Disclaimer: I don't own Harry Potter.
Autor oryginału: Vekin87
Link do oryginału: s/5785145/1/Albus-Potter-and-the-Rise-of-the-Dark-Alliance
Zgoda na tłumaczenie: jest
Przed Wami najdłuższy (póki co) rozdział – zajął mi ponad 30 stron w Wordzie. Sprawy zaczynają się powoli komplikować. To też jeden z moich ulubionych rozdziałów czwartego tomu : )
Serdecznie zapraszam : D
Rozdział 10
Warren Waddlesworth
Im bliżej było do wycieczki do Hogsmeade, tym więcej czasu Albus poświęcał na słuchanie o tajemniczym ostrzeżeniu od "przyjaciela". W żaden sposób go nie zlekceważył ale też nie rozmyślał nad nim jakoś szczególnie. Większym zainteresowaniem notatka cieszyła się wśród jego przyjaciół.
- Daj spokój, to ewidentnie był Eckley - powiedział Morrison, przyciskając oko do swojego teleskopu. Była wtorkowa noc i akurat mieli Astronomię, kolejną lekcję, która wydawała się niezmiernie dłużyć, nawet jeśli w rzeczywistości była całkiem krótka. - Chce zrobić po swojemu i dlatego wysłał ci ten głupi list, że niby jesteś w niebezpieczeństwie... Właśnie tak, bo jesteś blisko wyrwania dziewczyny, która mu się podoba...
- No nie wiem - powiedział Albus, skupiając się intensywniej na czerwonej planecie i zaznaczając ją na swoim wykresie. - Po co miałby używać tak specyficznego ptaka i wysłać mi tą wiadomość o tak dziwnej porze?
Morrison westchnął ciężko.
- Nigdy wcześniej nie próbowałeś nikogo zastraszyć, Al? Dramatyczny efekt! Zwykła sowa nie zrobiłaby na nikim wrażenia ale kruk...
- Wrona - poprawił go Scorpius, rzucając mu zimne spojrzenie. Potem skupił się z powrotem na swoim wykresie, wyglądając na głęboko zamyślonego. - Myślę, że to był Lance. Wie, że jesteś łącznikiem i dlatego chce się ciebie pozbyć z tej wycieczki. Zastraszenie to właśnie to, co zrobiłby taki dzieciak jak on.
Albus zmrużył oczy.
- Hej, nie wszystko co robi ten Puchon jest złe. Tak naprawdę to jest całkiem miły...
Scorpius mruknął coś niewyraźnie, po czym powiedział głośniej.
- Zdrajca.
Albus zignorował ten przytyk. Zamiast tego skupił się na wyrażaniu własnej opinii, choć czuł, że jego przyjaciele się z nim nie zgodzą.
- Myślę, że to kruk Blackwood - powiedział nagle, choć na tyle spokojnie, że jego ton głosu można było odczytać jako chłodną kalkulację.
Morrison przewrócił oczami, po czym przesunął swój teleskop.
- Tak, ta baba zdecydowanie jest zgorzkniałą wiedźmą - stwierdził, po czym rozejrzał się szybko, żeby sprawdzić czy kobieta przypadkiem w jakiś niewytłumaczalny sposób go nie podsłuchuje, pomimo faktu, że znajdowała się siedem pięter poniżej. - Ale nie wiem dlaczego po prostu nie powiedziała ci, że nie możesz iść? I dlaczego w ogóle nie chciałaby, żebyś tam szedł, tak właściwie?
- Nie wiem - wzruszył ramionami. – Z jakiegokolwiek powodu.
Scorpius pokręcił głową.
- Bardzo jej nienawidzę ale za dużo nad tym myślisz. Wiedziałem, że tak będzie odkąd powiedziałeś nam o tej fotografii.
- To żaden kaprys czy przypadkowy wniosek - bronił się Albus. - Spojrzała mi prosto w oczy, gdy odebrałem list i wyglądała na nieco przestraszoną, jakby miała nadzieję, że jej uwierzę. A potem list się zapalił. To znak mrocznego czarodzieja!
Scorpius roześmiał się, zaznaczając kolejne pozycje gwiazd na swoim wykresie.
- Mrocznego czarodzieja! Nie możesz być poważny! To członkini ZB!
- To typki spod ciemnej gwiazdy - argumentował Albus. - A czemu właściwie jej bronisz?
- Nie bronię jej - powiedział wyraźnie Scorpius. - Po prostu nie chcę, żebyś się znowu w coś mieszał. Mamy o wiele ważniejsze rzeczy na głowie...
Al nie do końca wiedział, co przyjaciel ma na myśli. Zapewne dwie rzeczy. Malfoy na pewno niepokoił się o Hogsmeade. Diabelski plan zniszczenia kiełkującego związku Rose i Lance'a wymagał pomocy Albusa, więc powinien się na tym skoncentrować. Nie mógł się jednak przestać zastanawiać czy nie chodzi mu też tylko o to, żeby uwierzył, że ten list naprawdę nie ma większego znaczenia – to całkiem w jego stylu.
Z drugiej strony, być może tą ważniejszą rzeczą był też zbliżający się mecz Quidditcha. Wycieczka ma mieć miejsce za cztery dni a mecz ma się odbyć krótko po niej. Albus (o dziwo) nie bał się starcia na boisku – miał dziwne wrażenie, że jego brat nie był szczególnie surowy dla swoich Gryfonów. Mimo to wiedział, że lekceważenie Jamesa może skończyć się źle. Kapitan gryfońskiej drużyny dał im nawet przezwisko "Scrubs", odnoszące się do niego i do Scorpiusa. Albus wiedział, że Malfoy myśli tak samo.
- Celuj w prawą obręcz! - drwił kpiącym tonem Scorpius, widząc jak Ścigający wciąż sobie z nią nie radzą. - Nie widzisz, że oddalam się w lewo? Musisz obserwować mnie, bo obręcze nie ruszają się z miejsca - mówił na treningu.
Damian Peesley rzucił więc kaflem ku prawej obręczy, używając przy tym niesamowicie dużo siły ale Scorpius i tak był szybszy - zablokował go. Był to ich drugi trening, dwa dni przed planowaną wycieczką szkolną. Albus rezerwował boisko raz za razem, bo James podchodził do treningów bardzo sporadycznie. Nie było jasne kiedy zjawi się na polu ze swoją drużyną. Wiedział też, że wszystko zależy tylko i wyłącznie od niego - profesor Blackwood nie była chętna do udzielenia mu jakiejkolwiek pomocy jeśli chodzi o harmonogram. Nie mógł sobie tego nawet wyobrazić.
- Ma rację! - krzyknął i skrzywił się na widok nadciągającej mżawki. Kropla deszczu wpadła mu prosto do oka. - Jest was trzech, współpracujcie i hop! Każdy z was ma go pilnować! Śledźcie jego ruchy! Jeśli Obrońca leci za daleko, korzystajcie z tego!
Ścigający chrząknęli, dając tym znak, że słyszą. Tyler Graham zrobił to tak energicznie, że niemal nie zauważył zbliżającego się tłuczka, uderzonego przez Holdera Rhawna. W samą porę udało mu się go uniknąć, choć prawie spadł ze swojej miotły.
- Jak sobie z tym radził Atticus... - mruknął do siebie Albus, potrząsając głową z zażenowaniem i odwracając się, by zobaczyć czy nikt nie podgląda treningu. Ku jego wielkiemu zdziwieniu, na trybunach zobaczył rudą głowę. Zmrużył oczy i upewnił się, że był to Hugo. Siedział na najniższych trybunach, gryząc paznokcie i przyglądając im się nieśmiało. Z tej odległości wydawał się być bardzo mały. Dziwne, przecież jest już na drugim roku. Co gorsza, Albus nie miał zielonego pojęcia jak długo już tam był ani dlaczego w ogóle tam był a tym bardziej dlaczego nikt wcześniej nie wskazał jego obecności. - Grajcie dalej! - zawołał do swojej drużyny. - Pałkarze, macie celować w Ścigających. Ścigający w Obrońcę. Róbcie to, co robiliście do tej pory. No dalej!
Scorpius kiwnął mu głową, po czym z łatwością obronił kolejny strzał. Albus zrobił w tył zwrot i zaczął się kierować ku Hugo z miotłą przewieszoną przez ramię i zaciekawionym wyrazem twarzy.
- Co tu robisz? - zapytał, siadając obok niego.
- Chciałem z tobą porozmawiać - odpowiedział kuzyn, wciąż żując swoje paznokcie. - Mogę poczekać jak skończysz...
- Nie martw się o to - powiedział, obserwując ślizgońską drużynę z daleka. Scorpius znowu z łatwością obronił kolejną obręcz, tym razem kopiąc kafla czubkiem stopy. Potem odwrócił się do młodszego chłopca. - Co tam?
Hugo zmarszczył brwi i zrobił coś całkiem niespotykanego, jak na niego, a mianowicie kopnął leżącą przed nim grudkę ziemi.
- Chciałem się tylko zapytać czy to prawda... o ten tekst o twoim tacie i...
Albus westchnął ciężko.
- Bardzo ci się o to obrywa? - zapytał. - A co z Fredem, Molly i Lu...
- Nie, nam nie - powiedział szybko kuzyn. - To znaczy, no niezupełnie, bo pewnego dnia ktoś splunął na Lily...
- Co? - warknął Al, czując jak czerwienieje mu twarz ze złości. - Kto? - zapytał, choć nie do końca był pewien dlaczego. Co on sam może z tym zrobić?
- Jakiś Krukon - powiedział Hugo. - Teraz jest już okej a tamten jest w Skrzydle Szpitalnym. James się nim zajął...
- Och - skomentował Al. - A co do tego... tak właściwie to nie rozmawiam za bardzo z moim tatą... - powiedział. - Ale ten "Chłopiec, Który się Ukrył"… po prostu nie kupuję tego. Nie martw się, szukają wymówek, żeby zwalić na niego wszystko. Potrzebują kozła ofiarnego - wyjaśnił i poczochrał włosy kuzyna.
Gryfon pokiwał szybko głową.
- A co z moim tatą...?
Albus wyszczerzył się.
- Wujek Ron? On nigdy się nie chował! No, może tylko czasem przed twoją mamą…
Hugo roześmiał się cicho i w końcu zaczął wyglądać na odrobinę radośniejszego.
- Dlaczego siedzisz tutaj na dole? - zapytał Albus, mimo wszystko chcąc trzymać kuzyna z daleka od swojej drużyny, zanim ta na niego naskoczy.
- Nie lubię wysokości - powiedział Hugo, wzruszając ramionami. - Fred się ze mnie śmieje z tego powodu ale… nie obchodzi mnie to...
Albus lekko zmarszczył brwi i pochylił się ku niemu konspiracyjnie.
- Wiesz, zanim zacząłem latać - zaczął. - też się bałem wysokości. Mój przyjaciel, Morrison, zawsze kazał mi siedzieć w środkowych rzędach i to naprawdę mi pomogło. Dlaczego nie wejdziesz na drugie lub trzecie miejsce? Do tego trzeba się przyzwyczaić.
Hugo skinął niepewnie głową i wszedł na trybunę wyżej, wcale nie wyglądając na przestraszonego. Albus uśmiechnął się do niego promiennie, po czym pobiegł z powrotem do swojej drużyny.
- Dobra, dobra, jeszcze kilka razy! Pałkarze skupiają się na jednym graczu i wywierają na niego nacisk! Potem zamiana! Chcę zobaczyć choć jeden Zwis Leniwca*…
Nawet z Quidditchem, zajmującym ważne miejsce w głowie, Hogsmeade wciąż było wielkim hitem. W dzień wycieczki Albus ostrożnie wybierał swój strój. Scorpius tak samo. W końcu było to coś na kształt randki z Mirrą. Wielki dzień dla nich obu. Po zeszłorocznej katastrofie, w końcu mógł na coś liczyć.
