Powoli zbliżam się do końca. To już przedostatni rozdział.

Ilustracja: tiny url kropka com / nasb2us

Rozdział X

Biblioteka

Biblioteka w Isengardzie zajmowała dwa piętra. Część ze znajdujących się w niej zbiorów była spuścizną po dawnych mieszkańcach wieży — wysłannikach z Gondoru, którzy niegdyś strzegli tutaj brodów Iseny i zachodnich granic kraju. Jednak przeważającą większość ksiąg, pergaminów i map stanowiły prywatne zbiory Sarumana, które ten zgromadził przez lata. Były to liczne dowody jego dalekich wypraw i badań; nim Saruman na dobre osiadł w Isengardzie, wiele podróżował, zwłaszcza na wschód. Jednak o tym wszystkim mało kto wiedział.

Biblioteka była obszerną, wysoko sklepioną komnatą, posiadającą galerię ciągnącą się wzdłuż trzech ścian ponad główną salą. Na obu poziomach znajdowały się liczne regały, których półki wręcz uginały się pod ciężarem zgromadzonej tu wiedzy. Niewielkie okienka dostarczały oszczędną ilość światła. W bibliotece nie brak było zakątków i zakamarków. Każdy, kto poszukiwał odosobnienia i spokoju, mógł go odnaleźć w jednej z mniejszych komnat, przylegających do głównej sali — niewielkich, bardziej przypominających ciasne wnęki niż normalne pomieszczenia, z jedną tylko stroną otwartą na wnętrze biblioteki, o kubaturze zmniejszonej przez ustawione w nich ogromne regały wypełnione książkami. W tych miejscach, przynajmniej z założenia, księgi powinny być pogrupowane tematycznie i kiedyś zapewne tak było. Jednak przez te wszystkie lata całość uległa niewielkiemu przemieszaniu.

— Trzeba poustawiać te książki na półkach — rzekł Saruman, wskazując na piętrzący się na jednym z bibliotecznych stołów stos ksiąg różnej wielkości i formatów. — To nie może tak tutaj leżeć.

Dotychczas jakoś mogło, pomyślał Gríma z irytacją. Oczywiście nie ośmieliłby się powiedzieć tego na głos. Zamiast tego zauważył trafnie:

— Ale tutaj nie ma miejsca, mój panie.

Saruman spojrzał uważnie na regały, szukając choćby skrawka wolnego miejsca. Była to czynność z góry skazana na niepowodzenie, ale Czarodziej nie tracił nadziei. Jednak kiedy ostatecznie stwierdził, że nigdzie się tych książek dostawić nie da, uznał, że należy przejść do fazy drugiej, czyli ustalenia, co może być mniej potrzebne, a więc przeniesione na dalsze rejony biblioteki. W końcu padło na zwoje, zajmujące, nie wiedzieć czemu, dwie najniższe półki na wąskim regale pod ścianą, którego właściwym przeznaczeniem były księgi, które warto mieć pod ręką, nawet jeżeli same w sobie zawierały nie do końca rzetelną wiedzę. Jak łatwo się domyśleć, przez lata wszystko uległo drobnemu przetasowaniu i tym sposobem na owych półkach można było spodziewać się dosłownie wszystkiego.

— Przeniesie się te zwoje — rzekł w końcu Saruman, porzucając dociekanie dlaczego „Żegluga kabotażowa w Umbarze" stoi obok „Skróconej historii Dol Amroth".

Wkrótce zwoje znalazły się blacie stołu i można było przystąpić do ustawiania książek na opróżnionych w ten sposób półkach. To znaczy Gríma mógł przystąpić, a Saruman ograniczył się do udzielania mu instrukcji, co gdzie powinno stać.

— „Atlas astronomiczny" na dole — zarządził Biały Czarodziej. — „Siedem gwiazd Valarów" obok.

— „Sierp Valarów" też?

— Eru uchowaj! Format się nie zgadza.

Jednym z dziwactw Sarumana było ustawianie książek wedle wysokości grzbietów. Nie jedyne zresztą dotyczące książek.

— Zostaw na razie ten „Sierp Valarów". Na samym dole postaw „Historię Gondolinu". Nie, czekaj. Fatalnie wyglądają te dwie okładki obok siebie. „Gondolin" postaw na drugiej półce od dołu.

— A „Dwa Drzewa Valinoru"?

— To zwykłe czytadło. Postaw na trzeciej półce od dołu, może sobie stać obok „Krótkiej historii o Glorfindelu". Nie zmieści się? To można przenieść na dół ten album z rycinami ziem południowych. O, i jest miejsce. Możesz ustawić tę „Historię...". Po prawej stronie Glorfindela, nie po lewej! „Gondolin" jest niższy. Co tam jeszcze zostało?

— „Legendy z Dawnych Dni".

— To na dół. Powinno być co prawda na trzeciej, ale nie chce mi się tego wszystkiego przestawiać.

Jemu się nie chce! — pomyślał Gríma, ustawiając grube tomiszcze w szarej okładce obok kobylastego tomu pod tytułem "Siedem gwiazd Valarów"; swoją drogą jak można napisać tyle o siedmiu gwiazdach? Format to miało bez mała encyklopedii.

— „Księga zaginionych opowieści" po prawej... obok „Ludy Śródziemia" i „Promienie Beleriandu"... Czekaj, przesuń to wszystko i postaw obok „Zaginionych opowieści" „Niedokończone opowieści".

Brakuje jeszcze tylko do tego opowieści o wykończeniu sługi, pomyślał Gríma, ustawiając książki wedle poleceń Sarumana.

— „Thangorodrim" obok „Historii Gondolinu", dalej „Nargothrond"... A, nie zaraz, „Nargothrond" ma za wysoki grzbiet. Do niczego... Albo wiem, przestaw „Thangorodrim" z „Nargothrondem" i będzie dobrze. Dalej „Narn i Hin Húrin" i ta księga o Smokach... „Túrin Turambar" też. Chociaż czekaj... To powinno stać obok „Ballady o Berenie i Lúthien" na trzeciej półce. Ale to by trzeba przemieścić gdzie indziej „Elfów Wysokiego Rodu" i „Avarich". Może na dół. Ale te niskie książki tam fatalnie wyglądają. Tak w ogóle dlaczego to nie stało obok „Sindarów"? A, już wiem, nie mieściło się. Postaw z powrotem te dwie książki na trzeciej półce. Jednak łatwiej będzie przestawić Berena półkę niżej. Zrób tak. To wtedy możesz te szkice z ziem południowych przenieść z powrotem na trzecią półkę...

Na Eorla! — pomyślał Gríma, czując jak od tego przestawiania tomiszczy ręce mu się urywają.

A wydawać by się mogło, że praca w bibliotece jest lekka, łatwa i przyjemna...

Po uprzątnięciu kilku stosów książek, które dotychczas zbierały kurz na bibliotecznych stołach, Saruman uznał, że jego potrzeby co do wprowadzania porządku w głównej sali zostały zaspokojone. A że po tych manewrach, wymagających bez mała przerzucenia kilku ton książek i wielkoformatowych albumów (bo w akcję przestawiania został też włączony zbiór atlasów ze mapami Śródziemia w skali jeden do pięciuset tysięcy) Gríma ledwie zipał, Saruman zarządził zmianę otoczenia. Grímie było już wszystko jedno, więc nie protestował, a nawet jeśli by spróbował, to Czarodzieja i tak nie interesowało jego zdanie.

