Harry przekradł się cichcem do salonu i pod przykryciem niewidki próbował wejść też do swojego pokoju, gdy nagły ruch zburzył jego spokój. Ciepła dłoń otarła się o jego pierś, szukając najwyraźniej sprzączki. Severus zerwał z niego płaszcz jednym ruchem i niespiesznym lumos rozświetlił pomieszczenie. Stał w samych spodniach od piżamy, które mieniły się srebrzyście pod wpływem światła. Trzymał przed sobą wyciągniętą różdżkę i lustrował Pottera wzrokiem.
- Następnym razem uprzedź wcześniej, że późno wrócisz – powiedział tylko i, jak gdyby nigdy nic, udał się na spoczynek.
Harry dopiero wtedy wciągnął do płuc powietrze. Nawet nie zdawał sobie sprawy, ze przestał oddychać. Podniósł pelerynę z podłogi i ruszył w stronę drzwi.
- Dobranoc – mruknął w ciemność, ale nie doczekał się odpowiedzi.
Następnego dnia wstał bardzo wcześnie i ponownie niemal wbiegł na Severusa, który z tradycyjnie mokrymi włosami wchodził do swoich prywatnych komnat. I tym razem mężczyzna zdążył się uchylić.
- Poczekać na ciebie? – spytał Harry, choć wczorajszego ranka, tuż po kłótni nawet nie przyszło mu to do głowy.
- Jeśli możesz – odparł tamten i zniknął za drzwiami.
Po kilku minutach wrócił z dopiętą pod szyję szatą i niedosuszonymi włosami. Jak zwykle dokładnie ogolony, klasyczny w swej czerni aż do bólu, pomyślał nawet Harry. Wyciągnął różdżkę i rzucił na niego czar suszący, ignorując zdziwione spojrzenie.
- Przeziębisz się – burknął trochę zażenowany. – Nie sądzisz, że jest tu cholernie zimno?
- Język – upomniał go Severus. – Nie jest zimno. Piętnaście stopni to temperatura idealna – powiedział, mierząc go wzrokiem.
Potter nie odpowiedział nic. W kilka minut w pełnej ciszy dotarli do Wielkiej Sali. Po wymienieniu suchych uprzejmości rozeszli się, a Harry zaczął uważniej obserwować Ślizgonów. Z całkiem niezrozumiałych dla niego powodów został uznany za specjalistę od Uczniów Domu Węża, więc Ron powierzył mu część najtrudniejszą, polegającą na wyśledzeniu ich planów. Łatwiej było powiedzieć niż zrobić. Nie bardzo wiedział jak podejść Severusa, a wręcz przeciwnie – był dziwnie pewien, że jest to niewykonalne. Miał jednak do wyboru kilka niezłych typów, które omawiali wczorajszego dnia z Ronem i sądząc po tym jak Slytherin rozsiadł się przy stole, mieli niemal 75 % skuteczności w swej domyślności. Weasley może nie potrafił uwarzyć żadnego eliksiru, ale jeśli chodzi o cokolwiek, co może wiązać się z szachami czy quidditchem – był mistrzem.
Ślizgoni otoczyli Draco Malfoya. Harry doliczył się dokładnie dziesięciu i choć same twarze nie mówiły mu zbyt wiele, to jednak znał kilku osobiście, a to na pewno ułatwi mu podsłuchanie choć części rozmów. W pamięci miał wciąż wielosokowanie w Goyle'a i Grabble'a, nieprzyjemne, ale niezwykle skuteczne. A przecież nie wspominał nic o tym, że nie wolno używać eliksirów poza polem walki. Uśmiechnął się przebiegle do siebie.
- Zaczynam się was bać – mruknęła Hermiona.
Ron miał niemal ten sam wyraz twarzy, z tym, że wgapiał się właśnie w kilkanaście różnokolorowych linii, które przecinały się w paru punktach. Każda oznaczona imieniem i nazwiskiem Gryfona została odpowiednio dopasowana do Ślizgona. Weasley właśnie poprawiał trzy nazwiska, które rzuciły mu się w oczy.
- I już mamy całość – zaćwierkał radośnie.
- Pokój Życzeń, po lekcjach – zakomenderował Harry, wychodząc za oddalającą się grupką ze Slytherinu.
W korytarzu dorwał go Severus, uśmiechając się szyderczo.