Z przyjaciółmi spotkał się w Pokoju Wspólnym. Żałował tylko, że nie wyjrzał wcześniej przez okno i nie wiedział dokładnie jaka ma być pogoda.
- Najprawdopodobniej będzie zimno - powiedział Morrison, odchylając się jakby od niechcenia na jednym z kamiennych foteli. - No wiesz, w końcu mamy listopad.
- Myślisz, że potrzebuję kurtki? - zapytał Albus, poprawiając swój kołnierzyk. - Nie chcę przyćmić nią mojej koszuli.
Morrison gapił się na niego.
- Jaka oryginalna, stary. Zwykła zielona koszula.
- Koszula z kołnierzykiem. Elegancka - odpowiedział. - Pasuje do moich oczu i wygląda wyrafinowanie. Jest w dobrym kolorze.
- Och, tak - powiedział Morrison. – Ten kolor jest drugim najpopularniejszym po groszkach. Dlaczego po prostu nie wskoczysz w jakiś kombinezon, skoro wskoczyłeś sobie w to? Serio, stary?
Zanim Albus wymyślił satysfakcjonującą odpowiedź, przerwał im Scorpius.
- Stop, stop. Musimy się skupić. Wszyscy wszystko wiedzą? - zapytał. - Ja rozmawiam z Lance'em. Al?
Potter przewrócił oczami - przerabiali już schemat planu poprzedniej nocy. Spędzili nad tym z godzinę.
- Oddzielam Rose i jej grupę od Lance'a, żebyś ty mógł przystąpić do pracy.
- Zgadza się. Morrison?
- Nie odzywam się niepytany - wyszczerzył się Vincent.
- Dokładnie. Wiemy wszystko - powiedział Scorpius z zaciekłym wyrazem twarzy, poprawiając swoje zaczesane do tyłu włosy. - Al, zmień tę koszulę. Jest nijaka.
Ponad godzinę zajęło im wystrojenie się. Morrison zaczął im już nawet grozić, że jak tak dalej pójdzie to będą szli na golasa. Albus miał jednak jeszcze jedną sprawę, i zdecydował się przedyskutować ją jak wchodzili do Wielkiej Sali.
- Mamy pewność co do tego ostrzeżenia, prawda? - zapytał, starając się nie pokazywać po sobie niepewności. - To była tylko próba zmuszenia mnie do zmiany planów, prawda? Nie ma prawdziwego niebezpieczeństwa, prawda?
Morrison zaczął układać sobie na talerzu naleśniki, kiedy wciąż stali. Gdy usiedli, w jego ustach wylądował pierwszy widelec.
- Stary, to ma sens tylko w ten sposób - powiedział uspokajająco. - Gdybyś naprawdę był w niebezpieczeństwie, to ta osoba nie byłaby takim dzieciakiem i nie podpisałaby się jako przyjaciel. Powiedziałaby ci prosto w oczy kim jest. Kto robi inaczej? Gdyby to było naprawdę takie ważne, to tajemniczy przyjaciel by się chociaż podpisał i poinformował cię o prawdziwym powodzie.
- Ma rację - powiedział Scorpius, starannie układając sobie jajko na toście. Chciał, żeby było idealnie dopasowane. Potem wytrzeszczył oczy na przyjaciela. - O kurna, on ma rację. Czy to... czy to sen? - zapytał z drwiącym uśmiechem.
Morrison zignorował go jednak i kontynuował swój wywód.
- Poza tym, to ma sens tylko wtedy, kiedy założymy, że ten ktoś nie chce cię widzieć w Hogsmeade z innego powodu niż to całe niebezpieczeństwo. Ten „przyjaciel" chce, żebyś wycieczkę przesiedział w zamku. Więc jakby na to nie patrzeć, to w wiosce będzie nawet bezpieczniej niż tutaj, bo „przyjaciel" chce od ciebie czegoś nie związanego z Hogsmeade, prawda?
- No, niby racja… - zgodził się Albus.
- To i tak pewnie jakiś marny żart - dodał Scorpius. - Ustaliliśmy już, że to sprawka Lance'a.
- Nie, nie, Eckleya... - zaczął się sprzeczać Vincent.
- Nie ustaliliśmy tożsamości mojego „przyjaciela" - odpowiedział Albus, przyglądając się swojemu pełnemu talerzowi. Nie mógł nic przełknąć. Dlaczego był taki zdenerwowany? Wcześniej nie roztrząsał tajemniczego listu a przecież jakby nie patrzeć, był ostrzeżeniem. Miał wrażenie, że teraz tylko na nim mógł się skoncentrować. Bardziej powinien zastanawiać się nad sprawą z Mirrą…
- Po prostu... - kontynuował. - Ostatnim razem jak poszedłem do Hogsmeade to faktycznie byłem w niebezpieczeństwie i jeszcze wszystkich naraziłem.
Po tych słowach przy stole zapadła cisza. Nawet rozmowy innych o wycieczce sprawiały wrażenie spokojniejszych. Obaj przyjaciele spojrzeli na niego uważnie.
- Stary, zeszły rok to zeszły rok - powiedział po dłuższej chwili Morrison. - Nie przejmuj się tym. Teraz jest inaczej.
- Dokładnie - potwierdził łagodnie Scorpius. - Teraz mamy dodatkową ochronę i będziemy tam dużo większą grupą. Nikt cię nie ściga, Al. Nie tym razem. I to całe bagno z Mrocznym Sojuszem... nie przejmuj się tym nawet. Po prostu staraj się spędzić miło czas.
Albus kiwnął głową i już po chwili Neville zaczął nawoływać uczniów do wyjścia z zamku.
- Trzeci rok i wyżej! - krzyczał Opiekun Gryffindoru. - Pamiętajcie, bez podpisanej zgody nie idziecie! Takie są zasady!
- Czy to prawda, że będziemy mieć dodatkową ochronę? - zapytała jakaś mała dziewczynka, kiedy uczniowie zaczęli się tłoczyć w jednym miejscu.
- Zgadza się - powiedział spokojnie profesor Longbottom. - Będę tam, podobnie jak inni nauczyciele oraz przedstawiciele Ministerstwa Magii. Będziecie bezpieczni. - powiedział pompatycznie.
- Wszyscy gotowi? - zapytał ktoś z tyłu. Albus odwrócił się i zobaczył Mirrę i jej grupkę. Zmarszczył brwi, gdy zobaczył w co dziewczyna była ubrana. W zeszłym roku miała na sobie bardzo przyjemny dla oka strój a teraz odziała się w zaledwie standardowy ubiór. Tak właściwie to nikt z nich nie był wystrojony – nawet Eckley nie wziął ze sobą swoich zwyczajowych czerwonych nauszników.
- Tak, gotowi - odpowiedział Scorpius i całą siódemką podeszli do drzwi wyjściowych.
- O której Lance ma się z nami spotkać? - zapytał swojej kuzynki Al, gdy już wychodzili. Malfoy kazał mu zadać to pytanie od razu, na początku wyprawy.
- Za jakiś czas - odpowiedziała Rose. Jej włosy wściekle powiewały na wietrze. - Trochę sobie pochodzimy a potem spotkamy się w Trzech Miotłach. Lance jest bardzo popularny - dodała z zadowoleniem.
- Mhm - mruknął. Nic więcej nie potrafił z siebie wykrzesać.
To był dość dziwny spacer do Hogsmeade. Nawet pogoda była jakaś dziwaczna. Zazwyczaj w takie zimno każdy brodził w śniegu opatulony od stóp do głów, z rękoma w kieszeniach i szalikami zakrywającymi im niemal twarze. Teraz jednak nie było żadnego śniegu – pozostał tylko przeraźliwy chłód i okropny wiatr, który niemal przewrócił Albusa z kilka razy. Jeśli miał być szczery, to niestety nie ocenił dobrze pogody. Prócz kurtki, nie miał na sobie nic więcej. Jego myśli mimowolnie powędrowały do zeszłego roku, kiedy to było na tyle mroźno, że Eckley objął ramieniem swoją dziewczynę. W tym roku na szczęście, nic takiego nie będzie miało miejsca.
Inną, wartą uwagi rzeczą był fakt, że mało kto w sumie się odzywał. Albus próbował zainicjować rozmowę z Mirrą ale wydawało mu się, że nie jest w stanie wymyślić nic interesującego. Zazwyczaj pomagali mu w tym przyjaciele ale teraz było inaczej. Morrison wydawał się niepewny czegokolwiek zaś Scorpius przez całą drogę oglądał ziemię pod swoimi stopami. Mówiła przede wszystkim Rose.
- Potem ja i Lance nieco się od was oderwiemy - chcemy zobaczyć Wrzeszczącą Chatę. Zwykłe tam nie chodzę, bo wygląda naprawdę okropnie z daleka ale Lance mówi, że z bliska to całkiem inny widok. Podobno niesamowity. To jedno z najpopularniejszych miejsc w Hogsmeade od ponad pięćdziesięciu lat...
Albus miał jej dość już w połowie drogi. Niemal odetchnął z ulgą, gdy dotarli do czarodziejskiej wioski. Ruchliwe ulice i jaskrawe sklepy dały im wreszcie tematy do rozmowy. Przy początku Hogsmeade całą grupką stłoczyli się w jednym miejscu. Trzeba było podjąć ważną decyzję.
- Najpierw Miodowe Królestwo? - zapytał Morrison, wskazując na najbliższy im sklep ze słodyczami.
- Powinniśmy głosować - powiedziała autorytarnie Rose, na co Vincent przewrócił oczami.
- Czy wszyscy popierają wejście do ciepła tak szybko jak to możliwe? - zapytał, unosząc wysoko rękę. Wszyscy się roześmiali - z wyjątkiem Eckleya i Hornsbrooka, po czym weszli do sklepu. Ten pomysł nie mógł być już bardziej perfekcyjny. Nie minęła dłuższa chwila, gdy Al rozpoczął rozmowę z Mirrą.
- No chodź, spróbuj - zaśmiał się.
- Nie! - zachichotała dziewczyna. – Nie!
Chłopiec machnął jej Kwachem** przed twarzą.
- Te lizaki naprawdę nie są takie złe. James kiedyś podpuścił mnie, żebym zjadł trzy pod rząd.
- Z twoimi ustami wszystko było okej? - zaśmiała się zaciekawiona.
- Och, no coś ty - powiedział. - Miałem wielką dziurę w języku...
Mirra roześmiała się głośno i podniosła Musy-Świrusy.
- To są najlepsze słodycze w sklepie - powiedziała. - Jak zjesz parę to będziesz się unosił nad ziemią.
Albus zaśmiał się cicho.
- Nie muszę jeść lewitujących słodyczy. Mogę latać, kiedy tylko chcę...
- Nie lepiej niż James - skomentowała bezczelnie Mirra.
- No proszę cię...!
Sprzeczali się jeszcze chwilę, podczas gdy Morrison kupował wielki kawałek słynnej ciemnej czekolady Honeydukes. Albus odwrócił się do Scorpiusa, oczekując, że zobaczy jak przyjaciel ciężko pracuje ale rozczarował się. Malfoy był sam a Rose rozmawiała z Eckleyem i Hornsbrookiem. Obydwaj wydawali się być bardzo zadowoleni, że w końcu ktoś zwrócił na nich uwagę. Dopiero wtedy uświadomił sobie, że przyjaciel nie wykonał żadnego złego ruchu. Wszystko szło według planu. Celem dzisiejszego wypadu dla Scorpiusa nie było spotkanie z Rose a odgonienie od niej Lance'a.
