Moj pierwszy chapter 10! Cóż za emocje! :-) Yeep

Dziękuję Anuii, oraz rome za komentarz, a także wszystkim osobom zainteresowanym tym opowiadaniem. Przepraszam za długie odstępy czasowe pomiędzy kolejnymi aktualizacjami, jednak nie jestem w stanie powiedzieć, czy okres wakacyjny je skróci. Zanim napiszę rozdział, staram się mieć wszystko ułożone, na miejscu, by nie wpaść we własne sidła.

Wszystkich, którzy tu zajrzeli, serdecznie pozdrawiam. Dziękuję Wam i zapraszam do czytania i komentowania. To rzeczywiście pomaga w pisaniu.


Rozdział 9


'No I dont't know where I'm going

But I sure know where I've been

Hanging on the promises'

Whitesnake


Patrzyli na siebie w milczeniu, nie będąc w stanie wydobyć z siebie choćby słowa. Wielka Sala zdawała się milczeć razem z nimi, pogrążona w pełnym oczekiwania napięciu. Oczy Margaret zalśniły w świetle świec, wypełniały je ogromne zaskoczenie, oraz zagubienie, które pogłębiło się, gdy Victor zrobił krok do tylu. Chłopak zacisnął usta, odwracając wzrok. Gdy zmierzał w kierunku oczekującej go wicedyrektorki, nie odwrócił się ani razu. Nie widział emocji, jakie zagrały na twarzy dziewczyny, nie mógł dostrzec jej łez, które wypełniły duże, niebieskie oczy. Nie widział, jak pozbywa się ich szybkim, energicznym ruchem ręki.

Margaret wpatrywała się w oddalającą sylwetkę człowieka, który niegdyś był jej tak bliski, nie mogąc zapanować nad emocjami, nie potrafiąc odnaleźć się w potwornym zagubieniu. Dwa lata temu rozstała się z najważniejszą osobą w jej życiu, nagle, bez uprzedzenia. Wspomnienie tamtego okresu wciąż było silne, przyprawiało ją o dreszcze.

- Co się z nim dzieje? Pani profesor, proszę mi powiedzieć gdzie jest! Minął miesiąc, powinien już wrócić - dziewczyna nie dbała o zasady dobrego zachowania względem nauczycielki, nie przejmowała się łzami, które coraz gęściej spływały po jej zaczerwienionych policzkach. Wpatrywała się w twarz starszej kobiety, doszukując się w niej odpowiedzi. - Pani nie rozumie, ja muszę wiedzieć, muszę! Coś się stało, prawda?

- Margaret, kochanie, powinnaś się uspokoić. Wiem, że Leonard był twoim bliskim przyjacielem. Jestem lekko zaskoczona, że nie poinformował cię o tym wcześniej...

- O czym? - Dziewczyna otarła łzy wierzchem dłoni, opadając ciężko na fotel. Madame westchnęła.

- Ojciec Leonarda przysłał nam wiadomość kilka dni temu. Leo nie uczęszcza już do naszej szkoły, został wpisany. Mówię ci o tym w zaufaniu, Margaret. Niech to zostanie między nami, dobrze?

Dziewczyna kiwnęła delikatnie głową, choć zdawała się nie słyszeć ostatnich słów kobiety. Wpatrywała się w nieokreślony punkt gdzieś za plecami nauczycielki, błądząc myślami daleko. "Co się stało, Leo? Co się dzieje?".

Margaret zacisnęła dłonie, nie mogąc zapanować nad ich drżeniem. Czuła się oszukana. Oszukana i zdradzona przez osobę, którą kochała prawdziwie. Za którą tęskniła przez wiele miesięcy, każdego dnia zastanawiając się, czy znów ją zobaczy, czy wciąż żyje. Patrzyła w stronę podwyższenia, nie wiedząc kim tak naprawdę jest człowiek, na którego głowę została zakładana Tiara Przydziału. Czy był tym, za kogo się podawał, czy wyłącznie parszywym oszustem, zupełnie obcym i nieznanym jej człowiekiem?

Pytania pozostały bez odpowiedzi. Choć było ich tak wiele, tej nocy ich liczba gwałtownie wzrosła.


Victor usiadł na wyznaczonym miejscu, próbując zapanować nad oddechem. Czuł na sobie wzrok niemal wszystkich uczniów, oczekujących nazwy domu, do którego miał zostać przydzielony. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jest jedyna osobą w Sali, dla której przyszłe słowa Kapelusza są obojętne. W jego głowie kłębiły się myśli, skupiając wokół jednej osoby, Margaret.

