NADIA

Baza Główna SHIELD, Waszyngton

11 kwietnia, 22:21

Słyszę zniekształcony, odbijający się echem głos Gorelova. Przed oczami mam jedynie ciemność. Zaczyna znikać, kiedy znowu słyszę Olega. Mówi do mnie powoli i spokojnie. Właśnie dlatego nagle otwieram oczy.

Na zewnątrz jest już ciemno. Leżę na łóżku w pomieszczeniu o ciemnych ścianach. Do środka wpada struga światła przez kwadratowe okno po prawej stronie.

- Spokojnie - słyszę głos Gorelova. W głowie czuję łomotanie. - Bez gwałtownych ruchów, towarzyszko Sołowjow.

Oleg jest nagi od pasa w górę, a na żebrach ma owinięty szeroki bandaż. Nie wiem, co się stało, ani dlaczego jest opatrzony.

Ignoruję jego słowa i siadam na łóżku. Gorelov chce mnie powstrzymać, ale nadaremno. Moja głowa eksploduje pulsującym bólem i czuję go nie tylko w skroniach, ale również w tyle czaszki. Marszczę brwi.

Oleg wie, o co chcę zapytać, zanim otwieram usta. Od razu odpowiada:

- Jesteśmy w Bazie SHIELD.

Rozglądam się wokół siebie. Pomieszczenie mieści jedną metalową szafę i łóżko ze stojącym obok krzesłem. Nic więcej. Wygląda mi to na salę szpitalną, ale z ciemnymi, szarymi ścianami, zamiast białych, sterylnie wyglądających kafli.

Moje spojrzenie zatrzymuje się na Gorelovie. Patrzę na bandaż na jego żebrach i usiłuję sobie przypomnieć, jak oboje się tutaj dostaliśmy. Przecież muszę coś pamiętać. Ojciec do mnie strzelił, ale nie był to normalny pocisk. Już dawno bym nie żyła.

Środek usypiający.

- Dostałeś? - pytam, przerywając burzę we własnej głowie.

- To tylko draśnięcie – kiwa ręką. - Nic nie pamiętasz, prawda?

- Mam w pamięci dziurę od czasu... Od czasu, kiedy ojciec pociągnął za spust - kręcę głową, usiłując wykrzesać więcej ze swojego nafaszerowanego chemią mózgu. - Gdzie jest Barnes? - ściągam brwi, nadal walcząc z własną pamięcią. - Co się właściwie stało?

- Zanieśliśmy twojego żołnierza do samochodu. Wtedy przyjechał samochód TARCZY. Kazałem im czekać, aż wyjdziesz, żeby mogli zabrać twojego ojca, ale ten strażnik uparł się, że pójdzie po ciebie, bo za długo nie wracałaś. Rzeczywiście za długo cię nie było.

Gorelov przerywa i zerka na mnie.

- Nadążam - zapewniam go. Czuję, jak gardło zaczyna ściskać mi strach. ''Ten strażnik''. Diego?

Oleg kontynuuje:

- Poszedłem z nim, ale wszedł pierwszy. Wyjął broń i miał ją cały czas w rękach. Był pięć metrów przede mną, Nadia... Głupie pięć metrów. Inaczej bym go popchnął, albo przewrócił... Gdyby był bliżej, chociaż trochę bliżej...

Oleg milknie i opuszcza wzrok. Kręci głową, biorąc głęboki, długi wdech. Jego klatka piersiowa trzęsie się przy tym.

- Nic nie mogłem zrobić. On stanął w drzwiach tego pokoju, gdzie przesłuchali Barnesa... Twój ojciec tam był, a ty leżałaś na ziemi. Wpadłem w panikę, Nadia. Strzeliłem do twojego ojca, ale za późno... Myślałem, że cię zabił.

- On nie żyje, prawda? Ten strażnik, Diego? - pytam cicho, bo nie umiem głośno wypowiedzieć jednym ciągiem słów ''Diego'' i ''nie żyje''.

Oleg kiwa głową. Unika mojego spojrzenia, jakby bał się, albo wstydził unieść na mnie wzrok. A przecież to nie jego wina.

- Twój ojciec go zastrzelił, zanim zdążyłem poczciwemu Vincentowi wpakować kulkę w udo. Zabrałem mu broń i przyłożyłem. Pozwolił mi się obezwładnić. Nadia, myślałem, że cię zabił, ale on zmienił magazynek. Zobaczyłem igłę w twojej szyi i cię stamtąd wyniosłem. Pomogli mi agenci od Fury'ego, kiedy jeden z tych na korytarzu... On się jeszcze ruszał. Strzelił, ale nie trafił. Kula mnie drasnęła.

- Pozwolił ci się obezwładnić? - powtarzam po nim.

- Wręcz podał mi swoją broń - tłumaczy Oleg. - Nie wiem, dlaczego.

Diego Bexley nie żyje. Adam Harrelson nie żyje. Antonov nie żyje. I tamtych dziesięciu. Razem trzynaście trupów leży w Bazie na Lingway Avenue. Trzynastu podczas kilkunastominutowej strzelaniny.

