Aportowali się pod jego mieszkanie i Harry uśmiechnął się lekko, spoglądając na fasadę starego budynku. Z zewnątrz nie wyglądała imponująco, ale nie miał nic przeciwko, aby mężczyzna zwiedził wnętrze jeszcze tej nocy. Kolacja okazała się niezwykle udana. Gdyby ktokolwiek jeszcze kilka tygodni temu powiedział mu, że spędzi miło czas w towarzystwie Harry'ego Pottera śmiałby się tak głośno, że spadłby z miotły. A jednak nie mógł się doczekać kolejnego spotkania. I wiedział, że teraz kafel znajdował się w jego rękach.

Harry uśmiechnął się jeszcze raz i jego dłonie otarły się o tył czarodziejskiej szaty. Oczywiście nie było tam kieszeni, więc nie miał dalej co zrobić z rękami. Pożegnania w takich chwilach zawsze były najbardziej krępujące i Draco już miał rzucić uwagą o kawie, gdy Potter nerwowo spojrzał na zegarek.

- Wow, jak późno – powiedział Harry. – Do zobaczenia na boisku! – rzucił, machając mu dłonią, jakby tak żegnali się dorośli mężczyźni.

A potem aportował się, zanim Draco zdążył powiedzieć chociaż słowo.

ooo

Wilm nie wygrał meczu, ponieważ on nazywał się Draco Malfoy, a to zobowiązywało. Musiał przyznać, że ta przeprawa nie należała do najłatwiejszych, ale to tylko zaostrzyło jego apetyt na zwycięstwo. Gdyby zawsze miał tak godnego partnera do gry, obaj byliby mistrzami na swoich pozycjach. I toteż powiedział, kiedy ściskali sobie ręce.

Dren przewróciła oczami, dostając buziaka w policzek, ale to w zasadzie też było pewnym zwyczajem po treningach. Nie widział jedynie Jasona i Harry'ego, a to trochę go wytrąciło z równowagi, ponieważ Potter nie odezwał się do niego od czasu kolacji. I nie wiedział na czym stoją. Zaczął rozważać nawet czy to w ogóle była randka. Harry nie dotykał go, nie pocałował go na pożegnanie, chociaż dowiedzieli się wiele o sobie wzajemnie. Draco wyjątkowo starał się nie ukrywać niczego, chociaż jego natura nakazywała mu po prostu nie otwierać ust i pozwolić Harry'emu mówić. To jednak nigdy nie udawało się na dłuższą metę.

Pospieszny odwrót Pottera nie odpowiadał mu. Nie wyglądał bezpośrednio na ucieczkę, faktycznie było późno, ale tylko dlatego, że obaj tak świetnie spędzili razem czas. Miał taką nadzieję, że nie zanudził Harry'ego.

I mieli spotkać się na boisku, a tymczasem Jason nie przylgnął do jego nogi, gdy wylądował już na murawie i to tak bardzo wytrącało go z równowagi, że trudno było mu się skupić na słowach Weasleya. Może powinien był zapłacić rachunek. Potter skrzywił się na widok cyfr, chociaż wyciągnął sakiewkę posłusznie. Jeśli obawiał się, że za kolejny posiłek przyjdzie mu płacić takie horrendalne sumy, Draco mógł go uspokoić. Kolejna kolacja należała zupełnie do niego i miał nadzieję, że Potter nie nabrał wątpliwości czy do siebie pasują pod względem finansowym. Gryfoni byli dziwni. Każdy szanujący się członek Slytherinu ucieszyłby się z możliwości posiadania lepiej sytuowanego partnera. Dziwna duma Pottera mogła jednak zostać naruszona. Chociaż w sumie może lepiej, że nie płacił tego rachunku, ponieważ to byłoby jak walnięcie się Crucio w kolano.

Weasley mówił coś o technikach, które mieli ćwiczyć w tym tygodniu. Najwyraźniej nagrywali mecze na mugolskie kamery, ale Draco nie rozumiał dlaczego nie mogli skorzystać z myślodsiewni. Weasley planował analizę strategii Armat i dopracowanie szczegółów związanych z ich taktyką. Zapewne wiele zmienili po jego odejściu. Zastępujący go szukający, potrzebował o wiele bardziej ingerencji obrońców po bokach. Draco preferował, aby po prostu zostawiono go samego.

