Wielkie podziękowania za pomoc w ogarnięciu tego rozdziału dla ginny358. Dziękuję też za wszystkie komentarze.

Co do treści rozdziału – mam nadzieję, że najdą Was wątpliwości. Właściwie myślę, że mogę śmiało powiedzieć, że piszę to opowiadanie po to, byście wątpili.

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę satysfakcjonującej lektury!

Rozdział 9

Kto jest twoim tatusiem?

Czy czarodzieje noszą takie wysokie, spiczaste kapelusze? Niektórzy tak. Czy latają na miotłach? Jak najbardziej. Mają różdżki? Owszem.

Hermiona odpowiadała na kolejne pytania Tony'ego, wiedząc, że to chyba najlepszy sposób, by w krótkim czasie jak najbardziej zbliżyć jego proste, dziecięce wyobrażenia o magii do prawdy. Uważała przy tym, by przypadkiem nie zdradzić mu zbyt wiele. Opowiedziała o Quidditchu i Hogwarcie, ale nie wspomniała o Pokątnej, którą mógłby zechcieć odwiedzić. Wytłumaczyła mu też, że prawdziwe czarowanie zacznie się dopiero za parę lat, bo dzieci nie mogą same bawić się w magię (zwłaszcza w obecności mugoli), że kiedy skończy jedenaście lat dostanie list ze Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart (miała nadzieję, że go nie okłamuje), kupi własną różdżkę, a potem pojedzie tam specjalnym pociągiem z peronu 9 ¾ na stacji King's Cross. Mały chłonął jej opowieść niemal bez tchu.

Kiedy nadeszła wreszcie pora snu, złapała za Baśnie barda Beedle'a, które w swoim czasie podarował jej Dumbledore, a które w jej prywatnym rankingu ustępowały chyba tylko Historii Hogwartu. Wiedziała, że nawet jeśli Tony nie zrozumie dziś w pełni tych opowieści, utkwią w jego pamięci i z czasem zyskają odpowiedni sens.

Następnego dnia był nieco zawiedziony, że tym razem żadna z zabawek nie pozwoliła mu się wprawić w ruch, choć bardzo się starał, wymachując nad nimi rękoma i wytężając wzrok. Hermiona musiała mu wytłumaczyć, że większość czarodziejów potrzebuje różdżki do czarowania i choć takim małym nicponiom jak on udaje się czasem coś niechcący wyczarować, bardzo trudno to potem powtórzyć. Tony na tę wieść spochmurniał nieco, więc w ramach pocieszenia zaproponowała mu, że zabierze go, gdzie zechce. Kiedy wybrał jezioro Loch Ness, uśmiechnęła się ze zrozumieniem.

– To trochę daleko na aportację, wygodniejszy byłby świstoklik…

– Co to jest świstoklik? – zapytał, przejęty.

– To taki przedmiot, który przenosi ludzi do różnych miejsc, kiedy się go dotknie. Ale teraz… Chyba powinnam poradzić sobie nawet z aportacją do Szkocji – powiedziała, puszczając do niego oko. – Posłuchaj uważnie, Tony. Będziesz musiał złapać mnie mocno i pod żadnym pozorem nie puszczać, dobrze? Poczujesz szarpnięcie w pępku, zawiruje ci w głowie, ale nie musisz się bać – będę cię trzymała. Może ci się też zrobić trochę niedobrze, ale jedliśmy godzinę temu, więc nie powinno. – Uśmiechnęła się do niego zachęcająco. – To co, do dzieła?

Pokiwał ochoczo głową, ale widziała, że był poddenerwowany. Może niepotrzebnie wspomniała o rozszczepieniu. Jednak musiał wiedzieć, że magia to nie tylko zabawa.

Był piątek, powinien iść do szkoły, ale bała się go dziś do niej puścić. Wciąż był zbyt podniecony i beztroski. Nie sądziła, by mógł zacząć się popisywać, ale z pewnością coś by wypaplał. A nigdy nie wiadomo, kto mógł usłyszeć. Musiał zostać, a ona czuła się zobowiązana do poświęcenia paru dni na oswojenie go z tym nowym światem, z którego mogła mu zaprezentować jedynie skrawek, jako że wycieczki na Pokątną czy do Hogsmeade były wykluczone.

Chwilę przed teleportacją pomyślała, że już dawno nie było jej w Szkocji.

– Trzy, cztery…

Poczuła znajome szarpnięcie i wszystko zawirowało. Kiedy wylądowali i Tony zdał sobie sprawę, że znajdują się w zupełnie innym miejscu, przez chwilę tkwił nieruchomo w jej objęciach, a potem zaczął śmiać się niemal do rozpuku. Hermionie udzieliła się jego radość. Puściła go i uśmiechając się szeroko, rozejrzała się dookoła. Stali na sporej połoninie – wokół las, w dole długie, ciągnące się przez dwadzieścia mil jezioro o znikomej przejrzystości, przypominające mętny, nieprzyzwoity żart wyrządzony tutejszym wzgórzom.

Jak pięknie.

– Dobrze się czujesz, Tony?

– Tak! Dobrze!