"Spodziewałem się, że kiedyś nadejdzie ten czas, Harry Potterze" - Z zamyślenia wyrwał go dzwięczny głos Gadającego Kapelusza. Wstrzymał oddech, nieruchomiejąc, gdy dotarły do niego jego słowa.

"S-skąd ty..." - zaczął, lecz jego myśli zostały przerwane przez skrzeczący śmiech.

"Wiem o wiele więcej, Harry. Nie od parady mam taką, a nie inną fuchę. "

"Nie możesz nikomu powiedzieć! " Victor czuł coraz silniejsze zdenerwowanie.

"Nie martw się chłopcze. Nigdy nie zdradzam ludzkich tajemnic, czy sekretów. Możesz być spokojny. Pamiętaj jednak, że wszystkie tajemnice, nawet te najgłębiej ukryte, zobaczą kiedyś światło dzienne, oraz oczy i uszy ludzkie. Czas, kiedy odkryjesz przed światem swoje prawdziwe nazwisko nadchodzi szybciej, niż się spodziewasz, niż byś tego pragnął."

"Co masz na myśli?"

"Jestem tylko czapką, Harry, moje myśli są zawiłe i niejasne. Twój nowy dom... Gdzie chciałbyś zostać przydzielony, Harry?"

"Nie zdążyłem wyłonić faworyta. Myślałem, że zrobisz to za mnie" - odparł chłopak, licząc na szybką decyzję czapki.

"Twoi rodzice, pamiętam jak dziś, byli urodzonymi Gryfonami. Dom Gryffindora przyjąłby cię z otwartymi ramionami. Co ty na to, Harry?" - Victor nie zdążył odpowiedzieć, gdy czapka przemówiła ponownie. " Tak tak. Członkowie Domu Węża są ci bliżsi, pasowałbyś również tam. Gryfońska odwaga, ślizgońska przebiegłość... Jaka jest twoja decyzja, chłopcze?"

Victor odpowiedział, Czapka odchrząknęła głośno, po czym wykrzyknęła głośno i wyraźnie:

SLYTHERIN!

Dom Węża ożywił się nagle, wypełniając Wielką Salę gromkimi oklaskami, oraz wesołymi okrzykami.

Victor wstał z zajmowanego miejsca, odwracając się w stronę rozbawionych członków swojego nowego domu. Uśmiechnął się szeroko, gdy w tłumie dostrzegł Jasona oraz Angie, machających energicznie rękami w celu zwrócenia jego uwagi. Skierował się w ich stronę; idąc wzdłuż stołu czuł na plecach przyjazne klepnięcia. Gdy dotarł do przyjaciół, Angie objęła go mocno, piszcząc do ucha. Chwilę później siedział obok niej oraz Jasona, który ścisnął go dyskretnie za nadgarstek. Gdy Victor na niego spojrzał, ten pokiwał z rozbawieniem głową.W tle rozbrzmiewały kolejne nazwy domów.

- Wiedziałem, braciszku. Po prostu to wiedziałem - oznajmił, klepiąc go po ramieniu. Victor uśmiechnął się w odpowiedzi, po czym odwrócił wzrok w kierunku oczekujących na przydział uczniów. Jego uśmiech zblakł momentalnie, gdy nie dostrzegł w wyraźnie przerzedzonej grupie Margaret. Spojrzeniem omiotl pozostałe stoły, poczynając od tego, należącego do Gryffindoru. Jedyna znajoma twarz należała do Olivera, który uśmiechnął się do niego szeroko, unosząc kciuki do góry. Kilku Gryfonów odwróciło się w jego stronę z wyraźnym zaciekawieniem, oraz bardziej skrywanym oburzeniem. Victor odwzajemnił uśmiech, choć był on raczej blady i słaby, wzrokiem przechodząc do stołu Ravenclawu. Isla spojrzała na niego znad trzymanego pucharu, po czym mrugnęła wesoło, szybko wracając do rozmowy z siedzącą obok dziewczyną. Kilka miejsc dalej dostrzegł Margaret. Jej twarz wyrażała smutek oczy zagubienie. Victor poczuł bolesne ukłucie w klatce piersiowej, gdy ich spojrzenia spotkały się. Dziewczyna zacisnęła usta, obrzucając go krótkim, niechętnym spojrzeniem, który zabolał go jeszcze dotkliwiej. "Co powinienem, do cholery, zrobić; jak to naprawić?" - pomyślał, zdając sobie sprawę z powagi zaistniałej sytuacji.

