Zajęcia
Ale mamy przed sobą jeszcze jeden rok, zanim nadejdzie ten szczęśliwy moment rozstania.
Historia magii była w ogólnym przekonaniu najnudniejszym przedmiotem wymyślonym kiedykolwiek w całej historii Hogwartu. Profesor Binns, duch, który był ich nauczycielem, miał świszczący, monotonny głos, który niemal gwarantował spowodowanie ciężkiej senności w przeciągu dziesięciu minut, w porywach do pięciu, gdy było ciepło. Nigdy nie różnicował formy ich lekcji, ale wykładał je bez przerywania, podczas gdy oni robili notatki lub raczej gapili się sennie w pustkę. Harry'emu i Ronowi jak dotąd udawało się prześlizgiwać po zaliczeniach z tego przedmiotu tylko dzięki przepisywaniu notatek Hermiony przed egzaminami. Ona jedna zdawała się być odporna na usypiającą moc głosu Binnsa.
Dzisiaj doświadczyli półtoragodzinnego usypiania przy brzęczeniu na temat wojen olbrzymów. Przez pierwsze dziesięć minut Harry usłyszał wystarczająco, by mgliście przypomnieć sobie temat i stwierdzić, że w rękach innego nauczyciela był on nawet w miarę interesujący. Zanotował sobie najważniejsze daty, nazwiska i fakty, a pozostałą godzinę i piętnaście minut spędziła na kartkowaniu nowego podręcznika do OPCM-u i graniu z Ronem w wisielca na skrawku pergaminu, podczas gdy Hermiona rzucała im ohydne spojrzenia kątem oka.
— Jak by to było — zapytała chłodno, kiedy wyszli z klasy na przerwę — gdybym odmówiła pożyczenia wam moich notatek w tym roku?
— Oblalibyśmy SUMy — powiedział Ron. — Jeśli chcesz to mieć na swoim sumieniu, Hermiono…
— Cóż, zasłużylibyście na to — burknęła. — Nawet nie próbujecie go słuchać, nieprawdaż?
— Próbujemy — odparł Ron. — Tylko po prostu nie mamy twojego mózgu, twojej pamięci, czy twojej koncentracji. Jesteś po prostu bystrzejsza niż my. Czy to ładnie tak komuś wytykać?
— Oj, przestań pleść te bzdury — powiedziała Hermiona, ale wyglądała na trochę zmiękczoną, kiedy prowadziła ich na zawilgotniały dziedziniec.
Z nieba padała lekka mglista mżawka, która sprawiała, że stojący w grupkach na skrajach dziedzińca ludzie rozmazywali się na krawędziach. Harry, Ron i Hermiona wybrali odosobniony narożnik pod mocno przeciekającym balkonem, lecz Harry rzucił tarczę ochraniając ich przed kapiącą wodą. Podnosząc kołnierze swoich szat i otulając się nimi przed chłodnym wrześniowym powietrzem, rozmawiali o tym, co wymyśli dla nich Snape na swojej pierwszej lekcji w tym roku. Zdążyli się zgodzić, że będzie to prawdopodobnie coś szczególnie trudnego, tak by złapać ich nieprzygotowanych po dwumiesięcznych wakacjach, kiedy ktoś wyszedł zza rogu w ich kierunku.
— Witaj Harry!
To była Cho Chang i co więcej, była znów sama. To było najbardziej niezwykłe: Cho prawie zawsze otoczona była przez grupę chichoczących dziewczyn. Harry przypomniał sobie ten koszmar, kiedy próbował złapać ją, gdy była sama, by zaprosić ją na bal bożonarodzeniowy.
— Hej — odpowiedział Harry, czując jak jego twarz robi się coraz gorętsza. Przynajmniej tym razem nie miał na sobie tylko cienkiej, prześwitującej koszuli. Myśli Cho biegły chyba tym samym torem.
— Widzę, że szkolne szaty równie dobrze na tobie leżą?
— Tak — powiedział Harry próbując uśmiechnąć się, jakby wspomnienie ich ostatniego spotkania było śmieszne, a nie upokarzające. — Więc no… eee… jak minęły wakacje?
W chwili, gdy o to spytał pożałował tego, że to zrobił. Cedrik był chłopakiem Cho i myśl o ich zarwaniu zaraz po turnieju musiała mieć wpływ na jej wakacje. Na jej twarzy pojawiło się napięcie, ale odpowiedziała.
— Ach, wiesz, było w porządku…
— Czy to znaczek Tajfunów? — zapytał nagle Ron, wskazując na przód szat Cho, gdzie przypięty był niebieski jak niebo znaczek z podwójnym złotym T. Nie kibicujesz im chyba, co?
— Tak, kibicuję — odpowiedziała Cho.
— Zawsze im kibicowałaś, czy tylko odkąd zaczęli wygrywać ligę? — nagabywał Ron niepotrzebnie oskarżycielskim, w opinii Harry'ego, tonem.
— Kibicuję im od szóstego roku życia — wyjaśniła chłodno Cho. — W każdym razie… trzymaj się Harry.
Odeszła. Hermiona poczekała, aż Cho znajdzie się w połowie drogi przez dziedziniec zanim naskoczyła na Rona.
— Zupełnie nie masz taktu!