- Żadnej niewidki, wiem co kombinujesz. Zrób to tak, żebym się nie zorientował – powiedział, wciąż z kpiącym uśmieszkiem.
- Czyli ustalamy zasady w trakcie? – spytał tylko lekko.
- Dokładnie.
- Zgoda. Więc wiedz, że weźmiemy w niewolę każdego ucznia twojego domu, który zostanie przyłapany na szpiegowaniu.
- My podobnie. Przekażę to Draco. A teraz wybacz, ale muszę iść na zajęcia – skłonił lekko głową w jego stronę. Harry odpowiedział dokładnie tym samym i rozeszli się każdy w swoją stronę.
Rewelacje przyjęto wśród ogólnej radości. Po różdżki sięgnęli też niemal przy wejściu do Pokoju Życzeń i trening rozpoczął się z miejsca. Jak się okazało cała dziesiątka pod czujnym okiem Hermiony przerobiła prawie dwa rozdziały zaklęć ochronnych, które dziewczyna wyszukała dzień wcześniej. Opracowanie ich zajęło ponad trzy godziny, a to dopiero początek. Ustawienie się w pary i dobranie pod względem mocy okazało się najtrudniejsze. Z kimkolwiek Harry nie walczył najdrobniejsze zaklęcie incarcerous rozbrajało go doszczętnie, uniemożliwiając dalsze ćwiczenia. Neville też nie radził sobie zbyt dobrze. Lavender rozbroiła go dwukrotnie, zanim zdążył nawet sięgnąć po różdżkę. Wyćwiczenie u niego refleksu Harry uznał za punkt honoru i zamierzał zrealizować już w ten weekend.
Wesoło gawędząc wyszli z sali. Harry podążył w kierunku swoich komnat, mijając w drzwiach wychodzących Ślizgonów. Skinęli mu głowami, ale kpiące uśmieszki wciąż balansowały na granicy ich ust. Malfoy zamykał pochód, ale nawet nie spojrzał w jego stronę. Chwilę zastanawiał się czy nie pójść za nimi, ale równie dobrze mógł to zrobić każdego innego dnia.
Wszedł do salonu właśnie w tym momencie, gdy głowa Shacklebolta pojawiła się w kominku.
- Severusie, musimy porozmawiać – zaczął, ale zamilkł ujrzawszy chłopca. – Cześć Harry – powiedział prawie radośnie.
Mistrz Eliksirów obrócił się i spojrzał na niego zaskoczony. Potter tymczasem przywitał się grzecznie z aurorem.
- Już wróciłeś? – spytał ze zdziwieniem jego mąż.
- Za wcześnie?
- Nie, ależ skąd. Kinglesy właśnie informuje nas o tym, że mamy zebranie Zakonu. Najpewniej w sobotę, więc przełożymy zakupy na niedzielę. To nie będzie problem?
- Nie. Raczej nie. Zostawię tylko Ronowi wiadomość o tym, gdzie mnie mają szukać. Idę do siebie – powiedział, biorąc głęboki wdech. Skinął w stronę Shacklebolta i znikł tak szybko jak się pojawił.
Zostawił mężczyzn samych, a sam zabrał się za przeglądanie ksiąg, które wybrał z biblioteki. Ustalili z Ronem, że potrzebują dobrego elementu zaskoczenia. Czegoś, co unieruchomi Ślizgonów, choć na kilka sekund, żeby oni sami mogli rozbroić przynajmniej dwie osoby. Wybrali zgodnie, że pierwszymi do eliminacji będą Malfoy i Zabini, który wykazywali największe zdolności do obrony. Neville'owi powierzyli Milicentę, która stanowiła dla nich wielką niewiadomą. Pozostali mieli rozlokować się w ten sposób, by ochronić Pottera pierścieniem. Tylko on miał na tyle sił, aby rzucić protego maximus i utrzymać ciągły atak ośmiu osób. Dlatego też Harry musiał jakoś odwrócić uwagę Domu Węża.
- Dom Węża – powtórzył w myślach. Klamka jego pokoju zasyczała przypominając mu o tym, że już dawno nie rozmawiali.
- Cicho, Salwi – upomniał węża i wtedy do głowy wpadł mu cudowny pomysł, który mógł załatwić oba jego problemy za jednym razem.