Dała mu lornetkę. Powiedziała: wypatruj potwora. Wiedziała, że zajmie się sobą, co da jej chwilę na to, by uspokoić myśli i nacieszyć się zmianą otoczenia. Odetchnęła szkockim powietrzem, chłonąc ogromną przestrzeń. Usiadła na powalonym pniu i zamknęła oczy.

Chwilę potem zerwała się na nogi, kiedy coś obcego pojawiło się na skraju jej pola percepcji. Z początku nie była pewna, czy nie było to tylko jakieś wiercące się w gęstwinie magiczne zwierzę, ale po chwili narastającego szelestu spomiędzy drzew wyszedł starzec. Wsparty na lasce, człapał wolno w jej kierunku – to był niespodziewany widok. Znajdowali się z Tonym w połowie wysokości wzgórza, w sporym oddaleniu od najbliżej ludzkiej osady, a ten mężczyzna wyglądał, jakby zaraz miał wykonać swój ostatni krok w życiu i bez tchu paść na ziemię. Dyszał głośno, laska chwiała się widocznie w drżącej, słabej dłoni. Kiedy dojrzał, że Hermiona na niego patrzy, chrząknął radośnie, machnął do niej ręką i niemal przyspieszył kroku. Czekała cierpliwie.

– Dzień dobry. Pomóc w czymś panu? – zapytała ostrożnie.

Starzec uznał pytanie za wyjątkowo zabawne. Zaśmiał się, ale nie było w tym szyderstwa, raczej szczere rozbawienie. Machnął pobłażliwie ręką i pokręcił głową.

– Wybaczysz mi, młoda damo, że przysiądę tu, koło ciebie… Ta wędrówka. To już nie dla mnie. Za stary jestem.

Tony, który przysiadł na niewielkim wyniesieniu terenu, z zaciekawieniem obejrzał się za siebie, ale szybko stracił zainteresowanie, kiedy odkrył, że jego mama rozmawia ze starym Szkotem w koszuli w kratę i znoszonej kamizelce, który nie był posiadaczem długiej, srebrnej brody, a zatem nie mógł być czarodziejem.

– Skąd pan przyszedł?

– Od strony Iverness, rzecz jasna.

– To około dwunastu mil stąd. Wzgórzami.

– Znam tę okolicę jak własną kieszeń. Mogę wyjść z domu, pokonać trzysta jardów, przejść przez most, minąć Trzy Palce Olbrzyma… Ta laska sporo mi pomaga. – Słowa wydobywały się z jego ust z trudem, jakby brakowało mu powietrza w płucach.

– Rozumiem – powiedziała, przyglądając się sękatej lasce, którą starzec, przysiadłszy obok, obracał skrupulatnie w dłoniach.

Uniosła wzrok. Spoglądały na nią pogodne oczy o wyblakłych tęczówkach, które mówiły jej: „Nie bój się. To wszystko już nie dla mnie". Rozluźniła się nieco. Lampki ostrzegawcze nie świeciły się w jej głowie, choć prawdopodobnie powinny. Poddała się własnej ciekawości.

– Anne Davies – przedstawiła się uprzejmie, wyciągając dłoń do mężczyzny.

– Asmoduesz Burke, bardzo mi miło – powiedział, nadspodziewanie energicznie potrząsając dłonią Hermiony. – Chciałbym jednak poznać twoje prawdziwe nazwisko. Dla ciebie, drogie dziecko, pokonałem kawał drogi.

Była przekonana, że Asmodeusz Burke nie żył od dobrych sześćdziesięciu lat. Jeśli to faktycznie był dawny współwłaściciel sklepu na Nokturnie i zdradził swą tożsamość, by dostać coś w zamian, był naiwnym głupcem. Nie miała zamiaru brać udziału w żadnej wymianie. Wysunęła dłoń z uścisku.

– Przykro mi, nie mogę – rzuciła krótko. – Domyślam się, że poszedł pan „na skróty", ale w jaki sposób namierzył mnie pan tak szybko?

– Ach. Nie musisz się martwić, nie popełniłaś błędu. To mój teren, że tak powiem. Zawsze wiem, kiedy w pobliżu zjawia się czarodziej, a nie dzieje się to wcale tak często. To miejsce jest dla wielu zbyt… oczywiste. Dlatego dziwi mnie twoja obecność tutaj, kimkolwiek jesteś. To nie czas i nie miejsce na takie wycieczki.

– Mówi pan… Byłam pewna, że Asmodeusz Burke od dawna nie żyje.

Chciała dowiedzieć się czegoś więcej.

– Ach. Ha, ha. Widzisz, dziecino, taki samotny starzec, który niewiele ma i niewiele potrafi, może umrzeć dla świata, kiedykolwiek zechce. Jeśli Borgin powiedział, że umarłem, a ja zniknąłem, nikomu nawet nie przyszło na myśl, by sprawdzić, czy faktycznie kopnąłem w kalendarz. Ta laska od wielu lat jest mą jedyną towarzyszką.

Mogłaby zapytać, co go skłoniło do wycofania się z życia, ale czy powinna? Czy to było teraz ważne?

– Niewielu może pozwolić sobie na odejście w zapomnienie – mruknęła.

– Tak jest. A jaka jest twoja historia, dziecinko?

– Z całym szacunkiem, nie wydaje mi się…

– Od dwudziestu lat nie rozmawiałem z nikim zaopatrzonym w różdżkę.