— No co? Ja tylko spytałem, czy…
— Nie zauważyłeś, że chciała porozmawiać z Harrym na osobności?
— No i? Przecież i tak nie mogła…
— Dlaczego w ogóle atako… Czemu niby nie mogła?
— Ponieważ jestem zaręczony z Malfoyem i nie mogę przebywać sam na sam z kimkolwiek, kto nie jest starszy od ojca Draco — wyjaśnił Harry suchym tonem. — A teraz chodźcie, mamy eliksiry.
Kiedy dołączyli do ogonka ustawiającego się przy drzwiach klasy Snape'a, Draco Malfoy stanął po jego prawej stronie i poprawił mu kołnierz. Harry z całych sił starał się nie zgrzytać zębami.
— Nie przekraczaj granicy — szepnął cicho blondynowi. Na szczęście Ron i Hermiona sprzeczali się zbyt głośno by go usłyszeć, więc nie będą zadawać niepotrzebnych pytań, na które nie mógłby im odpowiedzieć.
W końcu drzwi lochu otworzyły się ze złowieszczym skrzypieniem. Wszedł do klasy za swoimi przyjaciółmi i podążył za nimi w kierunku ich stałych ławek z tyłu, gdzie usiadł pomiędzy Ronem i Hermioną i ignorował rozdrażnione, pełne irytacji dźwięki dobiegające teraz z obu stron.
— Uspokójcie się — powiedział zimno Snape zamykając za sobą drzwi.
Tak naprawdę nie było potrzeby przywoływania ich do porządku. W chwili, gdy klasa usłyszała zamykające się drzwi, zapadła cisza i całe wiercenie ustało. Sama obecność Snape'a zwykle wystarczała, by zapewnić ciszę w klasie.
— Zanim zaczniemy dzisiejszą lekcję — powiedział Snape sunąc do swego biurka i rozglądając się po wszystkich — myślę, że odpowiednie będzie przypomnieć wam, że w nadchodzącym czerwcu zdawać będziecie ważny egzamin, podczas którego będziecie udowadniać, ile nauczyliście się na temat przygotowywania i używania magicznych eliksirów. Mimo iż niektórzy w tej klasie są niewątpliwie idiotami, oczekuję osiągnięcia Zadawalającego na waszym SUMie, gdyż w przeciwnym razie doświadczycie… mojego niezadowolenia.
Jego wzrok zatrzymał się na Neville'u, który widząc to przełknął ślinę. Harry pomyślał, że podobną mowę mógłby usłyszeć od Voldemorta. Zastanawiał się, czy przypadkiem Snape nie wykorzystał jednej z mów swojego pana, tylko dostosowanej do tematu.
— Po tym roku, oczywiście, wielu z was zakończy naukę ze mną — ciągnął dalej Snape. — Przyjmuję tylko samych wybitnych do mojej OWTMowej klasy eliksirów, co oznacza, że z niektórymi z pewnością się pożegnamy.
Jego oczy spoczęły na Harrym i jego wargi skrzywiły się szyderczo. Harry też patrzył na niego czując ponurą przyjemność na myśl o tym, że mógłby porzucić eliksiry po piątej klasie.
— Ale mamy przed sobą jeszcze jeden rok, zanim nadejdzie ten szczęśliwy moment rozstania —powiedział miękko Snape — tak więc bez względu na to, czy zamierzacie czy nie brać się za OWTMy, radzę wszystkim skoncentrować swoje wysiłki na utrzymaniu wysokiego poziomu zaliczeń, jaki zwykłem oczekiwać od moich uczniów podczas SUMów. Dzisiaj będziemy warzyć eliksir, który często pojawia się na egzaminie Standardowych Umiejętności Magicznych – eliksir spokoju, wywar uspokajający niepokoje i łagodzący wzburzenie. Ostrzegam was, jeśli przesadzicie ze składnikami, spowodujecie u pijącego ciężki, czasem nieodwracalny sen, więc musicie bardzo uważać, na to co robicie.
Po lewej stronie Harry'ego Hermiona wyprostowała się trochę, na twarzy miała wyraz największego skupienia.
— Składniki i sposób przyrządzania… — Snape machnął różdżką — …są na tablicy. Wszystko czego potrzebujecie… — ponownie machnął różdżką — …jest w schowku…
Drzwi do schowka otworzyły się sprężyście.
— …macie półtorej godziny… czas start.
Dokładnie tak jak Harry, Ron i Hermiona przewidzieli, Snape nie mógł im chyba zadać trudniejszego, bardziej delikatnego eliksiru. Składniki musiały być dodane do kociołka w precyzyjnie określonej kolejności i ilościach. Mikstura musiała być mieszana dokładnie odpowiednią ilość razy, najpierw w kierunku ruchu wskazówek zegara, a następnie w przeciwnym. Temperatura płomieni, w których była podgrzewana, musiała być obniżona dokładnie do prawidłowego poziomu na określoną liczbę minut przez dodaniem końcowego składnika.
— Z waszych eliksirów powinna się teraz unosić lekka, srebrna mgiełka — powiedział Snape na dziesięć minut przed końcem.
