.10. Wszystkie gwiazdy lecą w dół
W opuszczonym budynku panowała cisza. Obszerne lobby na parterze zdobiły piękne, łagodnie wygięte schody, wiodące na górne piętra. Nie było tu żadnych mebli, a jedynie sterty śmieci i szmat walających się po podłodze. Pod ścianami leżało kilka gnijących materacy. Cuchnęło wilgocią, kurzem i moczem. Noc była bezksiężycowa, więc w pomieszczeniach zalegał mrok.
Martha wzdrygnęła się i zacisnęła palce na uchwycie ciężkiej latarki. W drugiej dłoni ściskała puszkę areozolu na weevile, trzymając palec wskazujący zawieszony tuż nad przyciskiem dyszy. Obejrzała się na Gwen, posługującą się znacznie mniejszą latarką przyłożoną do pistoletu, dzięki czemu promień światła padał dokładnie tam, gdzie celowała lufa broni. Bardzo profesjonalnie, pomyślała Martha.
- Mamy narąbane – wyszeptał głos Mickey'a w jej słuchawce.
- Zamknij się, Mickey – wyszeptał głos Jacka.
- Ale... To nocne stworzenia, prawda? No to co, do licha, robimy tutaj w środku nocy? Powinniśmy wrócić tu w południe. I zabrać ze sobą armię.
- Mickey, stul dziób!
- Wiesz co, on ma ciutek racji – dołączył głos Ianto.
- Gdzie one są? – spytała Martha. – Mówliście, że aż się tu od nich roiło.
- Może już sobie polazły.
- Ludzie, zamknijcie się wreszcie! – Jack tupnął ze złością w przegniłe deski podłogi. – Ianto, wykrywasz jakiś ruch?
Ianto uniósł czytnik ruchu i obrócił się powoli wokół własnej osi. Urządzenie popiskiwało cicho i miarowo.
- Totalnie jak w „Obcych" – z podziwem westchnął Mickey. – Totalnie mi się to nie podoba – dodał po namyśle.
- Nic – oznajmił Ianto. – Nic nie widzę. Przełączam na podczerwień, i... Nadal nic. Widzę tylko nas.
- Dobra, rodzielamy się – zarządził Jack. – Ianto i Mickey, bierzecie drugie piętro. Gwen i Martha – pierwsze. Ja zajmę się piwnicą.
Na pierwszym piętrze także zalegały sterty szmat i śmieci. Smród był niemal nie do zniesienia; dom cuchnął jak klatka dzikiego zwierzęcia. Albo jeszcze gorzej. Martha zmarszczyła nos. Pokoje były ogromne. Szeregi wysokich okien wpuszczały do wnętrza odrobinę światła gwiazd. Ze ścian obłaziły tapety, a podłogi złowieszczo poskrzypywały pod nogami. I nie było tu żywej duszy.
- Naprawdę sobie poszły – powiedziała Martha, na poły rozczarowana, na poły zadowolona z takiego rozwoju sytuacji. – Spóźniliśmy się.
- Mam nadzieję, że wróciły do swojego świata – wyszeptała Gwen. – Że go odnalazły. Wyobrażam sobie jakie to musi być straszne, tak się zgubić... – ucichła.
- Wracajmy do pozostałych. – Martha westchnęła i zawróciła ku drzwiom. Gwen opuściła broń. Stała przez moment bez ruchu. Długie włosy ocieniały jej twarz.
- Owen! – wykrzyknęła nagle. – Owen! Jesteśmy, Owen! Przyszliśmy do ciebie!
Martha odwróciła się gwałtownie.
- Nawet nie wiemy, czy...
- Owen?
- Gwen...
- Owen, proszę cię! Proszę, Owen, pokaż się! Owen?
- Co tam się dzieje? – zapytał interkom głosem Jacka.
Gwen wrzasnęła coś niezrozumiałego i kopnęła stertę śmieci na podłodze. A potem kopnęła ją jeszcze raz. Martha obserwowała ją w milczeniu.
- Nic – odpowiedziała wreszcie Gwen. Ogarnęła włosy z twarzy. – Skończyłyśmy na piętrze.
Pokonane, ruszyły schodami na parter.
