Ten rozdział, mam nadzieję, będzie Was dalej trzymał w napięciu.
Rozdział dziewiąty: Dary na zmianę pory roku
– Ponieważ – powiedziała Milicenta, patrząc na niego dziwnie – wszyscy zdążyliśmy się zorientować, jak reagujesz, ilekroć ktoś wspomina przy tobie o twojej mocy. Widzieliśmy twoje reakcje, ilekroć ktoś mówił, że woli ciebie od twojego brata, czy też wtedy, kiedy naprawdę nie chciałeś wygrać tego wyścigu, jaki między wami ustawiliśmy w zeszłym roku…
– Och, Milicento, nie bądź już taka niesprawiedliwa – powiedziała Pansy, która leżała wyciągnięta na dywanie przed kominkiem w pokoju wspólnym Slytherinu. Otworzyła oczy i uśmiechnęła się do Harry'ego zza swoich blond włosów, które zakrywały jej twarz. – Harry wygrał ten wyścig dlatego, że sam tego chciał, prawda Harry?
– Taką przynajmniej mam nadzieję – powiedział Harry, patrząc to na jedną dziewczynę, to na drugą. – Ale… – zawahał się, niepewny, jak wyrazić swoje myśli.
Milicenta wzruszyła ramionami.
– Czy ci się to podoba, czy nie, jesteś tu już znany z tego, że nie lubisz w pełni korzystać ze swojego potencjału, Harry. Gdybyśmy spróbowali z tobą o tym rozmawiać, albo spróbowali w ogóle naprowadzić cię na ten temat, to dostalibyśmy kolejne kazanie o tym, że twój brat jest od ciebie silniejszy i że powinniśmy się już wszyscy zamknąć i takie tam. – Zaśmiała się, a Harry zauważył jak szczerze ją to wszystko bawiło. Bez względu na to, co przed chwilą powiedziała, w jej śmiechu nie było śladu kpiny. – Skąd mieliśmy wiedzieć, że tym razem będziesz chciał nas słuchać po prostu dlatego, że wreszcie sam wyczułeś swoją magię? Postanowiliśmy po prostu być praktyczni – zajęliśmy się swoimi sprawami i czekaliśmy aż nas dogonisz.
– Ale wasze "sprawy" niekoniecznie muszą orbitować wokół mojej osoby – zauważył Harry, opierając się na kanapie. Wciąż był zmęczony, chociaż wyszedł ze szpitala rankiem w sobotę, a był wieczór w niedzielę. Teraz przynajmniej wiedział, czemu Ślizgoni nie powiedzieli mu o mocy, którą wyczuł Ron i był to powód, w który był skłonny uwierzyć. – Nie macie żadnego powodu, żeby wybrać mnie na swojego przywódcę, czy cokolwiek wam tam się uroiło w głowach.
Milicenta wzruszyła ramionami.
– Twoja magia – powiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Harry pokręcił głową.
– Voldemort i Dumbledore mają więcej, niż tylko surową moc, dobrze o tym wiecie. Jeśli chcecie opieki przed którymś z nich, to będziecie bezpieczniejsi u drugiego. – Miał dziwne uczucie, że właśnie namawia ludzi ze swojego domu do przyłączenia się do Mrocznego Pana, ale polityka wśród czystokrwistych czasem tak już działała, w ten sam sposób Lucjusz był dumny, że jego syn pokonał go w tańcu w zeszłym roku.
– Oczywiście, zdajemy sobie z tego sprawę – powiedziała Milicenta. – Ale wiemy też, że obaj wyznają pewne wartości, które zniszczą wszystko to, czym jesteśmy teraz.
Harry spojrzał na nią z powątpiewaniem.
– Wydawało mi się, że Voldemort stara się walczyć o ideały czystokrwistych.
– Ideały czystokrwistych w żadnym momencie nie mówią o zabijaniu mugoli – powiedziała Pansy. – Jeśli już, to mówią, że powinniśmy się trzymać od nich z daleka. Ale… Harry, słuchaj. Moja matka była śmierciożerczynią. Na pewno sam dobrze o tym wiedziałeś. – Usiadła i przyjrzała mu się. – A mimo to jej pomagasz.
Harry odwrócił wzrok.
– I wydaje ci się, że sam nie zastanawiałem się, co ja właściwie wyprawiam? – wymamrotał. Jak mógł warzyć wywar tojadowy dla kobiety, która machnięciem różdżki sprawiała, że krew w jej przeciwnikach wrzała, póki ci nie ugotowali się od środka? Nie wiedział, więc patrzył tylko na swoje ręce w czasie robienia eliksiru, pilnując się, by nie spojrzeć na lustro, które Snape trzymał w swojej pracowni w celu warzenia bliżej nieokreślonych eliksirów.