Harry rozejrzał się po lochu. Z jego kociołka wydobywały się srebrne opary, lecz jak na jego gust trochę za ciemne, za to kociołek Rona rozsiewał wkoło zielone iskry. Seamus gorączkowo rozbudzał płomienie przy dnie swojego kociołka wierzchołkiem swojej różdżki, bo wydawało się że gasną. Na powierzchni eliksiru Hermiony unosiła się lśniąca srebrna mgiełka i kiedy Snape przechodził obok, zerknął w dół swego haczykowatego nosa bez komentarza, co oznaczało, że nie znalazł nic, co mógłby skrytykować.
Za to przy kociołku Harry'ego Snape zatrzymał się i zajrzał do środka z przeraźliwym uśmieszkiem na twarzy.
— Potter, co to ma być?
Wszyscy Ślizgoni na przedzie klasy spojrzeli z zapałem w ich kierunku. Uwielbiali słuchać, jak Snape szydzi z Harry'ego. Malfoy ściągnął brwi w głębokim zastanowieniu.
— Eliksir spokoju — odpowiedział Harry z lekkim napięciem w głosie.
— Powiedz mi Potter — powiedział łagodnie Snape — co zrobiłeś źle?
Serce mu zamarło, wziął lekki wdech wdychając opary ze swego kociołka i poczekał dziesięć sekund aż zaczną działać.
— Jest jedna opcja, sir — odpowiedział patrząc wprost na tablicę. — Dodałem za mało syropu z ciemiernika. Syrop musiał być już zwietrzały, przez co powinienem dodać trzy krople zamiast dwóch.
W klasie zapadła cisza jak makiem zasiał.
— Zgadza się Potter, co oznacza, że cały ten bałagan jest kompletnie bezwartościowy. Evanesco.
Cała zawartość eliksiru Harry'ego zniknęła. Został tak stojąc głupio nad pustym kociołkiem.
— Ci z was, którzy mieli świeże składniki, proszę napełnić jeden flakon próbką swojego eliksiru, oznaczyć go wyraźnie swoim nazwiskiem i przynieść go do mojego biurka do sprawdzenia — oznajmił Snape. — Praca domowa, na czwartek dwanaście cali pergaminu na temat właściwości księżycowego kamienia i jego wykorzystania przy przyrządzaniu eliksirów.
W czasie, gdy wszyscy dookoła napełniali swoje flakony, Harry uprzątnął swoje rzeczy sycząc ze złości. Jego eliksir nie był gorszy od eliksiru Rona, który wydzielał właśnie obrzydliwy zapach zgniłych jajek. Czy od eliksiru Neville'a, który osiągnął konsystencję świeżo wymieszanego cementu i który Neville musiał teraz wydłubywać ze swojego kociołka. Ba, jego eliksir był drugi po Hermionie.
A mimo to, to właśnie on, Harry, będzie tym, który otrzyma zero punktów za dzisiejszą robotę. Wepchnął z powrotem swoją różdżkę do torby i klapnął na miejsce obserwując jak wszyscy wędrują do biurka Snape'a z wypełnionymi i zakorkowanymi flakonami. Kiedy w końcu rozbrzmiał dzwonek, Harry pierwszy wyszedł z lochu i zaczął maltretować swój lunch zanim Ron i Hermiona dołączyli do niego w Wielkiej Sali. Sufit w ciągu ranka zrobił się jeszcze mroczniejszy. Deszcz zacinał w górne okna.
— To było naprawdę niesprawiedliwe — powiedziała pocieszająco Hermiona siadając obok Harry'ego i nakładając sobie jagnięcą zapiekankę. — Twój eliksir nie był zły. Z porównaniu z tym Goyle'a perfekcyjny. Kiedy on go wlał do swojego flakonu, wszystko wybuchło i podpaliło jego szaty. Już nie mówiąc, że ja w życiu bym nie wiedziała, że to wina zwietrzałych składników.
— Tak, cóż — powiedział Harry wpatrując się w swój talerz. — Czy Snape kiedykolwiek był sprawiedliwy wobec mnie?
Żadne z nich nie odpowiedziało. Wszyscy troje wiedzieli, że od chwili gdy tylko Harry postawił stopę w Hogwarcie, pomiędzy Snapem a nim zaistniała obustronna nienawiść.
Harry dostrzegł jak Malfoy rzuca złe spojrzenia każdemu Ślizgonowi siedzącemu przy stole, który próbowałby się śmiać z dzisiejszej lekcji.
— Myślałam, że może będzie trochę lepszy w tym roku — powiedziała Hermiona rozczarowanym głosem. — To znaczy… no wiecie… — rozejrzała się ostrożnie. Po obu ich stronach było pół tuzina wolnych miejsc i nikt nie przechodził koło stołu — …teraz, kiedy jest w Zakonie i w ogóle.
— Trujące muchomory nie gubią swych kropek — odparł przenikliwie Ron. — W każdym razie, zawsze uważałem, że Dumbledore musiał oszaleć, żeby zaufać Snape'owi. Gdzie jest jakikolwiek dowód na to, że tak naprawdę w ogóle zaprzestał pracować dla Sami-Wiecie-Kogo?
— Myślę, że Dumbledore ma prawdopodobnie pełno dowodów, nawet jeśli nie dzieli się nimi z tobą, Ron — warknęła Hermiona.