A on tam był tam. Anioł. Tym razem nie wyglądał jak człowiek – był jedynie elektrycznie błękitnym blaskiem, skręcającym się i pulsującym w mroku. W powietrzu rozbrzmiewało brzęczenie energii – podobne do tego, jakie można usłyszeć stojąc w pobliżu potężnej stacji przekaźnikowej – trzeszczący, wibrujący dźwięk, ostrzegający przed podchodzeniem za blisko do jego źródła. Martha zatrzymała się w połowie schodów i złapała Gwen za rękę aby upewnić się, że jej przyjaciółka nie zrobi czegoś głupiego. Ianto i Mickey spieszący w dół, niemalże wylądowali na plecach obu kobiet. Jack wyłonił się z korytarza wiodącego do piwnicy. Promienie światła zatańczyły dookoła, ale elektryczne lśnienie pochłonęło blask latarek. Martha dostrzegła, że światło jej potężnej latarki zaczyna przygasać, by ostatecznie kompletnie zaniknąć. Wydawało się, że stworzenie stojące przed nimi, zdolne jest wyssać energię z każdego urządzenia. Martha czuła jak łomocze jej serce. Z wahaniem zrobiła krok do przodu. Zobaczyła, że Jack ostrzegawczo unosi rękę, poczuła też drżenie przebiegające przez ramię Gwen. Głośno przełknęła ślinę.
- Kim jesteś? – zapytała nieco łamiącym się głosem. – Czy możesz nam powiedzieć, kim jesteś?
Energetyczny szum nasilił się, a krąg błękitnego światła rozrósł się odrobinę. Pojawiły się w nim rozpalone do białości, wijące się groźnie smugi blasku.
- Proszę – ciągnęła Martha. – Nie zamierzamy cię skrzywdzić. Czy istnieje jakiś sposób, w który moglibyśmy się porozumieć? Czy możesz z nami porozmawiać? Nie chcemy niczego więcej. Tylko porozmawiać.
Jack rzucił jej pełne uznania spojrzenie, ale wciąż unosił rękę w ostrzegawczym geście.
Istota odwróciła się. Jeszcze chwilę temu nie miała określonego kształtu, teraz jednak Martha dostrzegała ludzką sylwetkę kryjącą się wewnątrz jaskrawego kokonu. Mogła nawet rozróżnić twarz istoty, pomimo tego, że nadal pozbawiona była rysów; była zaledwie owalem umieszczonym nad ramionami anioła. Pomimo tego Martha miała wrażenie, że anioł przygląda się jej uważnie. Głęboko wciągnęła powietrze i pokonała ostatnie stopnie wiodące na parter. Jack syknął mimo woli. Martha wolała nie ryzykować spojrzenia w stronę Gwen, Mickeya i Ianto; miała jedynie nadzieję, że mężczyzni zdołają powstrzymać Gwen od pochopnych działań.
Martha zebrała całą odwagę i zaczerpnęła kolejny głęboki oddech. „Co Doktor zrobiłby na moim miejscu?" zapytała się w myśli. „Jakich użyłby słów?"
- Patrz – lekko uniosła dłonie po czym, równie wolno, pochyliła się i upuściła na podłogę latarkę i puszkę z areaozolem. – Nie mam broni. Chcę tylko porozmawiać. Nic więcej. Tylko porozmawiać.
Doktorowi przychodziło to łatwiej. Znał wszystkie właściwe słowa; potrafił użyć ich tak, by oczarować przeciwnika i wciągnąć go w rozmowę. Ale to stworzenie przypominające anioła tylko na nią patrzyło, a przynajmniej jego twarz była zwrócona w jej stronę. Nie poruszyło się, nie przemówiło, ani nie zasygnalizowało chęci porozumienia się w żaden inny sposób. Może jej nie rozumiało. TARDIS tłumaczyła słowa Marthy, kiedykolwiek ta zapragnęła porozmawiać z kosmitą. Ale TARDIS tu nie było. Martha nie miała pewności, czy wpływ, jaki wywierał na nią statek Doktora, nie zatarł się z czasem. Posłużyła się więc mową ciała, gestykulując zamaszyście, lecz ostrożnie:
- Czy możemy porozmawiać?
Dźwięk rozbrzmiał tak nagle i tak potężnie, że wszyscy wrzasnęli z bólu i zgięli się w pół, z rękoma przyciśniętymi do uszu. Przypominał falę, która przetoczyła się ponad nimi, pozostawiając ich skulonych na podłodze, niemal półprzytomnych. Zawartość plecaka Marthy boleśnie wbiła się jej pomiędzy łopatki. Zmrużyła oczy w olśniewająco białym rozbłysku światła. Słuchawka w jej uchu wyszeptała głosem Mickey'a: „O... mój... BOŻE!"
Martha, nadal w mgiełce szoku, szybko przeliczyła części ciała. Podparła się na łokciach i strząsnęła z ramion paski plecaka, pozostawiając go na podłodze, podczas gdy sama podniosła się z niej niepewnie. Zamrugała i rozejrzała się dookoła. Jack zdołał się już pozbierać i teraz mierzył w stworzenie z rewolweru. Martha obejrzała się na Gwen i Ianto, którzy także sięgnęli po broń – co w Torchwood było najwyraźniej naturalną reakcją na zagrożenie.