Spojrzał w stronę trybun w zasadzie tylko dlatego, że coś błysnęło od słońca. Nie widział twarzy, ale zarys sylwetki Harry'ego poznałby wszędzie. Jason opierał się o jedną z barierek, starając się dojrzeć cokolwiek z tej wysokości. Ktoś stał z nimi i coś nieprzyjemnie przewracało się w jego żołądku.

- Draco masz jakieś uwagi? – spytał Weasley, sprowadzając go z powrotem na murawę.

- Brian potrzebuje dodatkowej ochrony. Jeśli wystawią jego, wystarczy, aby ktoś się koło niego kręcił, a połowa boiska będzie sparaliżowana – odparł spokojnie.

Weasley skinął głową, wyraźnie zadowolony.

ooo

Draco starał się nie spoglądać w górę, gdy wchodził do szatni. Nie wiedział jak długo Potter spędził na stadionie, ale zapewne upilnowanie Jasona we dwójkę było o wiele łatwiejsze i miał ochotę walnąć w coś klątwą. Przynajmniej kwestia kolacji została wyjaśniona. Nie dostał nawet całusa w policzek, bo Potter najwyraźniej miał kogoś, z kim już spędzał czas. On w końcu był Draco Malfoyem, więc odcięcie się od niego, gdy Jason był w niego tak mocno zapatrzony, nie grało roli. I czy to nie Harry powiedział, że ma dość zaczynania dnia z jego podobizną? Gdyby mieli się spotykać, chciałby jeść z nimi śniadania. A to oznaczałoby patrzenie jednak na niego. I Harry wyraźnie powiedział, że nie ma tego w planach. Może i rozmawiało im się niezwykle miło, ale najwyraźniej źle zinterpretował wszystko, co nie zmieniało faktu, że czuł się dziwnie oszukany.

W końcu obiad mógł być tym cholernym podziękowaniem i Potter nie musiał nastawać na kolację.

- Hej, hipogryf nasikał ci na porannego tosta? – spytała Fent i miał ochotę kazać się jej odpieprzyć.

Nie bardzo rozumiał dlaczego cały czas przychodziły do ich szatni, skoro wywalczyły swoją własną. Dren jednak już siedziała na jednej z ławek, czekając, aż jej luby się przebierze. On nie miał ochoty wychodzić, ale jego masaż powoli się kończył i nie miał powodu, aby zostać. Weasley zamknął się w biurze i jego tajne źródło informacji zakręciło swój kramik. Nie wiedział nawet, że polegał tak bardzo na Ronie, dopóki nie został częściowo odcięty. I to nie było sprawiedliwe – w końcu Weasley na pewno siedział nad papierami, których nie znosił, ale jednak zrobiło mu się nieprzyjemnie.

- Nie hipogryf – przyznał w końcu.

Fent zmarszczyła brwi, przyglądając mu się niepewnie.

- Zdajesz sobie sprawę, że to nie jest trudne rozgryźć, że masz fatalny humor, kiedy nie ma tutaj twojego fana numer jeden. Chociaż osobiście sądzę, że to jest powiązane z Harrym – powiedziała wprost.

Dlatego unikał bezpardonowych ludzi.

- Jason był dzisiaj na treningu – odparł, ciesząc się, że jednak mógł zadać kłam jej spostrzeżeniom i trochę namieszać.

Nie chciał być oczywisty, ale to nie było łatwe.

- Skoro tak twierdzisz – rzuciła Fentmore i wzruszyła ramionami, więc zsunął się ze stołu do masażu i zaczął wciągać na siebie ubrania, ignorując kompletnie jej obecność.

Jeśli chciała zobaczyć jego blady tyłek, miała okazję. Ruszył w stronę drzwi bez słowa i dopiero przed stadionem zatrzymał się trochę zaskoczony. Harry stał z Jasonem i obcym facetem. I obaj trzymali dziecko za ręce. Jason musiał go zatem dobrze znać, skoro pozwalał na takie spoufalanie się. Jemu było wolno, ale nazwisko wprowadzało go nie tylko w przestrzeń intymną innych ludzi.

Nie bardzo wiedział, co powinien zrobić. Aportacja z miejsca kusiła jak diabli, ale Jason uśmiechnął się szeroko, ciągnąc Harry'ego za rękę. I Potter spojrzał na niego trochę zaskoczony, zapewne nie wiedząc dlaczego Draco wyszedł o wiele wcześniej przed członkami drużyny. I nie pozostało mu nic innego jak podejść.

