Rozdział 10

BELLA

Wiedziałam, że to tak się skończy. Po prostu wiedziałam. Cullenów opuściliśmy w środę, z kolei Aro wyjechał dopiero w piątek. Ale co? Nie pozwolił mi powiedzieć prawdy! Jestem na niego wściekła! Co z tego, że pozwolił mi być z Edwardem, jeśli on będzie myśleć, że jestem człowiekiem. Ale tak się nie da! Nie jestem człowiekiem od ponad 100 lat. Nawet nie jestem normalnym wampirem! I co, mam budować związek na kłamstwie? Przecież to nie wypali! Już parę razy okłamałam Miedzianowłosego i źle się z tym czuję. A do tego Aro uciął sobie pogawędkę o miłości z Edwardem. Jedyne na co mam teraz ochotę to zabić Ara i ta jego cała straż przyboczna by mu nawet nie pomogła.

Jemu pozwala być ze mną bez żadnych ograniczeń, a ja co? Mam udawać normalną dziewczynę, którą nie jestem! Kurwa! To wszystko jest pojebane! A na dodatek Phil jest po stronie Ara.

I co ja mam teraz zrobić?

Dla dobra ogółu, to Edwarda powinnam zostawić w spokoju.

Dla Edwarda bycie ze mną jest niebezpieczne.

Dla Wielkiej Trójcy raczej nie ma to większego znaczenia.

Dla mnie… A ja chcę zaznać trochę szczęścia i miłości.

Moja ostatnia rozmowa z Arem nie należała do udanych.

Bello, skarbie… Wiesz dobrze, że traktuję cię jak własna córkę i zależy mi na twoim szczęściu, ale popatrz na to wszystko z drugiej strony. To może się dla ciebie źle skończyć. Wiesz jak niektórzy reagowali na to kim jesteś. Tak będzie lepiej."

Jego słowa cały czas krążyły mi po głowie. Patrząc w ten sposób na tę sytuację, to się z nim zgodzę, ale naprawdę nie wiem.

Może powinnam stąd wyjechać gdzieś, gdzie mnie nikt nie znajdzie?

Nie, to nie jest dobry pomysł. Jestem egoistycznym stworzeniem i bez widoku Edwarda to już nie byłoby to samo.

Powinnam chyba ograniczyć swoje kontakty z nim i jego rodziną. To chyba będzie najlepsze wyjście w tej sytuacji i nikt do niego nie będzie mógł się przyczepić. Ani Cullenowie, ani Volturi, ani Phil, a nawet wataha, która pragnie się rzucić na Cullenów, gdy z nimi gadam.

Odetnę się od świata i będę sobie cichutko i grzecznie żyć. Wszyscy będą szczęśliwi, tylko nie ja. Raz chciałam zaznać szczęścia i miłości i dupa!

ҖҖҖ

Nadszedł poniedziałek i kolejny tydzień chodzenia do szkoły. Po tygodniu wagarów trzeba wrócić do pieprzonego ludzkiego życia. I uwaga… niespodzianka. Do Forks zawitało Słońce, a co za tym idzie, rodzinka wampirów nie zaszczyci dziś szkoły swoją obecnością. Co innego ja… Ja jeszcze się nie świecę jak diamenty.

Zajechałam do szkoły, a świetny humor tryskał ode mnie na kilometr. Ta kurwa, ciekawe tylko z której strony?

Uwaga! Wszem i wobec ogłaszam! Nie zbliżać się dzisiaj do Isabelli Swan,

bo możecie za to zapłacić życiem!

Naprawdę, dzisiaj jestem do tego zdolna. Na dodatek na polowaniu nie byłam jakiś czas, a co za tym idzie. Głodna Swan, to wściekła Swan! Więc tym bardziej wszyscy powinni trzymać się ode mnie z daleka.

Wysiadłam z samochodu i pierwsze co ujrzałam, to szczerząca się do mnie mordę Blacka.

Czyżby korzystał z okazji, bo Cullenów nie ma?

– Hej Bella! – Usłyszałam go. Zmierzał właśnie w moją stronę.

Czy naprawdę nie widać żądzy mordu na mojej twarzy?