- Nie! – krzyknęła Martha, widząc jak rozżarzone do białości nici światła wystrzeliły z anielskopodobnej istoty, kierując się w stronę całej trójki. – Nie, stop!
Jack uniósł podbródek, odwracając twarz od promienia światła, który w nieprawdopodobny sposób zatrzymał się o cal od jego łzawiącego, błękitnego oka. Ianto i Gwen także zamarli w bezruchu, przyszpileni przez dwie inne świetlne nici.
- Nie! – powtórzyła Martha. – Opuśćcie broń, po prostu... po prostu odłóżcie broń.
Zrobiła następny niepewny krok naprzód, co wystarczyło, by stworzenie wystrzeliło kolejną, ostrzegawczą nić blasku, która zawisła na wysokości jej twarzy. O wiele za blisko, jak na gust Marthy. Jej oczy rozszerzyły się ze strachu.
- Żadnej broni – wyszeptała. – Nie jesteśmy twoimi wrogami. Nie jesteśmy zagrożeniem. Nie musisz robić nam krzywdy. Proszę. Zadajesz nam ból.
Nie obejrzała się, by sprawdzić, czy reszta ekipy posłuchała jej rady, ale musieli to zrobić, ponieważ stworzenie zwinęło swoje jaskrawe macki. Światło przygasło, a sylwetka anioła stała się nieco bardziej namacalna, choć w dalszym ciągu niemal zupełnie przejrzysta. Rozjarzone nici energii zwinęły się do wnętrza istoty, gdy ta drgnęła i powoli ruszyła w stronę Marthy. Poruszała się płynnie; nie szła, lecz płynęła w powietrzu. Jej twarz znalazła się zaledwie o kilka centymetrów od twarzy Marthy, która stała teraz w absolutnym bezruchu, bojąc się choćby drgnąć. Jaskrawe światło wypalało jej źrenice, ale nie odważyła się mrugnąć.
Błękitno-biały owal zafalował nagle i wyłoniły się rysy twarzy; wydawało się, że wypłynęły na powierzchnię gdzieś z głębi istoty, formując kształt niczym płyn wlewany do formy. Martha patrzyła teraz na ludzką twarz – widziała grzbiet nosa, puste kręgi w miejscu oczu, wysokie kości policzkowe, sugestię najeżonych włosów nad czołem. Elektrycznie błękitne oczy otworzyły się, poruszyły i skupiły na oczach Marthy. Wąskie wargi rozchyliły się i odsłoniły dziwacznie oświetlone zęby. Anioł uśmiechał się do niej.
Martha westchnęła mimowolnie, czując, jak pęka jej serce.
- Owen?
Istota patrzyła na nią nieporuszenie. Być może była Owenem, a może stworzenie po prostu przybrało postać osoby, którą wszyscy wspominali tak wyraźnie, którą wszyscy chcieli ujrzeć.
- To ty, Owenie? – wyszeptała ponownie.
Przeraźliwy, siny uśmiech przygasł. Istota przekrzywiła głowę, przyglądając się jej z uwagą, jakby Martha była jej równie obca. Następnie oczy istoty ześlizgnęły się z jej twarzy i spojrzały na coś za jej plecami. Martha nie podążyła wzrokiem za jej spojrzeniem i stała w kompletnym bezruchu, podczas gdy anioł prześlizgiwał się obok, znikając z jej pola widzenia. Dopiero wtedy odwróciła się ostożnie, wstrzymując oddech.
Anioł sięgnął po coś leżącego na podłodze. Z początku Martha nie rozpoznała przedmiotu skąpanego w dziwacznym świetle, ale potem pojęła na co patrzy.
W stulonych dłoniach anioł trzymał Cornucopię – aromatyczną świeczkę, którą Martha miała zwrócić do Osi, ale zapomniała o tym zupełnie, spiesząc się na spotkanie z istotą. Anioł pochylił głowę, by uważniej przyjrzeć się muszli. Uśmiechnął się ponownie, zwracając twarz w stronę Marthy.
Muszla zaczęła się jarzyć. Blask był czerwony. Czerwony. Ogniście pomarańczowy. Niemożliwie żółty. Rozpalony niczym słońce. W powietrzu rozszedł się dziwny zapach – kryjący w sobie metaliczny posmak, jakby Martha lizała stare monety. Za to światło istoty zaczęło powoli przygasać. Nie była już boleśnie jaskrawa, stała się błękitna, niczym czysta woda. Cornucopia przeistoczyła się w kulę energii, w małą supernową, na którą nie sposób było nawet spojrzeć, podczas gdy istota stała się słupem płynnego lśnienia, niemal kojącego zmęczone oczy. Anioł otworzył usta.
