21 lipca, Port Talbot
Zbuntowaliśmy się. Słońce świeci, grzeje, pogoda cudna - a my nie chcemy na żadną plażę! W ogóle! Za nic!
Powód?
Wczoraj słońca było nam za dużo. To raz. (Trinny ma urocze bąbelki na plecach. Zobaczywszy je, wyraziłem obawę, że zacznie skórę gubić. Trin wrzasnęła z przerażeniem i ciocia zaczęła ją uspokajać - nie opaliła się na jaskrawoczerwono, więc skóra nie zejdzie. Cieszmy się i radujmy.)
Chcemy cywilizacji. To dwa. I żadnych spacerów! Cywilizacja to nie jest jakieś mikroskopijne miasteczko, do którego idzie się cztery mile przez użytki i nieużytki.
Zażyczyliśmy sobie porządnego miasta. Cardiff. Rano. I okazało się, że za późno, bo mama i ciocia to tradycjonalistki i nie lubią dowiadywać się o planach z tak małym wyprzedzeniem. A w dodatku jest już za późno i w ogóle...
No dobrze, a Bridgend? Też porządne, też się do niego jedzie - a o ile bliżej!
Też odpadło. Bo ciocia by musiała z małymi zostać, dla nich Bridgend to żadna atrakcja, chodziliby znudzeni i wściekli. Mojej mamie zaś w ogóle nie chce się tego miasteczka oglądać.
Zapowiadało się południe z piaseczkiem. Nie spuszczaliśmy jednak nosa na kwintę: jeśli nic się nie uda, zawsze możemy posmęcić się dopiero na plaży. Póki co - można myśleć.
Jamesa nagle olśniło, że istnieje jeszcze Port Talbot. Rozważyliśmy je: spore, ani blisko ani daleko, dla małych atrakcyjne z powodu tamtejszego fokarium, cywilizacja bez wątpienia...
W trakcie rozważań weszła ciocia z nową propozycją. Propozycja nazywała się: Port Talbot.
No i pojechaliśmy.
Maluchy nieźle się bawią. Foczki obejrzały, ubłagały maskotki...
Dorośli pewnie też mają jakąś rozrywkę.
No a my - c y w i l i z a c j ę! Porządne domy! Żadnych kur!
Hurra!
Obecnie siedzimy sobie w jakiejś knajpie i czekamy na rybki. Star i ja zamówiliśmy rekiny. To się nazywa maksymalizm.
Foki ciekawe. Z początku w ogóle nie dało się ich dostrzec. Star i ja zeszliśmy do okienek, w których było widać... zieloną wodę. Ludzie tam się kłębili, zaglądali przez szybki, widzieli nieskazitelną, mętną zieleń i natychmiast odchodzili.
Ale Gwiazdki to nie zwyczajni ludzie.
- O, widzisz, widzisz? Foka!
- Osiem fok! - przekrzykujemy się.
- Nie, dwadzieścia!
- Ta zrobiła salto, widzisz?
- No! a ta obok mam pomachała! Cześć, foczko!
- Ale mają ładne pyszczki!
- I to ubarwienie... Zielone. To ten chloro... chlorofil. I barwy ochronne. Ten, jak mu tam, kamulfaż!
Starrie jest Uczona.
- Ale one mają twarzowe okularki. Najnowszy, najmodniejszy model.
- I te butki, prosto z Francji...
- I one... one!... Patrz! One mają punka!
- Połowa. Druga połowa...
- ...ma skina. Nie, połowa ma punka. Druga to skini i rockmani.
- Rockfoki. Jeden rockfok, drugi rockfok...
Nie ma to jak psychiczność. I dobra zabawa. Ludzie do nas podchodzili, zwabieni okrzykami. Patrzyli z niedowierzaniem na "dwadzieścia fok" a potem na nas - z dziwnym wyrazem twarzy - i odchodzili.
Później poszliśmy na górę. I obejrzeliśmy prawdziwe foczki. Ale jakby mniej ciekawe. Ot - foki. Żywe, pływające. Punki zostawiły przy okienku.
Wróciliśmy tam.