Potem poszli do sklepu Scrivenshafta, gdzie dziewczyny kupiły sobie nowe pióra i atramenty zmieniające kolor. Albus nie mógł sobie nawet wyobrazić na co coś takiego mogłoby się przydać ale dobrze się bawił widząc Morrisona nakładającego sobie na usta różnego rodzaju pióra i udającego, że ma bujne wąsy.
- Prawie takie same jak te twoje fałszywki, nie? – mruknął do niego, gdy nikogo nie było w pobliżu. Morrison wzruszył na to ramionami i przyłożył do twarzy następne, różowe pióro.
Następnie weszli do Derwisza i Bangesa, ponieważ Hornsbrook potrzebował czegoś stamtąd. Gdy już załatwili wszystkie sprawy, zaczęli się kierować do Trzech Mioteł, gdzie mieli się spotkać z Lance'em. Rose nie mogła iść spokojnie. Wydawała się być wręcz oszołomiona na myśl o tym Puchonie. Przed wejściem do pubu, Albus wymienił spojrzenia ze swoimi przyjaciółmi.
Nadszedł czas.
Lance już tam był i jako pierwsze Albus zauważył, że nie przebrał się w coś ładniejszego, choć nie miało to większego znaczenia. Tym lepiej. Jego blond włosy wciąż nie były związane a na twarzy miał przyjazny uśmiech. Gdyby się nie ruszał, przypominałby statyczny, piękny obraz. Chłopak opierał się o krzesło przy pustym stole - najwyraźniej zarezerwował miejsca dla wszystkich i gdy podeszli bliżej, od razu zwrócił się do barmana.
- Osiem kremowych proszę - powiedział, wyciągając pieniądze z kieszeni.
- Nie musisz tego robić - odpowiedział mu natychmiast Albus, czując się winnym.
- Chociaż tyle mogę - stwierdził uprzejmie Lance, płacąc.
- Wiesz, zamiast tego możesz… - zaczął ale został całkowicie zignorowany. Starszy chłopak wcisnął mu w międzyczasie do ręki kufel.
Rose od razu siadła obok Puchona, zanim ktokolwiek inny zdołał to zrobić. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, patrząc na kremowe, po czym temat rozpoczął Lance.
- Co myślicie o Blackwood?
Albus musiał przyznać, że to był doskonały pomysł, żeby wciągnąć wszystkich w rozmowę. Jedynie Hornsbrook dziwnie milczał, gdy wszyscy inni jeździli po nauczycielce. Rose narzekała, że odpowiada poprawnie na zadawane pytania i nie dostaje za to punktów, Morrison na temat swojego odrzucenia, zaś Mirra i Albus komentowali niemożliwość partnerstwa na zajęciach. Ten temat pokierował ich na inne przedmioty szkolne. Niemal wszyscy dobrze się bawili.
- Mugoloznawstwo - powiedział sekundę po tym, jak zostało zadane pytanie o najnudniejsze lekcje. - A wcześniej myślałem, że Historia Magii…
- Jak możesz tak mówić? - zapytała Rose, wcinając mu się w zdanie. - Historia Magii jest fascynująca!
- Taka prawda! Mugoloznawstwo jest niesamowicie nudne - odpowiedział. – Po prostu, normalnie nie mogę… - przerwał, próbując się nie roześmiał. - Trudno jest się uczyć o rzeczach, które nigdy nie będą przydatne. Pamiętasz ten papierek na elektryczność, Scorpius? - spytał, szturchając przyjaciela w żebra.
- Hm? - mruknął nieco oszołomiony Malfoy.
- Och, też chodzisz na Mugoloznawstwo, Scorp? - zapytał Lance.
Albus usłyszał jak Hornsbrook i Eckley chichoczą cicho. Scorpius spojrzał na Puchona a wielką niechęcią w oczach i od razu wiedział dlaczego. Nie musiał nawet zgadywać. Blondyn naprawdę nie znosił, gdy mówiono do niego zdrobniale, zwłaszcza „Scorp". Lance oczywiście o tym nie wiedział ale i tak Al wątpił, by Ślizgon mu to wybaczył. Potem przyglądał się, jak przyjaciel brał zadziwiająco długi łyk kremowego, zanim zdecydował się skomentować pytanie Puchona. Tak właściwie, to na raz opróżnił cały kufel. Odłożył go na stół z głośnym stuknięciem.
- Tak - odpowiedział Scorpius, powodując że reszta grupki na chwilę ucichła.
- Naprawdę jest tak źle jak mówi Al? - spytał Lance, najwyraźniej niezniechęcony jego tonem głosu i złym spojrzeniem.
- Tak - powtórzył dokładnie tak samo Malfoy.
- Więc zajęcia musiały się nieco zmienić odkąd na nich byłem - stwierdził Puchon, wzruszając ramionami. - Dostałem O na SUMach. Odpuściłem sobie, żeby móc bardziej skupić się na innych przedmiotach. Jeśli będziecie potrzebować jakiejś pomocy, to śmiało możecie do mnie uderzać, chłopaki.
- Dzięki wielkie - wycedził przez zaciśnięte zęby Scorpius. Jak Lance mógł nie zauważyć jego ciskających pioruny oczu? Od niezręcznej sytuacji uratowało ich jednak wejście do Trzech Mioteł znajomej osoby.
- W porządku, chłopaki?
Albus spojrzał do góry i zobaczył Jamesa. Nie przejmując się nimi, Gryfon podszedł do sąsiedniego stołu i zwinął jedno krzesło, zapewne zarezerwowane dla czwartej osoby. Pozostała trójka uczniów próbowała mu w tym przeszkodzić, zwracając delikatnie uwagę ale Jamie nic sobie z tego nie zrobił i zignorował ich kompletnie. Potem dosiadł się do ich grupki.
- Na zewnątrz zimniej, co? Wiedziałem, że będziecie tutaj - powiedział, klepiąc Albusa po ramieniu i wyciągając rękę do Lance'a. W ciągu kilku chwil okazało się, że jego brat i Puchon znają się lepiej niż Al wcześniej przypuszczał. Przez parę minut wspominali stare, dobre czasy.
- Bezcenne - wydukał Lance, wycierając łzę śmiechu z oka. Akurat opowiadali historię o tym, jak profesorowi Handitowi spadły spodnie podczas jednej lekcji. – Och, a to? – uśmiechnął się opierając dłoń o stół. – Pamiętasz jak na drugim roku wyzwałem cię, żebyś roztopił tamtą klamkę?
James wzdrygnął się a Albus roześmiał. Pamiętał jak jego brat opowiadał o tej niesławnej sytuacji – podpalony został wtedy cały korytarz. Nieźle mu się wtedy oberwało. Nie wiedział jednak, że Lance był w jakiś sposób także w to zaangażowany. Potem spojrzał przelotnie na Scorpiusa, żeby sprawdzić czy on też się śmieje, ale ten miał na twarzy kamienną maskę. Wiedział o czym myślał jego przyjaciel. Czy nie było nikogo, kto nie lubił Lance'a?
Odpowiedź na to pytanie była jednak całkiem jasna. Eckley i Hornsbrook odkąd weszli do pubu, także byli cicho. Obaj wydawali się niezadowoleni z faktu, że to starszy kolega przyciągał najbardziej uwagę. Rose i James mówili najwięcej a Mirra słuchała wszystkiego z szerokim uśmiechem. Nie za wiele można było na to poradzić. Scorpius z kolei był uzależniony od pomocy Ala. Może już najwyższy czas zacząć wprowadzać plan w życie?
- O! - krzyknął nagle Jaimie, spoglądając ku drzwiom, w których stała bardzo ładna i nieco oszołomiona dziewczyna, którą Albus kiedyś widział. - To jest Matylda... Maya! - poprawił się szybko. - Muszę już iść - powiedział, po czym wstał i przybił wszystkim facetom piątki. Przed wyjściem pomachał jeszcze Mirze i Rose.
Lance wciąż ocierał łzy, gdy James się od nich oddalał.
- Tęsknię za tym gościem normalnie – powiedział, kręcąc głową. – W tamtych czasach Gryffindor miał z Hufflepuffem naprawdę masę zajęć. Teraz zapisaliśmy się na inne przedmioty i nie mamy za dużo czasu na spotkanka. – wyjaśnił, po czym wziął łyk kremowego. Po chwili milczenia, skupił się na młodszym Potterze.
- Al? - zapytał bardziej poważnie Lance. - Tak na szybko: wolałbym o tym nie wspominać ale czuję, że muszę. Czytałem "Proroka Codziennego" i nie wierzę w ani jedno słowo, jakie napisali o twoim tacie. Zawsze sądziłem, że Ministerstwo zawsze szuka winy tam, gdzie nigdy jej nie ma. To istna parodia.
Albus zmarszczył brwi i skinął powoli głową. Czy ktoś może mu przypomnieć dlaczego tak właściwie miał nie lubić tego gościa?
- Wspierasz ZB? - zapytał Hornsbrook, na co Potter niemal podskoczył. Dawno nie słyszał jego głosu i był zaskoczony, że Gryfon jednak włączył się do rozmowy.
Lance wzruszył ramionami.
- Nie popieram ich ale też się z nimi całkowicie nie zgadzam, jestem neutralny. Chcę tylko, żeby to wszystko się skończyło.
Rose kiwnęła gorliwie głową i uśmiechnęła się do wszystkich ciepło. Morrison milczał – był już w trakcie realizacji ich planu. Albus spojrzał na Scorpiusa i uznał, że czas działać.
- Rose? - zagaił. - Czy mogę z tobą porozmawiać tak na szybko? Gdzieś tam? - wskazał palcem na kącik w pubie. - Bez obrazy - dodał. - To po prostu coś prywatnego. Chodzi o mojego tatę.
- Spoko - odpowiedział łagodnie Lance, wciąż się uśmiechając i machając do niego ręką. - Śmiało.
Gryfonka spojrzała na niego z ciekawością i wstała ze swojego miejsca. Albus wymienił szybkie, znaczące spojrzenie ze Scorpiusem, po czym poszedł z kuzynką w kąt.
- Co się dzieje? - zapytała dziewczyna, gdy zniknęli z zasięgu słuchu reszty grupy.
- Nie zamierzam cię okłamywać - powiedział, dając sobie mentalnego kopa, bo właśnie to zamierzał zrobić. - Nie chodzi o mojego tatę ale o ciebie - syknął.
- Co? - zapytała. - Co ty...
- Och, no daj spokój, Rose - powiedział. - To oczywiste, że lubisz Lance'a. Ale nie radzisz sobie. Idzie ci po prostu fatalnie.
Twarz Gryfonki zrobiła się czerwona a jej oczy się zaszkliły. Wyglądała jakby miała się rozpłakać. Albus poczuł ukłucie winy w brzuchu. Dlaczego dał się w to wciągnąć?
- Co robię źle? - zapytała, brzmiąc jakby była na granicy łez.
Westchnął ciężko, próbując improwizować.
- Przytłaczasz go, Rose.
- Co? Jak?
- Zaprosiłaś go tutaj - powiedział. - Musiał zrezygnować ze spotkania z przyjaciółmi na koszt przebywania z ludźmi, których praktycznie nie zna. O czym on ma rozmawiać z takim Morrisonem na przykład? Widzisz jak czuje się niekomfortowo? Ty bez przerwy paplasz... a on zaczyna odczuwać presję. No dalej, zerknij na niego. Naprawdę nie widzisz jak bardzo jest zdenerwowany?