– Ale i tak pomagasz – powiedziała Pansy. – I to się liczy. Do tego nie zażądałeś od mojej matki, żeby coś poświęciła w zamian.
– To nie tak, że robię to za darmo – powiedział Harry, patrząc na nią gniewnie.
– Wiem – powiedziała Pansy cierpliwie. – Ale nie musiała niczego dla ciebie poświęcać. To, co zaproponowałeś, było równą wymianą. Na tym polega różnica, Harry. Dumbledore nas poświęci, albo będzie chciał, jeśli przejdziemy na jego stronę. Ma do tego tendencję. – Jej oczy błysnęły zawistnie. – A Mroczny Pan prosi o więcej jak poświęcenia. Jak już z tobą skończy, to nie zostanie z ciebie nic, co można dać.
– No to jak dla mnie Dumbledore brzmi jak ktoś, do kogo powinniście się zwrócić – zauważył Harry.
Pansy spojrzała na niego z niechęcią.
– Nie – burknęła.
Harry pokręcił głową.
– Nie mogę wam pomóc – powiedział. – Przynajmniej niespecjalnie. Mam trzynaście lat. Nie jestem tak silny jak Dumbledore. Mam zamiar podążać za moim bratem i chronić go w ramach możliwości. Moja magia teraz tylko wszystkich przeraża, a nie uspokaja.
– A wiesz, czemu? – zapytała Milicenta, skubiąc dłonią koc, który ktoś zostawił przewieszony przez jej krzesło.
Harry pokręcił głową.
– Bo się pojawiła – powiedziała Milicenta. – A przynajmniej tak się wszystkim wydaje. Potężni czarodzieje nie wychodzą nagle ze schowka na miotły, no wiesz – oh, sorka, tu jestem, tak się na chwilę zgubiłem na drodze życia.
Harry zmarszczył brwi. Znowu z niego kpiła.
– No i?
– No i teraz się miotają jak pegaz, któremu giez w dupę wlazł – powiedziała wprost Milicenta – i próbują ustalić, co zrobić. Prędzej czy później się uspokoją i wtedy zaczną padać pytania. A jednym z tych pytań będzie, jakim cudem nie wyczuli cię wcześniej, czemu nagle twoja moc wybuchła w pełni wszystkim w twarz, zamiast narastać powoli przez lata. Gdyby powoli narastała, to wszyscy wiedzieliby, że jesteś potężny i nikt by nie panikował. Wiedzieliby, że prędzej czy później będą musieli coś postanowić w twojej kwestii i zajęliby się własnymi sprawami. Ale to… – Pokręciła głową. – Harry, takie rzeczy się nie zdarzają tak po prostu. Nie minie dużo czasu, aż ludzie nie zaczną szeptać o nienaturalnej mocy i nie zaczną się zastanawiać, czy to nie efekt poboczny twojego opętania z zeszłego roku, będą teoretyzować do zdechu, zobaczysz.
Harry zamknął oczy i potarł czoło ręką. Wygląda na to, że to jest kolejny problem, za który mogę podziękować Dumbledore'owi.
– Ron zasugerował, żebym wywiesił jakieś ogłoszenie światu czarodziejów, dał wszystkim znać, że nie planuję niczego złego, albo przynajmniej nakreślił, co planuję – powiedział. – Czy to zadziała?
– No tak, oczywiście, że Gryfon by coś takiego zasugerował – prychnęła Pansy. – Nie, Harry, nie zadziała. Przede wszystkim, wszyscy uznają, że jesteś słaby, że jesteś pod butem ministerstwa. Po drugie, skąd niby miałbyś wiedzieć, co będziesz robił przez resztę swojego życia? Albo z kim zawiążesz sojusze? Powiedz im, żeby poszli porozmawiać z twoimi rodzicami i zajmij się swoimi sprawami. No i warzeniem wywaru tojadowego dla mojej matki – dodała.
– Ale wydawało mi się, że powinienem coś zrobić – powiedział Harry. – Inaczej ministerstwo spróbuje mnie zabrać z mojej rodziny, albo…
– Och, narobią wokół tego szumu, to bez wątpienia – powiedziała Milicenta, machając ręką. – Ale nie zrobią ci niczego, chyba, że odkryją, że twoi rodzice cię maltretowali, czy coś. – Spojrzała na niego bystro. – Ale w gruncie rzeczy będą woleli zostawić cię tam, gdzie jesteś. Nie chcą przecież rozbić rodziny Chłopca, Który Przeżył.
Harry kiwnął głową. Widział ostatnie nagłówki Proroka, czepiały się wszystkiego, co robił Connor, jakby każda jego najmniejsza czynność miała zaważyć na tym, czy uratuje świat, czy niebawem padnie trupem. Zaledwie poprzedniego dnia artykuł na pierwszej stronie prawił o tym, że Connor pokłócił się z Ronem.