Przenieśli się na wyższe piętro wieży, gdzie Saruman miał swoje laboratorium. W tych pomieszczeniach półki wypełniały rozmaite składniki potrzebne do przeprowadzenia eksperymentów. Na stołach stały naczynia o najróżniejszych kształtach i wielkościach. Poniewierające się tu i ówdzie zapiski zawierały receptury i listy składników tajemniczych formuł. Po porządkach w gabinecie, usatysfakcjonowany drobnym sukcesem, jakim stało się ogarnięcie chaosu w papierach, Sarumana naszła ochota na przeprowadzenie paru doświadczeń chemicznych. Gríma najchętniej zniknąłby z pola widzenia Czarodzieja, ale tym razem był potrzebny jako asystent. Już samo to stwierdzenie wystarczyło, by wzbudzić w nim podejrzenia, bo Gríma dobrze pamiętał, że Saruman zabronił mu zbliżać się do laboratorium po tym, jak Smoczy Język o mało co nie wysadził ich obu w powietrze po nieudanym eksperymencie z prochem.

— Trochę tutaj zimno... — rzekł ostrożnie Gríma, rozcierając zgrabiałe dłonie. Wyraźnie dało wyczuć się przeciąg; płomienie świec oświetlających komnatę drgały niespokojnie.

— I co proponujesz z tym zrobić? — zapytał Saruman, spoglądając na niego z ukosa.

— Można by trochę dorzucić do paleniska — odparł Gríma, spoglądając wymownie na kominek, po którym znać było, że od dawna nie oglądał płomieni.

— Ogrzewanie kosztuje. Czy ty myślisz, że drewno rośnie na drzewach?!

Gríma chciał odpowiedzieć, że tak mu się dotychczas wydawało, ale w porę ugryzł się w język.

— Podaj mi szałwię — rzucił Saruman. Całą swoją uwagę skupił na blacie stołu, a raczej na porządkowaniu go; przynajmniej na tyle, by znalazł się na nim skrawek wolnego miejsca, koniecznego jako obszar działań pod nowy eksperyment.

Gríma nie poruszył się, najwyraźniej myśląc o czymś intensywnie. W końcu przyciągnęło to uwagę Sarumana.

— Nie słyszałeś?

— A, tak. Szałwia. Czy coś ci dolega, mój panie?

— Że co? — zdziwił się Saruman.

— U nas... to znaczy w Rohanie, naparu z szałwii używa się, by ulżyć przy bólu zębów... — wyjaśnił Gríma.

— Zęby mam w porządku — odparł Czarodziej zimno. — Nie mąć mi tutaj medycyną ludową i przynieś zioła. Ciemiernik, wilczomlecz... A zresztą, przynieś wszystkie z tamtej półki, nie wiem jeszcze, których będę potrzebować. I weź też kozłek bzowy!

Gríma udał się spełnić polecenie. Zastanawiał się, po co Sarumanowi te wszystkie składniki. Przeznaczenie tychże kojarzyło mu się jednoznacznie z trucizną. Może nie licząc tego ostatniego, jak tam się to nazywało...? A, kozłek bzowy. Może Czarodziej chciał się kogoś pozbyć? Pewnie znowu chodziło o Gandalfa.

— No dobrze, na razie nie jesteś mi potrzebny — rzekł Czarodziej, odbierając od Grímy przyniesione składniki. — Ale nigdzie nie odchodź, wolę cię mieć pod ręką.

Od czasu afery z palantírem Saruman stwierdził, że nie powinien spuszczać swojego sługi na dłużej z oka, jeżeli chce uniknąć strat. Z utratą przycisku do papieru mógł się ostatecznie pogodzić, ale kiedy tylko pomyślał, że mógł to być palantír, na twarzy robił się bledszy niż kolor jego szat. Gríma tylko westchnął bezgłośnie i usunął się na bok.


Gríma siedział przy małym stoliku w kącie komnaty Sarumana, zagraconym do tego stopnia, że nie było gdzie pióra położyć i nudził się śmiertelnie.

— Mam nadzieję, że robisz to, co ci kazałem — warknął Saruman w jego kierunku, wściekły, bo nie wychodziło mu to, nad czym bezskutecznie pracował od kilku godzin.

— Ależ oczywiście, mój panie — odparł Gríma z absolutną szczerością w głosie, aktualnie zajęty lekturą książki, którą znalazł na blacie stołu. Na chwilę oderwał się od tekstu i usiłował sobie przypomnieć, co właściwie Czarodziej kazał mu zrobić. Chyba miał znaleźć jakąś księgę. Gríma zerknął kątem oka na stos piętrzący się na blacie. Tak właściwie to doskonale wiedział, gdzie ona się znajduje. Wcale nie było jej na biurku, tylko leżała sobie spokojnie w bibliotece. Wpadła mu w oko, kiedy przerzucał dzisiaj te wszystkie tomy. Ale nie spieszył się z poinformowaniem o tym Czarodzieja.

Niech myśli, że jej tak długo i wytężenie szukam, pomyślał, przerzucając strony książki o wdzięcznym tytule „Magia płomienia" i wodząc końcem stępionego pióra po kolejnych wierszach. Słowa mocy, zaklęcia... koncentracja, siła umysłu... różdżka nie daje mocy, stanowi tylko przekaźnik... Ciekawe, co by zrobił Saruman, gdyby ktoś mu powiedział, że jego różdżka to tylko przekaźnik... zapewne ten ktoś dostałaby tym przekaźnikiem po łbie... Chociaż z drugiej strony, wedle tego, co napisano w tej książce, czarów mógł użyć każdy idiota... Gríma, wbrew woli, poczuł się zainteresowany tematem i to bynajmniej nie dlatego, że cierpiał na niską samoocenę — wręcz przeciwnie. Doszedł właśnie do rozdziału o używaniu magii w praktyce. Z zainteresowaniem przeczytał fragment o najprostszym zaklęciu na wywołanie ognia.

— Ciekawe czy zadziała... — mruknął do siebie, pochylając się nad książką. — Jak to wymówić...? Naur an...

Końcówka pióra, które trzymał, buchnęła płomieniem. Gríma szeroko otworzył oczy.

— Na Eorla! To naprawdę działa... — szepnął z niedowierzaniem.

— Co ty tam robisz? — zapytał Saruman, na szczęście nie spoglądając w jego kierunku. Zapewne zdziwiłby się nieco, ujrzawszy swego sługę, który energicznie wymachiwał płonącym piórem, próbując je ugasić.

— Nic, nic — odparł Gríma, niepewnie spoglądając na spalone do połowy pióro.

I tak trzeba było je wymienić, pomyślał przelotnie.

— Właśnie sobie przypomniałem, że książka, której potrzebujesz, panie, znajduje się w bibliotece.

— Tak? — ożywił się Saruman. — No to na co czekasz? Idź po nią.

Gríma nie zwlekał z wypełnieniem tego polecenia i z ulgą opuścił komnatę. W wewnętrznej kieszeni szaty ukrył niewielką książeczkę o magii.


Głuchy huk rozległ się w całej wieży.

Saruman nerwowo drgnął. Zerknął z niepokojem na miksturę, którą właśnie przygotowywał. Ręka mu zadrżała i zdaje się, że dodał czegoś za dużo. Całe szczęście, że nie pracował właśnie nad niczym wybuchowym, bo byłby już w drodze na Zachód. I nie potrzebowałby do tego wodnego środka transportu...

Saruman wypadł ze swojego gabinetu i, gnany niepokojem, skierował się do komnaty stanowiącej źródło tajemniczego i niepokojącego łomotu. Podejrzewał, że znajduje się ona na niższej kondygnacji — w jednym z bocznych pomieszczeń biblioteki. Nie mylił się.

Dojrzał Grimę, przygiętego do ziemi w jakiejś dziwnej pozycji. Na jego widok sługa zachwiał się jakoś dziwnie, tak jakby miał zamiar wykonać głęboki skłon albo zupełnie rozpłaszczyć się na ziemi. Zdołał jednak odzyskać równowagę i wyprostować się gwałtownie, niemal stając na baczność, nim ostatecznie przyjął normalną pozycję.