- Ci, których nazywacie Weevilami – przemówił głosem brzęczącym niczym elektryczność. – Moi. Zabieram. Nie przeszkadzajcie.
Martha na moment zagryzła wargi. Nie była pewna, czy nie zawiedzie jej głos.
- Jesteś Owenem? – zapytała wreszcie.
- Był... kiedyś... Owen. Owen jest mną.
- O mój Boże! – jęknęła Gwen. – Ale... ty jesteś...?
- Owen jest mną – powtórzyła istota.
- Ale ty nie jesteś Owenem? – wolno powiedział Jack. Podszedł bliżej, ale nie za blisko. Uniósł otwarte dłonie tak, by istota mogła je widzieć. Anioł obdarzył go przeciągłym spojrzeniem. – Owen jest tobą, ale ty nie jesteś Owenem, tak?
Istota wzruszyła ramionami. Kiedy odezwała się ponownie, jej głos brzmiał niemal jak głos istoty ludzkiej.
- Owen jest częścią mnie. Nadal jest. Nie odszedł. Ale ja nie jestem Owenem. Jestem światłem wielu.
Gwen zaszlochała cicho. Potrząsnęła głową.
- Ale jak? Jak to możliwe? Czy on umarł? Jesteś jego duszą? Jego duchem? Jesteś aniołem? – wykrzyczała.
- Nie wiem, co to znaczy – odpowiedziała istota. – Znalazłem Owena. Owen jest mną. Nic mu nie grozi. Wszyscy są bezpieczni. Jestem światłem wielu.
- Masz jakieś imię? – spytała Martha.
- Imię? – Stworzenie zamrugało. – Imię, jak – Owen? Nie. Wiele imion jak Owen. Nie jedno imię.
- To jak mamy cię nazywać? – zamruczał Ianto.
- Nadal przejmujesz się nazwami, jak widzę – powiedziała istota, po czym urwała gwałtownie, jakby zaskoczona. – Nazwij mnie – zażądała po chwili. – Imiona są dobre.
- Blask – wyszeptał Ianto drżącymi wargami. – Może być? Blask?
Twarz Owena wykrzywił upiorny uśmiech.
- Blask jest dobry.
- Dlaczego zabierasz Weevile? Dokąd je zabierasz? – spytał Jack.
- Do domu – odpowiedział Blask. – Zabłądziły. Tak bardzo się zagubiły. Ten... ten świat nie jest już bezpieczny. Nawet teraz kruszy się i zmienia. Nie zostało wiele czasu. Ten świat kruszeje. Jego matryca została osłabiona przez zmianę, jakiej w niej dokonano. Ściana stała się cienka i przesiąka przez nią dziwność. Nie oprze się. Nie jest bezpiecznie. Przykro mi.
Blask zaczął się odwracać, gotów by odejść.
- Zaczekaj, czy możesz to wyjaśnić? – z naciskiem zapytał Jack.
- Wszystkie gwiazdy lecą w dół – smutno powiedział Blask. – Spadają i umierają. Przykro mi, Jack. Przykro mi, Martho. Przykro mi, Gwen. Przykro mi, Ianto. Przykro mi...
- Mickey – wyszeptał Mickey.
- Mickey – powtórzył Blask. – Przykro mi. Ale nadszedł już czas.
- Czas na co? – spytał z uporem Jack.
Blask spojrzał w górę, a jego lśniąca twarz rozpłynęła się, w jednej chwili zatracając wszelkie podobieństwo do Owena.
- Nadchodzi – powiedział złowieszczo. – Fala. Żal mi was. Obyście trwali, wszyscy. Obyście oparli się fali. Obyście przetrwali jej powidoki.
- Co...?
- Nadchodzi! – Blask rozjarzył się, skręcił, zatracił ludzkie kształty. – Nadchodzi teraz!
I zniknął.
- Nie, czekaj, czekaj, nie możesz teraz odejść, nie możesz, Blask! Blask? Blask?
Jack skoczył naprzód, ale złapał jedynie spadającą Cornucopię. Zawył z bólu i upuścił ją na podłogę, gdzie przez chwilę jeszcze lśniła złotem supernowej, zanim jej odcień nie przeszedł najpierw w barwę bursztynu, potem w czerwień, by ostatecznie powrócić do zwyczajnego odcienia zieleni.