– To nie znaczy, że zdradzę panu swoje tajemnice, ponieważ pan to zrobił… Jeśli to prawda. – Starzec pokiwał głową, bez cienia urazy, i spojrzał na małego, który uparcie lustrował spokojną taflę jeziora. – Skoro udało się panu zniknąć na tyle lat, musiał mieć pan ogromne szczęście.

– Nie nazwałbym tego szczęściem. Po prostu zawsze byłem nieciekawy. Niewiele mam poza swoimi wspomnieniami, a i one nie stanowią zbyt interesującego towaru.

– Niektórzy biorą za bezcen – mruknęła. – A jeśli mogę spytać… W którym dokładnie roku opuścił pan sklep? – zmieniła temat.

– W czterdziestym drugim.

– Ach, a więc nie pamięta go pan.

Burke spojrzał na nią z dziwnym błyskiem w oku.

– Kogo miałbym pamiętać?

– To nieważne. – Pokręciła głową. – Co pan tu robi w takim razie? Skoro unika pan czarodziejów od tylu lat, dlaczego pan tu przyszedł?

– Ha! To właściwe pytanie. – Pochylił się nieco w przód, wspierając się na lasce. – Byłem ciekaw. Widzisz, tak to się dzieje, że kiedy człowiek się starzeje, jego magia wcale nie słabnie, ale ciało robi się słabsze, a im słabsze ciało, tym magia wydaje się silniejsza, jej obecność dotkliwsza. Wasze pojawienie się na tym wzgórzu było dla mnie jak rozpalenie ogniska na środku lodowej pustyni. Dlatego, jeśli nie chcesz ściągnąć na siebie problemów, powinnaś zniknąć stąd jak najszybciej – dodał, starając się brzmieć surowo. Jednak bez powodzenia.

– Dlaczego nie powiedział mi pan tego od razu?

Burke wstał ciężko i rozejrzał się dookoła. Sądząc po uśmiechu, który przeciął jego niemożliwie pomarszczoną twarz – jego również cieszył ten widok. Był dla niego czymś, co znał dobrze, co napełniało jego duszę absolutnym spokojem.

– Dawno nie byłem na spacerze tak wysoko… – mruknął, po czym zmienił ton na bardziej rzeczowy. – Musiałem dowiedzieć się, co tak płonie i czy przypadkiem nie powinno zgasnąć. To moja ziemia i nie mam zamiaru odpuścić jej tak łatwo. Nie chcę mieć na głowie żadnych band tych przeklętych przebierańców w białych maskach. Balansujesz na krawędzi, dziecko, ale może to lubisz... – dodał w zamyśleniu. – Tak czy inaczej, skoro nie szukasz problemów, bierz dzieciaka i wracaj do swojego lasu, dobrze?

W słowach Burke'a, wbrew jego zamiarom, znów niewiele było groźby. Hermiona przyjrzała się starcowi, który z trudem utrzymywał się na nogach i choć stało za jego słowami coś, co ewidentnie budziło jej sprzeciw, przytaknęła mu.

Skinął głową na pożegnanie, spojrzał na Tony'ego, zmrużył oczy i dwa razy uderzył laską w ziemię. Wtedy dopiero Hermiona zdała sobie sprawę, że dzierżąc ją w ręku, jednocześnie trzymał w niej swoją różdżkę. Zniknął, jakby rozpadając się na kawałki kory, co stanowiło chyba element przedstawienia. Tony, widząc to, rozdziawił usta i wypuścił z rąk lornetkę. Hermiona uśmiechnęła się do niego.

– Przykro mi, kochanie, ale musimy wracać.

~o~o~o~

Dzwonek do drzwi zabrzmiał, kiedy pomagała Tony'emu przytwierdzić gumkę do własnoręcznie zrobionej ła do nich, a Tony triumfalnie wzniósł ponad siebie papierową imitację maski gazowej. Otwierając zamek, zerknęła z rozbawieniem na synka udającego niemrawe zombie z serialu, który oglądał wieczór wcześniej.

– Mamusiu, mamusiu, czy jesteś moją mamusią?

– Dzień dobry, mogę? – powiedział spokojnie Riddle.

– Dzień dobry. Proszę.

Wszedł do środka, ale zatrzymał się tuż za drzwiami.

– Tony, przywitasz się?

Tony wydawał się jej nie słyszeć. Z założoną na twarz maską szedł przed siebie krokiem zombie.

– Tatusiu, tatusiu. Jesteś moim tatusiem? – Wyciągnął ręce i pociągnął Riddle'a za nogawkę spodni.

– Wybacz. Naoglądał się Doktora Who. Taki serial. Tony. Miałeś się przywitać.

– Dzień dobry!

Tony zdjął maskę i, szczerząc się, najwyraźniej dumny z siebie spojrzał na Riddle'a.

– Cześć, kolego. Faktycznie, chyba leciało wczoraj coś podobnego na BBC – powiedział, uśmiechając się do chłopca.

– Oglądasz takie rzeczy? – zapytała, zabiegając o jego uwagę.

Wzruszył ramionami. Uniosła brwi, niepewna, czy sobie nie żartuje, ale jego mina niczego nie zdradzała. Co zresztą nie było nowością.