- Barnes jest tutaj? - pytam, chyba chcąc się dowiedzieć, czy już zabrał go Steve. Wiem, że Oleg nie zostawiłby go na Lingway Avenue.

- Tak - odpowiada Gorelov. - Leży w innej sali. Mówią, że powinien się dzisiaj obudzić.

- Ojciec uciekł? - zadaję mu kolejne bezsensowne pytanie, bo nie potrafię znieść myśli o zabitym Bexleyu, ani widoku martwego Adama, który ciągle pojawia się przed moimi oczami.

Dlaczego oni zginęli? Dlaczego to nie ja dostałam, tylko Adam? On nic nie zrobił. Chciał mnie tylko bronić. Był niewinny tak samo, jak Diego. Nawet cholerny Antonov niczym nie zawinił. Wszyscy po prostu wykonywali swoje zadania. Czy to skazało ich na śmierć?

Oleg kręci głową.

- Po tym, jak strzeliłem mu w nogę, zabrali go agenci TARCZY. Jest w celi. Powiedział, że zgodzi się na przesłuchanie, ale tylko w twojej obecności.

Kiwam głową. Muszę tam iść. Ale najpierw muszę powiedzieć Nickowi o tym, kto wydaje rozkazy agentom HYDRY.

...

NADIA

- Dobrze się czujesz? - pyta Fury, kiedy wchodzę do przedsionka pokoju przesłuchań w Bazie TARCZY. Od razu za mną wchodzi Gorelov. Poprawia koszulkę, którą założył na opatrunek.

Kiwam głową i patrzę przez lustro weneckie na skutego ojca, siedzącego przy metalowym stole. Jego kajdanki są przypięte do kółka na blacie, a ten pewnie przytwierdzony do podłoża.

W swoim odbiciu zauważam zmęczoną twarz i białą koszulkę, w którą się przebrałam.

- Postawił jeden warunek. Chce najpierw z tobą porozmawiać. Masz też być obecna, kiedy Hill będzie zadawać mu pytania - zaczyna Fury. Przerywam mu:

- Nic wam nie powie - wyciągam z tylnej kieszeni spodni telefon. - Mam nagraną rozmowę, która go obciąża. Nie musicie go przesłuchiwać. Jeden z ludzi HYDRY powiedział mi, że rozkazy daje im Mark Nixon. Członek Rady?

- Nowej Rady - odpowiada.

Nick kiwa głową i podaje komórkę swoim ludziom. Ci wychodzą z pomieszczenia, jakby bez słów wiedzieli, co mają z nią zrobić. Nie wiem, jak, ale takim sposobem porozumiewał się już z nimi wcześniej.

- Gdzie jest teraz?

- Ostatnio był w Milwaukee.

Wszystko zaczyna mieć sens. Nasi agenci byli nasłani na Nixona, ale wpadli w zasadzkę. Dlatego było ich czterech. Tylko kto ich tam wysłał? Ojciec nie kazałby zabić swojego wspólnika.

- Namierzcie jego położenie - polecam mu. - Znajdę go i zlikwiduję. Za dwie godziny będę gotowa do rozpoczęcia misji.

- Jutro przedyskutujemy to z Kapitanem Rogersem - hamuje mnie Nick.

Podchodzę do drzwi i biorę głęboki oddech. Oleg kładzie mi rękę na ramieniu. Nie wiem, po co mam go przekonywać, aby cokolwiek powiedział. Ludzi takich, jak on, trzeba torturować trzy dni, aby cokolwiek z nich wydusić. I tak nie ma się żadnej pewności, czy mówią prawdę.

- Pozwól mi z nim porozmawiać - proszę Nicka.

Wykonuje zapraszający gest w kierunku drzwi. Chwytam za klamkę i wchodzę do środka.

- Jak mówiłam, widzimy się znowu, a ty czekasz na pluton egzekucyjny - mówię i staję naprzeciwko niego. Unosi na mnie kpiący i rozbawiony wzrok. Na jego lewym udzie nogawka jest zakrwawiona i rozcięta, a na nagiej skórze zawiązana przepaska.

- Jeszcze mnie nie osądzono - odpowiada z uśmieszkiem.

- Jeszcze.

Siadam na krześle po drugiej stronie stołu.

- Jesteś gotowy na przesłuchanie?

- Czemu trzymasz ich stronę? - pyta mnie, zupełnie wytrącając z tak skrupulatnie odzyskiwanej równowagi.

- To nie ty zadajesz pytania - ucinam.

- Wszystko to zrobiłem z miłości do ciebie. Zawsze kierowałem się twoim dobrem - unosi skute dłonie i wskazuje na mnie palcem.

- Zabijanie Adama nie było dla mojego dobra - odpowiadam ostro.

- Agent Harrelson zginął, bo był idiotą - unosi brwi i wzrusza ramionami. Powoli doprowadza mnie do furii, która zaczyna zżerać mnie od wewnątrz. Nie wiem, czy dam radę się powstrzymać.