— Och zamknijcie się obydwoje — powiedział ciężko Harry, gdy Ron otworzył usta, by odciąć się Hermionie. Obydwoje zastygli, wyglądając na złych i obrażonych. — Nie możecie dać temu spokój? — spytał Harry. — Bez przerwy najeżdżacie na siebie nawzajem, można zwariować.
I odsuwając swoją zapiekankę zarzucił na ramię torbę, zostawiając ich tak siedzących tam. Miał swoją teorię odnośnie Snape'a, która zgadzała się z tezą Hermiony, Snape był raczej po stronie dyrektora.
oOo
Wchodził po marmurowych schodach, biorąc po dwa stopnie na raz, mijał wielu uczniów spieszących się na lunch. Gniew, który wybuchł w nim tak niespodziewanie, nadal płonął wewnątrz i widok zszokowanych twarzy Rona i Hermiony dostarczył mu uczucia głębokiej satysfakcji. Niech im służy, pomyślał, czemu nie mogą dać temu spokój… tylko się kłócą cały czas… dość, by każdego doprowadzić do kresu…
Spędził resztę godziny przeznaczonej na lunch siedząc samemu pod klapą na szczycie Wieży Północnej, tworząc plan do eseju na historię magii. W konsekwencji, kiedy zadzwonił dzwonek, był pierwszym, który wspiął się po srebrnej drabinie prowadzącej do sali Sybilli Trelawney.
Po eliksirach, wróżbiarstwo było najmniej lubianym przez Harry'ego przedmiotem, co było spowodowane głównie nawykiem profesor Trelawney do przepowiadania jego przedwczesnej śmierci co kilka lekcji. Chuda kobieta, cała poowijana w ciężkie szale i błyszcząca od sznurków paciorków, zawsze przypominała Harry'emu jakiegoś owada, z okularami potężnie powiększającymi jej oczy. Kiedy Harry wszedł do środka, zajęta była rozkładaniem egzemplarzy zmaltretowanych, oprawionych w skórę książek na każdy z małych, wrzecionowatych stolików, którymi zawalony był jej pokój. Światło rzucane przez okryte chustami lampy i słabo płonący, niezdrowo pachnący ogień, były tak przyćmione, że nie zauważyła jak zajmował miejsce w cieniach. W ciągu pięciu następnych minut przybyła reszta klasy.
Ron pojawił się w otworze klapy, rozejrzał się uważnie, zauważył Harry'ego i ruszył prosto ku niemu, lub raczej na tyle prosto, na ile mógł, lawirując pomiędzy stołami, krzesłami i przeładowanymi pufami.
— Hermiona i ja przestaliśmy się kłócić — powiedział siadając obok Harry'ego.
— To dobrze — sarknął Harry.
— Ale Hermiona mówi, że myśli, że byłoby miło, gdybyś przestał wyładowywać swój gniew na nas — oznajmił Ron.
Harry wzruszył ramionami. Mało go teraz obchodziło, co myśli Hermiona.
— Dzień dobry — odezwała się profesor Trelawney swoim zwykłym mglistym, marzycielskim głosem i Harry ponownie poczuł silny gniew. — Witam ponownie na lekcjach wróżbiarstwa. Oczywiście śledziłam z największą uwagą wasze losy w czasie wakacji i jestem zachwycona widząc, że wszyscy bezpiecznie powróciliście do Hogwartu, jak oczywiście wiedziałam, że się stanie.
— Zobaczyła to pewnie na dnie butelki — szepnął do siebie Harry.
— Znajdziecie przed sobą na stolikach egzemplarze Sennika Inigo Imago. Interpretacja snów jest jednym z najważniejszych sposobów na odgadywanie przyszłości i bardzo prawdopodobne jest, że może być sprawdzana na waszym SUMie. Oczywiście, kiedy chodzi o uświęconą sztukę przepowiadania, to nie żebym wierzyła, że zdanie lub oblanie egzaminu ma najodleglejsze znaczenie. Jeśli macie Wewnętrzne Oko, certyfikaty i stopnie znaczą bardzo niewiele. Jednakże dyrektor chce, byście zasiedli do egzaminu, więc…
Jej głos urwał się delikatnie, nie pozostawiając im wątpliwości, że profesor Trelawney uważała takie nikczemne tematy jak egzaminy za niegodne swojego przedmiotu.
— Otwórzcie proszę książki na wstępie i przeczytajcie, co Imago ma do powiedzenia w sprawie interpretacji snów. Następnie podzielcie się na pary. Użyjcie Senników dla zinterpretowania nawzajem swoich ostatnich snów. Zaczynajcie.
Jedyną dobrą rzeczą, jaką można było powiedzieć o tej lekcji, było to, że nie była podwójna. Zanim wszyscy skończyli czytać wstęp do książki, zostało im zaledwie jakieś dziesięć minut na interpretowanie snu. Przy stole obok Harry'ego i Rona, Dean usiadł w parze z Nevillem, który natychmiast wdał się w rozwlekłe wyjaśnianie koszmaru, w którym para gigantycznych nożyczek nosiła najlepszy kapelusz jego babci. Harry i Ron zaledwie spojrzeli się na siebie posępnie.
— Ja nigdy nie pamiętam swoich snów — oznajmił Ron. — Ty jakiś opowiedz.
— Musisz jakiś pamiętać — niecierpliwił się Harry.