Z zamyślenia wyrwał go kolejny aplauz Ślizgonów, gdy Czapka wypowiedziała nazwę ich domu, przydzielając następnego pierwszorocznego.

- Victor - wśród ogólnego poruszenia, zdołał usłyszeć zmartwiony głos Jasona. Spojrzał na niego, unosząc brew. - Kim jest ta dziewczyna? - pytanie było ciche i dyskretne; Victor pokiwał przecząco głową w odpowiedzi, odwracając wzrok w kierunku ceremonii. Czuł coraz większe zmęczenie.


Uroczystość odbyła się w przyjemnej, wesołej atmosferze. Victor został niemal zasypany pytaniami, na które odpowiadał krótko, często wymijająco. Tym razem Jason również znalazł sposób na zmianę tematu. Quidditch był w szkole najchętniej poruszanym tematem rozmów, nie licząc najświeższych opowiastek z wakacji. Na językach znalazł się również nowy nauczyciel transmutacji, ku niezadowoleniu Jasona.

- Założę się, że świetnie się bawi - mruknął, po raz kolejny zerkając na stół nauczycielski. Victor przewrócił oczami, nie przestając dziobać widelcem mięsną babeczkę. Jason spojrzał krytycznie na jego talerz. - Będziesz to jadł, czy próbujesz znaleźć w niej kawałek mięsa? Na próżno, stary. Wiele osób próbowało, lecz wszyscy polegli. Nie wiem, jakim prawem nazywają ją mianem mięsnej - odrzekł, w konsekwencji czego został spiorunowany wzrokiem przez przybranego brata, który chwilę potem odsunął od siebie półmisek. - Czasami zachowujesz się jak dziecko, wiesz?

- Czasami powinieneś się zamknąć, wiesz? - skwitował Victor. Jego wzrok ponownie, jakby automatycznie skierował się w stronę Krukonów, co nie uszło uwadze Hawka.

- Po uroczystości wszystko mi opowiesz, Vici, bo zaczynasz być drażliwy jak dziewczyna.


Wysoki blondyn o wyniosłej posturze, oraz nienagannym zachowaniu obrzucił pierwszorocznych Ślizgonów uważnym spojrzeniem

- Tutaj znajduje się wejście do waszego nowego dormitorium - powiedział, zatrzymując się w długim, zimnym korytarzu.

- Będziemy spać w lochach? - spytał jeden z młodych uczniów z wyraźną obawą w głosie. - Tu jest zimno...

- I wilgotno! - zawtórował mu drugi młodzieniec, a wraz z nim kilku innych. Victor, który stał na końcu grupy, dostrzegł, jak dwójka Prefektów Naczelnych uśmiecha się między sobą, po czym jeden z nich, brunet o ostrym spojrzeniu, którego również poznał w pociągu, podchodzi do kamiennej ściany. Chwilę później ich oczom ukazały się drzwi, za którymi znajdował się pokój, ogromny, jasny i przestronny, w którym dominowały kolory zielony i srebrny.

- Witajcie w największym, najlepiej urządzonym, oraz posiadającym największy gust, szyk oraz klasę Pokoju Wspólnym w całym Hogwarcie! - odrzekł blondyn, zapraszając ich gestem do środka.


Victor rozejrzał się po pokoju, do którego został przydzielony. Znajdowały się w nim cztery łóżka, obok których ustawione były solidne, drewniane kufry, na których wiekach widniały tabliczki z nazwiskiem właściciela. Malfoy, Zabini, Nott, oraz umiejscowiony najbliżej okna kufer z kawałkiem blaszki odbijającej nikłe światło księżyca. Chłopak uśmiechnął się, gdy odczytał swoje nazwisko, po czym zerknął na nocny obraz zza okna. Choć Prefekt Naczelny twierdził, że Pokój Wspólny Domu Węża znajduje się pod jeziorem, dormitoria, które do niego podlegają wznoszą się ponad taflę wody, umożliwiając widok na poszczególne strony Hogwartu. Victor musiał przyznać, że obraz jest rzeczywiście piękny. Ponad ciemnym lasem widniał księżyc, oświetlając nieruchome i spokojne Błonia. Jezioro falowało delikatnie, unosząc okrągłe liście grzybieni; ponad lustrem wody tańczyły świetliki. Chłopak wpatrywał się w krajobraz, gdy w jego umyśle ponownie pojawiła się Margaret. Doskonale pamiętał dzień, w którym razem z Alexem zmuszony był do ucieczki z Anglii; powrót do Francji był wykluczony, nierealny do spełnienia. Wszystkie wydarzenia, który miały miejsce potem działy się w błyskawicznym tempie; napędzała je presja nie tylko czasu, ale również przerażenia i obawy.