– Widzę, że ktoś tu jest w dobrym humorze – powiedział, spoglądając na Tony'ego.

– Tak – odparła.

Hermiona zauważyła, że Tony ogląda teraz swoje ulubione bajki i seriale z nowym rodzajem zadowolenia. Odkrył, że istnieje magia, a w związku z tym dziwy, które widział na ekranie, były możliwe. Wszystko było możliwe.

– To był trochę straszny odcinek, ale mama w końcu pozwoliła mi obejrzeć – pochwalił się.

– Widać masz świetną mamę. Czy robiła dziś obiad?

– Jeszcze nie – odpowiedziała szybko Hermiona.

Chyba nie chce się wprosić…

– To dobrze. Pomyślałem, że moglibyśmy zjeść na mieście. Znalazłem jedno przyjemne miejsce. Co o tym myślisz?

– Mówisz poważnie?

Wzruszył ramionami.

– Anthony oczywiście też jest zaproszony. – Skinął na małego. – Podejrzewam, że nie znajdziesz opiekunki w dziesięć minut, a mnie nie chciałoby się czekać dłużej.

Minęło parę sekund, zanim odpowiedziała.

– Dlaczego nie. Co to za miejsce?

Była nieco skrępowana i jednocześnie miała ochotę udusić się za samą myśl o odczuwaniu skrępowania w związku z tym, że zapraszał ich na obiad.

– Powiedzmy, że to miejsce niespodzianka. Myślę jednak, że powinnaś założyć jakąś sukienkę.

– Sukienkę…

– Nie pokażę się tam z kobietą w bordowych spodniach z… tego rodzaju materiału – oznajmił, mając na myśli jej ukochany, faktycznie niezbyt elegancki sztruks.

– Żartujesz.

– Nie żartuję. Inaczej sama będziesz się tam źle czuć. Chyba masz jakąś sukienkę?

Odwróciła głowę.

– Tak, oczywiście. Tony, chodź, ciebie też musimy przebrać. Proszę, poczekaj tu jeszcze chwilę – powiedziała do Riddle'a.

– Usiądę tam, w tamtym fotelu – odparł cicho, powtarzając jej słowa sprzed kilku dni.

– Dobrze – rzuciła, prowadząc Tony'ego do jego pokoju i instruując go szybko. – Założ granatowy sweterek, w drugiej od góry szufladzie komody, po prawej stronie. Czarne spodnie masz w najniższej szufladzie.

Potem udała się do swojej sypialni i zaczęła gorączkowo przeglądać garderobę, której zawartość nagle wydawała jej się irytująco niewyszukana. No, chyba miała tam sukienkę, którą mogła założyć na obiad w lepszej restauracji, prawda? A jeśli nie, zawsze mogła sobie transmutować którąś w coś ładniejszego. W końcu znalazła prostą, czerwoną sukienkę do kolan, która nie wymagała zbyt wielu poprawek. Dobrze, że jednak pozwoliła, by Lavender nauczyła ją takich sztuczek.

Kiedy przeglądając się pospiesznie w lustrze, upewniła się już, że sukienka leży jak trzeba, nic nigdzie nie odstaje ani się nie marszczy, wróciła do salonu. Riddle stał przed jedną z półek z książkami. Na jej widok wykonał niekontrolowany gest ręką. Zmarszczyła brwi.

– Mam nadzieję, że to ci odpowiada, bo naprawdę, nie mam w zwyczaju chodzić do jakichś burżujskich restauracji i… – ucięła, kiedy uświadomiła sobie, że wpatruje się w nią bez słowa, a właściwie przewierca ją wzrokiem, teraz już odrobinę rozbawiony.

– Tobie ma to odpowiadać, nie mnie – odparł. – A tak przy okazji, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że pożyczę tę książkę – powiedział i wsunął jedną z powieści Updike'a za poły marynarki, po czym wrócił wzrokiem do zawartości regału.

– Pewnie. Płacisz: wymagasz – mruknęła pod nosem.

Odwrócił się gwałtownie. Nie przesadziła przecież, prawda? Nie przesadziła.

– Te uwagi są niepotrzebne. Potrafisz być irytująca, Anne.

– Serio? Słyszę to pierwszy raz.

– Po prostu odpuść sobie czasem, na litość. Dlaczego starasz się być trudna i nieprzyjemna, kiedy nie musisz? Naprawdę nie musisz. To niczego nie zmieni.

Ale ja nie chcę być dla ciebie miła. Nie chcę. Chcę być dla ciebie Hermioną Granger, apodyktycznym i irytującym zarozumialcem w każdym calu. Nie udaję, a jeśli udaję, jeśli się staram, to dlatego, że… Zabiłeś tamtą dziewczynę. Mnie.

– Nie mów tak do mnie przy Anthonym – wysyczała cicho.

Riddle uniósł pytająco brew i leniwie skierował wzrok w stronę Tony'ego, który przebrał się już i przysiadłszy na kanapie w salonie, udawał, że bawi się swoją maską. W rzeczywistości wszystkiemu uważnie się przysłuchiwał i zerkał niespokojnie w ich kierunku. Mógł nie rozumieć, o czym właściwie rozmawiają, ale z pewnością wyczuwał istniejące między nimi napięcie. Riddle odwrócił się ku niej. Nie zauważyła na jego twarzy nawet cienia refleksji, żadnego zrozumienia.