- Draco Malfoy! – krzyknął radośnie Jason.

I może naprawdę powinien był mu powiedzieć, aby nie nazywał go pełnym imieniem i nazwiskiem. Teraz brzmiało to bardziej obco nic pochlebnie. Harry zresztą wydawał się rozbawiony entuzjazmem dziecka.

- Witajcie – powiedział ostrożnie i jego brew uniosła się, kiedy facet spojrzał na niego podejrzliwie.

Może wiedział, że w sobotę byli na kolacji i Potter nie zdawał sobie nawet sprawy, że jego chłopak mógł być zazdrosny. Gryfoni nie byli znani z najbardziej światłych umysłów.

- Cześć, świetny trening, obejrzeliśmy niemal cały – zapewnił go Harry. – To ulubiony zawodnik Jasona – poinformował Potter faceta.

Mężczyzna nie był klasycznie przystojny. Było w nim coś topornego i prostackiego, ale nie jemu było krytykować wybory Harry'ego. W końcu Jason wydawał się go lubić, a to znaczyło najwięcej.

- Dziękuję – odparł spokojnie. – Nie wiedziałem, że się z kimś spotykasz – dodał, nie zamierzając bawić się w subtelności, ale nie spodziewał się, że facet zaczerwieni się na twarzy tak mocno, że jego białak będą wydawały się jeszcze większe.

Jego twarz nie napuchła, ale Draco i tak odniósł wrażenie, że kilka czarów uspokajających przydałoby się na miejscu. Harry tymczasem jednak śmiał się dźwięcznie i nieskrępowanie.

- O Merlinie – westchnął w końcu Potter.

Facet wyszarpnął swoją dłoń z ręki Jasona, patrząc na nich z lekkim obrzydzeniem.

- Tato? – spytało dziecko, skonsternowane.

I Draco zamarł zszokowany. Nie przypominał sobie, aby Potter wspominał o ojcu Jasona. Jedynie, że dostał dziecko nagle i z krótkimi wyjaśnieniami. Jason nie był też podobny do tego faceta, ale może tak było lepiej. Ewidentnie Merlin oszczędził mu twarzy nieprzyjemnie okrągłej, która szybko przybierała nienawistny wyraz.

- Dudley Dursley – przedstawił go Harry. – Mój kuzyn i ojciec Jasona – dodał.

- Draco Malfoy – powiedział spokojnie i wyciągnął dłoń na powitanie, ale mężczyzna spojrzał na nią z obrzydzeniem i obawą.

- Chryste, Dudley – warknął Harry.

- To jest jeden z tych dziwaków – mruknął Dudley, chyba idiotycznie sądząc, że skoro stoi przed nim metr, nie będzie go słyszał.

- Tak, tych dziwaków, z których jednym jest twój syn – przypomniał mu zimno Harry, chociaż uśmiechał się lekko.

Draco jednak miał wrażenie, że za tym grymasem kryło się o wiele więcej. Dursley był mugolem. Nigdy nie spodziewał się takich uprzedzeń od niemagicznych, ale najwyraźniej z jakichś powodów byli prześladowani kilka wieków temu. I kiedy patrzył na Dudleya, ta cała niechęć była wypisana na jego twarzy.

Dursley w końcu uścisnął jego rękę i spojrzał na syna z dziwną łagodnością, więc Draco postanowił go jednak nie nienawidzić. Dbał o dziecko, a to było priorytetem. I może naprawdę podjął odważną decyzję oddając Jasona Harry'emu zamiast zmagać się z wychowaniem magicznego dziecka w mugolskim świecie. Severus, kiedy się upił, opowiadał o swoim ojcu. Nie jemu, ale Lucjuszowi. On jednak słyszał każde słowo, które tylko pogłębiało jego lęk przed mugolami.

- Dudley postanowił nas odwiedzić, a Jason zaproponował wycieczkę na stadion - wyjaśnił Harry.

Dursley nie wydawał się zbyt skory do komentarza.

Draco spojrzał na niego mrużąc oczy.

- Jason uwielbia quidditch – powiedział ostrożnie, nie wiedząc w zasadzie jakiego tematu się chwycić.

- Nie wiem dlaczego nie mógłby grać w piłkę nożną – westchnął Dudley i wydawał się nagle cholernie zmęczony.