Nie miał zamiaru dzielić się z nikim swoimi snami. Wiedział doskonale, że jego nie były zwyczajne, były wspomnieniami z dalekiej przeszłości. Nie potrzebował by Ron, profesor Trelawney czy inny głupi Sennik grzebali w nich.
— No dobra, śniłem jednej nocy, że grałem w quidditcha — powiedział Ron, wykrzywiając twarz w wysiłku przypomnienia sobie. — Jak uważasz, co to oznacza?
— Prawdopodobnie, że zostaniesz zeżarty przez gigantyczną żelkę czy coś w tym stylu — oznajmił Harry przewracając bez zainteresowania strony Sennika. Szukanie w książce kawałków snów było bardzo nudnym zadaniem i Harry był niepocieszony, kiedy profesor Trelawney jako pracę domową wyznaczyła im prowadzenie dziennika snów przez miesiąc. Później stwierdził, że nie był to jednak taki zły pomysł. Mógłby spisywać wspomnienia i spróbować je jakoś uszeregować chronologicznie.
oOo
Kiedy rozległ się dzwonek, on i Ron ruszyli z powrotem w dół drabiną.
Ron narzekał głośno.
— Zdajesz sobie sprawę, ile prac domowych już dostaliśmy? Binns dał nam długi na półtorej stopy esej na temat wojen olbrzymów, Snape chce stopę o wykorzystaniu kamieni księżycowych, a teraz jeszcze dostaliśmy miesięczny dziennik snów od Trelawney! Niech lepiej ta Umbridge nie daje nam już żadnej…
Kiedy weszli do klasy obrony przed czarną magią, profesor Umbridge siedziała już przy biurku, ubrana w swój puszysty różowy sweterek z ostatniego wieczoru. Całość stroju wykończyła czarna, aksamitna kokarda na czubku jej głowy. Harry'emu przypominała wielką muchę, która usadowiła się nieroztropnie na czubku wielkiej ropuchy.
Klasa ucichła kiedy weszli do sali. Profesor Umbridge jak dotąd stanowiła zagadkę i nikt nie wiedział na ile srogą i wymagającą dyscypliny osobą mogła być.
— No dobrze, dzień dobry! — odezwała się kiedy w końcu cała klasa usiadła.
Kilka osób wymamrotało dzień dobry w odpowiedzi.
— Tut, tut — cmoknęła profesor Umbridge. — Tak nie można, prawda? Chciałabym, żebyście powtórzyli: Dzień dobry, profesor Umbridge. Jeszcze raz, proszę. Dzień dobry, klaso!
— Dzień dobry, profesor Umbridge — wyskandowali do niej.
— No widzicie… — powiedziała słodko profesor Umbridge.
Harry poczuł się jak dziecko z podstawówki, po minach osób chodzących wcześniej do mugolskiej szkoły wywnioskował, że nie on jedyny.
— …to nie było takie trudne, prawda? — ropucha ciągnęła dalej. — Schować różdżki, wyciągnijcie pióra, proszę.
Wiele osób w klasie wymieniło ponure spojrzenia. Po poleceniu schować różdżki jeszcze nigdy nie nastąpiła lekcja, którą uznaliby za interesującą. Harry wetknął swoją różdżkę z powrotem do torby i wyciągnął zaostrzone pióro, atrament i pergamin. Profesor Umbridge otworzyła swoją torebkę, wydobyła z niej swoją różdżkę, która była niezwykle krótka i ostro stuknęła nią w tablicę. Na tablicy natychmiast pojawiły się słowa.
Obrona przed czarną magią
Powrót do podstawowych zasad
— No dobrze, wasze nauczanie z tego przedmiotu było raczej przerywane i fragmentaryczne, prawda? — oznajmiła profesor Umbridge, zwracając twarz w kierunku klasy, z rękami starannie splecionymi przed sobą. — Ciągłe zmiany nauczycieli, z których wielu nie trzymało się żadnego zatwierdzonego przez Ministerstwo programu zajęć, sprawiły niestety to, że jesteście daleko poniżej standardów jakie spodziewalibyśmy się ujrzeć na roku waszych SUMów. Jednakże będziecie wam bardzo miło słyszeć, że te problemy będą teraz naprawione. W tym roku będziemy trzymać się starannie ułożonego, zorientowanego na teorię, zatwierdzonego przez Ministerstwo kursu magii obronnej. Zapiszcie, co następuje, proszę.
Uderzyła jeszcze raz w tablicę. Pierwsza wiadomość zniknęła i została zastąpiona przez Cele kursu:
1. Zrozumienie zasad leżących u podstaw magii obronnej.
2. Nauczenie się rozpoznawania sytuacji, w których magia obronna może być legalnie użyta.
3. Umiejscowienie użycia obronnej magii w kontekście praktycznego użycia.
Przez kilka minut salę wypełniały dźwięki piór skrzypiących po pergaminach. Kiedy wszyscy zapisali trzy cele kursu, profesor Umbridge, zapytała
— Czy wszyscy mają egzemplarz Teorii obrony magicznej Wilberta Slinkharda?
Przez klasę przebiegł głuchy pomruk zgody.
— Myślę, że spróbujemy jeszcze raz — powiedziała profesor Umbridge. — Kiedy zadaje wam pytanie, chciałabym usłyszeć odpowiedź: Tak, profesor Umbridge lub Nie, profesor Umbridge. Zapytam ponownie, czy wszyscy mają egzemplarz Teorii obrony magicznej Wilberta Slinkharda?