Zniknął, bo musiał. Zniknał bez słowa wyjaśnień, bo tak powiedział Alex. Próbował zapomnieć, na próżno. Wspomnienie lat spędzonych we Francji wciąż były silne, choć tak brutalnie zakończone. Margaret nie zniknęła z jego serca, mimo przekonania, że nie spotkają się już nigdy więcej. A teraz...

Wciąż nie do końca wierzył w to, co zaszło w Wielkiej Sali. Spotkanie z Margaret było tak surrealistyczne, jak sen. Pragnął wiedzieć, co sprawiło, że znalazła się w Hogwarcie; dowiedzieć się wszystkiego o latach w Akademii, od których został odcięty. Wiedział jednak, że odgradza ich ogromna przepaść, która oddzieliła ich, oraz powiększała się z każdym kolejnym dniem po jego wyjeździe. Powrót do normy był nierealny, wiedział o tym doskonale. Nawet gdyby chciał, nie potrafił wytłumaczyć Margaret powodów swojego zniknięcia, zmiany nazwiska, braku odpowiedzi; nie mógł. Jego prawdziwa tożsamość była coraz bardziej zagrożona. Horkruksy wciąż nie zostały odnalezione, a on sam musiał przetrwać, by rozpocząć ich poszukiwania wraz z siedemnastym rokiem życia... Victor poczuł nieprzyjemne ukłucie w żołądku. "Czy znów będziemy zmuszeni uciekać? Hogwart okazał się zbyt pięknym marzeniem..."

Cisza została gwałtownie przerwana przez śmiech i głośne rozmowy, które zabrzmiały w Pokoju Wspólnym Ślizgonów, zwiększając swoje nasilenie z każdą sekundą. Chwila na rozgoszczenie się pierwszorocznych właśnie minęła. Victor westchnął ciężko, odwracając się, gdy drzwi do pokoju otworzyły się nagle, wpuszczając do wnętrza rozbawione głosy współlokatorów. W następnym momencie pokój rozświetliły srebrne lampy.

- Od dziś McGonagall będzie mogła spokojnie zasnąć, doprawdy - odparł Zabini, patrząc uważnie w jego stronę. Victor uniósł w odpowiedzi jedną brew, podchodząc do swojego łóżka.

- Mm... Cześć?

- Przecież już się poznaliśmy - stwierdził Malfoy tonem wyrażającym oczywistość. - Chodzi o nasz pokój. Od zawsze mieszkaliśmy w trójkę, chociaż pokój jest teoretycznie pięcioosobowy - Na to stwierdzenie, z drugiej części pokoju dobiegło ich prychnięcie Notta, który nie patrząc w ich stronę, zrzucił z siebie uroczystą szatę, po czym podszedł do swojego kufra.

- Stara, dobra McGonagall - odrzekł sarkastycznie, szukając czegoś w skrzyni, jednak dwójka Ślizgonów zdawała się puścić jego uwagę koło ucha.

- Tak nie może być, co to ma być, Severusie, zrób coś z tym, to nie zgodne z regulaminem, w moim domu bla bla - Victor uśmiechnął się lekko, gdy Blaise z powodzeniem naśladował wysoki, piskliwy głos, na koniec kręcąc oczami.

- Coś w tym stylu. No więc teraz jest nas czterech, przepisowo i poprawnie - odparł Malfoy.

- Mówiłeś coś o pięciu osobach - zauważył Galagher, na co Draco posłał w jego stronę krytyczne spojrzenie.

- W dormitoriach nie ma tak dużych pokoi, nawet w lochach. Ta kobieta lubi przesadzać - powiedział, składając swoją szkolną szatę. - Nie idziesz? - spytał po chwili, patrząc na niego podejrzliwie.

- Jestem tu zaledwie kilka godzin, więc proszę, nie zadawaj mi podchwytliwych pytań - odparł z uśmiechem.