Upewnił się, że Severus przestał rozmawiać z Kingsleyem i wszedł do salonu. Mężczyzna siedział na fotelu, przeglądając jedną z ksiąg, ale nie wydawał się nią zbytnio zainteresowany. Odłożył ją zresztą, gdy tylko Harry wszedł.
- Jak tam wasze gryfońskie strategie? – spytał z lekką kpiną. Czasem Potter zastanawiał się czy mężczyzna potrafi inaczej.
- Tak dobrze jak wasze śligońskie – odparł. – Zostawiłeś ich samych sobie?
- Wydałem ogólne dyspozycje. W odróżnieniu od was Slytherin słynie ze słynnych strategów i myślicieli. Uczą się tego odkąd tylko zaczynają chodzić – powiedział z dobrze słyszalną dumą.
- Nie jesteś już Śmierciożercą, a wciąż ich wychwalasz – zauważył Potter, po krótkiej chwili ciszy.
- Może po prostu lubię moich podopiecznych? – Pytanie zawisło w powietrzu.
Harry nie wyobrażał sobie jakoś lubienia Goyle'a i Grablle'a, ale nie zamierzał tego komentować.
- A może po prostu wiem jak być Ślizgonem, bo sam miałem przyjemność?
Harry nie skomentował i tego, ale usiadł na środku salonu, kierując swój wzrok na jedną z rzeźb.
- Wybacz, ale obiecałem wężom rozmowę – użył tego samego tonu, którym raczył go Severus przez cały tydzień.
Mężczyzna sięgnął ponownie po księgę.
- Cześśść – wysyczał. – Mam do wasss prośbę. – urwał, bo Mistrz Eliksirów nagle zerwał się z fotela i wparował do własnej sypialni, zamykając mocno drzwi. Uchylił je już chwilę później i ignorując pytające spojrzenie Harry'ego wybąkał coś niezrozumiale. W końcu jednak zebrał się w sobie.
- Jutro o 10.00 jesteśmy oczekiwani w siedzibie Zakonu. Ubierz się w coś wygodnego i zabierz rzeczy do przebrania. Zostaniemy tam na noc. – Drzwi zamknęły się za nim szybko.
Harry wzruszył ramionami i powrócił do przerwanej rozmowy.
ooo
Severus usiadł na łóżku klnąc pod nosem ile wlezie. Najpierw przerwana rozmowa z Kingsleyem, a teraz to. Zastanawiał się już kilkukrotnie na czym ten świat stoi, ale głupie ściany nie chciały odpowiadać. Cholera.
Shacklebolt nie zdążył powiedzieć mu nic, co okazało się przydatne. Nie mogli tak po prostu dyskutować przy Potterze, który w każdej chwili mógł wejść do salonu. Zakazać mu tego byłoby niedorzecznością i wzbudziłoby tylko chorobliwą ciekawość Gryfona. A miał tak wiele do omówienia z Kingsleyem. Robiło się gorąco. Zbyt długo już nie był u Kamalii, w domu. Prawie dwa miesiące, a wszystko tak szybko zmieniało się tutaj i tam. Przestawał nadążać, a wypuszczenie któregokolwiek sznurka z rąk mogło okazać się zgubne. Rada coraz częściej nalegała na to by zdecydował. Pieprzony Książę Półkrwi – pomyślał, marszcząc brwi. Gdyby wybory były tak proste dawałby je każdemu, kogo spotyka, ale niektórych trzeba pozbawiać wolnej woli. Tak jak jego Ślizgonów, którzy pozbawieni oparcia i dokładnego wskazywania drogi, gubili się. Jak dzieci. Przecież byli dziećmi.
Sapnął, gdy zza drzwi dobiegł kolejny syk i odpowiedź Pottera, która przyprawiła go o drgawki. Nigdy nie pomyślałby, że może reagować jak nastolatek na sam tylko dźwięk wężomowy. Słyszał ją już przecież wielokrotnie z ust Voldemorta i nigdy nie czuł się ani trochę podobnie. Wyprowadzony z równowagi. Rozedrgany. Podniecony. Cholera.