– Czyli jak?

Pokręciła w rezygnacji głową, po czym złapała torebkę i klucze do mieszkania.

– Powinnaś częściej zakładać sukienki – mruknął od niechcenia, kiedy wyszli już na powietrze. Trzymała Tony'ego za rękę, choć wiedziała, że nie potrwa to długo, bo mały zaraz ucieknie jej w podskokach.

– Co? – spytała, nie patrząc na niego.

– Nie rozumiem, dlaczego ubierasz się w ten sposób, kiedy…

– Mamo, zobacz. Balon!

Oboje unieśli wzrok. Ponad linią rosnących wzdłuż ulicy drzew unosił się balon reklamowy jakiejś firmy i psuł widok.

– To chyba taka reklama – odpowiedziała.

– Czy na miotle też można tak wysoko latać?

– Pewnie, że tak – odparła nieco piskliwym głosem. Mówiła mu, MÓWIŁA. Cholera.

Będzie musiała z nim porozmawiać… Nie, będzie musiała z nim rozmawiać, codziennie uczyć go, pokazywać mu na przykładach, dlaczego nikt nie może wiedzieć, że on i jego mama są czarodziejami.

– Hmm – mruknął Tony w zamyśleniu. Widziała, że ma jeszcze inne wątpliwości. Chce o coś zapytać. Nie była pewna, czy powinna mu na to pozwolić. – Latanie na miotle musi być świetne – rozmarzył się.

– I niebezpieczne, kochanie – dodała. – Ja tego nie znoszę.

Tony uśmiechnął się, nie dowierzając jej, i pobiegł naprzód. Nie cierpiał, kiedy prowadziła go za rękę i unikał tego, jak mógł.

Zostali sami z Riddle'em. Zaległa cisza.

– Tak? – zapytała w końcu, czując, że ma jej coś do powiedzenia.

– Dlaczego pozwalasz mu wierzyć w jakieś bzdury?

– Ma sześć lat – opowiedziała.

– I czy to nie najwyższy czas, by zaczął rozjaśniać sobie obraz, zamiast go zaciemniać?

– Dlaczego cię to interesuje?

– Zastanawiam się, jakie są twoje techniki wychowawcze.

– Techniki wychowawcze? – parsknęła.

– Metody wychowania? Czy to lepsze sformułowanie?

Była szczerze zdziwiona jego pytaniem.

– Nie wiem, czy mam jakąś... – Powoli pokręciła głową. – To chyba tak nie działa. Nie twierdzę, że inni rodzice nie mają faktycznie jakichś metod wychowawczych, ale to kojarzy mi się z rygorem, stosowaniem taktyki, z ustalaniem zasad. Zasady mogę mu wymyślać, kiedy podrośnie i zacznie naprawdę rozrabiać. Teraz z nim po prostu rozmawiam, pokazuję mu świat, opowiadam o nim. Pozwalam mu uczyć się na błędach.

– Ale jaki cel ma pokazywanie mu fałszywego obrazu świata? Pozwalanie na wierzenie w bzdury – rzucił dość oskarżycielsko.

– To nie są bzdury.

– Co przez to rozumiesz?

– To, że coś nie istnieje, nie oznacza, że jest bzdurą. To po prostu nie istnieje. Niech wierzy w te „bzdury", póki może. To jest komfort. Beztroska. A wychodzenie z tych opowieści wcale nie boli. Wyrasta się z nich i tyle. I one właśnie rozjaśniają świat, wiesz? Dobre dzieciństwo to podstawa, to jak naładowanie baterii na resztę życia.

– Stajesz się najzupełniej znośna, kiedy mówisz o swoim synu. Ciepła nawet.

– Ja…

– To nie obelga, naprawdę. Nie broń się przed tym spostrzeżeniem. O czym są te fantastyczne historie, które mu opowiadasz?

– Mówią o świecie, który daje większe możliwości.

Wiedziała, że notował sobie w głowie każdą jej wypowiedź, z odpowiednim odnośnikiem.

– Ostatnio uznał chyba, że skoro tak dobrze znam te wszystkie historie o czarownicach, muszę być największą z nich.

– Bycie najpotężniejszą czarownicą na świecie musiałoby się jednak czymś jeszcze przejawiać.

– Na pewno nie wyczarowywaniem najpyszniejszych obiadów pod słońcem. Nie gotuję tak dobrze, jak bym chciała – przyznała.

– A więc obiad w restauracji nie był takim złem pomysłem.

– Określiłabym go mianem neutralnego. A tak przy okazji – spojrzała na niego spode łba – skąd ten pomysł?

– Prawdopodobnie chciałem wiedzieć, jak to jest zaprosić kobietę do restauracji.

– Idiotyczne. Trzeba było wziąć taką, która nie ma sześcioletniego dziecka na głowie. Wtedy mógłbyś się przekonać.

– Lepsza byłaby może nasza wspólna sąsiadka? – rzucił żartobliwie.

Prychnęła.