Wszystkie te czynności trwały około trzech sekund.

— Co to było? — zapytał Saruman głuchym głosem. Nie chodziło mu bynajmniej o tę dziwną gimnastykę Grímy. — Ten hałas? — uściślił.

— Nic takiego — odparł Gríma podejrzanie obojętnym tonem. — Dziedzic zleciał — oświadczył.

— Co?! Czyj dziedzic?

— No... ta, kobyła...

Saruman na moment zaniemówił. Po chwili poczuł, jak gdzieś w środku zaczyna go kąsać budząca się furia. Złe mu w oku błysnęło.

— Dalej się ciebie trzymają te rohańskie korzenie?!

Gríma uzmysłowił sobie, że bądź co bądź ze swoim zwierzchnikiem powinien rozmawiać nieco bardziej formalnie. Saruman, wpadając do komnaty, przeraził go śmiertelnie, bardziej niż huk, do którego Gríma po części sam się przyczynił. Czarodziej z obłędem w oczach, z rozwianym białym włosem i ze wzburzonymi wąsami i brodą, wyglądał jakby oderwano go od jakiejś szalenie zajmującej czynności — warzenia eliksiru albo tortur, swoją drogą też bardzo absorbujących. Brakowało mu tylko jakichś atrybutów. Wiechcia ziół albo zakrwawionej siekiery... Nie, moment, skąd siekiera u Sarumana? Raczej różdżka... Nie, zaraz, jakie tortury? Nie na piętrze przecież. Poza tym w Isengardzie nie było aktualnie żadnych więźniów... A i Saruman preferował bardziej subtelne metody jak na przykład łamanie kołem... Czarodziej patrzył na niego strasznym wzrokiem, więc Gríma czym prędzej pozbył się idiotycznych wizji, stwierdzając mimochodem, że chyba z jego umysłem faktycznie było nie najlepiej i powinien więcej sypiać. Przeszedł do pospiesznych wyjaśnień.

— Nie kobyła zleciała, chciałem powiedzieć, tylko kniga. To znaczy... Urwało się i spadło — plątał się Gríma, chwilowo straciwszy swoją zwykłą elokwencję.

— Co spadło? — zapytał Saruman słabym głosem, jakby nagle opadł z sił i wczepił się w futrynę.

— Książka. Z półki. „Dziedzic Isildura — prawda czy mit?". Ta rozmiarów encyklopedii Śródziemia, z całą genealogią... Półka się urwała. Wisiała tak i wisiała na jednym gwoździu no i w końcu nie wytrzymała... to chyba przez to, że ćma na niej usiadła i...

Saruman trzymał się tej futryny tak, jakby na niej jednej opierała się konstrukcja całej wieży. Wydawało się, że nie mógł się zdecydować, w jaki sposób powinien zareagować — gwałtownie czy wręcz przeciwnie.

W końcu westchnął głęboko i boleśnie, machnął ręką i poszedł.


Gríma odczekał dwadzieścia minut, stanowiące margines bezpieczeństwa i odłożył papiery. Wymknął się z biblioteki i chwilę nasłuchiwał na schodach. Z góry nie dobiegały żadne niepokojące dźwięki — nikt nie nadchodził. Najwyraźniej Sarumana ponownie pochłonęły doświadczenia i świat zewnętrzny przestał dla niego istnieć. O księdze, którą kazał wcześniej znaleźć Grímie, też najwyraźniej zapomniał. I dobrze. Gríma bynajmniej nie miał zamiaru o sobie przypominać. Porzucił bibliotekę i udał się do swoich komnat, dwa piętra niżej. Jego zwyczajowe miejsce pracy sąsiadowało z pomieszczeniami gospodarczymi. Kuchnia znajdowała się na tym samym poziomie.

Wszedł do swojej komnaty i starannie zamknął za sobą drzwi. Usiadł ciężko na krześle za stołem, z niechęcią myśląc o manii sprzątania, która nagle ogarnęła Sarumana. Że też mu się tak nagle zebrało na porządki! I to bynajmniej nie wiosenne — przecież przesilenie dopiero dwudziestego pierwszego... Kalendarzowo mieli jeszcze zimę. Rzucił niechętne spojrzenie na blat własnego stołu. On w zasadzie także kwalifikował się do uprzątnięcia, przynajmniej dla jednostki postronnej. Gríma miał tutaj pod ręką same potrzebne rzeczy i to nawet ułożone w sposób, w którym można by dopatrzeć się jakiejś logiki. Papiery spiętrzone po prawej stronie dotyczyły administracji Isengardu, po lewej znajdowały się księgi ułożone w stos, którego wierzch wieńczył obecnie opasły tom „Encyklopedii roślin uprawnych Śródziemia". Do tego zestaw piór, atrament w zamkniętym kałamarzu (po tym, jak kiedyś udało mu się zalać inkaustem ważne papiery, wolał więcej nie ryzykować — Sarumanowi musiał potem wmawiać, że to psychotest dla Uruk-hai), czyste pergaminy w zwojach, lichtarz, pusty kubek (czarny z symbolem białej dłoni), miniaturowy model kręgu Isengardu (wręczony mu niegdyś przez Sarumana jako akcent patriotyczny, który Gríma miał umieścić u siebie w stosownym czyli odpowiednio widocznym miejscu), mapa Rohanu i okolic, zestaw do kreślenia map, ziarno dla kruków w torebce, kilka ciekawszych okazów z jego kolekcji minerałów (służyły mu normalnie za przyciski do papieru), podkowa, jakaś czarna szmata... a nie, to tylko mała flaga Isengardu...

Może rzeczywiście część z tych rzeczy nie była tutaj taka niezbędnie potrzebna...

Machnął na to ręką, absolutnie niezdolny do jakichkolwiek czynności fizycznych, których wymagały porządki. Po pracy w bibliotece dokuczał mu krzyż, po kilkugodzinnym siedzeniu w zimnym laboratorium Sarumana zaczynał odzywać się reumatyzm... Gríma pomyślał, że chyba zaczyna się sypać. Cóż, być może niebawem jego głowa spadnie z karku; wtedy już nie będzie musiał zajmować się takimi drobnostkami jak reumatyzm.

Postanowił zająć czymś umysł, by odgonić ponure myśli. Sięgnął po dokumenty i od niechcenia zaczął je przeglądać. Stanowiły one mniej lub bardziej dokładny zapis działań prowadzonych w Isengardzie przez ostatnich kilka lat. Plany, projekty... Tyle pracy zostało w to wszystko włożone... A potem wystarczyła tylko chwila i wszystko przeminęło z wodą. Resztki wspaniałych pomysłów Sarumana spłynęły wraz z nurtem Iseny...

Przeczytał fragment jednego z raportów. W oczy rzucił mu się jeden z zapisków: „partia numer sześćdziesiąt cztery..."


— Czy wiesz komu służysz?

Pytanie to padło po raz osiemnasty w ciągu ostatnich kilkunastu minut. I po raz osiemnasty nie było na nie, nie tylko sensownej, ale w ogóle żadnej odpowiedzi.