Zaciskam zęby. Nie mogę go uderzyć. Nie tutaj. Nie tak się przesłuchuje więźniów.

- Wszystko, Nadia, zrobiłem dla ciebie! Chciałem cię ratować! Zawsze myślałem o tobie, nawet kiedy twoja matka postradała zmysły...

- Co? - wzburzam się. Jego słowa wyrywają mnie z senności spowodowanej bólem głowy. - Co ty powiedziałeś?

- Chciałem cię chronić przed prawdą, ale nie mogę cię dłużej oszukiwać - kręci głową i teatralnie opuszcza wzrok.

- O czym ty mówisz?

- Kiedy się urodziłaś, HYDRA postawiła nam ultimatum. Mieliśmy im ciebie oddać, inaczej zabiją naszą trójkę. Twoja matka uważała, że jedynym sposobem na uratowanie cię jest oddanie w ich ręce. Nie mogłem na to pozwolić...

Wstaję, z trudem utrzymując emocje na wodzy.

- Więc to, co pisze w aktach, jest nieprawdą? Nie umarła przy porodzie?

Ojciec milknie.

- Zabiłeś ją.

- Nie miałem wyjścia. Chciała cię oddać... Własne dziecko... - zaczyna się tłumaczyć.

- Zabiłeś ją... Zabiłeś moją matkę... - cedzę przez zaciśnięte zęby.

- Z miłości do ciebie - burzy się.

- Jesteś niezdolny do miłości - kręcę głową.

Nie chcę, nie umiem uwierzyć w to, czego się właśnie dowiedziałam. Czuję odruch wymiotny. W głowie zaczyna mi brzęczeć stado os.

- Nadia...

- Jak mogłeś kiedykolwiek mnie kochać, jeśli zabiłeś kobietę, która mnie urodziła?! Jak?! - wybucham.

Chwytam się za głowę i idę wgłąb pomieszczenia. Łapczywie wciągam powietrze do ust, aby nie zwymiotować. Coś zaczyna palić i drapać mnie w gardle. Do oczu cisną mi się łzy.

- Nigdy nie pozwoliłem, aby cokolwiek ci się stało! Nie wybaczyłbym sobie, gdyby mojej jedynej córce ktoś zrobił krzywdę, gdyby ktoś...

- Ale wybaczyłeś sobie zamordowanie żony, tak?! - krzyczę, odwracając się do niego.

- Nadiuszka, błagam cię.

- Jesteś nic nie wart... Jesteś niczym... - cały czas kręcę głową. Nie chcę w to wszystko wierzyć.

Wiedziałam, że ojciec jest zdolny do wielu rzeczy, ale nigdy nie posądziłabym go o zamordowanie mojej matki i sfałszowanie moich własnych akt.

Chcę odejść stąd jak najdalej. Mam dosyć cierpienia na dzisiaj. Wystarczy.

- Córeczko...

- Nigdy mnie tak więcej nie nazywaj... Jesteś żałosny... Pozwoliłeś mordować swoich agentów, swoich ludzi. Przyjaciół! Osoby, które bezgranicznie ci ufały!
- Nie mogłem ryzykować twojego życia! Ani Gorelova! Zasługuję na wybaczenie! Na twoje wybaczenie! - błagalnie wykrzykuje.

- Jedyne, na co zasługujesz, to strzał w środek twojej obłąkanej głowy - mówię beznamiętnie. Mój głos ani razu się nie łamie.

Nie znam człowieka, który siedzi przede mną. Nie poznaję go. To nie jest mój ojciec. On nie zrobiłby czegoś takiego.

- Błagam, powiedz mi, że wyprali ci mózg... Albo mają nad tobą kontrolę... - proszę go.

- Nadia, oni nadal są zdolni ci wybaczyć. Wszystko znów będzie dobrze. Wystarczy, że wypełnisz misję i dołączysz do nas - zapewnia mnie, unosząc dłonie zakute w kajdanki.

"Do nas". Mam dołączyć do nich. On i HYDRA są teraz partnerami. Współpracownikami. Wspólnikami. Są "razem".

Zginam prawą nogę w kolanie i kopię stół z taką siłą, że go przewracam. Okazuje się, że nie był wcale tak mocno przykręcony do ziemi.

Ojciec spada z krzesła, pociągnięty za przewracającym się blatem i próbuje zdjąć sobie kajdanki z rąk. Nikt nie wchodzi do środka, ani nie usiłuje mnie powstrzymać. Fury pozwoliłby mi skatować ojca do śmierci. Nikt z nas nie ma litości dla zdrajców.

Pochylam się nad ojcem. Chcę, aby powiedział mi, że to wszystko jakiś żart, fikcja. On tylko wpatruje się we mnie wystraszonym, ale wciąż władczym spojrzeniem. Nie odwoła nic, co powiedział.

- Nigdy - mówię mu prosto w twarz, łapiąc za kołnierz. Puszczam go, popychając na blat.

Wychodzę z pokoju przesłuchań. Nie dbam nawet o zamknięcie za sobą drzwi. Dwóch ludzi Nicka od razu wchodzi do środka.