Draco widział jak blisko kuzyna się trzymał, zapewne obawiając się jakiegoś wyimaginowanego ataku magicznego, który mógł nadejść z każdej strony. Draco nie umknęło, że nie widział nigdzie w pobliżu matki Jasona.

- Kiedy wpadamy do ciebie, biegamy po boisku – przypomniał mu Harry. – Kiedy jesteśmy tutaj, Jason woli quidditch – odparł i wzruszył ramionami.

Jason uśmiechał się do niego szeroko, zapewne nieświadom kompletnie napięcia, które powstało między nimi.

- Mówiłem, że mogę cię przewieźć na miotle, jeśli chcesz – dodał Harry spokojnie, ale Dudley wydawał się kompletnie przerażony samą ideą. – Jason byłby naprawdę szczęśliwy, gdybyś z nami pograł.

- On naprawdę lubi quiddatch czy to tylko dlatego, że twój przyjaciel trenuje drużynę, którą kupiłeś? – spytał Dursley, ewidentnie zirytowany.

Draco nie zwrócił nawet uwagi na przekręconą nazwę jego ulubionej gry. Potter spoglądał wokół lekko wystraszony, jakby spodziewał się wyskakujących zza krzaków reporterów Proroka Codziennego.

- Dudley! – syknął zirytowany Potter, a potem rzucił na Jasona niewerbalne zaklęcie wyciszające. – Nie będę się z tobą kłócił przy dziecku. Nie zamierzam ci go odebrać. Możesz odwiedzać go kiedy chcesz. Możesz się tutaj przeprowadzić, kiedy chcesz. Możesz go nawet zabrać, chociaż wtedy ja go będę odwiedzał – ostrzegł go lojalnie. – Wiesz, że ciotka nienawidzi magii. Chcesz, żeby twój syn spędził dzieciństwo tak jak ja? – spytał całkiem szczerze, a Dudley pobladł lekko.

- Harry… - zaczął Dursley.

- Nie, Dudley. Nie obrażaj przy nim świata, do którego należy, tylko dlatego, że go nie rozumiesz. Możesz być jego częścią. Nie musisz znać magicznych sztuczek, żeby cię kochał. To do cholery twoje dziecko – przypomniał mu sztywno Potter, ocierając czoło.

- Jemu się tutaj podoba – warknął Dudley i brzmiało to jak oskarżenie.

- Oczywiście, że podoba mu się w jedynym miejscu, gdzie jest normalny i nikt nie wytyka go palcem. Nikt nie nazywa go tutaj dziwakiem – oznajmił mu Harry. – To nie jest naprawdę takie trudne, żeby po prostu raz ugryźć się w język. Możesz nie być częścią jego hobby, ale cholernie wiele stracisz – poinformował go.

I Dudley spojrzał na Draco z czymś ciężkim we wzroku. Harry zerknął na niego mniej pewnie i poczerwieniał lekko. A on potrafił myśleć jedynie o tym jak często na boisku pojawiał się Harry w ostatnim czasie. I nikt nie mówił oficjalnie o właścicielu drużyny, ale to wydawało się tak oczywiste. Nikt nie kwestionował zejść Pottera na murawę, czy jego wizyt w szatni z gratulacjami. A jednak Draco czuł, że coś nieprzyjemnie go dławi.

Przypomniał sobie, kiedy spotkali się jeszcze w Hogwarcie, gdy chciał zamienić kilka słów z Ronem przed transferem do drużyny. To Potter zapłacił za niego, ściągając go tutaj i czuł się z tym teraz dziwnie.

Jason mówił coś, ale silne zaklęcie tłumiło wszystkie dźwięki.

Dudley westchnął, jakby to nie była pierwsza taka kłótnia. Jakby miał związane ręce i miotał się w świecie, którego naprawdę serdecznie nienawidził. I Draco nie mógł sobie wyobrazić jak Harry był wychowany przy kimś tak pełnym niechęci.

Potter drapał się nerwowo po szczęce, nadal rozglądając się wokół. Kiedy jednak w końcu nawiązał z nim kontakt wzrokowy, wyglądał na bardzo zmęczonego.

- Wyślę do ciebie dzisiaj sowę – obiecał mu Harry. – Musimy porozmawiać – dodał, jakby Draco o tym nie wiedział od samego początku.