A po opuszczeniu autobusu, kiedy obie mamy poszły sprawdzić rozkład powrotny, maluchy olśniło raptem, jak Star ma na imię. Przykleiły się do niej, zaczęły wołać, że żałują, że jej nie widzieli kiedy spadała, bo spełniłaby ich życzenie...
Biedna Star. Potem zaczęły się kleić do Jamesa i do mnie. Z tym że do Jamesa mniej.
Wkurzyłem się.
- Dość! Precz, precz mówię! Nie dotykać, mam podrażnioną skórę. Jak mnie któryś choćby muśnie, to stracę cierpliwość!
Mały Dominiczek spróbował, oczywiście, natychmiast. Ciekaw był widać Syriusza Który Stracił Cierpliwość.
I się obraził, biedaczek. Albowiem Syriusz Wściekły nie jest zbyt sympatyczny.
Tyle że to było przed godziną z kawałkiem... Od tej pory zdążył zapomnieć, pokazać mi foczkę i w ogóle na nowo się przykleić.
Jestem zachwycony.
później
Rybki już zjedliśmy. Rekin dobry. Mało rybi w smaku i zapachu - lubię takie.
Tylko porcja maleńka...
jeszcze później
A teraz może być mniej czytelnie: jadę autobusem. Autobus jest zatłoczony i trafiło mi się miejsce w pewnej odległości od innych. Niezbyt wielkiej, ale jednak utrudniającej komunikację.
Po obiedzie poszliśmy zwiedzać. Star chciała kupić sobie porządny, cywilizowany zeszyt (słowo dnia to "cywilizacja" i wszelkie jego odmiany), ja uparłem się na amulet, poza tym wszyscy chcieliśmy odnaleźć tutejszy Dziurawy Kocioł - bo że jakiś się w tym mieście znajdzie, nie wątpiliśmy.
Star kupiła zeszyt. Bez większych problemów - w porę stwierdziła, że skoro nie ma takich, jakie by chciała, weźmie dowolny.
(Zwojami pergaminów gardzimy, jak widać, wszyscy. Mnie osobiście kojarzą się z Binnsem i Holzem - dziękuję. Na pewno nie na wakacjach.)
Amulety stanowiły większe wyzwanie. Szliśmy, szliśmy, nie znaleźliśmy... No ale główna ulica... co tam można niby kupić?
Można było dużo. Obok. Amulety. Proroka. Ba, nawet kominki komunikacyjne były. I Gringott. I piwo kremowe.
Ot, pub. Skręciliśmy jednomyślnie w jedną z wielu przecznic - i trafiliśmy.
Trin, Star i ja kupiliśmy sobie runy. Trinnowa na intuicję, Starrowa na odwagę do marzeń, moja - od odpowiedzialności. Przy czym moja, wybrana zupełnie na ślepo (zamykam oczy, "oczyszczam umysł" i dźgam palcem), jest odpowiednia dla osób urodzonych w połowie grudnia... Oczywiście tego nie pamiętałem. Na runach z nas wszystkich zna się tylko Trinny. Na razie - Star w końcu wybrała sobie starożytne runy jako przedmiot...
James wziął sobie jakiś posplatany symbol czegoś tam. Om toto się nazywa. Wygląda podejrzanie.
wieczorem
Podczas kolacji (pożartej łapczywie, albowiem podano nam makaron z truskawkami! Nawet po dokładkę poszedłem.) Star zapytała, czy ktoś chciałby pójść z nią na spacer. Odpowiedziała jej cisza. Chyba nikt nie chciał zabłądzić...
- A czy ktoś chciałby pójść ze mną na spacer o czwartej rano? - zapytałem luźno.
- PO CO?!
- Obejrzeć Oriona - odparłem.
- On jest chory! Chory! - emocjonował się James. I Trinny również - ona nie przepuści żadnej okazji, żeby to o mnie powiedzieć. Maniaczka jedna.
- Ja bym poszła... - powiedziała Gwiazdka.
O, Merlinie! Dwie psychiczne Gwiazdy planują obudzić się o czwartej rano i iść nie wiadomo gdzie oglądać gwiazdy...
Hm. Prawdopodobnie przed dom. Tam jest dobry widok.
Ciekawe, czy się obudzę.
(88. Wyraźnie zwalniam).