Można uznać, że skończyłam przekonywanie ojca.

- W której sali leży Barnes? - pytam.

- C64. Korytarzem w lewo od twojej - odpowiada dyrektor SHIELD. - Nadia, doceniam to, że próbowałaś.

- Wszystko słyszeliście? - błądzę wzrokiem po podłodze.

- Tak.

- Więc teraz wiesz, żeby trzymać go z dala ode mnie. Mogłabym go zabić.

Mijam Fury'ego i wychodzę na korytarz. Gorelov idzie za mną aż do jego połowy. Cały czas zaciskam zęby i pięści. Mrugam tak szybko, jak tylko mogę, aby nie pozwolić łzom płynąć po moich policzkach. Nie tak mnie wytrenowano. "Krzycz, ale nie płacz. Zemścij się, ale nie płacz. Płaczą tylko ludzie złamani i bezsilni. A ciebie nikt nigdy nie złamie".

Ojciec zabił moją matkę, Adama, Bexleya. Skatował Barnesa, współpracuje z HYDRĄ. Nie umiem tak po prostu o tym zapomnieć.

- Czy tak teraz będziemy walczyć z HYDRĄ? - odwracam się do Gorelova. - Jeden ich martwy agent za jednego naszego? Zabicie Pierce'a za zwerbowanie mojego ojca? Zdrajca w RADZIE SHIELD za pozyskanie świadka koronnego? Ile jeszcze będziemy się wyrzynać nawzajem? Aż nie zostanie nikt żywy?

- Jestem gotowy ich wszystkich wyrżnąć, jeśli będę musiał - odpowiada, zaciskając pięść.

- Pewnie będziesz. Ja też.

Oleg podchodzi do mnie i obejmuje mnie. Całuje mnie w czoło. Przy nim jest mi łatwiej nie upaść i nie zacząć krzyczeć, a tak bardzo tego chcę.

-Vse budet khorosho. Eto proydet - zapewnia mnie, że wszystko minie.

Zawsze mówi mi, że wszystko będzie dobrze. I zawsze staram się mu uwierzyć. Chciałabym mu wierzyć.

- Idź do niego, Nadia - mówi ciszej. - Może już się obudził.

- Idę, żeby się pożegnać. Jutro Fury powie nam, gdzie jest Nixon. Musimy go znaleźć, Oleg.

- Wiem.

...

JAMES

Baza Główna SHIELD, Waszyngton

11 kwietnia, 23:04

Kiedy się budzę, pamiętam, kim jestem. Pamiętam wszystko - moją datę urodzenia, uśmiech mojej matki, kiedy jeszcze żyła, małego, słabego Steve'a z sąsiedniego mieszkania i naszą nierozerwalną przyjaźń. I ze wszystkich odzyskanych wspomnień najbardziej chcę pamiętać o tych z czasu wojny, kiedy byłem ze Steve'm i najbardziej teraźniejszych. Nadii.

Teraz widzę wszystko, co mi zrobili. Każde pranie mózgu, każde uderzenie w twarz, każde kopnięcie w brzuch. Każde wylewanie na mnie wiadra z lodowatą wodą i bicie, abym w końcu się złamał. Na początku z nimi walczyłem. Zmuszali mnie przez pierwsze dwa lata. Potem przestałem się sprzeciwiać. Nie zostało we mnie nic, o co bym dbał. Nie pamiętałem już nic.

Jednak ostatnie godziny są dla mnie jak czarna, zionąca chłodem dziura. Kilka urwanych obrazów, ból i zachlapana krwią ściana. Tyle pamiętam z przesłuchania. Wiem jeszcze, że Nadia i Gorelov mnie stamtąd zabrali. Była przy mnie.

Siadam na łóżku i rozglądam się. Leżę w dziwnym, ciemnym pomieszczeniu. Widzę elektroniczny zegar, który wskazuje kilka minut po jedenastej.

Niemiłosiernie boli mnie głowa i kark. Czuję też opuchliznę na łuku brwiowym i wargach. Ale widzę na jedno i drugie oko i oddycham przez obie dziurki w nosie. Nie mam też krwi w ustach.

Nie jestem już w Bazie Podziemia. Zmienił się zapach. Tam powietrze pachniało betonem i tynkiem, tutaj unosi się dziwna, chemiczna woń. I jest cieplej. Za ciepło.

W pobliżu nie ma nikogo, kto mógłby mi cokolwiek wyjaśnić. Jedyne światło w pomieszczeniu to powieszona pod sufitem długa, biała świetlówka, rzucająca słabą i przygaszoną poświatę.

Gdzie ja jestem? HYDRA mnie zabrała?

Przestaje się to liczyć, gdy drzwi wejściowe powoli się uchylają i do środka wpada wąska struga ciepłego światła z korytarza. Pomimo bólu, przygotowuję się do walki i ucieczki. Nie czeka mnie nic dobrego, jeśli jestem w jakiejś podziemnej Bazie HYDRY. Za moment mogą mnie zaciągnąć na...