Oboje spojrzeli do tyłu, gdzie Lance siedział wygodnie rozłożony, popijając wesoło piwo kremowe. Aktualnie rozmawiał z Eckleyem.
- No niezupełnie... - przyznała cicho.
- Dokładnie - powiedział Albus, nie mogąc uwierzyć, że kuzynka tak chętnie łapie haczyk. Naprawdę był aż taki przekonujący? To było aż niepokojące. - Tak właśnie wygląda osoba ukrywająca swoje uczucia, Rose. To fasada. Lance zaczyna się zastanawiać co on tutaj w ogóle robi…
Dziewczyna zbliżyła paznokcie do ust i Ślizgonowi od razu przypomniał się Hugo.
- Co powinnam zrobić? - zapytała spanikowana. - Nie znam się na facetach, Al.
- Wiem - powiedział spokojnie. - Spokojnie, pomogę ci. Musisz się mnie jednak słuchać, rozumiesz?
Rose kiwnęła szybko głową.
- Po pierwsze, jakby ktoś pytał to faktycznie rozmawialiśmy o moim tacie. Po drugie… myślę, że musisz wyjść.
- Co…? - wydukała niepewnie.
Al skinął ostro głową.
- Zgadza się. Weź ze sobą Ec… Charliego i Donny'ego. Mirrę też. Gryfonów. Lance'a zostaw z nami.
- Dlaczego? - zapytała i Albus nie mógł normalnie uwierzyć jak wielką ma teraz nad nią przewagę. To aż niemożliwe jak dobrze mu szło. Naprawdę był taki dobry w kłamaniu, oszukiwaniu i manipulowaniu?
- To facet, Rose. Chce odpocząć, nieco pogadać o Quidditchu. Odetchnie nieco. To spotkanie wcale nie wygląda jak randka. Wiesz, jak nie ma randki, nie powinno być presji. Jak wrócisz, on sobie odpocznie i będzie tylko lepiej. Tylko nie zawal tego – musisz sprawiać wrażenie, że nie wychodzisz nagle z mojego powodu. Jakieś dwadzieścia minut starczy. W międzyczasie my przekonamy go, że nie musi się spinać i udawać. Przekonamy go, że to tylko zwyczajna wycieczka do Hogsmeade. Zrozumiałaś?
Dziewczyna pokiwała głową a Albus poczuł jak zwalnia mu serce. Scorpius z pewnością będzie zadowolony ale czy on jest? Czy był potworem…?
Rose z furią wytarła oczy i wtedy zdecydowali się wrócić do stołu. Pogawędzili jeszcze przez kilka minut o tym z jakimi zwierzętami Lance miał styczność na Opiece nad Magicznymi Stworzeniami, po czym Weasley zainterweniowała.
- O kurczę! - powiedziała. - Właśnie sobie przypomniałam, że miałam iść na pocztę, wysłać coś… list! Do mojego taty! – rzuciła okiem na Albusa. - Mirra, pójdziesz ze mną?
- Hm, jasne - odpowiedziała Mirra, chociaż wyglądała na wyraźnie zaintrygowaną. - Ale nie pamiętam, żebyś mówiła coś o jakimś...
- Wy też ze mną pójdziecie, chłopaki? - przerwała jej Rose, patrząc na Eckleya i Hornsbrooka. Obaj wzruszyli ramionami i wstali. Chyba nie interesowała ich przyczyna tego nagłego wyjścia. Lance też wstał. – Nie! – zatrzymała go. - Nie skończyłeś jeszcze swojego kremowego!
Albus miał ochotę uderzyć się w czoło. Rose była taka subtelna... nikt z nich jeszcze nie skończył piwa. Lance chyba jednak tego nie zauważył.
- Jesteś pewna? - zapytał.
- Tak - odpowiedziała stanowczo. - Zaraz wrócimy. To nie potrwa zbyt długo… My pójdziemy a wy… dokończcie sobie.
Gdy wyszli z pubu, Albus poczuł mdłości. Wiedział co będzie dalej. Scorpius musi teraz dobrze rozegrać swoje karty. Malfoy wyraźnie odetchnął z ulgą. Nawet usiadł wygodniej - do tej pory siedział jak na szpilkach. Wyglądał niemal tak, jakby jego plan już zakończył się sukcesem. Pociągnął łyk piwa z praktycznie pustego kufla i spojrzał na Puchona niczym wilk na swoją ofiarę.
W tym momencie siedzenie przy stole wydało się Albusowi niesamowicie niewygodne. Czuł się winny. Lance z kolei nadal zachowywał się radośnie - bez wątpienia był prawdziwym facetem.
- Więc Lance... - zagaił Scorpius, bawiąc się kuflem. - To twoja pierwsza randka?
Albus rzucił przyjacielowi szybkie, lekko przestraszone spojrzenie. Nie spodziewał się tak bezpośredniego podejścia. Przecież Scorpius był Ślizgonem! Nie mógł tego rozegrać w ten sposób!
- Co? - zapytał Puchon, wyraźnie na prawdziwie otumanionego.
Scorpius uśmiechnął się lekko.
- Daj spokój, wszyscy tu jesteśmy facetami i żaden z nas nie jest w ciemię bity. To twoja pierwsza randka z Rose?
- Chyba tak... A co? - powiedział po chwili Lance, nadal wyglądając na nieco wstrząśniętego. Mimo to, na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. Malfoy uśmiechnął się za to w sposób szyderczy. Był pewny swojego.
- Bez szczególnego powodu - powiedział. - Po prostu... cieszę się, że Rose chce się znowu w to pakować. Naprawdę.
Albus spojrzał dziwnie na Scorpiusa i zobaczył, że Morrison robi to samo.
- Co? - Lance pochylił się do przodu, wyglądając teraz na naprawdę skonfundowanego. – Że jak?
- No wiesz - zaczął Scorpius, wyglądając na uosobienie niewinności. - Jak już o randkach mówimy to wiesz… po tym wszystkim z jej ostatnim chłopakiem. Po prostu się cieszę, że już jest okej.
- Jakim ostatnim chłopaku? - Lance zmrużył oczy.
Malfoy otworzył szeroko oczy ze zdumienia.
- Nieważne - powiedział szybko.
- Nie, nie, możesz mi powiedzieć...
Albus miał ochotę ukryć twarz w dłoniach. Jak można być tak naiwnym? Był też pod wrażeniem umiejętności manipulacyjnych Scorpiusa - grał doskonale.
- Nic, nic - powiedział szybko Malfoy. - Naprawdę nie powinienem... Założyłem, że wiesz... To nie było w sumie nic wielkiego...
- No powiedz - prosił Lance. – Co nie jest niczym wielkim? – dopytywał i w tym momencie nawet jego blond włosy wydawały się mniej idealne. Chyba udzieliła im się jego konsternacja.
- Słuchaj, nie powinienem tego mówić. Ja i mój wielki dziób... Zawsze coś chlapnę… Jesteś dość odważny, to znaczy... Przepraszam...
- No mów - zaczął naciskać Puchon, wyglądając już nie na zaciekawionego a przestraszonego.
Scorpius spojrzał na niego wyglądając na naprawdę niezdecydowanego. Otworzył usta i szybko je zamknął. Koniec końców pochylił się lekko do przodu, mając na twarzy zmieszaną minę. To było doskonałe. Sposób, w jaki się poruszał, sposób w jaki mówił a nawet sposób w jaki mrugał - Albus był pod wielkim wrażeniem. Nawet subtelne ruchy dłonią czy przechylenie głowy - Malfoy był piekielnym geniuszem! Wszystko było takie wyćwiczone, dopracowane. Jeśli miał być szczery, gdyby nie wiedział lepiej, to założyłby, że przyjaciel trenował to przed lustrem dzisiaj rano.
- No dobrze, stary, chociaż naprawdę nie wiem jak mam ci to powiedzieć… - stwierdził po dłuższej chwili Scorpius. Mówił cicho ale jednocześnie dramatycznie. - Wiesz pewnie, że tata Rose niezbyt entuzjastycznie podchodzi do jej chłopaków, nie? I że jest Aurorem, prawda?
- Tak, Rose mi powiedziała - stwierdził Lance. - Ale mówiła też, że jest miły i zabawny...
- Bo jest! - powiedział Scorpius. - Jest świetnym ojcem. Aż za dobrym. Jest nieco nadopiekuńczy... Ostatni chłopak Rose już skończył szkołę. Wątpię, by kiedykolwiek w ogóle miała o nim wspominać...
- Co się z nim stało? - zapytał już wystraszony Lance. Jego oczy wręcz błyszczały. Albus nie mógł nic poradzić na to, że zaczął mu współczuć. Czuł się źle. To wyglądało jak jakieś pranie mózgu. Scorpius wiedział, co robi. Był tak wspaniałym aktorem, że Al sam się niemal poczuł przekonany co do tego, że Rose miała wcześniej chłopaka.
- To nie jest ważne - powiedział szybko Malfoy. - Po prostu... lepiej o nim nie mówić. Co nie, Al?
Albus rzucił mu najtwardsze spojrzenie jakie tylko mógł. Czym innym było odciągnąć Rose od Lance'a i danie przyjacielowi wolnej ręki do działania a czym innym było to. Scorpius posunął się za daleko. W tym momencie poprosił go o pomoc w pociągnięciu tego złośliwego, niesamowicie dobrze skonstruowanego kłamstwa…
Co miał teraz zrobić? Co powinien teraz zrobić? Przerwać to wszystko? Wyznać Lance'owi prawdę?
Morrison patrzył na nieco z nieskrywaną ciekawością.
- Tak - powiedział pochylając lekko głowę w dół, żeby nie zdradził go wyraz twarzy. W życiu nie był bardziej zdegustowany samym sobą. - Lepiej o tym nie mówić. Nie było zbyt dobrze... – wymamrotał.
Lance rzucił mu przerażone spojrzenie. Scorpius nie poprzestał jednak na tym.
- Nie strzelam ci w kolano, stary – dodał szybko Malfoy. – Mówię tylko, że to wspaniałe, że Rose w końcu się znowu zdecydowała na randki. Wspieram cię całym sercem, stary. Jesteś mega odważny - powiedział.
Puchon spojrzał przed siebie tępym wzrokiem. Jego oczy straciły przyjazny wyraz. Został skutecznie oszukany. Albus miał wielką nadzieję, że ten cyrk skończy się właśnie teraz.
- No i wiesz – kontynuował przyjaciel, na co Al wewnętrznie jęknął. Za ile syfu będzie jeszcze odpowiedzialny? - ona też czasami potrafi taka być - dodał Scorpius.
- Co masz na myśli? Przecież jest miła...
- Jest! - powiedział blondyn, unosząc ręce w górę w niewinnym geście. - Jest wspaniała! Miła, zabawna, inteligentna, urocza i w ogóle... ale stary, chodzi mi o te jej złe dni...
- Jakie złe dni? - zapytał Lance, spoglądając na Albusa, który nie chciał mu patrzeć w oczy i spuścił wzrok, zaciskając usta. Ewidentnie szukał u niego potwierdzenia kolejnej porcji informacji.
- Nie musisz udawać, stary - kontynuował Scorpius. - Spędzasz z nią przecież masę czasu...
Lance pokręcił przecząco głową. Potter po raz kolejny żałował, że nie może ukryć twarzy w dłoniach.
- Nie spędzam z nią… aż tak dużo czasu… - powiedział niepewnie Puchon.
- Och – wydukał Malfoy, spoglądając w dół. – No cóż, czasem jak sprawy nie idą po jej myśli to potrafi być… em… jak to poprawnie nazwać…
Albus nie dał się zwieść – doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Scorpius zaplanował każde słowo tej rozmowy. Wiedział więc, jakiego słowa chce użyć.