– Czyli wystarczy, że ukryję…
Przerwał sobie raptownie. Czasami zapominał, w czystej przyjacielskiej atmosferze panującej między Ślizgonami, że tylko Draco i Snape wiedzieli o tym, co się działo u niego w domu.
– Ukryjesz co? – zapytała Milicenta. – Swoją magię? Chyba teraz już ci się to nie uda.
Harry pokręcił głową i odwrócił wzrok od jej zbyt bystrych oczu.
– Nic, nieważne.
– Tak długo jak to "nic" nie będzie ci przeszkadzało w twoich innych obowiązkach – powiedziała Pansy, po czym wstała i przeciągnęła się, ziewając. – Idę spać.
Harry kiwnął do niej i odprowadził ją wzrokiem aż nie zniknęła na schodach prowadzących do sypialni dziewczyn z trzeciego roku. Jak się odwrócił, zobaczył, że Milicenta wciąż go obserwuje.
– Draco nie jest jedynym Ślizgonem, który potrafi obserwować, wiesz? – powiedziała. – A ja nie potrzebuję dziwnych książek od mojej matki, żebym zauważała inne sprawy. A ja zauważam wiele rzeczy, Harry. To, jak tłamsiłeś w sobie emocje w zeszłym roku. Jaki jesteś niemal niewolniczo uzależniony od swojego brata. Jak momentalnie przeskoczyłeś do myślenia o konsekwencjach swojej mocy, zamiast po prostu cieszyć się, że ją masz. Jak pojechałeś na wakacje do Malfoyów i twoi rodzice nie mieli nic przeciwko.
– Wiem, że jesteś spostrzegawcza, Milicento – powiedział Harry, ziewając. – Ale to nie znaczy, że ci cokolwiek powiem.
– To co powiesz na układ? – zapytała Milicenta. – Informacja od ciebie w zamian za zaklęcie, dzięki któremu nigdy więcej nie wpadniesz w sidła Dumbledore'a, jak to było ostatnio.
Harry przyjrzał jej się ostrożnie.
– A ty skąd znasz takie zaklęcie?
Milicenta wzruszyła ramionami.
– Moja matka pracuje z goblinami w Gringotcie. Zna większość zaklęć, których używają do ustalenia, które monety są prawdziwe, a które nie. – Uśmiechnęła się nagle. – Nawet sobie nie wyobrażasz, jak wielu czarodziejom i czarownicom wydaje się, że wymyślili nowy, genialny pomysł na podrabianie galeonów.
Harry zamknął oczy. Takie zaklęcie pewnie pomogłoby mu przejrzeć iluzję, za którą wtedy ukrył się Dumbledore.
Wymyślił własny sposób ochrony przed Dumbledore'em, ale na pewno nie zadziała on na każdą okoliczność i na pewno nie sprawdzi się w chwili, w której Dumbledore nałoży na kogoś urok i wyśle go do Harry'ego.
– No dobra – otworzył oczy. – Myślę o konsekwencjach własnej mocy, bo tak zostałem wychowany, uczyłem się historii i magii od najmłodszych lat. Czytałem o Pierwszej Wojnie i widziałem, co się dzieje z czarodziejami, którzy są nieostrożni i miotają swoją mocą na prawo i lewo bez namysłu. A odkąd zacząłem uczęszczać do Hogwartu, miałem za przykład Dumbledore'a względem tego, jak nie powinno się używać własnej mocy.
Zastanawiał się, czy Milicenta nie zażąda więcej, ale ona tylko kiwnęła głową i wyciągnęła różdżką.
– Zaklęcie to Aspectus Lyncis – powiedziała. – Zaklęcie rysiowego wzroku.
Pokazała mu jak należy machnąć różdżką i ostrożnie zaintonowała zaklęcie, naciskając na drugą sylabę pierwszego słowa i pierwszą drugiego. Harry kiwnął głową, po czym sam spróbował, specjalnie do tego używając różdżki. Wciąż starał się przyzwyczaić do niej swoją magię, zamiast pozwalać jej latać wszędzie wokół.
Zamrugał, kiedy kilka osłon zamigotało, po czym pojawiło się wokół pokoju wspólnego Slytherinu. Wszystkie miały w sobie ślad mocy Dumbledore'a. Harry zmarszczył brwi, ale uznał, że będzie musiał się im przyjrzeć później, bo niespodziewanie jego szczęki rozdarło nieprzyjemnie wielkie ziewnięcie, które niemal posłało go z powrotem na kanapę.
– Spokojnej nocy, Harry – powiedziała Milicenta, wstając i uśmiechając się do niego. – Do zobaczenia jutro. I pamiętaj – nie wszyscy chcą za tobą podążać, albo są tobą zainteresowani tylko przez wzgląd na twoją moc.