— Tak, profesor Umbridge — rozległo się w sali.
— Dobrze — powiedziała profesor Umbridge. — Chciałabym, byście otworzyli go na stronie piątej i przeczytali Rozdział pierwszy, Podstawy dla początkujących. Nie trzeba będzie przy tym rozmawiać.
Profesor Umbridge zostawiła tablicę i usadowiła się w krześle za biurkiem nauczycielskim obserwując wszystkich uważnie tymi swoimi workowatymi, ropuszymi oczami. Harry przewrócił na stronę piątą swoją książkę i zaczął czytać.
To było rozpaczliwie nudne, całkiem tak fatalne, jak słuchanie profesora Binnsa. Czuł jak jego skupienie odpływa. Wkrótce czytał tę samą linię pół tuzina razy bez posuwania się dalej niż do kilku pierwszych słów. Minęło kilka minut. Obok niego Ron obracał bezmyślnie pióro w swoich palcach, wpatrując się w ten sam punkt na stronie. Harry spojrzał w prawo i trafił na niespodziankę, która wyrwała go z odrętwienia. Hermiona nawet nie otworzyła swojego egzemplarza Teorii obrony magicznej. Utkwiła swój wzrok w profesor Umbridge z ręką podniesioną do góry. Harry nie mógł sobie przypomnieć, by Hermiona kiedykolwiek zlekceważyła czytanie, gdy ktoś jej to polecił, czy w ogóle oparła się pokusie otwarcia jakiejkolwiek książki, która pojawiła się przed jej nosem. Spojrzał na nią pytająco, ale zaledwie potrząsnęła lekko głową, by pokazać, że nie zamierza odpowiadać na pytania i dalej wlepiała wzrok w profesor Umbridge, która równie rezolutnie patrzyła w innym kierunku.
Jednak po kilku następnych minutach, Harry nie był jedynym obserwującym Hermionę. Rozdział, który polecono im przeczytać był tak nużący, że coraz więcej ludzi decydowało się raczej na obserwowanie niemych prób Hermiony złapania wzroku profesor Umbridge, niż borykanie się z Podstawami dla początkujących.
Kiedy ponad połowa klasy patrzyła się raczej na Hermionę niż w swoje książki, profesor Umbridge postanowiła chyba, że nie może już dłużej ignorować sytuacji.
— Czy chciałaś zapytać o coś na temat rozdziału, kochanie? — zapytała Hermionę tak, jakby dopiero w tej chwili ją zauważyła.
— Nie na temat rozdziału, nie — odpowiedziała Hermiona.
— Cóż, w tej chwili czytamy — orzekła profesor Umbridge, pokazując swoje małe zaostrzone ząbki. — Jeśli masz inne pytania, możemy się nimi zając na koniec lekcji.
— Mam pytanie odnośnie celów kursu — nalegała Hermiona.
Profesor Umbridge uniosła brwi.
— I nazywasz się?
— Hermiona Granger — odparła Hermiona.
— Cóż, panno Granger, myślę, że cele kursu będą doskonale zrozumiałe, jeśli przeczyta się je uważnie — powiedziała profesor Umbridge głosem pełnym zdecydowanej dobroci.
— Cóż, ja tak nie myślę — oznajmiła bez ogródek Hermiona. — Tam nie ma nic o używaniu czarów obronnych.
Nastąpiła krótka chwila ciszy, w czasie której wielu członków klasy odwróciło swoje głowy, by spojrzeć na trzy cele kursu, nadal widniejące na tablicy.
— Używanie czarów obronnych? — profesor Umbridge powtórzyła z lekkim śmiechem. — Tą częścią będzie zajmował się profesor Malfoy. Choć ja osobiście nie potrafię sobie wyobrazić sytuacji powstającej w mojej klasie, która wymagałaby użycia przez was obronnego czaru, panno Granger. Z pewnością nie spodziewa się pani ataku podczas zajęć? Nie chcę krytykować sposobu, w jaki prowadzi się w tej szkole pewne rzeczy — powiedziała z nieprzekonującym uśmiechem, który jeszcze rozciągnął jej szerokie usta — ale zostaliście wystawieni na pastwę kilku bardzo nieodpowiedzialnych czarodziejów podczas tych zajęć. Bardzo nieodpowiedzialnych w rzeczy samej, nie wspominając —wydala z siebie paskudny krótki śmiech — o szczególnie niebezpiecznych mieszańcach.
— Jeśli ma pani na myśli profesora Lupina — zaświergotał ze złością Dean — to był najlepszy jakiego kiedykolwiek…
— Ręka, panie…
— Thomas!
—Tak jak mówiłam — zostaliście zaznajomieni z zaklęciami, które były złożone, nieodpowiednie dla waszej grupy wiekowej i potencjalnie zabójcze. Zostaliście wystraszeni i uwierzyliście, że każdego dnia mogą was spotkać mroczne ataki…
— Nieprawda, nie uwierzyliśmy — odezwała się Hermiona — po prostu…
— Pani ręka nie jest w górze, panno Granger!
Hermiona podniosła w górę rękę. Profesor Umbridge odwróciła się od niej.