Moje serce jeszcze bardziej przyspiesza, gdy zamiast mężczyzn w białych kitlach widzę Nadię. A potem zwalnia. Skoro ona tu jest, nic mi nie grozi.

Wciska przycisk przy drzwiach i światło staje się jaśniejsze. Widzę dokładnie jej twarz, ale najbardziej skupiam się na oczach. Szklistych i zaczerwienionych. Niezwykle zmęczonych.

- Wszystko w porządku? - pyta słabym, matowym głosem.

Jestem tak zdumiony, że nie odpowiadam. Sam chciałbym ją o to zapytać.

Zamyka drzwi i opiera się o nie plecami. Zaciska powieki i osuwa się na ziemię. Natychmiast zrywam się z łóżka.

Dziewczyna z rosyjskim imieniem oddycha szybko z zamkniętymi oczami. Wygląda, jakby walczyła z silnym bólem.

Klękam koło niej.

- Nadia? - pytam cicho. Nie odpowiada mi.

Kładę dłoń na jej policzku.

- Nadia? - ponawiam.

- Czy jest coś aż tak strasznego, co mogłam zrobić w życiu, żeby tak mnie za to karano? - pyta.

Nie wiem, jak mam jej odpowiedzieć. Nie mam pojęcia, co się stało, gdzie oboje jesteśmy, ani dlaczego tak wygląda. Co mogło się wydarzyć, aby złamać rosyjską agentkę?

Po jej policzku zaczyna spływać łza. Nadal ma zamknięte oczy.

- Nadia? - kolejny raz cicho pytam.

Otwiera oczy. Są załzawione, ale ona nie płacze. Ściąga moją rękę ze swojego policzka i ściska ją.

- Mój ojciec jest zdrajcą - mówi grobowym tonem. - Zabił moją matkę. Pobił cię, a kiedy straciłeś przytomność, kazał mi ciebie zastrzelić. Potem do Bazy wpadli agenci HYDRY. Adam nie żyje. Ci dwaj strażnicy też nie żyją. Nawet nie wiem, ilu mężczyzn dzisiaj zabiłam.

Nabieram powietrza do płuc. Ciężko mi oddychać.

- Spójrz na mnie - nakazuję jej, odzyskawszy choć trochę równowagi.

Niechętnie podnosi na mnie wzrok.

- Zrobiłaś, co musiałaś zrobić - mówię powoli. - Jestem pewien, że twoi przyjaciele zginęli, bo chcieli cię chronić. Jeśli to ich ostatnia wola, nie możesz cierpieć z powodu ich utraty.

Kiwa głową i przymyka powieki.

- Ale to boli - szepcze. - Boli. Zawsze uczono mnie, że ból jest dobry, ale nie taki. Ten mnie paraliżuje. Nie umiem walczyć z takim bólem. Ojciec zastrzelił Adama na moich oczach.

- Błagam cię, nie płacz - ocieram łzę z jej polika kciukiem. - Nie mogę patrzeć na tak twardą agentkę ze łzami w oczach.

- Nie płaczę - pochmurnie się uśmiecha, ale ten cień radości szybko znika z jej twarzy. - Przyszłam tutaj, żeby się pożegnać... Jeśli można to tak nazwać - mówi. - Skończyłam swoją misję w momencie, w którym nas tutaj przywieziono. Teraz dostaniesz azyl i SHIELD pomoże ci dostać nową tożsamość za granicą. Nie jestem już za ciebie odpowiedzialna.

- Tylko po to tu jesteś? - pytam, puszczając jej rękę.

- Nie chciałam, żebyś pomyślał, że po prostu zostawiam cię na pastwę losu. Jutro powinien przyjść do ciebie Steve. Zabierze cię ze sobą. Pomoże ci przypomnieć sobie resztę rzeczy.

- Nie potrzebuję nikogo do pomocy - kręcę głową, wstając. - Sam sobie poradzę. Zresztą...

- Wiem, że umiesz o siebie zadbać, Buchanan, ale ja nie umiem ci pomóc. Za chwilę dostanę nową misję. Wyjeżdżam.

Nadia również wstaje. Coś zaczyna cisnąć mnie w dołku, gdy słyszę, że wyjeżdża. Nie chcę, aby wyjechała i nie wiem, dlaczego. Przecież nie powinno mnie to wcale obchodzić.

- Muszę znaleźć zdrajcę z Rady TARCZY - dodaje.

- Rozumiem - kiwam głową i udaję, że przyjąłem to do wiadomości. Cofam się o krok i siadam na łóżku. Splatam ręce na kolanach.

Nadia patrzy na mnie badawczym wzrokiem. Zbliża się do mnie i staje tak, żebym na nią spojrzał.

- Jest coś jeszcze, co chciałbyś mi powiedzieć? - pyta. Tak samo zwracała się do mnie kilka dni temu w Bazie.

- Tak - mówię. - Dwie rzeczy.

- Słucham.

- Przypomniałem sobie wszystko - rzucam bez zastanowienia. Mogłem to powiedzieć na sto różnych sposobów, a palnąłem bez pomyślenia.