– Hej – powiedziałam, a raczej wysyczałam przez zęby, wyminęłam go i zaczęłam iść do budynku w którym miałam lekcję, ale ten idiota się nie zniechęcił.

– Co tam u ciebie? – zapytał głosem przepełnionym entuzjazmem

– A co, kurwa, nie widać? – wycedziłam, a jego uśmieszek trochę zmalał.

Black, jeszcze jedno słowo, a ostrzegam cię, że nie ręczę za siebie i gówno mnie to obchodzi, że znajdujemy się na szkolnym parkingu pełnym durnych dzieciaków.

Na szczęście już nic nie powiedział. Chyba wreszcie poprawnie odczytał emocje znajdujące się na mojej twarzy, za co jestem mu dozgonnie wdzięczna.

W tym stanie powinnam była zostać w domu, ale miałam już serdecznie dość tych pustych czterech ścian wypełnionych myślami o Edwardzie.

Stop Swan! Koniec Edwardowych myśli!

Lekcje mijały. Na szczęście po porannym incydencie z wilkołakiem już nikt nie odważył się do mnie zagadać. I chwała im za to. Niech nawet uznają mnie za chorą psychicznie, byleby się do mnie dzisiaj nie zbliżali.

Po skończonych lekcjach nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Do domu wracać mi się nie chciało. Właściwie to nie miałam po co tam wracać. Ale trzeba było udać się na polowanie. Nie było innego wyboru. Pragnienie musi być zaspokojone.

Ruszyłam przed siebie samochodem, nie patrząc na to gdzie jadę. Trzeba było znaleźć las, parę zwierzątek i je „zjeść".

Tak, jestem wegetarianką. Do dziś pamiętam kłótnię na pół Volterry o to, że nie będę żywić się ludzką krwią. W końcu Phil zaproponował, bym zaspokajała swoje pragnienie krwią zwierzęcą i że to pomysł jego przyjaciela. Tylko, że wtedy nie dodał żadnej wzmianki o tym, że tym przyjacielem był Carlisle Cullen.

Bello, znowu wracasz myślami do Cullenów!

Boże, nawet moja dieta jest z nimi powiązana!

Ja tu po prostu zwariuję! Słyszał ktoś może o szpitalu psychiatrycznym dla wampirów, bo by mi się przydał.

Po polowaniu, „szczęśliwa" i nasycona wróciłam do domu, po czym wzięłam gorący prysznic i poszłam spać.

ҖҖҖ

Następny dzień słoneczny już nie był. Niestety. Unikanie Cullenów jest prostsze, gdy ich nie ma w szkole.

Zebrałam się szybko i ruszyłam do mojej placówki edukacyjnej. Przynajmniej nie spotkam się z nim rano.

Lekcje powoli mijały. Powiem nawet, że Stanley mnie dzisiaj tak bardzo nie irytowała, co oznaczało cud. Naprawdę.

Zmierzałam właśnie na hiszpański, gdy w pewnej chwili coś, a raczej ktoś uwiesił mi się na szyi.

– Dziękuję! – Ten ktoś zapiszczał, a potem cmoknął mnie w policzek. Jak się okazało, była to Alice.

– Za co? – spytałam trochę zdezorientowana. Nie za bardzo wiedziałam o co jej chodzi.

– Oj, no dobrze wiesz za co. Jasper przecież nigdy by na coś takiego nie wpadł – powiedziała z szerokim uśmiechem na ustach.

– Ach to, nie ma sprawy, naprawdę.

– A jak ty się czujesz? Podobno byłaś chora. – Czy ten Chochlik wszystko musi wiedzieć?

– Tak, już wszystko ok. A jak tam z Jazz'em? Wszystko już między wami dobrze? – zapytałam trochę niepewnie. Nie chciałam za bardzo wkraczać w jej prywatne życie, tym bardziej, że miałam to wszystko ograniczyć, ale przecież wypadało zapytać. Tak mi się przynajmniej wydaje.

– Och tak. Muszę ci powiedzieć, że nie spodziewałam się, że Jasper jest taki romantyczny. Plaża, świece ach… Ale to wszystko przecież dzięki tobie. – Jej entuzjazm mnie przeraża

– Bez przesady, ja tylko podsunęłam mu pomysł.