Harry tylko na nią zamrugał, kiedy odwróciła się w stronę dormitorium dziewcząt, po czym sam też udał się do pokoju. Vince, Blaise i Greg już dawno spali. Draco wciąż leżał na plecach i czytał. Światło Lumos przeświecało przez jego zasłony. Nie odpowiedział, kiedy Harry cicho go zawołał.
Harry pokręcił głową i zaczął się przebierać. Jak chce mnie ignorować, to nie ma sprawy. Ja też mogę go zignorować.
Ale kiedy chował się pod kołdrę, ukryty za zasłonami, to musiał przyznać, że to naprawdę bolało.
Harry wziął głęboki wdech i dodał ostatnią kroplę krwi sfinksa. Eliksir zawrzał na moment, jakby chciał wyjść z kociołka i go ukąsić, po czym opadł z powrotem i zaczął dymić. Harry zrobił krok w tył i spojrzał na Snape'a.
Snape kiwnął głową. Harry odetchnął z ulgą. Jeden wywar tojadowy, zrobiony jak należy.
– Zabiorę do to Pansy – powiedział cicho Harry, sięgając po fiolki i maczając je w kociołku. – Na pewno będzie chciała je od razu wysłać swojej matce…
Snape pokręcił głową.
– Czerwona Śmierć czeka na ciebie na skraju Zakazanego Lasu – powiedział spokojnie, odwracając się do kociołka, w którym warzył porcję Remusa. – Wysłała mi dzisiaj sowę, żeby mnie o tym powiadomić.
Harry zagapił się na niego przez moment, po czym zamrugał.
– Czemu powiedziała o tym akurat panu?
Snape odpowiedział, nie podnosząc wzroku.
– Wygląda na to, że chce się ze mną pogodzić, w końcu to ja cię pilnuję, żebyś zrobił wywar jak należy. – W jego głosie był ślad uśmiechu. Harry wiedział, że to musiał być niemiły uśmiech. – Tak łatwo byłoby mi się zemścić za jakieś stare zadry umieszczając maleńką truciznę w złym miejscu. A to jest skomplikowany eliksir, bardzo łatwo się przy nim pomylić.
Harry kiwnął głową, czując się nieswojo.
– A skąd wiedziała, że akurat dzisiaj skończę eliksir?
– Najwyraźniej ma tutaj ludzi, którzy cię obserwują – powiedział Snape bez zainteresowania, dodając kolejną szczyptę włosów demimoza do swojego eliksiru i mieszając od razu. – Kto by pomyślał, prawda?
Harry zaklął pod nosem i dalej napełniał i zamykał korkami fiolki. Pomyślał tęsknie o Pelerynie Niewidce Connora, ale pokręcił głową. Connor właśnie z niej korzystał, wymykając się na spotkania z Syriuszem we Wrzeszczącej Chacie. Ponadto miał wrażenie, że jego brat nie chciałby mu pożyczyć pelerynę na spotkania z byłą śmierciożerczynią, wyspecjalizowaną w zaklęciach krwi.
– Harry.
Harry spojrzał w górę i z zaskoczeniem zobaczył, że Snape go obserwuje. Miał lekki uśmiech na ustach. To mógł być efekt czegokolwiek.
– Dobra robota – powiedział Snape.
Dłuższą chwilę zajęło Harry'emu zorientowanie się, czemu to brzmiało tak znajomo. Snape powiedział mu to samo pod koniec pierwszego roku, kiedy zmusił go do powiedzenia całej historii o walce z Voldemortem pod Veritaserum.
Harry pokręcił głową, nie będąc w stanie pozbyć się goryczy wciąż związanej z tym wspomnieniem, po czym wyszedł z pokoju, trzymając blisko przy sobie zakorkowane fiolki.
Na szczęście nikt go nie widział, kiedy wyszedł szybko schodami z lochów, po czym przemknął się przez salę wejściową, chociaż musiał zatrzymać się na moment, żeby przepuścić Percy'ego Weasleya.
– Ale jak mógłbym zrobić coś, co skrzywdzi moją rodzinę? – wymamrotał chłopak, mijając pośpiesznie kryjówkę Harry'ego.
Harry zawahał się, ale ostatecznie uznał, że nie powinien się w to mieszać. Przecież nie chciałby, żeby Percy mieszał się w jego prywatne przemyślenia na temat Connora.
Wychodząc ze szkoły rzucił na siebie zaklęcie kameleona. To był przyjemny wieczór, wiatr był czasem porywisty, ale nie zimny, a liście na drzewach rosnących na brzegu Zakazanego Lasu powoli zaczynały zmieniać kolory. Harry obejrzał się na chwilę, jak mijał Bijącą Wierzbę, która kryła przejście do Wrzeszczącej Chaty i żałował, że nie może być tam, ze swoim bratem i go trenować.