Dziewczyna z rosyjskim imieniem ożywia się.

- Wszystko?

Odpowiadam jej, że pamiętam każdy moment, który HYDRA usiłowała zatrzeć - od mieszania po sąsiedzku ze Steve'm aż do widoku pięści jej ojca lecącej prosto w moją twarz.

- To niesamowite - mówi. - Masz bardzo silną broń w swojej głowie. Pamiętaj o tym.

Uśmiecham się słabo. Nie wiem, czy powinienem się cieszyć z odzyskania wspomnień. Wiele z nich będzie mi się śniło każdej nocy.

- A jaka jest druga rzecz? - pyta. Przez moment patrzy mi w oczy.

Kiedy unoszę dłoń i obejmuję nią jej palce, spuszcza wzrok. Patrzy na nasze splecione palce. Nie umiem odgadnąć, co mówi jej oblicze.

Zabieram rękę, chociaż wcale nie chcę. Nie mogę jej pozwolić odejść. I choć nie jest to łatwe, ani proste, to muszę jej powiedzieć, co czuję. Przez dekady nie pamiętałem, co to znaczy darzyć kogoś uczuciem. Przypominanie sobie tego zajęło mi kilka dni. Kilka dni z nią.

- Nadia, ja...

- Nie mów tego. Proszę cię, nie mów tego - kręci głową.

- Dlaczego? - pytam rozczarowany.

- Bo ja wiem, co chcesz powiedzieć.

- Skąd? - ściągam brwi.

- Chcę powiedzieć to samo - odpowiada.

Wstaję, a Nadia łapie mnie za ramię i przyciąga do siebie. Całuje mnie, wsuwając dłoń w moje włosy. Obejmuję ją w pasie i odwzajemniam jej pocałunek, schylając się do jej ust.

Całuję ją długo. Zawiesza rękę na mojej szyi. Moje serce zaczyna tłoczyć gorącą krew przez całe moje ciało. Czuję falę gorąca rozchodzącą się od niej do mnie i z powrotem.

Podnoszę ją, wciąż całując. Chwilę później ściąga moją koszulkę. Kiedy rzuca ją na ziemię, dotyka metalowego ramienia. Obejmuje moją szyję, przywierając ciałem do mojego torsu. Przesuwam bionicznymi palcami po jej plecach. Żałuję, że mogę nimi jedynie poruszać, a nie czuję, jak dotykam jej ciała.

- Nie tutaj - mówi mi do ucha, ciężko oddychając. - Nie teraz.

Kiwam głową i opieram czoło na jej obojczyku.

Kładę się na plecy, a ona obok mnie. Cały czas trzymam rękę na jej plecach, przytulając ją do siebie. Opiera głowę na moim torsie.

Zamyka oczy i przekłada rękę przez moją klatkę piersiową.

Przykrywam ją kocem i szybko uświadamiam sobie, że zasnęła w zaledwie minutę. Staram się zamknąć oczy. Sen przychodzi sam. Kiedy Nadia jest koło mnie, czuję, że mam już wszystko.

...

STEVE

Stanton Street 71, Waszyngton

12 kwietnia, 0:09

Siadam na kanapie w salonie rodziców Sharon. Wyjmuję z kieszeni lekko pognieciony list od Natashy. Rozkładam go, zerkając przez ramię na śpiącego Sama. Zasnął jakąś godzinę temu. Musiałem na siłę kłaść go do łóżka jak małe dziecko. Odmawia snu i prawie nie je. Nie wiem, czy umiem mu w jakikolwiek sposób pomóc.

Odręcznie, estetycznie napisany list nie jest w żadnym miejscu przekreślony, jakby Romanoff doskonale wiedziała, co chce napisać.

"Steve.

Nie umiem w kilku słowach wyrazić, jak bardzo cierpię. Kochałam Clinta na swój sposób. Żadne z was nie mogło o tym wiedzieć. Ja sama do dzisiaj o tym nie wiedziałam.

Zanim mnie osądzisz, wiedz, że każdego z was szanuję i cenię tak samo. Dlatego muszę was chronić. Pozwoliliście mi poczuć się wartą życia, które mi oszczędzono. Dziękuję za to, że staliśmy ramię w ramię w Nowym Jorku.

Bannera już znaleźli. Stark też nie jest bezpieczny. Nikt nie jest bezpieczny. To musi się zmienić.

Fury powiedział, że muszę do nich dołączyć i meldować SHIELD o ich planach. Nie zabiją cię, jeśli będę im pomagać. Wiedz, że nie chcę. Zbyt przypomina mi to KGB. Ale bezpieczeństwo moich przyjaciół jest dla mnie najważniejsze.

Wybacz mi.

Proszę cię o jeszcze jedno. Wyprowadź wszystkich z Bazy jutro do południa. Być może mnie za to zabiją. Nie wiem. Ale jeśli zostaniecie, wszyscy zginiecie i to wszystko nie będzie miało sensu.

Natasha".

...