Rzucił zaklęcie wyciszające i położył się na poduszce. Buty oparł o drewnianą kolumnę łóżka i dopiero wtedy pozwolił sobie na zamknięcie oczu. Chwile wytchnienia to coś na co nigdy nie mógł sobie pozwolić. Nawet dziś, gdy tylko Potter położy się, zaśnie. On będzie musiał teleportować się gdzieś w bezpieczne miejsce i porozmawiać z Shackleboltem. Co prawda Auror twierdził, że jutro dowie się wszystkiego, ale Severus zawsze lubił być krok przed wszystkimi. Przemyśleć dokładnie sytuację, wydać odpowiedni osąd. Przewidzieć konsekwencję takiego postępowania i obrać dobry plan B, a potem C… I tak w nieskończoność.
Potter był inny. Działał bez zastanowienia. Pewność siebie, którą otrzymał wraz ze stabilizacją magii ujawniała się coraz bardziej z każdą chwilą. Starał się sterować tym w miarę możliwości, ale nie po raz pierwszy w życiu poczuł, że coś prześlizguje mu się między palcami. To był jeden z najgorszych tygodni w jego życiu. Gorszy nawet od tego, w którym został Śmierciożercą. Zaledwie porównywalny do dnia śmierci Lilly.
Westchnął w ciemność. Starał się skupić na czymś innym niż cholerne magiczne małżeństwo i fakt, że musiał uznać je za prawomocne. Severus nienawidził tego słowa. Nienawidził, gdy zmuszano go do czegokolwiek. Coraz częściej się to zdarzało i chyba właśnie to był powód tej cholernej metafizyki, która trawiła go od miesięcy. Z trudem kładł się spać, próbując jeszcze przez chwilę ostatniej świadomości dodać coś do listy rzeczy do zrobienia.
Zamknął oczy, zaciskając mocno powieki.
A Potter szeptał w cholernej wężomowie, wyprowadzając go kompletnie z równowagi i pozbawiając ostatnich stopni kontroli.
ooo
Harry spakował się szybko. Podniecenie silnie związane ze strachem dawało o sobie znać i zwykle odrobinę zbyt żywe oczy Pottera strzelały na wszystkie strony. Pocierał nerwowo powierzchnię własnych dłoni, wyczekując momentu, aż Severus wyjdzie z łazienki. Mężczyzna chyba po raz pierwszy wstał później od niego. Wyglądał okropnie; z rozczochranymi włosami, zaczerwienionymi oczami, które nadawały mu prawdziwie dziki wygląd. Burknął tylko jakieś powitanie i powiedział, że wróci za dziesięć minut.
Dzięki temu Harry miał kilka dodatkowych chwil dla siebie. Bał się spisać wszystkie informacje przekazane przez Salwi, a spamiętać naprawdę tego nie szło. Ślizgoni – jak wynikało z opisu węży, byli zniesmaczeni samymi przestrogami Severusa o tym, że powinni strzec się Gryfonów. Jego uroczy małżonek dał im wolną rękę, czego akurat spodziewał się Harry. Ich Gryfońska strona powinna powiększyć ochronę. Nie mogą sobie pozwolić na cięte rany, które wymagałyby leczniczych zaklęć Parvati. Trybiki przeskakiwały coraz szybciej w jego umyśle, modyfikując wcześniej przygotowany plan Rona. W poniedziałek powie mu, co dokładnie muszą zmienić. Dzięki Merlinowi, nie ma tego wiele.
Harry zastanawiał się nawet, czy Severus nie zajmuje go na cały weekend podstępnie odcinając od trenujących przyjaciół. Przecież w ciągu tych dwóch dni mieli najwięcej czasu. Odrzucił jednak szybko tę myśl – w końcu Kingsley osobiście poinformował ich o spotkaniu. Potter nie wiedział nawet, że zebrania Zakonu odbywają się w weekendy. Nigdy go na nie nie zabierano, poza tymi kilkoma sporadycznymi przypadkami, gdy faktycznie był już wcześniej u Syriusza, a członkowie omawiali bieżącą sytuację. Zresztą – nawet wtedy musiał wyjść. Może teraz będzie inaczej? W końcu jest już dorosły – jak powiedział Severus.
Mistrz Eliksirów tymczasem ubrał się już kompletnie, ale lekkie oszołomienie wciąż było widoczne na jego twarzy.
- Coś nie tak? – spytał Harry nie wiedząc za bardzo jak zareagować. Takie zachowanie nie pasowało do Severusa Snape'a, którego znał.
Mężczyzna burknął coś i wskazał mu tylko kominek, mrucząc, że adresu chyba nie musi mu przypominać. Harry wziął garść proszku i mocniej ścisnął walizkę. Po chwili leżał na dywanie w salonie Syriusza, a Severus podnosił go i próbował postawić na nogi.