- …nieco przykra… - dokończył blondwłosy Ślizgon. – Nie sądzisz, Al?
- I wojownicza - potwierdził zaskoczony, że w ogóle takie słowo mu przyszło do głowy. Gdzie w ogóle je poznał?
- I wredna - dodał Morrison.
- Zamknij się, stary - powiedział szybko Scorpius.
Lance wyglądał na oszołomionego najnowszymi rewelacjami. Ramiona przykurczył do boków i rzucał płochliwe spojrzenie na każdego z nich – głównie na Malfoya jednak. Był zszokowany. Facet był w szoku. Scorpius z kolei wyglądał za to jakby właśnie skończył piec cudowny, lukrowany tort i została mu do nałożenia jedynie wisienka na czubku.
- Ale tak jak mówiłem - kontynuował. - Trzymam za was kciuki. Jesteś naprawdę odważny, to cudowne. To wasza pierwsza randka i w ogóle ale wiesz…
Puchon zmarszczył brwi i podrapał się nerwowo w tył głowy. Nie wyglądał już jakby chciał, żeby to spotkanie było randką. Pocił się obficie i co chwila oglądał się, jakby spodziewał się, że Rose wyskoczy mu zza rogu. Co minutę też nerwowo szarpał swój kołnierzyk. Nie to było jednak najbardziej przerażającym widokiem – Scorpius uśmiechał się od ucha do ucha. Jego misja niemal została zakończona, pozostał jeszcze tylko jeden mały drobiazg…
- Czy może to zostać między nami? - zapytał po chwili milczenia Malfoy. - Nie chciałbym, żeby wyszło, że to ja wszystko wypaplałem...
- Och, tak, jasne - skrzeknął Lance. - Logiczne, stary.
Zanim grupka Rose wróciła, wszyscy byli gotowi opuścić Trzy Miotły. Puchon był nieco cichszy, gdy mijali kolejne uliczki. Rose nieustannie mówiła, zaś on tylko jej potakiwał lub sporadycznie burczał niemrawą odpowiedź. Eckley znów stał się Panem Popularnym i wkrótce Ślizgoni zostali zmuszeni do słuchania jednej z jego niewiarygodnych, fałszywych historii.
- A potem - normalnie nie uwierzycie – przyszedł sam Minister Magii! Powiedział, że był wielkim fanem polowań na Kołkogonki!*** To podobno jakaś ministerialna tradycja czy coś w tym guście. Mój tata mu potem powiedział: „Jasne, panie Shacklebolt. Zapraszamy do przyłączenia się do nas." Ale to było kilka lat temu, jeszcze zanim to wszystko się stało…
Albus wyłączył się, dla poprawienia swojego samopoczucia. Nie chciał słuchać zmyślonych bajeczek i czuł się fatalnie. Oszukał Rose i pomógł oszukać Lance'a. Kłamstwo poganiało kłamstwo. I dlaczego? Po co mu to było? Bo tak chciał przyjaciel? Tak w gruncie rzeczy, Lance był dobrym kolesiem. Jeśli faktycznie chciał być z Rose, to nie powinien był się w to mieszać. I ta mina kuzynki, gdy jej pokłamał prosto w oczy… Aż go coś zatrzęsło. Zrujnował zaczątek przyjemnego związku…
Scorpiusowi błysnął do niego zębami. Uniósł też dwa kciuki w górę ale Albus nie odwzajemnił tego gestu. Nie czuł się zwycięzcą w tym boju. Zamiast tego spuścił wzrok i zareagował dopiero, gdy poczuł szarpanie za swoją koszulę. Podniósł głowę i zobaczył, że była to Mirra. Wyglądała ponuro. Zwolnił nieco, żeby się z nią zrównać.
- Wiesz, to dziwne - wymamrotała. - Wydawało mi się, że Rose szło całkiem dobrze... - powiedziała chłodno, mierząc go uważnym spojrzeniem. Albus z miejsca znienawidził ten wzrok. Mirra wiedziała. Nie była tak zaślepiona jak Rose. Wszystko legło w gruzach…
Nie odpowiedział nic. Po chwili cichego marszu, podczas którego ignorował głośną rozmowę Eckleya z Hornsbrookiem i rzucał okiem na kuzynkę, która próbowała nawiązać z Lance'em większy kontakt, na swoim ramieniu poczuł dłoń, która w momencie zatrzymała go w miejscu. Krzepką, silną i dużą dłoń. Olbrzymią. Szybko się odwrócił i aż sapnął.
To był Zydrunas, zwany też Młotem. Z bliska był jeszcze bardziej przerażający. Był wysoki, znacznie górował nad przechodzącymi obok ludźmi. Był niemal tak potężny jak Hagrid i tak wysoki, jak ta Francuzka, która kiedyś odwiedziła rezydencję Potterów. Mężczyzna obnażył swoje żółte zęby.
- Chodź ze mną - powiedział twardym głosem, o wiele potężniejszym i bardziej wymagającym niż Blackwood. Nie słychać w nim było jednak żadnego szczególnego akcentu, o który Al go podejrzewał.
- Yyy... - wydukał, podczas gdy jego przyjaciele zauważyli nagłą zmianę w otoczeniu i przez moment przyglądali się całemu zajściu. Dopiero po chwili zainterweniował Morrison.
- Hej, odczep się od niego! Nic ci nie zrobił! – krzyknął.
- Twój przyjaciel nie ma żadnych kłopotów - powiedział Młot, patrząc na całą grupkę drapieżnie. - Pan Waddlesworth chciałby się z tobą spotkać – dodał w kierunku Albusa.
Ślizgon spróbował poluzować żelazny uchwyt Młota ale nawet jego dziesięć palców nie zrobiło najmniejszej różnicy. Był za słaby.
- Wa... Waddlesworth?
Mężczyzna skinął ostro głową.
- Niech ktoś zawoła pomoc - powiedziała przerażona Mirra.
Lance natychmiast zrobił kilka kroków do przodu.
- To nie będzie konieczne - stwierdził Młot, głosem wciąż zimnym niczym lód. - Chłopiec nie ma kłopotów ani nie jest w niebezpieczeństwie. Wróci za chwilę.
- Nigdzie się nie wybieram - powiedział Albus, wciąż starając się odgiąć palce potężnego czarodzieja.
- Idziesz ze mną - powtórzył Młot. - Pan Waddlesworth chce cię widzieć. Nie masz żadnych kłopotów. Możemy to też rozwiązać inaczej. - stwierdził, rzucając chłodne spojrzenie Mirze i Rose, najsłabszym ogniwom w grupie...
Albus odwrócił za nim głowę. Przez chwilę pomyślał, że mężczyzna blefuje - nikt normalny nie zaatakowałby dziecka bez powodu. A potem przypomniał sobie, że widział Młota a akcji na zamieszkach i że jest on członkiem ZB. Jest człowiekiem od brudnej roboty... I zapewne nie obchodziło go, kto na tym ucierpi…
- No dobra, dobra! - powiedział szybko Ślizgon. - Pójdę, tylko nie rań nikogo...
- Al! - krzyknęło kilka osób za nim. Milczeli tylko Eckley i Hornsbrook.
- Nic mi nie będzie - powiedział tylko po to, by ich wesprzeć. Czuł się naprawdę przerażony. - Zaraz wracam... prawda? - zapytał Młota.
Mężczyzna skinął ostro głową.
- Al, nie! - krzyknęła Mirra.
- Idę po nauczyciela... - zaczął Scorpius.
- Zaraz się gościem zajmę - ryknął Morrison.
- Nie! - krzyknął Albus. Nie chciał, by ktokolwiek został ranny. Już raz widział siłę Młota. - Pójdę tylko na mały spacer. Wszystko będzie w porządku….
Zerknął po raz kolejny na potężnego czarodzieja i pokiwał mu głową. Młot nieco poluzował uchwyt, choć go nie puścił. Niemal zaczął go ciągnąć w drugą stronę, w tłum ludzi, którzy zachowywali się jakby byli całkowicie nieświadomi całej sytuacji.
- Czego chce ode mnie Waddlesworth? - zapytał ze strachem po około pięciu minutach regularnego marszu.
- Porozmawiać.
- Potrafię chodzić samemu - powiedział Albus, próbując zabrzmieć pewnie i dotykając grubych palców zaciśniętych mocno na jego kołnierzyku.
- Wolę cię prowadzić - odparł nieprzyjemnie czarodziej. – Zaraz będziemy na miejscu.
Chłopiec przełknął ślinę i uświadomił sobie, że nie wie gdzie właściwie jest. Nie potrafił się w żaden sposób określić. Najwyraźniej mężczyzna ciągnął go jakimś skrótem, który wyglądał całkiem ponuro. Sapnął, gdy uświadomił sobie, że kierują się do miejsca, w którym ostatnio spotkał się z Fango Wilde'em...
- Gdzie… gdzie jesteśmy? - wydukał.
- Na obrzeżach Hogsmeade - odpowiedział Młot. – Nazywa się Hogpenn. Nie jest takie złe, jak się wydaje być – dodał, gdy mijali brudnego, sponiewieranego mężczyznę, siedzącego na ziemi i liczącego kapsle, zupełnie jakby były prawdziwymi monetami.
Maszerowali jeszcze około pięciu minut i zatrzymali się dopiero pod małym sklepem, którego nazwa głosiła „Markowy Sprzęt do Quidditcha".
- Co? „Markowy Sprzęt do Quidditcha"? – zapytał. – Jeden taki jest też na Pokątnej.
- Zgadza się – odpowiedział Młot. – Jest ich całkiem dużo. Ten jest jednak zamknięty od jakiegoś czasu.
Och, to z pewnością. Drzwi sklepu wyglądały w porządku ale okna były zabite deskami. Farba, która kiedyś z pewnością była porządna, teraz odpryskiwała i utraciła cały swój blask. Część ściany była też odłupana.
- No to… skoro jest zamknięty... to chyba nie możemy wejść - powiedział niepewnie.
Młot nie odpowiedział. Otworzył drzwi i zmusił Albusa do wejścia do środka, popychając do mocno, tak że prawie się przewrócił.
Chłopiec podniósł głowę i rozejrzał się po wnętrzu. Przypominało przeogromny salon, który wydawał się z piętnaście razy większy niż na zewnątrz. Być może nałożony został na niego ten sam powiększający czar co zazwyczaj na ich rodzinny lub ministerialny samochód. Ściany sklepu pokryte były majestatycznie wyglądającymi obrazami a na podłodze był olśniewający dywan w kolorze krwistej czerwieni ze złotymi zdobieniami. W środku ułożone były fantazyjnie fotele i kilka kanap. Był też przyjemnie ciepły kominek. Na samym środku sufitu wisiał olśniewający i duży żyrandol, który wydawał się iskrzyć w świetle ognia. Albus mógłby przysiąc, że słyszy cichą muzykę klasyczną, choć w pobliżu nie było żadnego sprzętu muzycznego.
Wszystkie fotele i kanapy były zajęte. Siedzieli w nich mężczyźni i kobiety w różnym wieku i o różnych kolorach skóry. Niektórzy rozmawiali ze sobą, inni popijali wino, a jeszcze inni czytali książki w miękkiej oprawie. Wszyscy byli ubrani w identyczne czarne szaty z małym srebrnym emblematem, którego Albus nie był w stanie rozpoznać. Niewiele osób zauważyło ich przybycie. Ci, którzy to zrobili, wrócili do swoich wcześniejszych zajęć bez większego zaciekawienia.