Baza Główna SHIELD, Waszyngton

12 kwietnia, 8:17

Agenci SHIELD przywożą mnie i Sama pod samą Bazę. Bez słowa prowadzą nas do środka. Siadam na krześle w dużym, przestronnym pomieszczeniu. Fury zajmuje miejsce po drugiej stronie stołu, a Sam tuż obok mnie.

Dwóch ludzi Nicka przynosi nam parujące kawy w czarnych kubkach. Odprowadzam ich wzrokiem aż do wyjścia. To śmieszny widok - agenci TARCZY robiący za asystentki.

- Jesteście głodni? - pyta Fury.

Kręcę głową i podobnie robi Sam. Oboje mamy za sobą duże śniadanie, które Wilson przygotował.

Kiedy w końcu zbieram się na powiedzenie Nickowi o zdradzie Natashy, do pomieszczenia wchodzi Nadia i mężczyzna, który jeszcze wczoraj trzymał się za przestrzelony bok. Siada koło niej. Agentka zajmuje możliwie najdalsze miejsce ode mnie.

- Mark Nixon - jako pierwsza zabiera głos Hill i ostatecznie moja szansa na wręczenie Fury'emu listu ucieka. - Ostatnio przebywał w Milwaukee na szczycie pokojowym. Ten skończył się wczoraj rano i od tego czasu nie mamy oficjalnej informacji o położeniu Nixona. Dzisiaj powinien zameldować się w swoim apartamencie w Nowym Jorku.

- Namierzyliście go? - pyta towarzysz Nadii. Przypominam sobie, że Fury nazwał go Gorelov.

- Dwadzieścia minut temu jego ochroniarze tankowali dwa samochody z jego delegacji na stacji paliw w Iowa - odpowiada Maria.

- Po co miałby jechać do Iowa? - odzywam się.

- Przypuszczamy, że jedzie do swojego rodzinnego domu w Shell Rock. To niewielkie miasto, ale ma tam dom jego matka - odpowiada Maria.

- Jak duży dom? - pyta Nadia. - Wystarczy, aby pomieścić centrum dowodzenia?

- Wystarczy - mówi Nick.

- No to złożymy wizytę panu Nixonowi - Gorelov wygodniej sadowi się na swoim krześle. Zakłada ręce na piersi i uśmiecha się kpiąco.

Nadia splata dłonie na blacie długiego, czarnego stołu. Wszystkie meble i pomieszczenia w tej Bazie są ciemne - czarne, albo szare.

- To byłoby logiczne, jeśli szef Rady kierowałby HYDRĄ. Miałby władzę nad TARCZĄ i mógł łatwo nią manipulować - mówię.

Nadia zwraca się do Nicka:

- Jakie są rozkazy?

Fury, który, jak dopiero przed chwilą zauważyłem, nie nosi opaski na oku, spogląda na nią, zastanawiając się.

- Chyba muszę porozmawiać z moim starym, dobrym przyjacielem - obwieszcza.

Mówię mu, że ja też tego chcę.

- Nadia? - Fury zerka na agentkę. Ta wstaje i kiwa głową. Zanim wychodzi, jej spojrzenie w sekundę zmienia się w letalne, gdy mnie nim obrzuca.

...

NADIA

Wychodzimy z sali narad. Gorelov idzie koło mnie przez moment bez słowa, ale u niego nigdy nie trwa to długo. Zaczyna gadać po dziesięciu sekundach:

- Nadija - chwyta mnie za ramię i zatrzymuje.

- Co?

- Myślałem, że wczoraj szybko wrócisz i...

- I co? - marszczę brwi.

- Porozmawiamy - duka.

- Rozmawialiśmy wczoraj. Dosyć długo, towarzyszu.

- Dla mnie to nigdy nie jest wystarczająco długo - zakłada ręce na siebie.

Próbuję zrozumieć, o co mu chodzi. I szybko to do mnie dociera.

- Chcesz wiedzieć, co tam robiłam - mrużę oczy jak żmija.

- No cóż... - unosi wzrok, jakby chciał się wymigać od potwierdzenia. - Nie wróciłaś do swojej kwatery na noc. To znaczy, że tam spałaś...

Lustruję jego twarz wzrokiem. Oddycha za wolno i jest dosyć zakłopotany jak na samego siebie. Stuka stopą o podłogę. Zbyt szybko mruga. Zaraz zrobi się czerwony.

- Nasi agenci są w niebezpieczeństwie, a ty myślisz tylko o tym, czy twój największy rywal w rankingu na najtwardszego i najbardziej męskiego zabójcę wczoraj zaliczył - mówię mu prosto w twarz.

Odwracam się i chcę iść do Barnesa, ale Oleg znowu mnie zatrzymuje.

- Zrobił to? - unosi jedną brew. Mogę przysiąc, że jest wyraźnie obruszony.

- Zawsze byłeś zazdrosny, wielki dzieciuchu - zdejmuję jego dłoń ze swojej ręki. - Nie, Oleg. Nie zrobił.

Nie chcę widzieć, czy uśmiecha się z ulgą, czy nie. Oddalam się i idę po pomieszczenia, gdzie leży Barnes.

...

