"Jeśli nie masz na coś fotki, to to się nie wydarzyło" wychodził z założenia Phichit, zachowując się co najmniej tak, jakby obejrzał film "Incepcja" o jeden raz za dużo. I o ile jeszcze jego mania na tle mediów społecznościowych była sama w sobie średnio szkodliwa, o tyle jego działania stały się mocno wątpliwe, gdy na drogę występku zaczął sprowadzać także swoich młodszych kolegów po łyżwiarskim fachu: Guang-Honga oraz Leo. Nawet na świętej ziemi Hasetsu, miejscu wydawałoby się obfotografowanym przez Viktora i Yurio wzdłuż i wszerz w ciągu ostatniego roku, wciąż dało się znaleźć jakiś dziewiczy skrawek zabytku, przy którym Phichit mógł dowieść swego selfiakowego kunsztu. I nie tylko zabytku - zgodnie z tym, co Taj powiedział rosyjskiemu koledze, obecnie zajmował się podziwianiem atrakcji nieco bardziej ruchliwych niż nawet najbardziej sugestywny pomnik kałamarnicy wcinającej jeżowca.

...powiedzmy, że wcinającej.

Trójosobowy pochód podążał właśnie gęsiego za JJ'em oraz Yurio, śledząc ich z bezpiecznej perspektywy kilkudziesięciu metrów. Na czele kolumny domorosłych tropicieli znajdował się Phichit, przebrany w najbardziej podejrzany strój szpiega, jaki tylko mógł wymyślić - na usta miał nasuniętą maseczkę przeciwpyłową, oczy ukrył za okularami, a czuprynę zdobiła czarna czapka z daszkiem. Jego towarzysze wyglądali tylko odrobinę lepiej: Guang-Hong z dziwniejszych elementów stylizacyjnych miał jedynie okulary przeciwsłoneczne, podczas gdy Leo poza szkłami preferował jeszcze naciągnięty głęboko na czoło kaptur sportowej bluzy.

Cała barwna kompania przystanęła chwilowo za słupem latarni, nieświadomie wychylając się jeden nad drugim na podobieństwo nowoczesnego indiańskiego totemu.

- Czy to na pewno legalne, że ich szpiegujemy? - Kucający najniżej Chińczyk zerknął na pozostałych chłopaków znad ciemnych okularów.

- Spoko wodza - zapewnił ze środkowej pozycji Phichit, mamrocząc zza maseczki. Zaraz cmoknął z niezadowoleniem i odsłonił usta, zaczerpując powietrza. - To tylko taka forma social mediowego joggingu. Wiecie, dokładnie to się nazywa... Obvious Stalking Challange.

- Jeszcze o nim nie słyszałem. - Guang-Hong uniósł wysoko brwi. - Jak bardzo jest nowy?

- Właściwie dopiero go stworzyłem - zdradził bez cienia wahania Taj, rozcapierzając palec wskazujący i środkowy na tle jednego oka. - Zawsze marzyłem o tym, żeby zapoczątkować jakąś modę.

- I jesteś pewien, że tak to właśnie działa? - Leo nie wyglądał na przekonanego. Wypadało, że to on dziś grał głos rozsądku całej drużyny.

- Absolutnie. W Detroit Yuuri puszczał mi nieco tych swoich anime, więc znam się na szpiegowaniu lepiej niż wszyscy Bondzi razem wzięci - odparł zdecydowanie pomysłodawca. - I jako rzecze rozdział pierwszy, podpunkt pierwszy Wielkiej Księgi Szpiegowskich Mądrości: naturalnym środowiskiem życia skutecznych agentów są latarnie. To elementarne, mój drogi Watsonie.

- Skutecznych? - przyczepił się Leo. - No to w końcu nasz zwiad ma być oczywisty czy nie?

Phichit westchnął z zawodem. Naprawdę, co on z nimi miał - zero zrozumienia, zero empatii, jakiegoś wyczucia czy polotu. Śledzenie to nie spacerek kwiatową aleją, ale ciężka walka o każdą informację!

- Będzie oczywisty, bo potem o wszystkim opowiem.