Ślizgona olśniło. To była siedziba główna Zbawienia Różdżek! Ci ludzie byli Renegatami ale nie byle jakimi! Byli oficjalnymi członkami! Tą bardziej zorganizowaną grupą! Szybko rozejrzał się po twarzach zgromadzonych tu czarodziejów oaz czarownic i zobaczył, że pewien mężczyzna z białą brodą wygląda dość znajomo. Co dziwne, przypominał mu odrobinę Donovana Hornsbrooka...
Młot szturchnął go i poprowadził przez cały pokój. Nikt im nie przeszkodził ani nie zaszedł drogi. Czytający książki ludzie nawet na nich nie podnieśli wzroku, chociaż jeden z nich przykurczył swoje nogi, żeby mogli swobodnie przejść. Wychodząc ze wspaniałego salonu, Albus znalazł się małym pomieszczeniu przypominającym klatką schodową.
- Jak duże jest to miejsce? – zapytał.
- Większe, niż ci się wydaje - odpowiedział mu zimno Młot, prowadząc go teraz po jakichś schodach w górę. Szli jeszcze przez chwilę, po czym zatrzymali się przy długim, białym korytarzu, na widok którego Albusa aż przeszły dreszcze. Podłoga wyłożona była dokładnie takim samym dywanem jak na dole, ciągnącym się przez całą jego długość. Wyglądał niemal tak jak ten w Departamencie Tajemnic, z pominięciem dekoracyjnego dywanu. Na samym jego końcu znajdowały się poobijane drewniane drzwi. Oni jednak zatrzymali się przed jakimiś czerwonymi po lewej stronie. Niczym się nie różniły od pozostałych bocznych.
Młot otworzył je i wepchnął Albusa do środka. Znowu znaleźli się w ładnie urządzonym pokoju z czerwonym dywanem i portretami na ścianach. Rozmiarowo, był jednak o wiele mniejszy niż tamten salon.
Biuro. A w nim, siedzący za dużym biurkiem, Warren Waddlesworth.
- Panie Potter! - powiedział gładko mężczyzna, podnosząc wzrok zza biurka, na którym znajdował się znaczny stos papierów. - Cieszę się, że zdecydował się pan do mnie dołączyć! Zydrunasie, zostaw proszę chłopca, przecież nie ucieknie!
Młot puścił go od razu ale nie ruszył się ani o krok. Wciąż stał w jednym miejscu. Waddlesworth uśmiechnął się nich obu i Albus mógł się mu uważniej przyjrzeć. Jego długie, rude włosy były proste niczym struna i spadały mu luzem na ramiona. Mężczyzna nie miał na sobie tych samych szat co ludzie na dole a czarny, elegancki garnitur z czerwonym krawatem, pasującym do koloru jego włosów. Waddlesworth splótł dłonie i pochylił się do przodu.
- Zydrunasie, dziękuję ci bardzo i nie mogę wyrazić odpowiednio mojej wdzięczności ale chciałbym zamienić kilka słów na osobności z panem Potterem, więc jakbyś mógł chwilkę poczekać na zewnątrz...
Młot pochylił służalczo głowę, po czym wyszedł bez słowa sprzeciwu. Albus rozejrzał się po pokoju i zobaczył, że po drugiej stronie biurka jest krzesło. Czy powinien zająć to miejsce? Co on tu w ogóle robił?
- Usiądź, proszę - powiedział uprzejmie Waddlesworth, wskazując na ten właśnie fotel. Albus usiadł i musiał stwierdzić, że był bardzo wygodny. Czarodziej uśmiechał się do niego przez moment, po czym zapytał. - Może kieliszek wina?
Waddlesworth pstrykając palcami i drzwi po jego prawej stronie (których Al na początku nie zauważył) otworzyły się. Wszedł przez nie mężczyzna o grubych wąsach i czarnych włosach z dwoma kieliszkami i butelką wina na tacy. Lokaj stanął nieruchomo, podczas gdy Waddlesworth wziął do ręki szkło.
- Ehm. Nie jestem jeszcze wystarczająco dorosły, żeby pić - powiedział Albus, patrząc niespokojnym wzrokiem na lokaja.
Waddlesworth zaśmiał się głośno.
- Nie bądź głupi. Jesteś wystarczająco dorosły, żeby napić się chociaż jeden kieliszek!
Och, co za perswazyjny ton głosu. Chłopiec poczuł nagłą pokusę, by przyznać mężczyźnie rację i sięgnąć po szkło, chociażby po to, żeby skosztować jak smakuje ten trunek.
- Nie, dziękuję - odpowiedział koniec końców.
Uśmiech na twarzy przywódcy ZB zamigotał przez moment - Albus ledwie to zauważył. Mężczyzna odłożył swój kieliszek z powrotem na tacę. Najwyraźniej jednak nie będzie pił, jeśli jego gość tego nie chciał. Ponownie pstryknął palcami i lokaj wyszedł bez słowa przez dokładnie te same drzwi, którymi przyszedł.
- Czy wiesz kim jestem, panie Potter? - zapytał ciepło czarodziej.
- Tak - odpowiedział szczerze Ślizgon, wciąż nie mając pojęcia, dlaczego tutaj siedzi. - Pan Waddlesworth.
Mężczyzna zaśmiał się głośno.
- Proszę cię, nie postarzaj mnie tak bardzo! Mów mi po prostu Warren. Naprawdę nie wydaje mi się właściwe, żebyś zwracał się do mnie inaczej, panie Pott… czy mogę ci mówić po imieniu?
- Hm, tak… - odpowiedział.
- Fantastycznie - odpowiedział Warren. – Przepraszam cię na moment. Mimo wszystko… - pstryknął palcami i do biura ponownie wszedł lokaj, tym razem z jednym kieliszkiem na tacy. Waddlesworth wziął go do ręki i ponownie pstryknął. Czarnowłosy lokaj skłonił się, po czym odłożył tacę z winem na drewnianym biurku i wyszedł. Warren upił łyk trunku. Gdy odłożył go na stół, kontynuował.
- Przepyszne – skomentował, cmokając wargami. – Głupio z mojej strony, że odmówiłem sobie za pierwszym razem – wino jest tak wyrafinowanym napojem. Oczywiście, nigdy w nadmiarze! – dodał pospiesznie, wciąż tym samym perswazyjnym tonem. – Nie myśl o mnie źle. Ale tu i tam… po prostu nie mogę się oprzeć dobremu winu.
- Mhm – mruknął chłopiec. Tylko tyle mógł z siebie wykrzesać.
W międzyczasie, Warren kontynuował.
- Cieszę się, że mnie znasz, Albu... mogę mówić do ciebie Al? - zapytał.
Albus skinął głową.
- Fantastycznie - powtórzył mężczyzna. - To, że mnie znasz pozwala nam zaoszczędzić masę czasu. Jestem pewien, że z radością wrócisz do swojej wycieczki. Słyszałem, że ta wioska – Hogsmeade – to naprawdę niesamowity widok na uczniów Hogwartu. W każdym razie zanim odbiegnę od tematu to powiem ci, że też cię znam.
- Tak…? - zapytał, lekko osuwając się na krześle. Co się tutaj wyprawiało?
- Zgadza się. Albo raczej, widziałem cię już wcześniej. Nie powinienem twierdzić, że cię znam, bo jest to nieprawda. Obydwaj jesteśmy świadomi pewnych fasad – możemy widzieć pewne rzeczy ale nie rozumiemy ich. A przynajmniej nigdy do końca. Tak więc, spotkałem cię już wcześniej.
- Kiedy? – zapytał niepewnie Albus.
- Podczas zamieszek - odpowiedział prosto Warren, sadowiąc się wygodniej na swoim krześle. – Być może nie rozpoznajesz mnie ale byłem wtedy nieco pokryty krwią - powiedział chytrze.
- Nic o tym nie wiem - stwierdził szybko Albus, szarpiąc swój kołnierzyk. – Nikogo nie widziałem, ani niczego, ani… ja po prostu...
- Uspokój się, Al - zaśmiał się głośno Warren. - Nie masz żadnych kłopotów. Dlaczego tak bardzo się boisz? Czyżby Zydrunas cię przestraszył? Uderzył cię? - dodał, skupiając się całkowicie na chłopcu.
- Nie - odpowiedział szybko.
- Gdyby jednak to zrobił, to zapewniam cię, że wyciągnąłbym odpowiednie konsekwencje...
- Nie! Nic mi nie zrobił, naprawdę! - odpowiedział Albus bardziej stanowczym tonem. - Po prostu... to nieważne. Nie jestem przestraszony.
Warren przez chwilę uważnie mu się przyglądał.
- Tak jak już mówiłem, widziałem cię podczas zamieszek. Czołgałeś się po ziemi. Czegoś szukałeś?
- Młodszej siostry - odpowiedział automatycznie. - Została w to wmieszana.
- Och. Czy nic jej nie jest? - zapytał mężczyzna.
Albus pomyślał, że zdecydowanie brzmi jakby był zmartwiony. Całkiem ciekawy zabieg.
- Tak, wszystko w porządku – odpowiedział po chwili.
- Fantastycznie. Zamieszki są paskudne. I dlatego też podziwiam twoją odwagę. Słyszałem, że to dość powszechna cecha Gryfonów - stwierdził z uśmiechem czarodziej.
- Jestem w Slytherinie - odpowiedział Al, czując jak czerwienieje mu twarz.
Uśmiech Warrena poszerzył się.
- Naprawdę? – spytał, biorąc kolejny łyk wina. – W młodości nie chodziłem do Hogwartu. Gdybym jednak miał taką przyjemność, Slytherin zdecydowanie byłby moim ulubionym Domem. Znałem jednak wielu, wielu Ślizgonów i mogę ci szczerze powiedzieć, że wyróżniała się u nich wszystkich jedna znacząca umiejętność – och, żadne knowanie czy manipulacje, jak zapewne myślisz – a umiejętność szerszego spojrzenia na otaczający ich świat. Ślizgoni potrafią dostrzegać różne wydarzenia, rzeczy i osoby z różnych perspektyw. Potrafią odsunąć się na moment, zrobić krok w tył i przemyśleć wszystko na spokojnie. Odwaga i inteligencja z pewnością są wspaniałymi cechami ale nie mogę sobie wyobrazić, żeby były lepsze niż właśnie ta perspektywiczność, umiejętność dobrego rozeznania i zrozumienia sytuacji. Niektórzy nazywają to apatią a to tylko i wyłącznie zdrowa logika. Rozumiesz o czym mówię?
- Hm…
- Pozwól mi wytłumaczyć - powiedział Warren, biorąc kolejny szybki łyk wina. - W każdej sytuacji można przyjąć wiele perspektyw. Np. widząc – och, dajmy na to - zamieszki, jeden może pomyśleć, że społeczeństwo wykazuje oznaki recesji, zaś drugi pomyśli, że to oznaka poprawy, rozwoju społeczeństwa... Slytherin - z tego co wiem - widzi zawsze dwie strony medalu. Wiem, że ślizgońskimi kolorami są zielony i srebrny, lecz ja zawsze postrzegałam je jako bardziej... szarawe. Czy kiedykolwiek czułeś się właśnie w ten sposób? Czułeś się „szary"? Czy widziałeś coś kiedyś z różnych perspektyw, Al? Jedna wydaje się być okropna i przerażająca i czujesz się winnym, widząc to. Ta druga zaś – ta, której inni nie dostrzegają – wydaje się nieść za sobą o wiele bardziej dobroczynne przesłanie. Postrzegałeś w ten sposób kiedyś jakąś sytuację?
Albus skurczył się lekko na swoim krześle. Nie chciał nawet myśleć o tym pytaniu. Starał się jedynie wywnioskować co tutaj właściwie robi. Po chwili jednak mimowolnie skupił się na słowach Waddleswortha – były mimo wszystko całkiem interesujące. Przecież przed chwilą sabotował przyszły związek kuzynki dla poprawy pozycji jego przyjaciela... Dwie strony medalu, dwie perspektywy…
- Tak - odpowiedział w końcu. – Tak.