– Pani Sanderson? Wtedy musiałbyś iść na obiad z wszystkimi jej kotami – odparła z rozbawieniem. – Ale tak na poważnie. Skąd ten…

– Szkoda. Przez sekundę nawet rozmawialiśmy, ale chyba kiepsko to znosisz. – Spojrzała na niego pytająco. – Przecież widzę, jak wywołujesz u siebie wątpliwości. Szukasz dziury w całym. Jakby tak trudno było ci przyjąć do wiadomości proste fakty. Korzystam z przyznanych mi przez ciebie praw, Anne. Zapraszam cię na obiad, bo mam na to ochotę. Bo chcę zobaczyć cię na obiedzie ze mną. Nie musiałaś się zgadzać, ale zgodziłaś się, więc dlaczego teraz narzekasz?

Wypowiedział sporo słów na raz. Zbyt wiele słów. Zupełnie, jakby na coś trafiła. Przystanęła.

– Tony, poczekaj – krzyknęła za małym. Spojrzała na Riddle'a. – Chciałam tylko zapytać...

– Nie, Anne. Odpowiedziałem ci na pytanie, ale tobie to nie wystarczyło. Chciałaś dalej dociekać moich intencji, a przyznam ci, że one najczęściej wciąż są dla mnie niewiadomą, także życzę powodzenia. Jedyne, co jest teraz dla mnie pewne, to, że chcę się dowiedzieć. Wszystkiego. Jeśli mam jakiś cel życiowy, jest nim poznanie siebie i świata. Mówiłem ci o tym. A tak się składa, że w tej chwili jesteś sporą częścią świata, który chcę… zrozumieć. Jedną z ciekawszych rzeczy, na które się dotychczas natknąłem.

Nagle nie miała nic przeciwko temu, że Tony trzymał się nieco przed nimi.

– Wprawiasz mnie w zakłopotanie.

– Jeśli tak, cieszę się, że mi o tym mówisz. Odrobina szczerości mogłaby być pozytywną zmianą.

– Ale ty dobrze wiesz, co robisz – wytknęła mu. – Sporo też na mnie wymuszasz i to mi się nie podoba – ciągnęła.

– Najwyraźniej wciąż brakuje mi wyczucia – odparł z niewielkim uśmieszkiem przyklejonym do twarzy.

– Tak, pewnie. Najwyraźniej – prychnęła. – Szkoda tylko, że nie ma nic wyraźnego w tym, co mówisz. Doprowadzasz do jakichś śmiesznie teoretycznych rozmów. Zupełnie jakbyśmy rozmawiali o równoległym świecie i odpowiednikach, fantomach nas samych…

– To dlatego, że to nie jest moje życie, Anne. To nie jest moje życie i to nie jest twoje życie. Wszyscy inni ludzie, których dotąd spotkałem – oni żyją, mają życia, życiorysy. A ty… weszłaś do mojego pokoju jak wielkie zaburzenie tego świata. Byłaś pierwszą osobą, która w moim odczuciu nie mieściła się w jego ramach, odstawała. Być może to, co mówię, brzmi szaleńczo, być może… ale nie, coś musi w tym być. Musi. Ponieważ wyraźnie czuję i widzę, że masz ten sam problem. Próbujesz coś robić, ale to jest pozbawione znaczenia... Robisz wierszówki do gazet. To czysty idiotyzm, Anne. Moje życie jest grą, udawaniem, imitacją życia, ale ja jestem do tego zmuszony. Twoje udawanie jest wyborem lub konsekwencją czegoś, o czym nie wiem. Chcę wiedzieć. Anne.

Zamrugała. Był tuż obok, dużo bardziej intensywnie niż wcześniej.

– Ciekawe. Chyba nie mogę ci pomóc, więcej niż obiecałam. To tylko twoje wrażenia. Powinieneś skupić się na…

– Do kurwy nędzy.

Pierwszy raz usłyszała, by tak przeklął. Niemal stracił nad sobą kontrolę, ale szybko nad sobą zapanował.

– Bardzo cenię sobie w tej chwili moje wrażenia – stwierdził cicho, ale twardo.

– Nie obchodzi mnie to. Powiedz mi choć raz o czymś więcej niż wrażenie, powiedz mi o czymś konkretnym.

– Oszpecasz się.

– Słucham? To jest ten konkret?

– Taaaak. Postarzasz się, oszpecasz się... Mogłabyś byś ładniejszą kobietą. Jesteś ładniejsza. Gdybyś rozpuściła włosy, zaczęła chodzić w sukienkach, gdybyś zmieniła soczewki, gdybyś przestała się – sam nie wiem, jak to ująć – zaciemniać, gasić… Byłabyś ładniejsza. Konkret, proszę bardzo.

Poczuła, że łzy wściekłości napływają jej do oczu. Naciskał na odciski. Zacisnęła wargi i zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów. Chciała odpowiedzieć pięknym za nadobne, ale, do diabła, nie było do czego się przyczepić.

– Może nie chcę i nie potrzebuję być ładniejsza. Może powinnam znów dać ci w twarz… – powiedziała powoli.

Rozłożył ręce.

– Zrób to.

– Co…? – Drgnęła jej dłoń i zanim się spostrzegła, poszła za jego wskazówką – uderzyła go. Przywitał ten policzek z uśmiechem. Odetchnęła głęboko. Wcale jej nie ulżyło. Miała ochotę przyłożyć mu jeszcze raz, ale mocniej, zaciśniętą pięścią.