- Cholerny dzieciak – wyrwało się z ust jego męża.
- Snape, a raczej chyba powinienem powiedzieć… Potter. – Chrzestny siedział w fotelu celując w nich różdżką, na co Severus zareagował instynktownie, stając pomiędzy nim a Harrym.
Black zmarszczył brwi, rzucając mu niechętne spojrzenie, ale wcale nie opuścił broni.
- Chyba nie sądzisz, że mógłbym mu coś zrobić – zaczął niedowierzająco. Jego wzrok wciąż pozostawał zimny. – Snape, jakie to uczucie wykorzystywać dzieci… Powiedz mi… - Atmosfera stawała się coraz bardziej napięta. Harry czuł na swoich ramionach zaciśnięte palce męża, ale obaj trwali w kompletnym bezruchu. Sam sparaliżowany ledwo oddychał. – Zawsze chciałeś go mieć dla siebie, prawda? Chodziło ci o sławę? – Głos stawał się coraz cichszy i ostrzejszy.
- Jesteś głupi, Black. Zawsze byłeś – mruknął Severus, odprężając się gdy tylko do salonu wszedł Kinglsey i Artur Weasley.
W końcu odczepił palce, które jeszcze kilka chwil temu sprawiały wrażenie wbitych w ramię Harry'ego. Poprawił pelerynę, dotychczas zsuniętą nieznacznie na lewą rękę i z godnością opuścił pomieszczenie. Wrócił jednak pospiesznie do salonu i rzucił krótkie, acz groźne spojrzenie Syriuszowi.
- Black, jeśli zrobisz coś głupiego… - zawiesił głos w sugestywny sposób. – Wyczuję to. – I z tymi słowami udał się do kuchni.
Harry stał przez chwilę wpatrując się w plecy Kingsleya, który podążył za Mistrzem Eliksirów, mrucząc coś o niezrównoważonych gospodarzach. Czuł się odrobinę niezręcznie, zostając sam na sam z Syriuszem. Nie wiedząc, co dokładnie wie jego ojciec chrzestny, jak się do tego odnosi, co powinien z tym zrobić.
- Harry? – Z zamyślenie wyrwał go głos Artura. – Kiedy porozmawiacie już z Syriuszem, czekamy na was w kuchni.
Wyszedł. Tak po prostu. Potter natomiast szybko kalkulował, może gdyby dostatecznie szybko wyszeptał adres Hogwartu, zdołałby zbiec z powrotem do zamku? A może lepiej byłoby rzucić na Syriusza drętwotę i zwiać frontem? Kilka całkiem ciekawych scenariuszy przewinęło się przez jego głowę, gdy dobiegł go dźwięk odsuwanego krzesła.
- Usiądź – westchnął Black. Spojrzał na niego jakoś smutno. – Nie znalazłem nic, co mogłoby cię uwolnić od tego tłusto włosego dupka – mruknął w czymś w rodzaju przeprosin.
- On nie ma tłustych włosów – powiedział machinalnie, nim zdążył się powstrzymać. – To znaczy, kąpie się codziennie i nie suszy włosów do końca. Wydaje mi się, że nie bardzo wychodzą mu czary suszące… chociaż nie wiem, bo nigdy nie widziałem, żeby jakikolwiek rzucał. Może po prostu nie zależy mu… - urwał, czując że się czerwieni. Syriusz wpatrywał się w niego z szeroko otwartymi oczami w niemym szoku.
- Mieszkacie razem? – Tyle zdołał wykrztusić.
Potter przytaknął mając jednocześnie nadzieję, że to ostatnie pytanie. I nie pomylił się, bo Black czym prędzej zerwał się z krzesła i pobiegł w kierunku kuchni.
- A teraz chciałbym dowiedzieć się dlaczego zwołano zebranie – powiedział już trochę spokojniej. Popatrzył prosto w stronę Moodyego.
Szybko zajęli miejsca przy stole, a Stworek niechętnie zrobił gościom herbaty. Z jako takim szacunkiem odnosił się tylko do Mistrza Eliksirów, który nie zaszczycił go ani jednym spojrzeniem. Sączyli gorący napój, gdy Moody poinformował ich o najnowszych doniesieniach.