Gríma na chwilę podniósł wzrok sponad pergaminu, odrywając się od bezmyślnego rysowania na luźnym kawałku szlaczków, które w zadziwiający sposób kształtem przypominały rohańskie wzory, i rzucił okiem na rozgrywającą się nieopodal scenę. Stał pod jedną ze ścian wysoko sklepionej jaskini, oparty o sporej wielkości głaz. Od rana towarzyszył Sarumanowi, który osobiście nadzorował przegląd nowo wyhodowanych oddziałów Uruk-hai. Dotychczas szło całkiem nieźle. Poprzednie partie mieściły się w normie zarówno pod względem gabarytów, jak i inteligencji (oczywiście wedle standardów przyjętych dla tego rodzaju), jednak ta ostatnia trzydziestka rosłych Uruków absolutnie tych wytycznych nie spełniała. Stali w pięciu rzędach, zajmując środek jaskini. Każdy z nich liczył dobrze ponad siedem stóp wzrostu, lecz na tym kończyły się ich zalety. Żaden z nich nie był w stanie nie tylko powiedzieć jak się nazywa, ale nawet jak brzmi imię tego, któremu służy, co było kwestią daleko ważniejszą niż to pierwsze. O ile przy trzecim z kolei Uruku Biały Czarodziej dość wyraźnie i powoli podpowiedział: „SA-RU-MAN" to przy dziesiątym zaczął tracić cierpliwość, a przy osiemnastym szlag go trafił ostateczny.

— Oho, Sharkey się wkurzył — Gríma posłyszał jak jeden z orków powiedział to do drugiego. Obydwaj przystanęli na chwilę przy jednym z wejść do jaskini i obserwowali z rosnącym rozbawieniem całą sytuację. Natomiast do śmiechu wcale nie było ani Sarumanowi, ani Grímie, ani tym bardziej Ríkshâkowi, orkowi, który zajmował się nadzorem hodowli tej partii, a aktualnie kulił się pod przeciwległą ścianą, mając uzasadnione podejrzenie, że to na nim skrupi się niezadowolenie Czarodzieja.

— Zabierz mi stąd tych idiotów, bo mnie zaraz... — warknął Saruman w kierunku Ríkshâka, któremu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Czym prędzej pogonił oddział i wyprowadził z jaskini.

Dwaj orkowie, obserwujący scenę, czym prędzej podnieśli zbroje, które dźwigali z kuźni do magazynów i znikli w jednej z bocznych odnóg wschodniego korytarza, wychodzącego z jaskini.

Gríma całkowicie oddał się zapisywaniu pergaminu, ale czynił to z dość zagadkową miną. Sarumanowi się ona najwyraźniej nie spodobała, bo warknął w jego kierunku:

— Ciebie to może bawi?

— Ależ skąd, mój panie — odrzekł Gríma z odpowiednią dozą szczerości w głosie.

— To jest jakaś porażka, katastrofa — Saruman, bardziej blady niż zwykle, prawdopodobnie z wściekłości, nerwowo krążył po jaskini.

Gríma korzystając z tego, że Czarodziej na niego nie patrzy, wykorzystał tę chwilę, by dyskretnie rozluźnić zesztywniałe mięśnie. Powiódł wzrokiem po jaskini. Skąpe oświetlenie wnętrza zapewniały pochodnie zatknięte na ścianach. Jedną miał tuż po lewej stronie, na odcinku pomiędzy głazem, przy którym stał, a wylotem wschodniego korytarza, i tylko dzięki temu mógł widzieć coś z tego, co zapisywał, przy okazji nie ślepnąc. Wnętrze otwierało się na cztery strony. Wschodni korytarz, ten, przy którym stał Gríma, był krótki i łączył się prostopadle z drugim, biegnącym z kuźni do zbrojowni. Południowy prowadził do niższych poziomów jaskiń, gdzie hodowano Uruków. Natomiast w zachodniej ścianie otwierało się szerokie okno. Z miejsca, w którym stał, Gríma miał doskonały widok na wielopoziomowe platformy, znajdujące się przy ścianach w kolejnej, większej jaskini, którą oświetlał ciepły, pomarańczowy poblask, rzucany przez wrzący na jej dnie strumień płynnej lawy. W północnej ścianie znajdowało się przejście do kolejnej jaskini, mniejszej, z której szeroki korytarz zwężał się i prowadził do dalszych pomieszczeń.

Gríma przez moment zastanowił się nad problematyczną naturą zjawiska — skoro Isengard leżał na starej platformie, to skąd tutaj lawa? Może dokopali się tutaj do jakiegoś wysuniętego daleko ogniska magmowego?

— Coś do ciebie mówiłem — Głos Sarumana wyrwał Grímę z rozmyślań. Nawet nie zauważył, że Czarodziej znalazł się o kilka kroków od niego.

— Yhm, tak, panie? — zapytał Gríma, spoglądając na Sarumana nieco nieprzytomnym wzrokiem.

Biały Czarodziej westchnął i rzekł:

— Pytałem, co zapisałeś jako adnotację do tej partii?

Gríma pospiesznie zajrzał w papiery.

— Partia numer sześćdziesiąt cztery... Przeciętny wzrost siedem stóp, pięć cali... Przeciętny intelekt... pomińmy milczeniem... Ogólnie: partia całkowicie, beznadziejnie...

— Nie zapędzaj się za daleko — ostrzegł go Saruman z niebezpiecznym błyskiem w oku.

— To może niech będzie po prostu, że nieudana — sprostował Gríma, pospiesznie kreśląc coś w notatkach.

— No, tak już lepiej — mruknął Saruman. Przeszedł obok Grímy i stanął przy wylocie wschodniego korytarza, zastygając tam w bezruchu, jakby coś zwróciło jego uwagę. Gríma spojrzał na niego z zaskoczeniem, po czym uświadomił sobie, co usłyszał albo raczej czego nie usłyszał Czarodziej. Od dłuższej chwili nie dobiegały uderzenia młotów z kuźni. Saruman odczekał jeszcze moment, po czym wrzasnął w kierunku prawej odnogi korytarza:

— DŁUGO JESZCZE BĘDZIECIE SIĘ TAM OBIJAĆ, PADALCE?! DO ROBOTY, BO JAK TAM DO WAS PRZYJDĘ...

Nie musiał kończyć. Uderzenia młotów zaczęły rozbrzmiewać ze zdwojonym wysiłkiem.

Po chwili Gríma odzyskał słuch i jeszcze raz utwierdził się w przekonaniu, że istotnie głos Czarodzieja ma niezwykłą siłę...

— I co ja mam z nimi zrobić? — zastanawiał się Saruman, krążąc w pobliżu wschodniego korytarza, niebezpiecznie blisko Grímy. — Co z tego, że nie brak im siły, skoro nie potrafią odróżnić prawej od lewej strony?

— Ale tego chyba nie potrafi większość Uruków? — zauważył Gríma ostrożnie.

— Tak, ale w przeciwieństwie do tych tutaj przynajmniej wiedzą, którą rękę mają sprawniejszą do miecza! — Saruman przystanął znów przy wylocie korytarza. Uderzenia młotów dobiegały z silnym natężeniem.

— No to może uzbroić ich w miecze dwuręczne? — zasugerował Gríma.

— Dwuręczne? — Czarodziej obrócił się ku niemu i zmarszczył brwi gniewnie. — Żeby mi za jednym zamachem zmietli pół oddziału?

— Nie, niekoniecznie. Może posłać ich na pierwszy ogień?

— Co masz konkretnie na myśli? — Saruman zerknął na niego przelotnie z lekkim roztargnieniem, po czym ponownie spojrzał w kierunku korytarza. Znów nie było słychać odgłosów młotów dobiegających z kuźni. Czarodziej sprawiał wrażenie, jakby chciał coś powiedzieć; zrobił nawet krok w stronę prawej odnogi korytarza, ale w końcu machnął ręką i dał spokój, na powrót odwracając się ku słudze.

— Niech idą po jednej sztuce w każdym z oddziałów szturmowych. Jeden beznadziejny idiota to jeszcze nie problem. Da się takiego upilnować. Pośle się ich w walce na samym początku, żeby... wyrąbali przejście dla pozostałych — wyjaśnił swój pomysł Gríma.