– To nie takie trudne, prawda?

Zamiast iść za niedającym jej spokoju pragnieniem, wcisnęła dłonie do kieszeni płaszcza.

– Co ty robisz?! – wydyszała i zerknęła w stronę Tony'ego, który przystanął kawałek przed nimi i przyglądał im się niespokojnie. Ruszyli.

– Właśnie to, na co mam ochotę. Instynkt to na razie wszystko, co mam. Mogę tylko próbować – wyrzekł z naciskiem. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Mieszał jej w głowie. – O czym teraz myślisz? Powiedz mi. Jestem ciekaw.

Uśmiechał się. Udało mu się. Hermiona patrzyła teraz przed siebie.

– Że to bzdura. Nie można cały czas iść za instynktem. Trzeba najpierw w coś uwierzyć, ustalić reguły i granice, potem ich pilnować…

– Odkrywam, czego chcę, obserwując, co mam ochotę robić i co robię. Nie rozumiem, dlaczego każesz zamienić mi kolejność.

Pokręciła energicznie głową.

– Możesz nic nie pamiętać, ale musisz mieć jakieś przekonania, poczucie tego, co jest dla ciebie dobre, a co złe. Robimy, co robimy, a potem, owszem, wymyślamy powody, ale one nigdy nie są prawdziwe – wyrzuciła z siebie w uniesieniu.

Spojrzał na nią, rozbawiony, a ona nagle poczuła się bardzo zagubiona. Jakby powiedziała coś nie tylko jemu, ale i sobie.

– Chcesz, bym zbudował swój system przekonań na rozważaniach logicznych lub zgadywankach zamiast na podstawie nabytego doświadczenia?

– Inaczej będziesz jednym z tych durnych ludzi, których moralność podąża za działaniami, a nie przeciwnie.

Teraz niemal śmiał jej się w twarz.

– Powinnaś mówić o moralności, Anne? Wydaje ci się, że możesz mnie wychować? Wyglądam na kogoś, komu można wmówić, jak ma żyć?

– Nie! – sprzeciwiła się mocno.

– Nie próbuj tego robić.

– Chciałam ci tylko wyjaśnić pewną hipokryzję…

– Swoją własną, jak rozumiem.

– Jezu, jesteś…

– Dosyć. – Przystanął nagle i odwrócił się w kierunku witryny. Coś w jego oczach żarzyło się jasno. – Doszliśmy – oznajmił spokojnie.

Hermiona przystanęła obok i spojrzała do wnętrza jednej z droższych londyńskich restauracji.

Nie. Było. Go. Stać.

A ona nie miała zamiaru przekraczać progu miejsca, w którym czaiły się i lisiły te wszystkie próżne kobiety w futrach i drogich garsonkach.

– Chyba żartujesz. Nie wejdę tam.

– Wejdziesz.

Była zbyt zawstydzona, by mu się dalej sprzeciwiać. Wziął ją pod ramię, a ona zawołała Tony'ego, który zatrzymał się i zawrócił. Usiedli przy zarezerwowanym stoliku, po czym oddali się nudnym rytuałom ludzi bogatych.

Kiedy niemal uporali się z przystawkami, daniem głównym i deserem, a jedli w absolutnej ciszy – nawet Tony nie był w nastroju do rozmowy – zaczęła grać muzyka: skrzypce, fortepian, coś jeszcze. Nie byłoby to żadnym problemem, gdyby nie to, że Riddle wstał od stolika i wyciągnął dłoń w jej kierunku.

– Chcesz sprawdzić, czy umiesz tańczyć?

– Umiem tańczyć, Anne. Wstawaj.

– Skoro tak ładnie prosisz...

Rzuciła serwetką w talerz.

– Tony, nie wydłub sobie oka widelcem, dobrze?

Chłopiec pokiwał ochoczo głową.

– Ani nikomu innemu!

Wiedziała, że Riddle zaciągnąłby ją na parkiet tak czy owak, więc postanowiła odpuścić sobie negocjacje.

– Dla formalności, Tom. Nie umiem i nie znoszę tańczyć.

– Większości kobiet potrzeba tylko odpowiednich partnerów – odparł z wrodzoną nonszalancją.

– I ciekawe, skąd to wiesz.

W odpowiedzi pociągnął ją ku sobie. Nie mając innego wyjścia, położyła rękę na jego barku. Uśmiechnął się sztucznie. Hermiona również skrzywiła się dość nieszczerze. To zaczynał być ich mały rytuał. W duchu stwierdziła: niech mu będzie, niech udowodni swoje, to bez znaczenia.

Obserwowali ich goście restauracji. Hermiona skupiła się na krokach, a Riddle nie utrudniał jej tego – faktycznie potrafił prowadzić. Był w tym zwyczajnie rewelacyjny. W jego ruchach była jakaś staroświecka elegancja, którą mógł nabyć tylko w latach czterdziestych. Nagle potrafiła sobie wyobrazić, jak w tamtym czasie wyglądał Hogwart, a nawet ulica Pokątna. I młody Tom Riddle, który wychodząc z jednego ze sklepów, zaraz przy wejściu na Nokturn, zarzucał na głowę kaptur i niezauważony wkraczał w ciemność. Nie wiedziała, dlaczeg to, tańcząc z nim, ale obrazy same pojawiały się przed jej oczami.