Warren uśmiechnął się do niego.
- Tak myślałem - stwierdził. - Niektórzy mogliby też powiedzieć, że tą umiejętność posiadają nawet członkowie mojej własnej grupy - Zbawienia Różdżek.
- Ehm, nie sądzę… - odpowiedział szybko, nieco zdziwiony własną zuchwałością. I był też odrobinę zadowolony ze swojej reakcji. Spodziewał się, że rudowłosy czarodziej zmarszczy brwi lub zrobi coś okazującego jego niezadowolenie, lecz pomylił się. Waddlesworth zwyczajnie nadal się uśmiechał.
- Nie lubisz Zbawienia Różdżek, Al? - zapytał. - Nie zgadzasz się z nami?
- Nie - odpowiedział wyraźnie chłopiec.
- Dlaczego?
Albus uniósł brwi. Nie mógł uwierzyć, że siedzi tu teraz, dyskutując o tym co czuje do jakiejś podejrzanej grupy. I to jeszcze z jej przywódcą! Czy przed momentem jeszcze nie był w Miodowym Królestwie razem z Mirrą?
- Ponieważ... ponieważ łamiecie prawo. - odpowiedział w końcu.
- Och - powiedział Warren, wciąż z uśmiechem na twarzy. - Rzeczywiście. Niektóre z naszych działań mogą się odbywać na granicach prawa. Rozumiem, że odnosisz się do Zaklęć Niewybaczalnych, morderstw oraz tortur?
Albus skinął głową i poczuł, że włosy mu się jeżą na ciele na myśl o czterech ostatnich słowach dorosłego czarodzieja.
- To niesłychanie ciekawe, Al - kontynuował Warren. – Bo widzisz, one dopiero teraz wydają się być takie niemoralne i absolutnie zakazane. Teraz nie wolno ich używać od tak sobie, wedle kaprysu… Ale czy wiesz, że podczas pierwszej wojny z Voldemortem, Aurorzy mieli pozwolenie na używanie Zaklęć Niewybaczalnych?
Chłopiec patrzył się tępo na Waddleswortha. Nie wiedział tego. Ale czy to miało znaczenie? Warren spojrzał na niego uważniej i po chwili milczenia, kontynuował.
- Aurorzy - tacy jak twój ojciec, do całkiem niedawna - mogli zabijać i torturować. Czy łamali prawo, Al?
Ślizgon zawahał się. To było naprawdę dobre pytanie.
- Nie - odpowiedział w końcu. - Dostali zezwolenie od samego Ministra Magii.
- Więc jeśli Minister wyrazi zezwolenie i mojej grupie to będzie znaczyło, że to w porządku? Że ZB będzie mogło zabijać i torturować? Jeśli Minister zgodzi się na zabijanie niewinnych dzieci, nie będzie to sprzeczne z prawem? Prawem ustanowionym przez jedną osobę? Przez jeden rząd? - zapytał, na co Albus milczał. - Wierzę, Al, że jedyną osobą mogącą dobrze ocenić co jest dobre a co nie, co legalne a co nie, co moralne a co niemoralne, jest każdy z nas z osobna... Kiedy Aurorzy zabijają, to nie jest niezgodne z obowiązującym prawem. A kiedy my to robimy… to jest sprzeczne? Powiedz mi, Al: czy prawo naprawdę jest prawem, gdy nie wszyscy musimy go przestrzegać?
- Ja… nie wiem - odpowiedział szczerze, żałując że nie może teraz o tym nie myśleć.
- Powiem ci prawdę, Al - powiedział cicho Warren. - Spójrz mi w oczy.
Albus zrobił, jak mu kazano - spojrzał w te niebieskie oczy, po czym szybko spuścił wzrok na biurko mężczyzny.
- No patrz! Szukaj odpowiedzi! - niemal krzyknął Warren, na co chłopiec podskoczył w miejscu i podniósł z powrotem głowę. Tym razem zachował ich kontakt wzrokowy. - Chcę, żebyś mi patrzył w oczy, Al. Wiesz, że mówię ci prawdę. Nigdy nie kłamię, gdy patrzę drugiemu człowiekowi prosto w oczy. Nawet bym się nie ośmielił. Oczy są przecież zwierciadłem duszy.
Hm… Twój wygląd. Złote oczy? Tylko tęczówka czy całe oko?
- Patrzysz? - dopytywał się Waddlesworth.
- Tak - odpowiedział cicho, ze spojrzeniem wbitym w mężczyznę.
- Mówię ci prawdę, Albusie. Nie lubię krzywdzić ludzi i nie lubię, gdy zostają ranni ale toczymy obecnie wojnę. I stąd też nasza nazwa. A – jak sam doskonale zdajesz sobie sprawę - podczas wojny ludzie zostają ranni. Niektórzy mogą się cofnąć wstecz i odwrócić wzrok ale ja nie jestem tego typu człowiekiem. Nie potrafię. Jeśli ktoś ma zostać ranny, to nie chcę, by byli to niewinni. Chcę, żeby byli to ci, którzy tą krzywdę rozprzestrzeniają. Wojna nigdy nie jest cudowna, Albusie. Przysięgam ci na wszystko, co jest mi drogie, że nienawidzę tego. Nienawidzę walki. Nienawidzę artykułów w gazetach i nienawidzę plotek. Nie znoszę też, gdy jeden z moich ludzi jest bliski zabicia kogoś… kogoś, kto wcześniej miał zamiar zabić dzieci takie jak ty. Dzieci takie jak twoją młodszą siostrzyczkę, którą próbowałeś samodzielnie ratować. Ale to wszystko się musi skończyć. Ofiary są konieczne – ktoś musi zostać zraniony. Muszę znaleźć Reginalda Aresa, Albusie. Robię to wszystko, bo jestem absolutnie przekonany, że mogę zakończyć tą wojnę na tak wczesnym, początkowym jej etapie. Zrobię to.
- A co z innymi ludźmi? - zapytał Ślizgon. – Słyszałem… słyszałem, że znalazłeś też innych. W.O. czy jakoś tak…
Warren kiwnął głową i Albus w końcu odwrócił wzrok. Obydwaj przestali na siebie patrzeć.
- Czy wiesz czym są szachy, Al?
- Mam czternaście lat - powiedział sucho, mając nadzieję, że to wystarczy za odpowiedź.
Warren roześmiał się.
- Powinienem bardziej doprecyzować swoje pytanie - czy potrafisz grać w szachy?
- Tak.
- Pozwól więc zadać mi kolejne pytanie: która figura jest najbardziej niebezpieczna na szachownicy?
- Królowa - odpowiedział, na co Warren spojrzał na niego surowo.
- Nie zgadzam się z tobą, Al. Myślę, że jest to pionek.
- Pionek?
- Tak, Albusie – potwierdził Waddlesworth, biorąc łyk wina ze swojego niemal pustego kieliszka. - Bo widzisz, to pionek jest najbardziej nieprzewidywalny. To jedyna figura, którą tak naprawdę można zbić przeciwnikowi a potem używać jako własnej. Pionek porusza się tak, jak chce tego gracz prowadzący daną partię. Gdy nie będziesz zwracał odpowiedniej uwagi na pionka, możesz nie dostrzec w nim skrywanego potencjału. To z kolei uniemożliwi ci dobry ruch. Co więcej, pionek może stać się królową, jeśli dobrze się go przypilnuje. Różnica między zwykłą królową a pionkiem, który się nią stał jest taka, że pionek przechodzi swoją metamorfozę na wrogim terytorium. I czeka gotowy do uderzenia w odpowiednim momencie. To przyczajony zabójca. Dobrze wiesz, Al – królowa jest gotowa do ataku od początku każdej partii i każdy gracz doskonale zdaje sobie z tego sprawę. A pionki… pionki pojawiają się znikąd… Rozumiesz?
- Hm…
- To ludzie, Al. Oni są pionkami a my chcemy króla... Musimy więc wyeliminować pionki, zanim te przyniosą jeszcze więcej szkody. Musimy uważać na nie, musimy je powstrzymać... Ta analogia może być dla ciebie trudna – rozumiem to. Wciąż jesteś taki młody…
- Nie, nie – zaprzeczył Albus. – Rozumiem. Po prostu… sam nie wiem…
- Nie ma nic złego w niezgadzaniu się z nami, Al. Jak mógłbym cię za to winić? Dorastałeś w świecie ukształtowanym przez Ministerstwo, w którym twój własny ojciec - którego bardzo szanuję - był najbardziej znanym Aurorem przez całe dwie dekady. Nie chcę, byś wybierał strony, Al - moją lub swojego ojca. Nie. Ty sam w końcu będziesz wiedział, po której stronie staniesz. Jedyna na czym mi teraz zależy, to na tym żebyś zobaczył tę sprawę z różnych perspektyw, ponieważ naprawdę nie znoszę sytuacji, w których ludzie łypią złym okiem na ZB, będąc niedoinformowanymi.
- Więc... więc to dlatego chciałeś porozmawiać ze mną? - zapytał zaskoczony.
- Och, nie, nie! - powiedział Warren, śmiejąc się tak głośno, że na moment stracił swój perswazyjny ton. – Wybacz mi, zagalopowałem się z moimi rozważaniami... Odszedłem od głównego tematu… Przepraszam cię, poprosiłem Zydrunasa, żeby cię tutaj przyprowadził – och, i za to też przepraszam – ponieważ chciałem zadać ci pytanie. Czy to w porządku, Al?
- Jasne, pytaj - powiedział nieco zdezorientowany. Co jeszcze Waddlesworth miał do powiedzenia?
- Czy jest w tobie coś... wyjątkowego?
- Co? Nie rozumiem - powiedział z pełnym przekonaniem Albus.
- Coś co uważasz za szczególnie… interesującego? Coś… niezwykłego?
- Nie - powiedział, wzruszając ramionami, będąc szczerym. - Przepraszam. - dodał, nie do końca wiedząc dlaczego tak właściwie go przeprasza.
Warren uśmiechnął się.
- Skromność - skomentował. – Uwielbiam ją. Moim zdaniem to właśnie najbardziej wyjątkowa ze wszystkich możliwych cech ludzkiego charakteru. Bo widzisz, Al – osoba skromna nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, jaka jest. Osoba odważna może poznać swoją odwagę, osoba sprytna, wie że jest sprytna ale osoba skromna nigdy nie zrozumie, że tak naprawdę jest skromna. I o to właśnie chodzi, rozumiesz? W tym cały sęk. Każda skromna osoba, mówiąca ci, że jesteś skromny, wcale taka nie jest. Tak szczerze, to zazdroszczę ci tej cechy – ja nie jestem taki. Mimo to, czuję, że jest w tobie coś wyjątkowego. Być może jest to coś, czego do końca nie pojmujesz. Wiesz, co to jest? Możesz to jakoś opisać?
Albus pokręcił głową. O czym mówił ten facet?
- Przepraszam - powiedział. - Nic o tym nie wiem.
Po raz pierwszy w ciągu całej tej dziwacznej rozmowy, Warren zmarszczył brwi.
- Fantastycznie - powiedział. - Możesz już iść, jeśli tylko tego chcesz. Jestem pewien, że przyjaciele bardzo się o ciebie martwią. Chcę jednak, żebyś coś sobie zapamiętał, Al. W każdej chwili będziesz tutaj mile widziany. Chciałbym, żebyś dokładniej się nam przyjrzał i zobaczył sobie co konkretnie robimy i dlaczego, dobrze? Co powiesz na małe spotkanie podczas twojej kolejnej wizyty w Hogsmeade?