- Myślałem, że Hawk cię poinformował. Ale jeśli nie... Nie mówiłeś przypadkiem, że uczyłeś się w domu?

- Mhm... - Victor pokiwał głową, czując, jak w jego umyśle zapala się automatyczna, czerwona lampka, zwiększająca jego ostrożność i czujność. Zobaczył, jak Zabini uśmiecha się szeroko, a Nott zapina szybko guziki koszuli, którą założył chwilę temu, po czym kieruje się do wyjścia.

- My Ślizgoni... - powiedział, łapiąc za klamkę. - Mamy taki zwyczaj żegnania wakacji. Takie skromne powitanie pierwszorocznych...

- Bez pierwszorocznych - wtrącił Blaise.

- Nie przerywaj mi. Więc tak jak mówiłem witamy nowych uczniów, spotykamy się po długich dwóch miesiącach, oraz wypatrujemy jutrzejszego, tak bardzo wyczekiwanego pierwszego dnia szkoły.

Malfoy zaśmiał się głośno, kierując w stronę łazienki; Blaise mu zawtórował. Nott jednak zdawał się nie zwracać uwagi na ich reakcje, kontynuując z niezmiennym, poważnym wyrazem twarzy.

- Ogólnie to taka kulturalna, przyjemna uroczystość po uroczystości. Więc jeśli pozwolicie, ja już pójdę, bo nie mam zamiaru czekać na wasze leniwe tyłki. Widzimy się na dole - odrzekł na odchodnym, w następnej sekundzie znikając za drzwiami. Victor spojrzał pytająco na wciąż szczerzącego się Blaise'a.

- Czy cokolwiek z tego, co powiedział, było prawdą? - spytał, na co chłopak wzruszył ramionami.

- Załóż coś luźniejszego i sam się przekonaj.

Victor zrobił tak, jak doradził mu Zabini, zakładając wygodny, mugolski t-shirt, czarne spodnie, oraz trampki. Gdy razem z dwójką nowych znajomych wszedł do Pokoju Wspólnego wiedział, że jego przypuszczenia były jak najbardziej słuszne.


Jason spojrzał na brata, marszcząc przy tym brwi; chwilę później opróżnił do połowy pełny puchar jednym haustem. Odchrząknął głośno, rozglądając się po Pokoju Wspólnym. Choć zajmowali miejsce z dala od ciekawskich uszu, wciąż starali się zachować ostrożność. Życie w ciągłym zagrożeniu nauczyło ich przezorności w każdej sytuacji, nawet tych z góry nie wzbudzających podejrzeń.

- Historia jak z jakiegoś cholernego melodramatu - odparł po chwili milczenia, nachylając się nieznacznie w stronę Victora, leniwie opartego o oparcie fotela. Chłopak ze znużeniem obserwował, jak część Ślizgonów z wyższych klas opróżnia kolejną butelkę półprzezroczystego płynu. Większość już dawno rozeszła się do pokoi, czy zasnęła w przeróżnych miejscach. Angie, który nie wypiła ani kropli powitalnego trunku, co jakiś czas zerkała w ich stronę z wyraźnym zaciekawieniem. Możliwe, że nie tylko ona... - Margaret, tak? Co teraz zamierzasz? Będziesz udawał, że jednak jej nie znasz, czy coś? Chyba nie chcesz powiedzieć jej prawdy?

- Nie - odpowiedź była krótka, cicha i beznamiętna. Jason wiedział również, że nie jest szczera; znał Victora zbyt dobrze.

- Gdybym był na jej miejscu i usłyszał choćby część faktów rzeczywistych, zapewne uznałbym cię za niezłego świra - powiedział, przez co został obrzucony krytycznym spojrzeniem.

- Dzięki wielkie. Potrafisz pocieszać ludzi - sarknął Victor, na co Jason zaśmiał się w odpowiedzi, klepiąc go przyjacielsko po ramieniu.

- Daj spokój, stary. Porozmawiamy z moim ojcem, ojciec pomówi z Alexem. Razem coś wymyślimy - odrzekł. Victor spojrzał na niego poważnie, z wyraźnym przygnębieniem skrytym w zmęczonych, niebieskich oczach.

- Jason... - powiedział cicho, niemal bezgłośnie, opierając głowę na dłoniach. - Ja nie chcę stąd wyjeżdżać, nie teraz...