykrzyknęła, wyraźnie zdenerwowana.

- Muszę go wykończyć. – wysapał Low, siłując się z ciągnącą go w drugą stronę Charlotte. – Zasługuje na to!

- Nie mamy na to teraz czasu! – dziewczyna pociągnęła go gwałtownie w swoją stronę. – Nawet jak go utłuczesz, to i tak będziesz miał jeszcze kilka tuzinów podobnych mu psycholi do zarąbania. – tu Low spojrzał się na nią z dezorientacją. Charlotte dopiero po chwili przypomniała sobie, że przecież nie posiadał on takich zdolności jak ona. Nie wiedział, co dzieje się na zewnątrz. – Twoja załoga właśnie jest mordowana przez ludzi Vane'a. I nie, nie będziemy ich rozpruwać na kawałki! – wykrzyknęła ze złością, gdy Ned warknął gardłowo i rzucił się do drzwi, gotów wybiec na pokład, żeby siekać następnych intruzów. – To przegrana walka. Musimy się stąd wynosić. No już, chodź! – i pociągnęła go siłą za sobą.

Gdy wyszli na pokład, jasnym stało się, że walki dobiegają już końca. Załoga Fancy została zaskoczona i pozostała bez żadnych szans na wyrównaną walkę. Ludzie Vane'a wygrali.

Musimy się jakoś stąd wydostać. I to szybko. – pomyślała Charlotte, dostrzegając, jak pierwsi napastnicy zmierzają w ich stronę. Musiała działać szybko. Miała tylko jedną szansę, i musiała ją dobrze wykorzystać.

Gdy tylko mężczyźni zbliżyli się do nich, Charlotte podniosła dłonie i wypchnęła je przed siebie. Jednocześnie wszystkich zbliżających się napastników odrzuciło daleko od niej i Lowa. Pozostali zamarli, zszokowani i zdezorientowani tym, co właśnie miało miejsce.

Na to liczyła Charlotte. Złapała Neda za rękę i pobiegła z nim w stronę burty. Nim ktokolwiek zdołał zareagować, wyskoczyła z nim przez nią prosto do wody.

Dzięki Bogu, że dopiero co niedawno zaszło słońce. – pomyślała Charlotte, wypływając na powierzchnię. – Woda wciąż jest w miarę ciepła.

Szybko odnalazła spojrzeniem Neda. Wskazała mu gestem dłoni, w którą stronę ma płynąć. Mężczyzna bez słowa popłynął za nią.

- Dlaczego nie dałaś mi go zabić? – spytał się w pewnej chwili Ned. Nie mógł już wytrzymać; był wciąż wściekły. Gniew rozpierał go od środka tak bardzo, że chwilami czuł się tak, jakby zaraz miał wybuchnąć. – Miałem na to idealną szansę! Czemu mi na to nie pozwoliłaś?

- Jak będziesz miał szczęście, to może jeszcze go kiedyś spotkamy. – Charlotte nie zamierzała o tym teraz rozmawiać. Miała o wiele ważniejsze rzeczy na głowie, żeby teraz martwić się takimi „trywialnymi pierdołami". – Płyń do brzegu i siedź cicho, do diaska.

Po kilkunastu minutach płynięcia w końcu wyszli na brzeg. Charlotte wybrała to miejsce z rozmysłem – zdecydowała się wyjść na plaży położonej już za granicami Nassau. Z dwojga złego wolała wyjść na nazbyt ostrożną, niż potem żałować nieprzemyślanej decyzji i trafić w sam środek wściekłego motłochu.

Ned przez jakiś czas nic się nie odzywał. Oddychał ciężko, wciąż przepełnionymi sami negatywnymi emocjami.

- I co teraz niby mamy zrobić? – spytał się oschle Charlotte. – Właśnie straciłem całą swoją załogę. Jestem wściekły, i cholernie mocno chcę teraz kogoś zabić.

Charlotte oddychała płytko i nierówno, z niemałymi trudnościami. Właśnie przepłynęła dość długi dystans, bez żadnego przygotowania, a do tego tuż przed tym kilkakrotnie użyła swoich mocy. Była do reszty wyczerpana i ani trochę nie w humorze na kłótnie z narwanym piratem.

- Daj mi trochę odetchnąć, do ciężkiej cholery. – syknęła, rzucając Nedowi groźne spojrzenie. – Niedługo coś wymyślę. Daj mi tylko trochę czasu.