Tom Riddle, który zwinnie przemyka między cieniem i światłością.

Tom Riddle, który jest dżentelmenem do kwadratu, ale sześćdziesiąt lat temu nikogo nie przyprawia to o mdłości.

Tom Riddle i rozchichotane idiotki, które bez większego trudu owija sobie wokół palca. Poluźniają się wiązania gorsetów i sakiewki pełne galeonów.

Puste źrenice Toma – w ich środku gad spożywający owada. Słodka obojętność konsumpcji.

Zrobiło jej się nieco słabo, poczuła się wytrącona z równowagi. Co gorsza, towarzyszył temu nieznośny obrót, jakby Riddle wyczuł jej chwilową słabość. Nie była już w stanie za nim nadążyć. Zatrzymał się więc – ich oczy się spotkały. Wytrzymała jego spojrzenie w milczeniu.

Muzyka zwolniła, ale jej myśli toczyły się własnym rytmem.

Riddle miał prawie osiemdziesiąt lat, myślała, ale nie był stary. Zawsze, wbrew swoim zabiegom, był śmiertelny, ale stary... Nigdy. Starość to był stan ducha zamkniętego w kruszejącym, słabym ciele. Nie pozwolił sobie na nią. Nawet wtedy.

Czy uda mu się przetrwać to, co planowała uczynić i kiedyś jednak dożyje starości? Czy ona jej dożyje?

Dopóki nie zrobiło się cicho, nie zwróciła uwagi na to, że niemal opiera głowę na jego piersi, że chłonie jego zapach, że on coś jej przypomina. Zapomniała się i z dłońmi na jego barkach, odpłynęła myślami w chłodne, a jednak rozpalone nieznane. Zanurzyła się we wrażeniu, zapomniała o wytrwale utrzymywanych pozorach. Nie przypomniała sobie o nich nawet wtedy, gdy uniosła wzrok i Riddle zajrzał w nią; gdy ją przejrzał. Jego dłoń spoczywała miękko na jej plecach, czuła mocne, ale miarowe bicie swojego serca. Nie mogła odwrócić wzroku.

Potem rozległy się pojedyncze oklaski. Podziękował jej cicho i opierając dłoń na jej plecach, zaprowadził z powrotem do stolika. Usiedli. Hermiona wróciła do rzeczywistości, spoglądając na upaćkanego lodami Tony'ego, które w międzyczasie musiał przynieść mu kelner. Nie przypominała sobie, by je zamawiała, niewykluczone jednak, że mały zrobił to sam. Uśmiechnęła się do niego niewyraźnie i sięgnęła po serwetkę, by wytrzeć mu buzię.

– Tony skończy lody i idziemy.

– Tak, dokończy lody i idziemy – przytaknął Riddle, po czym odwrócił głowę, przyciągając uwagę kelnerki, która przyniosła rachunek.

Udało ci się, Granger.

Jednak gdy wyszli z sali, Hermiona zdała sobie sprawę, że jakimś cudem zapomniała z oparcia krzesła torebki, w której była jej różdżka. Kiedy wreszcie niezdrowo przyspieszyło jej serce i oblała się purpurą, przytłoczona i przestraszona swoim niespotykanym roztargnieniem, była już odwrócona do niego plecami i pędziła z powrotem po swoją zgubę.

Tony i Riddle czekali na nią w hallu wejścowym, w pobliżu ogromnego lustra. Riddle stał przez chwilę, z dłońmi spoczywającymi na ramionach Tony'ego, wpatrzony w lustrzaną taflę, porażony przekładalnością własnych rysów twarzy na rysy chłopca.

Otworzył już usta, by o coś go zapytać, ale w tej samej chwili wróciła Hermiona.

~o~o~o~

Był już prawie świt, kiedy aportowała się wewnątrz skromnej chatki. Nie miała żadnego problemu z odnalezieniem go, nie natknęła się też na żadne zabezpieczenia. Płomień dopalającej się świecy był wątły i niespokojny. Burke drzemał w fotelu, okryty kocem, z książką w dłoni. Ocknął się, kiedy znalazła się w odległości kilku stóp.

– Myślałem, że zjawisz się wcześniej – powiedział cichym, zachrypniętym głosem.

Nie odpowiedziała. W jej dłoni znajdowała się różdżka, a laski starca nie było nigdzie na widoku.

Hermiona od razu zrozumiała, że pozwalał jej na to. Pogodził się z tym, co zamierzała zrobić.

– Przykro mi – powiedziała cicho.

– Daruj sobie przeprosiny i miejmy to już za sobą.

Lekko uniosła różdżkę. Starzec drgnął.

– Nikomu bym nie powiedział, bo nikt by nie pytał – wyrzucił z siebie szybko, jakby nagle zmienił zdanie.

Tylko potrząsnęła głową.

Kiedy sekundę później w jego stronę popędziło zielone światło, na twarzy mężczyzny pojawił się wyraz absolutnego zaskoczenia. Nie tego się spodziewał. Miał tylko zapomnieć o wszystkim, a teraz…

Był martwy.