— Tak... — rzekł z namysłem Saruman. — Nawet ich nie trzeba będzie za bardzo trenować...

— I nie trzeba dla nich kuć specjalnego pancerza — dodał Gríma.

— Myśl jest niezła — Czarodziejowi poprawił się humor. — Trzeba by ich jakoś nazwać... Ten rodzaj Uruk-hai. Żeby zapisać to jakoś w papierach.

— Może berserkerzy? — zaproponował Gríma.

— Berserkerzy? Skąd ci to przyszło do głowy? — zdziwił się Saruman.

— A tak jakoś...

— Nieważne, zapisz to — rzekł Czarodziej. Zamyślił się na moment. — Ale i tak ich trzeba trochę potrenować... Ríkshâk na pewno się ucieszy, gdy dowie się, że to będzie jego nowe zadanie... To też zapisz, żebym o tym nie zapomniał — przerwał na moment i znów obejrzał się w stronę wschodniego korytarza, z którego dobiegały niemrawe uderzenia młotów. — Dosyć mam już oglądania kolejnych zestawów tych tępaków, to nie to samo co partia numer jeden... — westchnął głęboko i gniewnie potrząsnął głową.

Następnie Saruman postanowił złożyć wizytę w kuźniach, stwierdzając, że tylko jego osobiste pojawienie się da orkom odpowiednią motywację do pracy. Gríma trzymał się kilka kroków za Czarodziejem, który, idąc powoli wzdłuż długiej jaskini, zerkał na ręce pracującym orkom albo zajmował się przeglądaniem stojaków wypełnionych gotową już bronią, znajdujących się pod przeciwległą ścianą. Wzmożony stukot młotów wypełniał całe pomieszczenie. Orkowie nieco niespokojnie oglądali się na Czarodzieja, przeczuwając kłopoty. Jak się okazało — całkiem słusznie.

— Co to jest? — wycedził Saruman, unosząc jeden z krótkich mieczy ze stojaka. Orkowie struchleli. Klinga była wygięta na bok, co całkowicie odbierało broni jakąkolwiek skuteczność działania. Osobnik, do którego było skierowane pytanie, chudy ork o długich ramionach i wyblakłych, żółtych oczach, Dhârga, miał tak idiotyczną minę, że Gríma, stojący na uboczu pod jedną ze ścian, z trudem stłumił śmiech.

— Mały wypadek, łaskawy panie — jęknął ork, przeczuwając, że zaraz może polecieć kilka głów; w tym jego własna.

— Żeby mi więcej nie było takich wypadków — rzekł cichym, lecz groźnym głosem Saruman, odrzucając na bok bezużyteczny oręż, który z głośnym brzdękiem uderzył o posadzkę jaskini.

— To dlatego, że jest nas za mało, panie — tłumaczył się ork. — Nie nadążamy z jednoczesnym wykuwaniem broni i malowaniem tarczy.

Biały Czarodziej zmarszczył groźnie brwi. Ork zgarbił się jeszcze bardziej, uświadomiwszy sobie nagle, że może wykazał się zbyt dużą śmiałością.

— Może... może ktoś inny mógłby się tym zająć, panie — rzekł ork ostrożnie, zerkając kątem oka pod jedną ze ścian. — Ktoś, kto zrobi to lepiej niż my...

Spojrzenia jego pobratymców również powędrowały w tamtym kierunku.

Gríma zauważył, że coś jest nie tak, dopiero wtedy, gdy umilkły stukoty młotów i wszelkie inne odgłosy, normalnie towarzyszące pracy w kuźni. Uniósł wzrok sponad pergaminu i dostrzegł wpatrzonych weń kilkanaście par skośnych oczu orków, którzy szczerzyli kły w ironicznym uśmiechu, zerkających na niego sponad kowadeł, miechów i tokarek, przerwawszy na chwilę pracę.

— Smoczy Język jest tak biegły w posługiwaniu się piórem, że by sobie i z pędzlem doskonale poradził — rzucił jeden ork do drugiego, niby to szeptem, ale tak, że wszyscy obecni to słyszeli. — Nie to co my...

Gríma rzucił obydwu orkom mordercze spojrzenie, a potem zerknął na Sarumana, który spoglądał nań z namysłem.

— Tak... — mruknął do siebie Czarodziej. Nie spuszczając oka z Grímy, rzekł do Dhârgi. — Na razie zwalniam was z malowania tarczy. Niech wszyscy zajmą się wykuwaniem broni. Gríma, chodź ze mną — skinął na sługę. — Mam dla ciebie zajęcie...

Kiedy Gríma przechodził obok orków, usłyszał stłumione, chrapliwe śmiechy.

Poszli do zbrojowni. O długie stojaki opierały się niezliczone ilości tarczy, wykutych z ciemnej stali. Z boku stało wiadro z białą farbą.

— Zajmiesz się malowaniem mojego godła na tarczach.

Gríma spojrzał na długi szereg stojaków i jęknął.

— Ależ panie, ja muszę jutro wracać do Edoras! Nie zdążę...

— Tym bardziej bierz się do roboty! — rzekł do niego Czarodziej. — Im szybciej zaczniesz, tym szybciej skończysz.

— Tak, może mam jeszcze wymalować wszystkie dziesięć tysięcy... — mruknął pod nosem Gríma ponuro.

— Jeżeli koniecznie chcesz, to zaraz będziesz mógł się tym zająć — syknął Saruman, odwracając się od jednego ze stojaków z już wymalowanymi na tarczach symbolami, które oglądał krytycznym okiem. Na większości z nich Biała Dłoń nosiła znamiona reumatyzmu w zaawansowanym stadium.

— Nie, nie trzeba... to ja może się zajmę tym co tutaj... — Gríma sięgnął po pędzel.

— Tylko ma być starannie! — rzekł Saruman. Podszedł do jednego ze stojaków i odwrócił frontem stojącą z boku tarczę. — Patrz, co oni mi tutaj wymalowali! Kompletne beztalencie!

Gríma oderwał się od zastanawiania się z jakiegoż to włosia zrobiony jest pędzel i spojrzał.

Na tarczy znajdował się znak, który bardziej przypominał upośledzoną gwiazdę, która spadła z nieba, łamiąc sobie przy tym co najmniej dwa ramiona, niż Białą Dłoń.

— Do wieczora wszystkie te tutaj tarcze mają być pomalowane — zarządził Saruman i opuścił jaskinię.

— Do jakiego wieczora? — Gríma spojrzał na potworną ilość tarcz, piętrzącą się przed nim na dziewięciu stojakach, po co najmniej dziesięć na każdym. — Do jutra tego nie skończę...


Gríma porzucił wspomnienia o malowaniu tarczy, z niechęcią myśląc o tym niezbyt ambitnym zadaniu i wygrzebał ze stosu papierów kolejny kawałek pergaminu. Pomiędzy stertą architektonicznych rysunków jeden zdecydowanie się wyróżniał. Była to rycina wilczego jeźdźca wykonana tuszem.


— Jak idzie tresura wilków? — zapytał Saruman jednego z orków. Uwadze Grímy nie uszło, że twarz tego osobnika przecinały rozliczne blizny. Brakowało mu też jednego ucha i dwóch palców u lewej dłoni.

— Doskonale, doskonale, mój panie — odparł z zachwytem ork. — Już dają się dosiadać swoim jeźdźcom. To duży postęp!

Gdzieś z głębi korytarza dobiegł ponury warkot i Gríma obejrzał się niespokojnie. Zawsze zastanawiał się, co powoduje, że większość orków uważa awans na wilczego jeźdźca za nobilitację. Co to za fucha, w której wierzchowiec może zeżreć jeźdźca? Chyba dla samobójcy. Chociaż z drugiej strony orkowie lubili ekstremalne rozrywki.