— O ile się orientuję, to mój poprzednik nie tylko rzucał przy was nielegalne klątwy, ale właściwie rzucał je na was.
— Cóż, okazał się być szaleńcem, nieprawdaż? — wyrwał się gorączkowo Dean. — Proszę jednak zważyć, że mimo to nauczyliśmy się mnóstwo.
— Pańska ręka nie jest w górze, panie Thomas! — zagrzmiała profesor Umbridge. — Słuchajcie, to jest spojrzenie Ministerstwa, że teoretyczna wiedza będzie bardziej niż wystarczająca, by pozwolić wam przejść przez egzaminy, a po to, jakby nie patrzeć, w końcu jest szkoła. A pani imię brzmi? — dodała patrząc się na Parvati, której ręka właśnie wystrzeliła w górę.
— Parvati Patil, więc do praktycznej części naszych SUMów z obrony przed czarną magią, ma nas przygotowywać profesor Malfoy? Pokaże nam jak właściwie rzucać przeciwzaklęcia i takie tam?
— Tak, zgadza się. Choć według mnie, tak długo jak wystarczająco mocno będziecie się uczyć teorii, nie ma powodu, dla którego nie mielibyście być w stanie rzucić czarów w starannie kontrolowanych warunkach egzaminacyjnych bez wcześniejszego ich ćwiczenia — powiedziała odprawiająco profesor Umbridge. — Jednakże Minister Knot, z jakiegoś dla mnie całkiem niezrozumiałego powodu stwierdził, że jednak możecie potrzebować wcześniejszej praktyki.
Zaczerpnęła oddech i kontynuowała.
— A teraz ustalmy kilka rzeczy.
Profesor Umbridge powstała i nachyliła się ku nim rozczapierzając na biurku swoje wyposażone w krótkie i grube palce dłonie.
— Zostaliście poinformowani, że pewien mroczny czarodziej ponownie powstał. Osobiście uważam, że to kłamstwo.
Harry zacisnął gniewnie usta, ale nawet gdyby chciał coś powiedzieć, to nie mógł. Klasa pozostawała cicha i nieruchoma. Wszyscy patrzyli się bądź na Umbridge, bądź na niego.
— Ministerstwo Magii gwarantuje, że nie jesteście w niebezpieczeństwie ze strony żadnego mrocznego czarodzieja. Jeśli nadal się obawiacie, przyjdźcie do mnie poza godzinami zajęć. Jeśli ktoś straszy was bujdami o odrodzonych mrocznych czarodziejach, chciałabym o tym usłyszeć. Jestem tu po to, by pomóc. Jestem waszą przyjaciółką. A teraz będziecie grzecznie kontynuować czytanie. Strona piąta, Podstawy dla początkujących.
Profesor Umbridge usiadła za swym biurkiem.
Zadzwonił dzwonek oznajmiający koniec lekcji. Ponad nimi i wszędzie dookoła rozbrzmiał słoniowo dudnienie setek uczniów w ruchu.
— Poczekam wraz z wami na przyjście profesora Malfoya. W czasie przerwy możecie dokończyć rozdział.
— Przeraża mnie, że to mówię, ale niech Malfoy przyjdzie wcześniej — szepnął Ron.
oOo
Lucjusz Malfoy został przywitany przez uczniów z westchnieniem ulgi. Podszedł do profesor Umbridge i wymienił z nią kilka cichych słów. Kobieta gorliwie pokiwała głową i wyszła z sali.
— Jak już zapewne wiecie, będę odpowiadał za wasze praktyczne umiejętności. Na moich lekcja ma panować dyscyplina. Nie chcę, by zdarzył się jakiś niepotrzebny wypadek — tu popatrzył się głównie na osoby urodzone w mugolskich rodzinach. Dobrze, różdżki w dłoń i stańcie na środku.
Zrobiło się cicho, niektórzy wymieniali spojrzenia.
— Nie mamy całego dnia.
Uczniowie podnieśli się z miejsc, a profesor Malfoy machnął różdżką na stoły, które przeniosły się pod ściany.
— Jak już powiedziałem, będziecie ćwiczyć praktyczne umiejętności. Zaczniemy zatem od zaklęcia tarczy, które jest podstawowym czarem bojowym, niezbędnym podczas pojedynków. Chroni rzucającego go czarodzieja przed inkantacjami ofensywnymi. Zapamiętajcie, że często ratuje życie — przemaszerował przed uczniami obrzucając ich pogardliwym spojrzeniem. — Teraz, jakie znacie rodzaje zaklęcia tarczy?
Ręka Hermiony wystrzeliła do góry. Malfoy zmarszczył nos i rozglądał się dalej klasie.
— Tak, panno Brown?
— Protego i Protego Maxima.
— Wiedza wystarczająca do przeżycia. Panna Greengrass?
— Protego Duo, Protego Totalum i Protego Horribilis.
— Co raz lepiej. Ktoś jeszcze? Pan Potter?
— Do barier obronnych należy jeszcze Fianto Duri.
Lucjuszowi Malfoyowi rozbłysły oczy, a na ustach pojawił się drwiący uśmiech.
— Czym różni się tarcza od bariery?
Po klasie przeszedł szmer.
— Znów pan Potter.