JAMES

Budzę się, gdy widzę, jak cień przesuwa się nad moją głową. Otwieram oczy, nadal w połowie śpiąc i widzę Nadię.

- Nie budź się - prosi mnie. - Nadal śpisz.

Kładę głowę na poduszkę. Lekko się uśmiecham.

- Jakim cudem wyszłaś i mnie nie obudziłaś? - pytam.

- Skąd wiesz, że wyszłam?

Mój uśmiech się rozszerza.

- Jestem rosyjską agentką – odpowiada.

- No tak - mruczę pod nosem. - Chyba zapomniałem.

- Steve chce się z tobą widzieć - przerywa błogą chwilę.

Zrywam się i siadam na łóżku. Mój lęk przed HYDRĄ momentalnie przestaje wieść prym. Nie wiem, jak będzie wyglądało to spotkanie. Podam mu rękę? "To ja, Buck. Już cię pamiętam. Przepraszam za tamtą małą sprzeczkę na autostradzie i te kilka kulek w twoim ciele. Nie chciałem. Zmusili mnie do tego".

Nadia również siada na skraju posłania. Jej spojrzenie szuka jakiejś informacji na mojej twarzy. Robi tak od dnia, kiedy mnie przywiozła do Bazy Podziemia.

- Nie bój się. Będzie dobrze - zapewnia mnie.

- Co mam mu powiedzieć?

- Powiedz mu to, co chcesz mu powiedzieć, ale po rosyjsku. Nie zrozumie, a potem mu to powtórzysz po ludzku.

- To jest właściwie dobry plan - uśmiecham się.

Jasne, dzienne światło pada na jej twarz. Wczoraj była o wiele bardziej zmęczona. Dzisiaj wygląda lepiej, ale nie mogę patrzeć na smutek ukryty głęboko pod tą maską pozornego spokoju i pogodzenia się. Oboje chcemy ukryć, że najchętniej zniszczylibyśmy każdą Bazę HYDRY po kolei, byle zaznać spokoju.

- Powinienem się ubrać - stwierdzam, gdy oboje patrzymy na siebie już od pół minuty bez przerwy.

- Co się wczoraj stało, Barnes? - pyta zupełnie z innej beczki.

Kręcę głową.

- Nie wiem.

- Ty pójdziesz spotkać się z Rogersem, a ja dostanę nowe rozkazy - informuje mnie, ale już przecież o tym wiem. Po co mi to powtarza?

- Pozwól mi jechać z wami - proszę ją.

- Wiedziałam, że to powiesz - uśmiecha się ponuro i wstaje. Podchodzi do czarnej komody z metalu i wyciąga ze środka ubrania. Kładzie je koło mnie. Zbywa moją prośbę.

Ujmuję jej dłoń.

- Chcę wam pomóc. Nie mogę tu bezczynnie siedzieć. Dobrze wiesz, że tak samo chcę spalić każdą ich Bazę.

- Wiem - kiwa głową.

Nic więcej dzisiaj nie wyproszę, więc zakładam koszulkę. Nadia otwiera drzwi, których nawet nie zauważyłem. Za nimi znajduje się łazienka.

- Dziesięć minut - mówi i wychodzi.

...

STEVE

- Steve, zostanie z tobą trzech moich ludzi. Nie wiemy, ile Barnes pamięta. Jeśli chciałby cię zaatakować, oni będą w pogotowiu.

Zerkam na Fury'ego spode łba.

- Nie może mnie już nie pamiętać. Wtedy, na lotniskopterze, zaczął mnie okładać. I przestał. Gdyby nie tamten odłamek, to może... - kręcę głową. - On wyglądał, jakby mnie poznał.

- Zobaczymy, Steve - Fury przysuwa krzesło do stołu. - Zostawiam cię z moimi ludźmi.

- Nick, poczekaj - mówię i wyciągam z wewnętrznej kieszeni kurtki list od Natashy. - Nat mi to dała.

Fury bierze ode mnie kartkę i chowa ją do środka swojego skórzanego płaszcza. Kiwa głową.

- To dobrze. Stwierdziliśmy, że powinieneś wiedzieć.

Nie mówi nic więcej, a ja nie chcę zaczynać niepotrzebnej rozmowy. Ale w końcu tak postępują dobrzy szpiedzy. Chronią tajemnice.

Zaczynam strzelać kostkami palców, kiedy wychodzi. Denerwuję się bardziej niż kiedykolwiek. A przecież mam zobaczyć się ze swoim przyjacielem. Czemu tak bardzo się tego boję?

Kilka metrów ode mnie, ale wciąż na tym samym stole, przy którym siedzę, leży gazeta. Podchodzę po nią i siadam przy innym krześle. Na okładce dziennika widnieje zdjęcie starej Bazy SHIELD. Napis głosi: "Co będzie następne? Czy Pentagon pójdzie z dymem?".

Odkładam gazetę na swoje miejsce i wyglądam przez okno. Wtedy drzwi się otwierają. Wstaję z krzesła jak oparzony.

- Bucky... - wyrywa się z moich ust.