— Czy ujeżdżanie wilków nie jest... nieco niebezpieczne? — zapytał później Czarodzieja.

— Owszem, jest — przyznał Saruman. — Ale co z tego? Są bardzo skuteczni, kiedy trafią w cel.

— Jeśli trafiają — mruknął pod nosem Gríma, po czym dodał mimochodem: — Konie jednak mają pewne zalety...

— Coś ty powiedział?! — Saruman stanął jak wryty i spojrzał na niego groźnie.

— A, nic, nic.

Gríma nie przepadał za końmi. Ale w porównaniu do Sarumana można było go uznać za miłośnika tych zwierząt.


Gríma odłożył rycinę wilczego jeźdźca i sięgnął po największy z pergaminów, zwinięty w rulon. Rozłożył go na blacie stołu. Ledwie na niego zerknął, a już widział co przedstawia. O nie, z tym nie wiązały się dobre wspomnienia...


— ... ostatni, który coś podejrzewał, został wysłany na pogranicze... Nie będzie stanowił zagrożenia. — Tymi słowami Gríma zakończył zdawanie sprawozdania ze swojej działalności w Edoras.

Saruman kiwnął głową, tym samym dając znać, że słucha uważnie, chociaż nie spoglądał przy tym na sługę. Obydwaj szli korytarzem w jaskiniach ciągnących się pod Isengardem. Biały Czarodziej prowadził zwyczajową inspekcję pracy, tym razem w towarzystwie Grímy.

Nagle ich uwagę zwrócił głośny huk. Brzmiało to tak, jakby zawaliło się coś dużego. Gríma spojrzał na Sarumana. Czarodziej gniewnie zmarszczył brwi i ruszył w kierunku, z którego dobiegł hałas. Doszli do obszernej jaskini, która składała się niejako z dwóch części. Przedzielała ją szeroka wyrwa, na dnie której znajdował się wąski potok płynącej lawy, zasilany ogniskiem magmowym z wnętrza ziemi. Obie krawędzie wyrwy łączył szeroki most, zaś cała konstrukcja trzymała się na słupach, opierających się pod kątem ostrym o zbocza wyrwy. Obecnie owa konstrukcja znajdowała się w kiepskim stanie. Podparcie najwyraźniej okazało się niewystarczająco mocne i nie wytrzymało ciężaru całości. Mniej więcej jedna trzecia mostu nie nadawała się już do użytku — jego środkowa część zwyczajnie spadła na dół, do lawy, i teraz pośrodku owego wiaduktu ziała wielka dziura, w sposób oczywisty uniemożliwiająca komunikację. Na pierwszy rzut oka trudno było stwierdzić czy cała katastrofa została spowodowana przez wadę konstrukcyjną orkowej budowli, czy może raczej przez bliskość płynącej lawy, która niekoniecznie wpływała korzystnie na drewniany most. Orkowie, którzy znajdowali się akurat w jaskini, przerwali pracę i spoglądali ogłupiali na zniszczenia.

Gdy tylko Saruman ujrzał powstałe szkody, aż zazgrzytał zębami z gniewu. Zawalenia się mostu z pewnością nie było w planach, zwłaszcza, że został oddany do użytku niedawno.

Czarodziej podszedł do krawędzi i spojrzał w dół. Kiedy przekonał się, że most nie zawalił się pod żadnym ciężarem, przez chwilę kontemplował ten fakt w milczeniu, ściągając na siebie zaniepokojone spojrzenia zgromadzonych w pobliżu i kompletnie zdezorientowanych orków. Kto wie, czy nie był to jakiś sabotaż mordorskiej konkurencji, której mogły się nie podobać osiągnięcia technologiczne Isengardu? Co bystrzejsi z orków, widząc gniew Czarodzieja, usunęli się szybko na z góry upatrzone pozycje. Jeśli zaś chodzi o Grímę, to ten dobrze wiedział, że najlepiej się nie odzywać i nie komentować całej katastrofy.

— Jak to się stało? — wysyczał w końcu Czarodziej.

— Most się zawalił — odrzekł lekkomyślnie stojący najbliżej ork. I zaraz tego pożałował, bowiem to na nim Saruman skupił uwagę.

— Widzę, że się zawalił. Ja pytam „dlaczego"?

Ork, pod groźnym spojrzeniem czarnych oczu, skulił się i cofnął o krok.

— Nie wiemy, panie — jęknął.

— Kto odpowiadał za jego budowę? — zapytał Czarodziej.

— Starsi inżynierowie... Nikhaz i Zirgil.

— Sprowadzić ich tutaj — rozkazał Saruman.

— Ale... oni są po drugiej stronie... a most się przecież zawalił.

— Ach, doprawdy? Nie zauważyłem... — rzekł Saruman jadowicie. — Mają tutaj przyjść i to natychmiast! Nie obchodzi mnie jak! Mogą nawet przefrunąć. Albo przepłynąć przez lawę. Ty chcesz pierwszy tego spróbować? — zapytał orka Czarodziej, nieznacznie unosząc swoją różdżkę.

— To ja... — wyjąkał ork. — Ja pójdę naokoło korytarzami. Bądź łaskaw zaczekać, panie.

Ork popędził wypełnić rozkaz, a Saruman westchnął głęboko, z niechęcią spoglądając na zrujnowany most.

Wkrótce przed jego obliczem stanęło dwóch orków. Nikhaz, bladolicy, o wodnistych ślepiach, wyróżniał się szopą długich, jasnych włosów. Z kolei u Zirgila rzucały się w oczy liczne, stalowe kolczyki, umieszczone na nasadzie nosa, brodzie, brwiach i w uszach — wszędzie, gdzie tylko się dało. Saruman, po krótkim przyjrzeniu się winowajcom, rozpoczął przesłuchanie.

— Kto odpowiadał za konstrukcję mostu? — zapytał.

— Nikhaz — powiedział Zirgil.

— Zirgil — zripostował natychmiast Nikhaz.

— Czyli jednym słowem: obaj — zawyrokował Czarodziej.

Punkt dla Sarumana, pomyślał Gríma, w skrytości ducha zadowolony z faktu, że tym razem to nie on jest objeżdżany.

— Od razu rzuca się w oczy wada konstrukcyjna — ciągnął dalej Saruman. — Co macie na swoje usprawiedliwienie?

— Nooo... — zaczął Nikhaz, rozglądając się wokół i szukając wzrokiem pomocy u innych orków. Oczywiście wszyscy udawali, że go nie znają. W tej sytuacji nieszczęśnik sam musiał wymyślić jakieś usprawiedliwienie. — Kiedy szedłem tym mostem wczoraj wieczorem wszystko było w porządku... Codziennie nim chodziłem i wszystko było dobrze... — Ork plątał się w zeznaniach.

Nagle odezwał się Zirgil, dotychczas w milczeniu przysłuchując się wyjaśnieniom towarzysza.

— Ty głupi, przecież ty szedłeś po wierzchu, jak mogłeś widzieć, co się dzieje pod spodem?

Nikhaz rzucił mu kose spojrzenie.

— To ty Zirgil niezły jesteś, skoro chodzisz pod spodem... Chciałbym to zobaczyć...

Zirgil obnażył z lekka kły. W normalnych okolicznościach ta zaczepka już by wystarczyła, by wywołać bójkę. Jednak stojąc przed obliczem zwierzchnika, jakoś nie wpadało rzucać się na siebie z pięściami. Później wyjaśnią to nieporozumienie. Jeżeli oczywiście dożyją.

— Dość tej komedii — warknął Saruman. — Powiedzcie mi jeszcze jedno: kto rysował plany?

Obydwaj orkowie spojrzeli na siebie, po czym zgodnie rzekli:

— On! — wskazując na Grímę.