– Bello, przecież wiem, że to wszystko była twoja sprawka, a na dodatek ta cudowna bielizna… – rozmarzyła się.

– Chochliku, a zostało z niej coś jeszcze? – spytałam, a jej uśmiech trochę zmalał.

– No właśnie nie, ale warto było. – I na chwilę odpłynęła myślami. – Ale wiesz co, może wybierzemy się w ten weekend na zakupy? Co? Taki babski wypad.

– Wiesz Alice, to chyba nie jest najlepszy pomysł.

– Ale czemu? Jestem w 100% pewna, że w twojej szafie przyda się coś świeżego. Będzie fajnie! – skąd ona ma tyle energii?

– Naprawdę Chochliku, ja…

– Nie chcę słyszeć sprzeciwu – powiedziała stanowczo.

– Ale wyjeżdżam na weekend i prawdopodobnie wrócę dopiero w niedzielę w nocy.

– Oj to szkoda… To w następny weekend. Będzie idealnie.

Dobra, raz kozie śmierć.

– Alice, chyba że swój wyjazd przełożę na przyszły weekend, a w ten… – Ale nie dane mi było skończyć, bo Chochlik uwiesił się na mojej szyi.

– Dziękuję! Dziękuję! To zgadamy się jakoś.

– Jasne.

Nadeszła przerwa na lunch. Stałam właśnie w kolejce po jedzenie, gdy usłyszałam za sobą czyjś skrzeczący głos.

– I jaki jest Edward? – Obróciłam się i ujrzałam Lauren Mallory.

Jej mi jeszcze brakowało do szczęścia

– Nie bardzo rozumiem?

– No Edward… Musi być świetny. – No tak, zapomniałam, że krążą o nas plotki, ale że one jeszcze nie ucichły.

– Aa… o to ci chodzi. Wiesz Lauren, ja w stosunku do niego nie użyłabym określenia świetny. Na pewno nie. – powiedziałam z rozmarzeniem

– Na pewno – powiedziała swoim cudownym głosikiem.

– Wiesz, wydaje mi się, że chyba nigdy czegoś takiego nie doświadczyłaś. Zresztą sama nie wiem.

– Tego nie możesz wiedzieć.

– Ale wiesz Lauren, nie wydaje mi się, żeby ktoś dostarczył ci kiedykolwiek takich doznań. Było tak zajebiście. Ale to ty jesteś ekspertką. W końcu dobrałaś się do spodni większości męskiej części szkoły, więc tobie zostawię ocenę – powiedziałam, a potem usłyszałam plaśnięcie, coś chrupnęło, a potem był już tylko piskliwy krzyk Mallory.

Jak się okazało, chciała mnie spoliczkować, ale jej się to nie udało i prawdopodobnie tylko złamała sobie jakąś kość w dłoni. Nikt jej przecież nie kazał mnie policzkować. To, że jestem twarda jak marmur, nie jest moją winą.

Na stołówce zrobiło się zamieszanie. Pół szkoły podbiegło do biednej Lauren. Na dodatek parę osób słyszało naszą jakże cudowną konwersację, łącznie z Cullenami. Chłopcy zwijali się ze śmiechu, Rosalie patrzyła na nich jak na idiotów, a Alice… zaraz, gdzie jest Alice?

– Bella, wszystko w porządku? Nic ci nie jest? – Spojrzałam w prawo i ujrzałam zmartwionego Chochlika.

– A czy wyglądam na taką, której by coś było? – zapytałam uśmiechając się do niej. Obejrzała moją twarz i odpowiedziała uradowana.

– Nie.

– Co tu się stało? – Wszyscy usłyszeli głos dyrektora i na sali zapanowała cisza.

– Lauren spoliczkowała Bellę – powiedział Emmett, czego się po nim nie spodziewałam.

– Panno Swan, wszystko w porządku? – zapytał mnie staruszek.

– Ze mną tak panie dyrektorze, natomiast Lauren chyba coś pękło w dłoni – odpowiedziałam uprzejmie, a on spojrzał najpierw na mnie, a potem na Mallory.

– W takim razie zapraszam obie do gabinetu pielęgniarki! – powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu.