- Śmierciożercy zaczęli współpracę z Bezimiennymi i Potomkami Merlina – mruknął. – Przedwczoraj znaleziono kilka ciał mugoli, na których nie było ani śladu magii do zidentyfikowania.
W kuchni zaległa cisza.
- Czy to pewne? – spytał pan Wesley.
- Tak, badaliśmy je przez dwa dni – stwierdziła ponuro Tonks. Jej włosy były kompletnie białe. – Nie było ani kropli magii. Ani jednej smugi.
Znów cisza. Harry popatrzył na Severusa, który zaplótł dłonie i oparł o nie czoło.
- Co o tym myślisz Severusie? – rzucił Dumbledore, spoglądając na niego ciekawie. Brak wesołych ogników nadał mu egzotyczny obraz, ale Potter czuł, że dziś coś się zmieniło i już nigdy nie będzie takie jak dawniej.
- Nie i nie – mruknął zapytany. – Czarny Pan z nimi nie współpracuje ani z Bezimiennymi, ani z Potomkami Merlina. – Obojętny ton znów wkradł się do jego głosu nadając mu jednak nieznaną wcześniej głębię. – Miałem zadanie odnaleźć jednych i drugich… - urwał. – I jestem pewien, że Śmierciożercy nie mają nic z nimi wspólnego.
- To, że tobie się nie udało trafić na ich ślad, nie znaczy, że ktoś tego nie zrobił. – Syriusz parsknął odrobinę urażonym tonem.
Severus westchnął.
- Nie rozumiesz mnie, Black. – Zamilkł. – Chodzi właśnie o to, że ich odnalazłem. – Zapadła kolejna już tego dnia cisza przepełniona napięciem. Może odrobinę strachem.
- Chcesz powiedzieć, że… - Moody po raz pierwszy w karierze aurora wydawał się zaskoczony.
Severus wyprostował się na krześle, blade dłonie opadły bezwładnie na ciemnobrązowy blat stołu, a czarna szata zwisała swobodnie do ziemi. Zdawał się być już całkiem uspokojony, a przynajmniej nieprzeniknione tęczówki nie zdradzały zdenerwowania. Pewność siebie krzyczała z każdej komórki jego ciała.
- Chcę powiedzieć, że jako Śmierciożerca Czarnego Pana, jeszcze przed Jego Wielkim Zniknięciem, miałem za zadanie odnaleźć Bezimiennych i Potomków Merlina – nabrał więcej powietrza do płuc. – Ustalmy może jednak czym są jedni i drudzy. W trakcie moich badań natrafiłem na setki, o ile nie tysiące bajań, które nie miały nic wspólnego z obiema grupami. – Spojrzał uważnie na Moodyego, który tylko poprosił o kontynuację.
- Bezimienni są grupą osób uprawiających Magię Krwi. Nie Czarną Magię. Magię Krwi – powtórzył z naciskiem. – Posiadają całkiem normalną hierarchię i nie są ze sobą spokrewnieni. To bardziej jak… - szukał odpowiedniego słowa - …stowarzyszenie. Jakieś pytania? – przerwał na chwilę swój wywód.
- Jak ich odnalazłeś? – podjęła Tonks, notując coś zawzięcie w swoim notesie.
- Nie mogę powiedzieć – odparł. – Wiąże mnie przysięga.
Molly zamierzała właśnie o coś zapytać, gdy Kingsley wyprzedził ją zaledwie o ułamek sekundy.
- Dlatego nie współpracują z Sami-Wiecie-Kim? Mówiłeś, że odnalazłeś ich przed Jego zniknięciem, a wtedy nie byłeś jeszcze w Zakonie – wytłumaczył powód pytania.
Harry otworzył szeroko usta, gdy zdał sobie z tego sprawę, ale Severus nie wyglądał na zadowolonego. Zmierzył Shacklebolta nieprzyjemnym spojrzeniem, które serwował głównie Neville'owi i to tylko wtedy, gdy ten wysadził przynajmniej dwa kociołki. Auror nieporuszony czekał na swoją odpowiedź.
- Jednym z powodów jest to, że wiąże mnie przysięga – mruknął niewyraźnie były szpieg.
- A drugi? – spytała od razu Molly.
Coś dziwnego przecięło twarz Mistrza Eliksirów, odchodząc w zapomnienie już chwilę później.