— Że co? Ja protestuję! — zareagował natychmiast Gríma, nie dając się ogłupić. — Nie miałem nic wspólnego z żadnym mostem — zaprotestował stanowczo.

— Przynieście te plany — rzekł Saruman.

Obydwaj orkowie rzucili się na wyścigi po plany, wykorzystując to jako dobrą okazję do tego, by choć na moment zniknąć Czarodziejowi z oczu. Po chwili już ich nie było. Saruman zaś skinął na dwóch innych orków.

— Wy dwaj, idźcie za nimi i dopilnujcie, żeby przypadkiem nie zgubili się, wracając...

Orkowie pośpieszyli wypełnić jego polecenie. Płynęły długie minuty. Saruman krążył w pobliżu mostu, mrucząc coś do siebie gniewnie pod nosem. Grímie zaś czas oczekiwania na plany minął na dość nerwowym zastanawianiu się w co też znowu usiłowano go wkręcić. Kreślenia planów mostu wciąż sobie nie przypominał, ale sam most z czymś mu się kojarzył. Może jednak robił ten projekt? Diabli wiedzą.

— Co to ma być? — zapytał Biały Czarodziej, kiedy już dostarczono mu plany, wskazując plątaninę niewyraźnych i częściowo rozmazanych kresek. — Za moich czasów plany architektoniczne robiło się inaczej.

Gríma tylko spojrzał na papier i jego złe przeczucia stały się rzeczywistością.

— Na Eorla... — jęknął do siebie. Gdy tylko uświadomił sobie co powiedział, rozejrzał się dyskretnie dookoła, sprawdzając czy nikt tego nie usłyszał i natychmiast głośniej dodał. — I wyście z tego korzystali?

Obydwaj orkowie kiwnęli głowami z zadziwiającą jak na tych dwóch zgodnością.

— No to gratuluję...

— Tyś to rysował? — zapytał groźnie Saruman.

— Tak. Ale to nie jest właściwy plan.

— Jak to?

— To wersja wstępna projektu. Potem zrobiłem go na czysto.

— I co się z nim stało?

— Sądziłem, że trafił tutaj.

— A jakim cudem właściwy projekt zamienił się po drodze w coś takiego?

— Nie wiem. Nie odpowiadam za to, że ktoś — Gríma zaakcentował wyraźnie ostatnie słowo — nie potrafi odróżnić szkicu koncepcyjnego od gotowego planu.

Tymczasem Zirgil i Nikhaz oglądali nieszczęsny plan na wszystkie strony.

— To taka abstrakcja więcej — stwierdził ten pierwszy.

— Ale patrząc na odwrót to ma to więcej sensu, widzisz? Na przykład ta belka tutaj...

Saruman udawał, że tego nie słyszy. Ponownie zwrócił się do Grímy.

— Znajdź ten właściwy plan, albo wykreśl nowy, nie obchodzi mnie, jak ty to zrobisz, ani jak wy... — Skierował spojrzenie na orków, którzy już zdążyli się pokłócić i byli zaabsorbowani wyrywaniem sobie arkusza z planem; umilkli natychmiast gdy Czarodziej zwrócił się bezpośrednio do nich. — ...to zrobicie, ale za tydzień ten most ma być odbudowany. Czy wyrażam się jasno?

— Ależ panie, na to trzeba co najmniej trzech... — zaczął Zirgil, ale Nikhaz, bardziej przytomny, szybko go uciszył.

— Tak jest — powiedział, kłaniając się głęboko.


Wspomnienia, pomyślał z niechęcią Gríma, odrzucając na bok arkusz, który natychmiast z powrotem zwinął się rulon. Po co to komu?

Zapatrzył się w okno. Wysoko na ciemniejącym już niebie wiatr rozwiał chmury, kreśląc na niebie zwiewne, delikatne smugi, przypominające poplątane, wyciągnięte włókna wełny. Zachodzące słońce podświetlało je złotem i czerwienią. Zbliżał się koniec dnia.


Saruman oderwał się od czytanej księgi, którą zajął się po zakończeniu swoich eksperymentów chemicznych, i przez chwilę nasłuchiwał ze zdziwieniem. Wydawało mu się, że do jego uszu dobiegł jakiś dźwięk.

Tak, nie mógł się mylić — ktoś pukał do drzwi.

Biały Czarodziej podszedł do okna i dyskretnie przez nie zerknął, by sprawdzić, kto stoi pod drzwiami. Zdziwił się tym samym niepomiernie.

Ujrzał dwa niziołki.

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie jest to jakiś podstęp. Może to kolejny pomysł Gandalfa? Ale nic nie wskazywało na to, by ktoś czaił się w pobliżu. Tylko tych dwoje stało sobie jak gdyby nigdy nic pod drzwiami Orthanku. I najwyraźniej chcieli wejść do środka. Postradali rozum czy co?

Saruman najpierw chciał ich zignorować. Za dużo miał teraz spraw na głowie, żeby przejmować się tą hałastrą. Ale potem przyszło mu do głowy, że to niepowtarzalna okazja, aby przyjrzeć się bliżej tym nietypowym przedstawicielom tego dziwnego ludku. I, być może, przy okazji dowiedzieć się czegoś o Pierścieniu...

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie posłać na dół Grímy. Ale Saruman nie miał pojęcia, gdzie przebywa jego sługa, a nie chciał tracić czasu na szukanie go po całej wieży. A poza tym wolał osobiście zająć się tą sprawą.


— To nie ma sensu, Pippinie. Lepiej już stąd chodźmy.

— Nie, poczekajmy jeszcze chwilę. Przecież zejście z tych wszystkich schodów musi zabrać trochę czasu.

— Naprawdę sądzisz, że jak ktoś mieszka w takiej wieży, to urzęduje na samej górze? Musiałby mieć nierówno pod sufitem!

— Czarodzieje lubią sobie wszystko utrudniać.

— Przestało mi się to podobać.

— Nie mów, zobaczysz, że...

Ale Merry nie dowiedział się, co zobaczy, bowiem drzwi Orthanku uchyliły się i stanął w nich starzec w bieli. Spojrzał na hobbitów i rzekł:

— Cóż was sprowadza w progi Orthanku, niziołki? — Głos Sarumana był życzliwy i przyjacielski, a on sam wcale nie wyglądał na zagniewanego. Pippinowi od razu wróciła śmiałość.

— Dzień dobry — powiedział. — Czy można wejść?

— Oczywiście! — rzekł Saruman zachęcająco, szerzej otwierając drzwi.

— Eee, nie chcielibyśmy przeszkadzać... — zawahał się Merry, poniewczasie dochodząc do wniosku, że może z tą wizytą to nie było taki dobry pomysł. Gandalf chyba coś tam wspominał, że od Sarumana powinni trzymać się z daleka. A poza tym, przypomniał sobie Merry, to on był zwierzchnikiem tych okropnych Uruk-hai...

Ale Pippin już wszedł do środka. W tej sytuacji jego kuzyn uznał, że ostatecznie ktoś musi go pilnować.

Hobbici z zainteresowaniem rozglądali się po wnętrzu komnaty.

— O, zobacz Merry. Model Isengardu. Jaki szczegółowy! Można dotykać?

— Nie! — jęknął w panice Saruman, ale było już za późno.

— Ojej, tutaj się coś złamało. Przepraszam, nie chciałem.

Saruman mruczał coś pod nosem o lochach i torturach. Merry uznał za słuszne powstrzymać destrukcyjne zapędy Pippina. W przeciwnym wypadku mogli nie przeżyć tej wizyty.

— Przepraszam za mego kuzyna, panie czarodzieju. On nie chciał. Po prostu już tak ma.