- Hm, no dobrze - odpowiedział niepewnie. Mimo wszystko Albus musiał przyznać, że ta rozmowa była dość pouczająca.
- Potrzebujesz eskorty? - zapytał Warren. – Bardzo chętnie zawołam Zydrunasa...
- Nie, dziękuję - odpowiedział szybko, nie mając najmniejszej ochoty na ponowne bycie popychadłem. - W porządku, naprawdę.
- Jesteś pewien? Jesteśmy na przedmieściach wioski i łatwo się tutaj zgubić, Al...
- Nic mi nie będzie - powtórzył. – Tak czy inaczej, dzięki wielkie.
Warren uśmiechnął się do niego i odprowadził o aż do samych drzwi. Albus wyszedł. Korytarz przed nim był pusty.
Nagle poczuł się niesamowicie oszołomiony. To było to? Tylko o to chodziło? Dlatego Warren Waddlesworth chciał go zobaczyć? Żeby wybadać czy nie ma w nim przypadkiem czegoś wyjątkowego?
Dość dziwne.
Z drugiej strony, cały ten dzień był jakiś dziwaczny. Myślał nad tym idąc korytarzem, tak jak wcześniej tutaj przyszedł. Powrót do zamku będzie istnym błogosławieństwem. Podróż do Hogsmeade była żmudna i okazała się bardziej problematyczna, niż początkowo przypuszczał...
W momencie jakieś drzwi otworzyły się i poczuł, że ktoś chwyta go mocno za kołnierz. Próbował walczyć ale przeciwnik był silniejszy. Został brutalnie wciągnięty do jakiegoś ciemnego pokoju. Próbował odeprzeć mocną rękę i jednocześnie sięgnąć po różdżkę...
I wtedy rozbłysło czerwone światło a jego różdżka znalazła się poza jego zasięgiem. Światła zamigotały i Albus zrozumiał, że przeciwnik go rozbroił. Zamrugał i zdębiał.
- Profesorze Fairhart! - sapnął, patrząc wprost na znajomą twarz. To zdecydowanie była największa niespodzianka dzisiejszego dnia. Przed nim rzeczywiście stał były jego nauczyciel Obrony przed Czarną Magią, choć wyglądał nieco inaczej niż chłopiec go zapamiętał. Prawa strona jego twarzy wciąż była niewiarygodnie oszpecona a włosy wciąż kruczoczarne. Co dziwne - mężczyzna miał na sobie nieprzemakalny płaszcz.
- Co tutaj robisz, Albusie? - zapytał go agresywnie. Ślizgon nie był przyzwyczajony do takiego tonu jego głosu i był nim naprawdę zdziwiony.
- Co ty... - zaczął i zatrzymał się w połowie zdania. Dopiero teraz uświadomił sobie, że czarodziej miał na sobie czarne szaty z tą specyficznym srebrnym znaczkiem. Emblemat przedstawiał coś przypominającego dwa skrzyżowane miecze, zastąpione dwoma różdżkami. - Jesteś członkiem ZB! - krzyknął, czując rozchodzące się po ciele odrętwienie. A potem spłynęło na niego zrozumienie. Czwarta osoba na zdjęciu Blackwood... Zakapturzona postać...
- Mniej więcej - odpowiedział Fairhart, oddając mu różdżkę. Wyglądał na bardzo zdenerwowanego. - Ciężko to wytłumaczyć. Skomplikowana sprawa. Dlaczego tutaj jesteś? Przecież pisałem ci, że jesteś w niebezpieczeństwie!
- Co mi pisa…? Czekaj, to ty wysłałeś tę notkę...?
- Posłuchaj mnie, Albusie - powiedział Fairhart, brzmiąc teraz na spanikowanego. - Powinieneś był posłuchać mojego listu. Jesteś w wielkim niebezpieczeństwie i musisz natychmiast wyjść... i nigdy tutaj nie wracać, rozumiesz?
- Nie - powiedział. – No właśnie rozmawiałem sobie z Warrenem...
- Z Warrenem…?
- Wszystko okej - powiedział szybko Albus. - Nic mi nie jest, chciał tylko ze mną porozmawiać... A może i wrócę tu – dodał wyzywająco.
- Co? Ci ludzie są niebezpieczni!
- No nie do końca – odpowiedział. – To znaczy, dla innych. W niektórych sprawach serio mają trochę racji. A tak w ogóle to skoro są tacy źli, to dlaczego tutaj jesteś? - zapytał wyzywająco.
Fairhart gapił się na niego.
- To nie jest ważne, Albusie. Jestem tutaj, bo muszę. Nie znasz dobrze Zbawienia Różdżek. Ci ludzie są bardzo niebezpieczni, nawet dla ciebie. Łamią prawo i...
- Czy aby na pewno...? - zaczął. – To znaczy, jeśli i tak nie wszyscy za nimi podążają…
- Och, Merlinie! - Fairhart przyłożył sobie rękę do twarzy. - Już cię przekabacił! – mruknął bardziej do siebie, niż do niego. - Musisz mnie bardzo uważnie wysłuchać, Albusie. - powiedział mężczyzna, kucając i kładąc mu dłonie na ramiona. Był teraz na wysokości jego oczu. Stali twarzą w twarz. Albus spojrzał w prawo i dostrzegł na palcu czarodzieja srebrny lśniący pierścień. Uświadomił sobie, że jest na nim jakiś napis. Chyba... - Ci ludzie mówią samymi pół-prawdami. Mają ukryte motywy. Nie wolno ci tutaj nigdy więcej wracać. Nigdy!
- Nie! – zaprzeczył, zaskakując sam siebie. Darzył Fairharta wielkim szacunkiem ale miał już tego dosyć. Nie chciał już robić tego, co mu kazano. Czy przed momentem nie dyskutował o tym z Warrenem? O tym, że tylko on wiedział, gdzie jest jego miejsce? - Mogę sam podejmować własne decyzje...
Fairhart westchnął ciężko i wstał. Potem rozejrzał się po pokoju, mrucząc do siebie pod nosem.
- Jak mogę ci to pokazać... – szeptał.
Albus też rozejrzał się po pokoju i zobaczył, że ten wygląda niemal identycznie jak dawne biuro byłego nauczyciela. Znajdowało się tutaj małe łóżko, mały okrągły stolik i nawet półka, na której stała tamta myślodsiewnia…
Nagłe pukanie do drzwi sprawiło, że obaj podskoczyli.
- Nie odzywaj się - syknął cicho czarodziej. - Co? - krzyknął przez drzwi.
- Sancticus! Warren chce cię widzieć! - krzyknął głośno głos, którego właściciela Albus już zdążył poznać.
- Będę za kilka minut!
- Warren chce cię zobaczyć teraz! - krzyknął Młot.
- Powiedziałem, że za kilka minut! - odkrzyknął Fairhart.
- Nie każ mi rozbijać tych drzwi! - ryknął Młot.
- Nie każ mi rozbijać tych drzwi! - przedrzeźniał go złośliwie Auror.
Po tej kwestii nastąpiła krótka chwila ciszy, po czym dało się słyszeć odgłos oddających się kroków. Fairhart podszedł zamyślony do półki i pogrzebał w rzeczach znajdujących się na niej. Wyjął małą szklanką fiolkę.
- Weź - powiedział, podając ją Albusowi. Fiolka zawierała wspomnienie. - Znajdź myślodsiewnię i obejrzyj. Może wtedy… może wtedy zrozumiesz...
- Co? Co tu się wyprawia? - zapytał Ślizgon. – Co to za wspomnienie? Co tutaj tak naprawdę robisz? O co w tym wszystkim chodzi?
- Idź już! Postaraj się, żeby cię nie zobaczyli! Nie mów nikomu, że się widzieliśmy. I nikomu innemu nie pokazuj tego wspomnienia. No idź! - powiedział po raz ostatni mężczyzna i wypchnął go za drzwi. Potem zatrzasnął je tuż przed jego twarzą.
- Hej! – krzyknął chłopiec a jego głos poniósł się echem po pustym korytarzu. Uderzył w drzwi. – Otwórz mi! – krzyknął ponownie ale odpowiedziała mu już tylko cisza. – No otwórz! – zawołał, uderzając w nie jeszcze kilka razy ale bez rezultatu.
Albus zaklął pod nosem i schował fiolkę w swoje szaty. Przez chwilę wpatrywał się w zamknięte drzwi, po czym odwrócił się na pięcie i zaczął kierować się ku wyjściu. Gdy opuścił podejrzany sklep, długo jeszcze wędrował po Hogsmeade szukając swoich przyjaciół. Nie wiedział, że w tym czasie miała miejsce jeszcze jedna, niezwykle ważna rozmowa.
Waddlesworth wciąż siedział w swoim biurze a na jego twarzy nie było widać śladu uśmiechu. Nie wypił też już ani kropli wina. Zydrunas stał obok niego ze skrzyżowanymi rękami. Fairhart stał w kącie, niedbale oparty o ścianę.
- Myślisz, że kłamał? - zapytał Młot Warrena.
- Nie mogę być tego pewien w stu procentach - odpowiedział Waddlesworth. - Jeśli nasz kontakt u Aresa jest sprawdzony, to potrzebuje on tego chłopca. Jeśli nasz kontakt w szkole jest sprawdzony, to chłopiec wie o swojej dziwnej mocy ale nie wiadomo czy nawiązał już połączenie.
- Co z nim zrobimy? - zapytał Zydrunas.
Waddlesworth zwrócił się do Fairharta.
- Zbadaj to, Sancticusie. Miej oko na tego chłopca. Dowiedz się, dlaczego Ares tak bardzo go potrzebuje. A jeśli potrzebuje go żywego... to zabij go zanim Ares zdoła do niego dotrzeć.
Fairhart wpatrywał się w niego przez chwilę, po czym kiwnął głową.
- A myślałem, że nie zabijamy niewinnych dzieci - zaszydził Młot z paskudnym uśmiechem na twarzy.
- Szachy, Zydrunasie... - odpowiedział Waddlesworth. - Czasami trzeba poświęcić parę pionków...
* Zwis Leniwca – z ang. Sloth Grip Rolls – manewr, polegający na zawiśnięciu na miotle do góry nogami, trzymając się jej rękami i stopami, w celu uniknięcia uderzenia tłuczkiem. Harry zastosował tą taktykę w piątym tomie (tylko w książce)
** Kwach – z ang. Acid Pop – słodycze przypominające wyglądem mugolskie lizaki. Są bardzo kwaśne. Urazy przez nie spowodowane można łatwo wyleczyć – nie ma też po nich żadnych powikłań. Są sprzedawane pomimo małego niebezpieczeństwa urazu języka
*** Kołkogonek – z ang. Nogtail - demon spotykany w rolniczych rejonach Europy, Rosji i Ameryki. Przypomina karłowatą świnię o długich nogach, serdelkowatych ogonach i wąskich, czarnych oczach. Kołkogonek wkrada się do chlewu i ssie zwyczajną maciorę razem z jej prawdziwymi młodymi. Im dłużej będzie przebywał w zagrodzie i im większy urośnie, tym dłużej gospodarza będzie dręczyła zła passa. Kołkogonek jest wyjątkowo szybki i trudny do schwytania, ale jeśli zostanie przepędzony za granice gospodarstwa przez całkowicie białego psa lub kota, nigdy już do niego nie powróci. Zwierzę miało swój debiut w książce „Harry Potter i Zakon Feniksa" – opowiadał o nim Cormac McLaggen na spotkaniu Klubu Ślimaka. Kołkogonek pojawił się też w „Fantastycznych Zwierzętach…"