Syriusz już się tym zajmuje i robi to naprawdę dobrze, upomniał się, mijając chatkę Hagrida i kierując się między drzewa. Przez ciebie zrobiłaby się tylko nieprzyjemna atmosfera, przez ten twój głupi dyskomfort z magią przymuszającą.
To była kolejna sprawa, w kwestii której musiał się wreszcie zacząć trenować, przemknęło Harry'emu po głowie, kiedy dotarł do brzegu lasu i zaczął się rozglądać uważnie za panią Parkinson. Connor był jego bratem. Nie mogło być między nimi poróżnień, ani prawdziwych, ani pozornych. Harry już musiał przez to przejść i naprawdę nie chciał tego powtórzyć, ale nie będzie innego wyjścia, jeśli Harry nie zacznie się czuć swobodnie w pobliżu magii przymuszającej. A nie musiał. Dumbledore użył jej szkodliwie, ale Dumbledore nie był jego bratem. Harry był pewien, że Connor znacznie lepiej wykorzysta swój dar.
Zauważył mgnienie czarnego płaszcza obok drzewa, którego liście mieniły się jak ogień. Harry zatrzymał się i patrzył. Kiedy płaszcz poruszył się ponownie, zauważył przez chwilę jasne włosy i był już pewien, że to Hawthorn Parkinson.
Rozwiał zaklęcie i usłyszał jak kobieta wydaje z siebie cichy pisk, zanim stłamsiła swoje zaskoczenie. Podeszła do niego i bez słowa wyciągnęła rękę, a Harry podał jej fiolki wywaru tojadowego.
Hawthorn przyjrzała się mu, jej orzechowe oczy były bystre i szybkie. Wyglądała znacznie lepiej, niż kiedy ostatnim razem się widzieli, ale Harry podejrzewał, że to pewnie dlatego, że byli znacznie dalej od pełni niż wtedy. Wciąż wyglądała na zmęczoną, ale była w niej pewna determinacja, ogień, który Harry widział w Pansy, ilekroć ta się o coś kłóciła.
– Dziękuję – powiedziała wreszcie Hawthorn, po czym potrząsnęła głową. – Żałuję, że nie wiem, co innego mogłabym tu powiedzieć. Podziękowania wydają się niewystarczające w porównaniu do tego, co dla mnie zrobiłeś. Transformacja nie była aż tak bolesna jak szaleństwo, które przyszło po niej, w którym przepadł każdy ślad tego, kim jestem. Z chęcią zapłacę, byle tylko nie musieć więcej przez to przechodzić.
– Wymagam od pani wyłącznie tego, co wcześniej ustaliliśmy – powiedział stanowczo Harry. – Chcę tylko, żeby pani trzymała się z daleka od Fenrira Greybacka i jego prób wskrzeszenia Mrocznego Pana, czy czegokolwiek, co on teraz próbuje zrobić.
Hawthorn kiwnęła głową.
– Tylko tyle ode mnie wymagasz, ale wciąż czuję się dłużna – powiedziała. – Czy słyszałeś może o Dziecięciu Gwiazd?
Harry zamrugał.
– Milicenta o nim wspomniała. Mówiła, że prosił was, żebyście na mnie uważali.
Hawthorn uśmiechnęła się. To był na tyle dziwny uśmiech, że zastanowił Harry'ego.
– W rzeczy samej – mruknęła. – Miał okazję obserwować cię z bliska i spodobało mu się to, co zobaczył. – Sięgnęła pod swój płaszcz i Harry się spiął, a jego magia podniosła się wokół niego w gotowości, ale zamiast różdżki, wyciągnęła książkę, którą wyciągnęła w stronę Harry'ego. Harry ją przyjął i przechylił ją, by się jej przyjrzeć w świetle księżyca.
Aż mu dech zaparło. Tytuł zajaśniał na okładce, Więzy Magii, książka, którą ponoć napisał sam Merlin. Spojrzał na Hawthorn z podziwem.
– Myślałem, że ją zniszczono.
Hawthorn wzruszyła ramionami.
– Cóż, nie ma szans, żeby to był oryginał; to kopia kopii, mogą w niej być pewne błędy. Ale, błędy czy nie, można w niej znaleźć wiele na temat tego, co większość współczesnych czarodziejów wie o magii przymuszającej, sieciach i innych formach pętania magii.
Harry zmarszczył brwi na wspomnienie o sieciach, a Hawthorn mrugnęła do niego.
– Jak mówiłam – powiedziała cicho – Dziecię Gwiazd miał okazję obserwować cię z bardzo bliska. – Przechyliła głowę na bok i przyłożyła palec do ust. – I nie jest przyjacielem Dumbledore'a – dodała cicho.