— Niczego NIE dotykajcie — warknął Saruman. — Albo przestanę być miły.

— To te wcześniejsze groźby o zepchnięciu ze schodów były miłe? — zdziwił się Pippin.

Saruman wzniósł oczy ku górze.

— Przesłyszeliście się — rzekł z naciskiem i to takim tonem, że żaden z hobbitów nie miał co do tego wątpliwości.


— Gdzie są hobbici? — zapytał Gandalf. Najbliżej znajdował się Gimli, więc to do niego było skierowane pytanie.

— Nie wiem. Ale chyba mówili o tym, że pójdą obejrzeć z bliska wieżę... — powiedział krasnolud, odrywając się od ostrzenia swojego toporka.

— Niedobrze. Nie powinni się do niej zbliżać — rzekł z troską Czarodziej.

— ... a może że spróbują wejść do środka... — dodał z namysłem Gimli. — Chyba nie weszli? — zapytał z wahaniem, spoglądając na Czarodzieja.

Gandalf złapał się za głowę.

— Nieszczęśni! Saruman ma teraz zakładników. Muszę ich ratować...

— Pójdę z tobą — zaofiarował się Gimli.

— Nie, to może pogorszyć sytuację. Mogłem się domyśleć, że będzie chciał go odzyskać... Może Saruman zgodzi się na wymianę... — odparł Gandalf, ruszając w kierunku wieży.

— Jaką wymianę? — mruknął pod nosem Gimli, nie mając pojęcia o czym mówi Czarodziej.


Gandalf miał właśnie zamiar zapukać do drzwi Orthanku, kiedy te otworzyły się gwałtownie. Wypadli zza nich, a raczej zostali wypchnięci, obydwaj hobbici. Za nimi pokazał się Saruman. Wyglądał na mocno zdenerwowanego. Na widok Gandalfa rzekł tylko:

— Zabieraj mi ich stąd i nie próbuj więcej nasyłać! Nie dość, że zrujnowaliście mi cały krąg Isengardu wraz z przyległościami, to jeszcze to samo chcecie zrobić z wnętrzem mojej wieży!

— A co to? Muzeum? — mruknął pod nosem Pippin z niezadowoleniem. — Niczego dotknąć nie można.

Saruman spojrzał na niego jakoś dziwnie.

— Won! Precz! Szkodniki gospodarcze! — warknął i zatrzasnął drzwi z hukiem.

Gandalf miał dość zagadkową minę. Po chwili wydał z siebie jakiś dziwny dźwięk.

Hobbici spojrzeli na niego z obawą.

— Gandalfie?

I po chwili zrozumieli.

Czarodziej po prostu się śmiał.


Éorn stał na straży tuż przy bramie. Wpatrywał się w ciemność, na próżno usiłując przebić ją wzrokiem. Chłód nocy był przenikliwy, toteż opuścił na chwilę strategiczne stanowisko pod bramą i przemieścił się w kierunku drogi. Krótki marsz nieco go rozgrzał. Zatrzymał się i odruchowo obejrzał w kierunku kręgu Isengardu, na mroczny, strzelisty kształt wieży, odcinający się od horyzontu na tle rozgwieżdżonego nieba.

I zdrętwiał.

Niedaleko od bramy, na ciemnym tle, jaki tworzyła pogrążona w mroku dolina, wyraźnie dostrzegł jakąś postać. Gwałtownie zamrugał oczami. Postać bez wątpienia była ludzka, ale przy tym jaśniała delikatną, ledwo zauważalną poświatą. Éorn w mgnieniu oka przypomniał sobie wszystkie zasłyszane w dzieciństwie historie o zjawach i duchach. Poczuł jak włosy stają mu dęba na głowie. Domniemany duch przez chwilę spoglądał w kierunku namiotów, zerknął w stronę wieży, jeszcze raz spojrzał na obóz, a potem pokręcił głową w sposób wyrażający dezaprobatę i rozpłynął się w mroku.

Dopiero kiedy zjawa zniknęła Éorn odważył się głośniej odetchnąć.

To tylko z przemęczenia... Na pewno, to tylko z przemęczenia, pomyślał.


Pippin czekał cierpliwie. Ciemności ogarnęły Isengard i wszyscy już spali, nie licząc rohirrimskich wartowników. Jeden konny znajdował na drodze prowadzącej do Isengardu, drugi stacjonował przy zrujnowanej bramie. Pippin wyślizgnął się z namiotu i zbadał otoczenie. Konnego nie było widać, a przed Rohańczykiem przy bramie zasłaniał go stojący naprzeciwko namiot. Hobbit zerknął w stronę wieży. Na jednym z pięter paliło się światło. Czyżby Biały Czarodziej jeszcze nie spał? A może to Smoczy Język? Hobbit pomyślał z sympatią o tym małomównym człowieku. Okazał się być znacznie bardziej rozsądny niż ten cały Saruman. Tak właściwie to Czarodziej też wykazał się niezwykle dużymi pokładami cierpliwości, które gwałtownie się skończyły, kiedy Pippin wylał, przez przypadek oczywiście, jakąś dziwną miksturę stojącą na stole. Wielkie rzeczy. O co mogło mu chodzić? Jakiś ziółka czy tam inny napar, można zaparzyć nowy. Co prawda ten napar wypalił dziurę w stole, ale nad tym hobbit już się nie zastanawiał. W końcu stół można naprawić? A skoro była to jakaś niebezpieczna substancja, to może i lepiej, że się wylała? Pippin stwierdził, że nie rozumie Czarodziejów. Gandalf na przykład przyniósł z Orthanku jakiś ładny suwenir, ale nie pokazał go wszystkim. Dziwne. Ale Pippin potrafił sobie poradzić. Wślizgnął się do namiotu Czarodzieja. Gandalf spał. Hobbit szybko dostrzegł kulisty kształt skryty pod kawałkiem materiału. Przemknęło mu przez myśl, że nie powinien brać go bez pytania, ale natychmiast stwierdził, że przecież chciał tylko popatrzeć. Bezszelestnie zabrał tajemniczy przedmiot i po cichu wycofał się na zewnątrz.

Schował się ze swoim znaleziskiem za namiotem. Na wszelki wypadek spojrzał za siebie, by upewnić się czy nikt go widzi, ale zaraz na powrót skierował spojrzenie na niezwykły przedmiot. Wreszcie zobaczy, co to takiego. Zsunął materiał z kuli. Miała gładką, lśniącą chłodną doskonałością kształtu powierzchnię. Wydawała się nie mieć barwy; odbijała się w niej atramentowa czerń nieba i migocące na nim gwiazdy. Pippin nie mógł oderwać spojrzenia od niezwykłego przedmiotu. Dotknął gładkiej powierzchni.

I to był błąd.

Niespodziewanie, kula eksplodowała wściekle jaskrawą, płomienną czerwienią. Coś, a raczej ktoś brutalnie wdarł się do jego świadomości. Czyjś przepełniony złowieszczą mocą głos rozległ się w głowie zaskoczonego i przerażonego hobbita.

— SARUMAN? O TEJ GODZINIE? O CO CHODZI? ODBIÓR!

Pippin jęknął. Nie tego się spodziewał.

— SĄ JAKIEŚ ZAKŁÓCENIA! NIE WIDZĘ CIĘ. ODBIÓR!

Głos umilkł. Chyba zorientował się, że to nie Biały Czarodziej go wywołał.

— KIM JESTEŚ? ODBIÓR?

Chwila milczenia. Pippin przełknął ślinę.

— SARUMAN? ODBIÓR! ODBIÓR!

Jeszcze jeden intensywny błysk światła i silne, mentalne uderzenie. Pippin wydał zdławiony krzyk i zemdlał.

Połączenie przerwano.

c.d.n.