— Tarcza odbija zaklęcia, uroki i przedmioty, zaś bariera oddziela od siebie przedmioty czy ludzi oraz odrzuca od siebie walczących czy uniemożliwia atak.
Profesor pokiwał głową.
— Odpowiedź akceptowalna. Jako pracę domową napiszecie esej przynajmniej na stopę o rodzajach tarcz i barier wraz z przykładami. Nie jęczeć mi tu. Jak powiedziałem, znajomość tych zaklęć uratowała niejednego czarodzieja. A teraz przećwiczymy najprostszą z tarcz Protego. W porządnych rodzinach dzieci uczone są jej zanim jeszcze pójdą do szkoły, lecz ze względu na mieszaną grupę wszyscy będziemy ją ćwiczyć zamiast przejść do bardziej potężnej ochrony.
Harry spojrzał na Hermionę, która mrugała zaciekle zaciskając gniewnie usta. Dean również nie wyglądał na szczęśliwego. Malfoy wyraźnie faworyzował uczniów z rodzin czystej krwi i ostatecznie akceptował półkrwi. Harry został przywołany do rzeczywistości, gdy ponownie padło jego nazwisko.
— Panie Potter, proszę wyjść na środek i zademonstrować kolegom i koleżankom zaklęcie tarczy.
Harry zbladł, cień wspomnienia ostatnich chwil Rei przeleciał mu przed oczami. Został lekko popchnięty przez Rona i zrobił dwa kroki do przodu. Potem kolejne dwa i kolejne. Stanął koło profesora obrony, wziął wdech i odwrócił się. Pomału podniósł różdżkę i rzucił zaklęcie.
— Bardzo dobrze panie Potter, a teraz proszę werbalnie i najprostsze Protego.
— Protego.
Widok przerażonych dzieci i dźwięk rozbijanej tarczy zaatakował jego umysł. Różdżka wypadła mu z ręki.
— …spokojnie Draconie, to tylko retrospekcja. Zaraz dojdzie do siebie.
Harry oddychał ciężko przytulony do ramienia Draco. Reszta klasy ćwiczyła w parach zaklęcie tarczy, Gryfoni od czasu do czasu rzucając mu zaniepokojone spojrzenia. Lucjusz Malfoy pochylił się przy nich.
— Rea? Wszystko w porządku?
— Harry. Tak, już dobrze. Dziękuję panie Malfoy.
Lucjusz wyprostował się i ocenił postępy grupy.
— Zostało dziesięć minut ćwiczeń. Ci którzy nie robili zmiany mają zrobić ją teraz. Panie Longbottom proszę wkładać więcej mocy, ruch różdżki prawidłowy, jednakże magia jest za słabo wyprowadzana.
Pięć minut przed końcem zajęć Malfoy przywołał stoły na miejsce i kazał im usiąść.
— Jak mogliście się przekonać pan Potter nie miał żadnych problemów z rzuceniem zarówno prostego zaklęcia tarczy, jak i jego mocniejszej wersji. Jest to związane z wewnętrznymi zdolnościami rodzinnymi — mówiąc to utkwił swoje szare oczy w Harrym. — Potterowie zawsze odznaczali się wyjątkową mocą ukierunkowaną na pojedynki. Często wygrywali swoje potyczki nie ze względu na różnorodność czy finezję rzucanych czarów lecz właśnie siłę zaklęć. Wszyscy — spojrzał się po uczniach czystej krwi — powinniście przejrzeć kroniki rodzinne, by zapoznać się ze swoim dziedzictwem i doskonalić umiejętności, które zostały wam przekazane przez przodków w waszej krwi. Koniec zajęć!
~ II ~
Nota autora: Pierwszy dzień zajęć za naszymi bohaterami. Żaden uczeń nie lubi powrotów do szkoły, zwłaszcza, gdy ma się takich nauczycieli jak Snape. Nie martwcie się jednak, Harry się jeszcze odegra na swoim profesorze, obstawiajcie w jaki sposób. ;)
radekxpl123 - mam nadzieję, że moja prywatna odpowiedź była satysfakcjonująca. On, Rea to on, tak samo jak Harry. I rozpisuj się częściej, długie komentarze karmią wenę twórców. :)
Itami Namida - nie powinno Ci być przykro, powaliło na kolana w tym pozytywnym sensie. Nie wiem, co rozumiesz przez dużo rozdziałów, pewnych/ukończonych jest (jak na razie) 25. Nie wiem do końca, na ile się rozwlecze, choć wątpię bym przekroczyła setkę (a to dla mnie jest wielorozdziałowiec). Cóż, Tom od tak nie może wbić do Hogwartu, z przyczyn oczywistych, a mpreg, Harry jest po części kobietą i dzięki temu może urodzić dziecko. To jest cały sens szacunku czarodziejskiego świata do hermafrodyty. I tak, Draco jest najsłabszym ogniwem. Tak dla przypomnienia, na Harrym jest umieszczone zaklęcie, które nie pozwala mu mówić o pewnych sprawach. Lucjusz jest doświadczonym sługą swojego Pana, a Draco jest tylko nastolatkiem, któremu może pośliznąć się noga. Inna sprawa czy tak się stanie. Przekupił Colina, by ten w ogóle robił Harry'emu zdjęcia, jakby ten potrzebował takiej zachęty. ^^
Czytajcie, cieszcie się i piszcie komentarze.