I lunch szlak trafił

W gabinecie pielęgniarki siedziałam niemiłosiernie długo, ze względu na to, że najpierw trzeba było się zająć Mallory. Próbowałam im wmówić, że nic mi nie jest, ale nie podziałało. I tak oto dopiero w połowie lekcji weszłam na biologię. Grzecznie przeprosiłam za spóźnienie i usiadłam obok Edwarda.

– Wszystko okej? – zapytał, a ja spojrzałam na niego.

– Jeszcze raz się mnie ktoś o to dzisiaj zapyta, a nie ręczę za siebie.

– Okej, w takim razie przepraszam, ale muszę ci powiedzieć, że akcja z Lauren godna pogratulowania.

– Taa… zrobiłam ci niezłą reklamę.

– Z tego to się akurat nie za bardzo cieszę.

– Wybacz, ale nic innego nie wpadło mi do głowy. Zresztą teraz miała być twoja kolej.

– Ech, nie wpadł mi do głowy żaden pomysł.

– Wybaczam, ale mam nadzieję, że ty reklamy mi nie zrobisz.

– Swan! Cullen! Widzę, że macie dużo do powiedzenia, w takim razie zapraszam na środek.

No to kurwa zajebiście!

Nasza odpowiedź na biologii była bardzo… zabawna. Tak, to chyba najlepsze określenie. Pan Banner dwoił się i troił wymyślając trudne pytania na które nie odpowiemy i wstawi pałę do dziennika, ale mu się to nie udało.

Z sali biologicznej wyszliśmy razem.

– Wow! – padło z ust Edwarda.

– Zgadzam się z tobą. Tak się zastanawiałam, co jeszcze wymyśli, by nas udupić.

– Taa… Ale nie sądziłem, że będziesz znać odpowiedź na każde pytanie. Masz ogromną wiedzę.

– Bez przesady – powiedziałam i dopadła nas Alice.

– Hej! Możecie mi powiedzieć o co chodzi z tą całą seks aferą, bo nie nadążam. Jesteście razem? Spaliście ze sobą? Może mi jeszcze powiecie, że spodziewacie się dziecka? – mówiła Alice i akurat pech chciał, że obok przechodziły dziewczyny z paczki Lauren i Jessiki.

Dobra, możemy się zabawić.

– Wiesz Alice, tak właściwie to…

– Jesteś w ciąży?! – zapiszczała Alice.

Żeby nie było, ja tego nie powiedziałam.

– Alice! – powiedział Edward

– Chochliku, gratuluję! Właśnie stworzyłaś nową plotkę na nasz temat. – wyszeptałam w jej stronę.

– Czyli, że to wszystko plotki?

– Czy ja wyglądam na dziewczynę, która po dwóch dniach znajomości wskakuje facetowi do łóżka? To nie ja, tylko Lauren i ta reszta.

– Przepraszam, po prostu…

– Spoko Alice, nie ma sprawy – powiedziałam i poszłyśmy na wf.

ҖҖҖ

Po skończonej lekcji ze stroju na wf wskoczyłam w dres. Miałam dzisiaj jechać do domu dziecka w Port Angeles i uczyć maluchy tańczyć. Na szczęście dyrektorka ośrodka przystała na moją propozycję. Uwielbiam takie małe brzdące. Niestety sama takiego mieć nie będę mogła. I to jest ta najgorsza cecha w życiu wampira.

Gdy Alice wyjechała z tą ciążą… Gdyby to było możliwe, to skakałabym z radości.

A tak a'propos Cullenów. Miałam ich unikać i ograniczać z nimi wszelkie kontakty, ale ciągnie mnie do nich jak jakiś cholerny magnes. Moje życie jest zajebiście pokręcone. Ale co zrobić?

I jeszcze te zakupy w sobotę. Trudno. Mam nadzieję, że je przeżyję tylko, że po Chochliku wszystkiego można się spodziewać. Nic mnie już nie zaskoczy. Cały dzień w centrum handlowym. Boże, na co ja się zgodziłam! Nic nie jest w stanie mnie zabić, a jak się okaże, że będzie to całodzienny shopping, to… Chyba nikt mi nie uwierzy.