Harry westchnął głęboko i spojrzał znowu na książkę w swoich rękach. Wiedział, że Hawthorn musi mieć jakieś własne powody, by mu ją dać, to był bezcenny dar, w którym były opisane różne rodzaje antycznych więzi magicznych, jakie mogły się pojawić między parą czarodziejów, takich jak dług życia czy miłości i zawierał podstawy współczesnych rodzajów magii. Mógł zawierać w sobie informacje, których potrzebował, by samodzielnie uwolnić się do końca spod sieci feniksa; w gruncie rzeczy, jeśli jakakolwiek książka mogła mu w tym pomóc, to byłaby to właśnie ta.
– Dziękuję – szepnął. – Wiem, że nie zrobiła tego pani tylko po to, żeby spłacić swój dług, ale dziękuję.
Hawthorn uśmiechnęła się do niego blado.
– Masz rację – powiedziała. – Pansy do mnie pisała, Dziecię Gwiazd do mnie pisał, a w moim domu znajduje się kryształowy feniks, który śpiewa, ilekroć na świecie pojawi się potężna siła. Śpiewał nieustannie od ostatniej wiosny. Prawdziwą ulgą było cię wreszcie spotkać. – Pochyliła lekko głowę. – Ale w tym samym czasie, może się okazać, że nie jesteś takim przywódcą, jakiego potrzebujemy. Surowa siła o niczym nie świadczy.
– A co z niechęcią do dowodzenia ludźmi?
Hawthorn uśmiechnęła się szerzej.
– Czyli w tym względzie też miał rację – powiedziała. – Dziecię Gwiazd mi o tym pisał. Ja też myślę, że jesteś takim typem czarodzieja, który nie potrafiłby pojąć pokusy zniewalania innych.
– Proszę to powiedzieć ministerstwu – mruknął Harry, chowając Więzy Magii do kieszeni swoich szat.
Hawthorn uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
– Jeśli dalej będziesz robił to, co robisz z miłości i poczucia obowiązku – powiedziała – tak, jak wierzę, że będziesz, to nie pozostawisz im innego wyboru, będą musieli przyjąć to do wiadomości.
Odwróciła się i weszła głębiej do Zakazanego Lasu, zanim Harry zdążył ją zapytać o cokolwiek więcej. Westchnął, marszcząc brwi na nic, po czym sam się odwrócił i ruszył do zamku.
Książka powędrowała z nim, jadąc w jego kieszeni. Nie był w stanie przestać o niej myśleć.
Myli się. Ta książka nie spłaca jej długu. Po prostu sprawia, że to ja jestem jej teraz dłużny.
– Muszę wiedzieć – powiedziała Milicenta, kiedy usiedli do śniadania pierwszego dnia jesieni. Harry podskoczył; bardziej myślał o tym, co przeczytał poprzedniego wieczoru w Więzach Magii, niż o otaczających go ludziach. Zerknął na nią i zobaczył, że robi wymowny gest w stronę stołu prezydialnego. – Co zrobiłeś Dumbledore'owi, że teraz nawet nie ma odwagi na ciebie spojrzeć?
Harry uśmiechnął się i zerknął w stronę Dumbledore'a. Dyrektor był intensywnie wpatrzony w swój posiłek.
– Wariacja zaklęcia odbijającego – powiedział wesoło Harry. – Jak na mnie patrzy i myśli o tym, żeby rzucić na mnie jakieś zaklęcie, to zaklęcie zaczyna działać na niego. Czyli, gdyby na przykład chciał rzucić na mnie zaklęcie paraliżujące, zacząłby czuć jak mu drętwieją nogi. – Dumny z siebie wgryzł się w pasztecika z dyni.
Spojrzał w górę, kiedy zorientował się, że Milicenta i Pansy spojrzały po sobie.
– No co? – zapytał.
– To nie powinno być możliwe – powiedziała Pansy wprost. – Tarcze, które odbijają zaklęcia, które już zostały rzucone, tak. Ale nie takie, o których tylko się myśli.
– No to przecież mówię, że tu nie chodzi tylko o myślenie – powiedział Harry, nie przejmując się tym, że dziewczyny patrzą na niego z obrzydzeniem, bo jeszcze nie przełknął przeżutego jedzenia. To była część jego sprytnej kampanii, której celem było wyjaśnienie wszystkim, że nie nadaje się na przywódcę. On też potrafił być subtelnie ślizgoński, jeśli chciał. A może był po prostu głodny. Ciekawe, czy okłamywanie samego siebie liczy się jako bycie ślizgońskim. – To działa tylko wtedy, kiedy na mnie patrzy i o nich myśli. Część, w której na mnie patrzy, jest istotna.