- Bezimienni są… w pewien sposób niebezpieczni… - urwał niepewnie. – Tyle musi wam wystarczyć. Nie mam powodów do wyjawiania publicznie ich tajemnic – mruknął. – Potomkowie Merlina – zaczął całkiem nowy temat, nie pozwalając nikomu na zadanie kolejnego pytania. – Są z jednej strony legendą, ale fakty pozostają faktami. – Wziął głębszy oddech i rozpoczął wykład. – Posługują się głównie magią bezróżdżkową na bardzo wysokim poziomie, pozwalającą im na nieartykułowanie zaklęć. Potrafią przedłużać sobie życie w nieskończoność, wskrzeszać. Wywodzą się z linii Merlina, więc są ze sobą bliżej spokrewnieni. Tyle jest w legendach.
Odchrząknął.
- To teraz fakty; bezróżdżkowa magia tak, ale poza tym cała reszta to fikcja. Mają wyjątkowo wielką moc, najprawdopodobniej wywodzącą się z natury – zakończył.
Kątem oka spojrzał na Pottera, który siedział z szeroko otwartymi ustami. Black głęboko się nad czymś zastanawiał, a pozostała część członków Zakonu wgapiała się głupio w równie mocno zamyślonego Dumbledore'a.
- Nie powiesz jak ich odnalazłeś, ani na czym dokładnie polega ich magia – mruknął Moody, a Severus tylko skinął głową. – Nie jestem zaskoczony, ty… - urwał zanim niepotrzebne słowo wyślizgnęło się z jego ust. Najwyraźniej dyrektor prosił go o zachowanie spokoju w pobliżu męża Haryr'ego. – Skąd wiesz, że nie współpracują ze Śmierciożercami?
- Mam z nimi stały kontakt, gdyby coś się zmieniło… pierwszy bym o tym wiedział – odparł sucho. Nie przepadał powtarzać czegoś kilkukrotnie, a coraz bardziej przypominało to przesłuchanie w Ministerstwie. Powtarzanie tych samych faktów z nadzieją na małe potknięcie, a na to Severus nie mógł sobie pozwolić.
- Dobrze zatem… - przerwał Artur. – Co zatem zabiło mugoli?
Severus spiął się odrobinę i zerknął na Kingsleya. Harry pochwycił to spojrzenie jak kilka poprzednich, ale nie potrafił powiedzieć, co jest w nich szczególnego. Nigdy nie zauważył czegoś wyjątkowego w zachowaniu Aurora, ale dzisiejszego dnia obaj wydawali się niemal podejrzani.
- Pamiętasz oblężenie mojej posiadłości? – spytał cicho Mistrz Eliksirów.
Moody'emu stężały rysy, a Tonks znów zbladła. Trzy dni nieustannej bitwy o posiadłość Snape'ów urosły do miana legendy i opowiadano o nich podczas każdego szkolenia aurorskiego.
- Jasne, że tak… - mruknął. Szklane oko zakręciło się wokół własnej osi, lustrując przy okazji całe pomieszczenie. Zatrzymało się wprost na Severusie jakby oczekiwało wyjaśnień.
- Co was wtedy powstrzymało? – kolejne ciche pytanie. W tej ciszy było coś złowrogiego.
- Bariera. Bez krwi, bez wyczuwalnej magii. Niemal niezniszczalna. Aż pewnego dnia po prostu runęła – Moody zamknął oczy, rozpamiętując tamten dzień. – Od rana obchodziliśmy z chłopakami wszystko wokół. Cholernie duży teren. Byłem wtedy młodym aurorem i chciałem się wykazać – wytłumaczył. Harry nie mógł sobie wyobrazić Alastora jako 'młodego', ale nie zamierzał zabierać głosu. – Nie było ani jednej szczeliny, chwilami zastanawiałem się czy miałeś tam powietrze… Dwie brygady niemal cały czas bombardowały zaklęciami boczne bramy. Trzecia próbowała rozpracować same bariery. To były szalone trzy dni. Prawie nie spaliśmy i właśnie wtedy, gdzieś po południu któryś z chłopaków wpadł do środka. Opieraliśmy się o nią, bo była… namacalna – znalazł odpowiednie słowo. – Do tej pory nie wiem co się stało… - urwał, otwierając oczy. Szklane wciąż wgapiało się w Severusa. – Zawsze chciałem się dowiedzieć… - Umilkł nagle.