- Och, cholera! – Jack spojrzał na własne dłonie pokryte paskudnymi pęcherzami oparzeń, które jednak zniknęły w mgnieniu oka. Jack zacisnął pięści w bezsilnej złości. – Do cholery z tym wszystkim!
- No więc... o co mu chodziło? – cicho zapytał Mickey. – Nie chwytam... To było ostrzeżenie... tak? Znaczy, to był Owen, czy nie? Bo...
- Zamknij się, Mickey – powiedziała Martha.
Gwen podeszła do Jacka. Trzymała się sztywno i zaciskała usta w wąską kreskę. Podniosła głowę, aby spojrzeć mu w twarz. A potem rozwarła ramiona, dokładnie w tej samej chwili, kiedy zrobił to Jack. Przez moment stali przytuleni w uścisku. Po chwili dołączył do nich Ianto, a za nim Martha. Mickey tylko wzruszył ramionami.
- Na grupowe uściski się im zebrało – zakpił. – Ślicznie. Czyli zamknij się ,Mickey to, zamknij się Mickey tamto, zasadniczo trzymaj gębę na kłódkę, Mickey, bo my chcemy się poprzytulać! Wiecie co, to drugie Torchwood nie było takie pieprznięte jak wy. Nie robiłem u nich za popychadło. I nie kazali mi się zamknąć za każdym razem, kiedy próbowałem zadać ważne pytanie...
- Zamknij się, Mickey – powiedział Jack. Gwen szlochała, wtulając twarz w płaszcz na jego piersi. – Zamnkij się i chodź tu!
- Ta, chciałbyś! – Mickey odskoczył przezornie.
- Mimo wszystko, to było ostrzeżenie – powiedział Ianto. – Obyście oparli się fali i nadchodzi. Jak dla mnie, to zabrzmiało bardzo ostrzegawczo.
Jack, Gwen, Martha i Ianto cofnęli się nieco, spoglądając po sobie z niepokojem.
- Ostrzeżenie przed czym? – spytała Martha. – Jaka fala?
- Donna też mówiła o pęknięciach i szczelinach – powiedział Jack. – Mówiła o paradoksach przesączających się przez szczeliny. To wszystko brzmi tak znajomo.
- Fala – zamruczała Gwen. – Ciarki mnie przechodzą, jak o tym myślę.
- Mnie przechodzą ciarki, kiedy myślę o nadchodzi – oznajmił Ianto. – Nadchodzi, w sensie nadchodzi teraz?
Na zewnątrz zawył pies. Wszyscy wzdrygnęli się słysząc ten dźwięk, tak ponury i samotny. Ale nie był samotny zbyt długo. Inne psie głosy przyłączyły się do zawodzenia, spomiędzy stert śmieci w ogrodzie dobiegło nawet szczekanie lisa.
- OK, to nie może być dobry znak – szepnął Mickey dokładnie w chwili, kiedy podłoga zadrżała pod jego nogami. Runął na plecy, szczęśliwie lądując na zawilgoconym i cuchnącym materacu. Jack zdołał ocalić Marthę przed upadkiem; Gwen przytrzymała się poręczy schodów, a Ianto z okrzykiem bólu osunął się na kolana. Cały budynek zatrząsł się, zajęczał i zaskrzypiał. Kurz i płatki farby posypały się im na głowy niczym śnieg. Jack zadarł głowę i dojrzał pęknięcia rozbiegające się po suficie.
- W nogi! – wszasnął, popychając przed sobą Marthę i wyciągając ręce do Ianto i Gwen. Nie trzeba im było tego powtarzać. Cegły sypały się teraz z powybrzuszanych ścian, a klatka schodowa zawaliła się z przytłaczającym łoskotem. W jednej chwili otoczyła ich chmura kurzu. Biegli na oślep, potykając się o jakieś niezidentyfikowane przedmioty. Podłoga kołysała się im pod nogami. Jakimś cudem wszyscy zdołali odszukać wyjście i wysypali się po schodach na zdziczały trawnik przed domem.
W chwilę później nie było już domu, a jedynie ogromna sterta gruzu. Ziemia nadal trzęsła się i kołysała, ciskając nimi na boki. Drzewa otaczające kupę gruzu, która niegdyś była domem, tańczyły jak na wietrze. Niektóre runęły na ziemię. W pobliżu zawodził alarm SUV; w większej odległości wyły i wrzeszczały autoalarmy setek pojazdów. Zaś kiedy ekipa Torchwood spojrzała w górę, ujrzała coś, co naprawdę wyglądało przerażająco.
- Wszystkie gwiazdy lecą w dół! – zawołała Gwen. – Patrzcie! Wszystkie gwiazdy lecą w dół!