– To wciąż nieprawdopodobne – powiedziała Milicenta. – Niewielu uczniów potrafi tak po prostu wymyślić nowe zaklęcie, wiesz?
– To tylko wariacja zaklęcia odbijającego – zaperzył się Harry. – Nie wymyśliłem go przecież.
Może mówienie z pełnymi ustami to nie było dość, żeby ich zniechęcić. Zastanawiał się, czy rozmawianie z własnej woli z innymi Gryfonami, niż tylko z Neville'em i swoim bratem, sprawdziłoby się lepiej.
– Tak, ale…
Nagły szelest skrzydeł ogłosił przybycie sowy, której Harry wypatrywał – chociaż sam się zaczął zastanawiać, czy Lucjusz czasem nie postanowił się poddać. Nie, pomyślał, patrząc jak puchacz wirginijski, Juliusz, okrążył salę raz, po czym opadł na stół Slytherinu.
Harry wyciągnął rękę, zaciekawiony, by odebrać przyniesione przez Juliusza zawiniątko. Lucjusz mógł wybrać tylko dwa podarunki tej równonocy jesiennej, ponieważ to był ostatni dar, jaki mógł mu przysłać w wybranym przez siebie cyklu rocznym. Następny, dar na przesilenie zimowe, będzie znaczył rok, odkąd zaczął tańczyć z Harrym taniec sojuszu. Ten dar był punktem, w którym trzeba było wybrać jedną z dwóch ścieżek: kontynuację prawdziwego sojuszu, albo wycofanie z gracją, z czego oba zajmą jeszcze rok. Harry był niemal pewien, że Lucjusz zacznie się wycofywać, ale nawet wtedy jego dar będzie zarówno piękny jak i użyteczny.
Oddech mu zamarł, kiedy z pakunku wyleciało niewielkie lusterko. Podniósł je drżącą dłonią i przechylił je w przód i w tył. Tak jak się spodziewał, nie zobaczył w nim swojej twarzy, ale widok z punktu widzenia innego lustra umieszczonego w rezydencji Malfoyów, które się zaginało i zniekształcało, kiedy przechylał własne. Jak się skupił, był w stanie przepchnąć swój wzrok i uwagę poprzez to lusterko i stworzyć sobie wizję dowolnego miejsca w rezydencji w danym czasie.
Lucjusz podarował Harry'emu wgląd do swojego domu, prywatnego schronienia jego rodziny. Co więcej, mógł tam zaglądać w dowolnej chwili i zobaczyć, czy Lucjusz czegoś nie knuje przeciw niemu.
Lucjusz miał zamiar kontynuować taniec sojuszu.
Harry wziął wreszcie oddech, ale podniesienie dołączonej notatki kosztowało go wiele wysiłku.
Panie Potter,
W świetle szacunku, jaki do pana żywię, tego pierwszego dnia jesieni mam nadzieję, że dzielące nas bariery opadną niczym liście z drzew.
Lucjusz Malfoy
Harry odłożył lusterko ostrożnie na stół. Przełknął ślinę. Wiedział, jaka byłaby właściwa odpowiedź na ten dar: lusterko, które pozwoli Lucjuszowi na wgląd do jego własnego domu.
Do Doliny Godryka.
Jeśli postanowi kontynuować ten taniec. Harry będzie musiał poważnie to przemyśleć. Jego relacje z Narcyzą i Draconem – nawet z Draconem tak odległym i dziwnym jakim był teraz – znacznie się różniły od relacji jego rodziców i Connora z Lucjuszem.
– To naprawdę cenny dar – powiedziała Pansy, wzdychając z podziwem.
– Wiem – uciął ją Harry, po czym schował lusterko do kieszeni. Patrzył jak Juliusz wzbija się w powietrze i wylatuje przez okno.
Spojrzał znowu na stół, ale Draco znowu siedział z nosem w jednej z książek, jakie przysłała mu matka, tej z herbem Guile'ów na okładce, kompletnie ignorując Harry'ego. Harry stłamsił nagłą iskrę irytacji. Nie masz prawa się na niego gniewać. Nie traktowałeś go najlepiej, jak jeszcze zwracał na ciebie uwagę.
Wstał, gotów ruszyć na swoją pierwszą lekcję tego dnia, Historię Magii. Miał nadzieję nadrobić trochę snu, kiedy Binns będzie smętnie kręcił się po meandrach historii, którą Harry już znał od dawna. Poprzedniej nocy znowu śnił o dwóch postaciach – jednej wrzeszczącej w zamkniętym pomieszczeniu i drugiej wijącej się na łóżku i pojękującej – po raz pierwszy od bardzo dawna. Jak się po nim obudził, to tylko leżał w ciemnościach, spięty, czekając aż zaatakuje go Tom Riddle, nim w końcu do niego nie dotarło, że jednak nic się nie stanie i zdołał znowu zasnąć. Ale wtedy już niemal świtało i rankiem Blaise musiał mu zagrozić, że wyleje mu wiadro zimnej wody na głowę, żeby go wyciągnąć na czas z łóżka.
Już miał wyjść z sali, kiedy usłyszał wrzask i dobiegł go dźwięk rozbitego szkła. Obrócił się szybko z szeroko otwartymi oczami i zobaczył Snape'a, opartego o stół Hufflepuffu, trzymającego w ręku różdżkę.
Za gardło trzymał go Syriusz, uniemożliwiając sobie tym samym wyciągnięcie różdżki i rzucenie zaklęcia.
Warczał, krzycząc coś, czego Harry nie był w stanie zrozumieć, tak zadławione te słowa były od furii i śliny.
– Do reszty zgłupiałeś, Black? – wycedził Snape głosem zaskakująco czystym mimo uścisku na swoim gardle. – Nic takiego nie miało miejsca!
– Właśnie, że miało – powiedział Syriusz, tym razem znacznie wyraźniej. – I teraz tego pożałujesz.
Nagle się przemienił i teraz był ogromnym, czarnym psem, który był o krok od przegryzienia Snape'owi krtani. Nastała dłuższa chwila napiętej ciszy, w trakcie której Harry był pewien, że Syriusz zaciśnie szczęki. Że rozerwie Snape'owi gardło.
Zaczął przywoływać swoją magię, ale Snape musiał rzucić jakieś niewerbalne zaklęcie, bo nagle Łapa poleciał do tyłu i wylądował na ścianie za stołem Gryffindoru, po czym osunął się po niej. Connor poderwał się na nogi, z twarzą czerwoną ze wściekłości i wycelował różdżką w Snape'a.
– Dość.
Harry poczuł falę przymuszenia, która zaatakowała Wielką Salę, podobną do tej, którą Dumbledore przywołał w zeszłym roku, żeby uspokoić wszystkich po tym jak Harry przyznał się do bycia wężoustym. Czuł, jak próbuje mu się wryć w mózg i zamknął oczy. Tym razem nie miał Sylarany, która mogłaby się go stąd pozbyć, ale wiedział, czyja to sprawka, czego nie wiedział w zeszłym roku, do tego miał też tarcze oklumencyjne i szczerą nienawiść do dyrektora, która pozwoliła mu się oprzeć zaklęciu.
Jeszcze nie miałbym z tobą szans na polu walki, pomyślał. Connor może wciąż potrzebować twojej opieki i jest jeszcze za wcześnie na to, żebyś odpowiedział za to, że naraziłeś go na niebezpieczeństwo. Ale ten czas prędzej czy później nastanie.
Chwilę później odrzucił od siebie przymuszenie i otworzył oczy, by zobaczyć jak Snape wygląda na równie zniesmaczonego. Ale wszyscy pozostali byli spokojni…
Póki Syriusz, który zmienił się z powrotem w człowieka, nie zaczął płakać.
Harry gapił się na swojego ojca chrzestnego. Wyglądał jak roztrzęsiona, popękana skorupa człowieka, jakby to on, a nie Peter, trafił do Azkabanu na dwanaście lat. Zakrył przed wszystkimi swoją twarz i jęczał, jakby mu serce pękało. Connor, wyraźnie zszokowany, ruszył w jego kierunku.
– Severusie, Syriuszu – powiedział Dumbledore nieubłagalnym tonem – proszę w tej chwili iść ze mną do mojego gabinetu. – Kiwnął w stronę stołów Hufflepuffu i Ravenclawu. – Przykro mi, że pozbawiam was waszego nauczyciela eliksirów, ale obiecuję, że to tylko na ten jeden poranek. – Następnie wyszedł z Sali.
Snape podążył za nim w chwilę później. Syriusz pozbierał się z ziemi i pokuśtykał, pochlipując, za nimi.
Harry zamarł kompletne. Chciał iść za nimi, dowiedzieć się, co się tu do cholery stało, ale Milicenta pociągnęła go delikatnie za rękaw.
– No chodź – szepnęła. – Profesor Snape sam ci później powie.
Harry musiał przyznać, że to pewnie była prawda, ale nie sądził, żeby nastała jeszcze kiedyś okazja, kiedy będzie się czuł bezpiecznie w towarzystwie Dumbledore'a w zamkniętym pomieszczeniu.
Harry zamknął oczy i skupił się na oddychaniu i uspokajaniu swojej złości, która przyszła z najbardziej nieoczekiwanego źródła.
Jestem na niego wściekły. Jestem wściekły na Syriusza, że ten zaatakował Snape'a.
Nie powinno być na odwrót?
Zaczął się ponuro zastanawiać, co oznaczała ta nowa rewelacja na jego temat.