"W onsenie, jak będę grozić tym, którzy nie zechcą dołączyć do kąpieli" dokończył Phichit w myślach. Dla Yuuriego był w stanie nawet skalać swą duszę tak niecnym postępkiem jak szantaż, aby przyjaciel mógł w spokoju spędzić romantyczny wieczór ze swoim wybrankiem. A że potem zamierzał równie podstępnie wydobyć z kumpla szczegóły pikantnej nocy, to już była jedynie niewinna troska, nie ujma dla honoru.

Zresztą, przysługi czy nie przysługi, Phichit wybrał się na obchód Hasetsu również dla osobistej satysfakcji, chcąc znów poczuć smak amerykańskich przygód. Ach, co to były za czasy! Wspaniały okres studenckiej lambady, pomieszany z pierwszymi poważnymi treningami na drodze do marzeń o zostaniu władcą lodowiska. Chłopak westchnął z rozmarzeniem, dając towarzyszom znak do przeskoczenia za kolejną latarnię. A właściwie kiedy ostatni raz udało mu się wyciągnąć Yuuriego na podobny spontaniczny wypad? To musiało być jeszcze za starych, dobrych czasów Detroit. Phichit wytężył mózg, przeskakując w pamięci wszystkie akademikowe imprezy, chomicze rajdy na sklepy zoologiczne, sesje w parkach i nocne maratony... Właśnie, film! Tak, to było dokładnie wtedy, kiedy po raz dwusetny obejrzeli "Króla i łyżwiarza", wpadając na genialny (jak zawsze!) pomysł, że wyjdą na miasto, gdzie Phichit będzie udawał zaginionego w czasie i przestrzeni księcia tajskiej rodziny królewskiej, a Yuuri jego wiernego sługę, który odnalazł ukochanego pana po wielu latach rozłąki. To właśnie wtedy Taj odstawił jeden ze swoich najlepszych studenckich wygłupów, kiedy na środku chodnika zaczął tańczyć i śpiewać "Shall we skate?" na modłę bollywoodzkich filmów. Z przyjacielskiego odpału wyszedł im wcale ładny flash mob, sprawiając, że jakieś kilkadziesiąt przypadkowych ludzi zaczęło niekontrolowanie pląsać razem z Phichitem niby świta za swym szalejącym władcą. Yuuri również wyglądał przecudnie, kiedy na wpół śmiejąc z wygłupów, a na wpół płacząc z zażenowania, skakał wokół niego, pokrzykując regularnie "your majesty!" albo "to nie wypada!". Po dziś dzień nie wiedział, czy to drugie związane było z rolą przyjaciela, czy może usiłował go powstrzymać przed spontanicznym zrobieniem trzeciej części ukochanego filmu. O, w sumie to wcale nie wydawał się taki zły pomysł. Gdyby tylko wyciągnął namiary na reżysera...

- Phichit! - przywołał go na ziemię jęk Guang-Honga.

Taj gwałtownie potrząsnął głową, wyrzucając chwilowo zbędne myśli o podboju świata kinematografii, a skupiając się na nieco mniej ryzykownym planie zawładnięcia Hasetsu.

- Szeregowy, mój kodami - polecił, wczuwając się w rolę dowódcy.

- Znaczy... no... K-kapitanie! Czeskie spaghetti na dziesiątej!

Phichit odwrócił się w lewo, napotykając wzrokiem na zaśmiewające się w głos trio złożone z Emila, Sary i Michele'a. Cóż, zaśmiewanie stanowiło akurat domenę pierwszej dwójki, bo włoski łyżwiarz wyglądał, jakby nie do końca umiał wkomponować się w rytm przeprowadzanej rozmowy, cierpiąc przy tym na jakiś szczególny typ rozstroju żołądka. Taki grymas widywał chyba jeszcze tylko u Jurija, spoglądającego na dziewięćdziesiąt procent szeroko pojętego wszechświata.

- Szlag. Konflikt interesów - mruknął Taj.

Leo i Guang-Hong wyczekująco patrzyli na swojego lidera, zostawiając mu na wyłączność podjęcie decyzji, od których zależała prywatność kolegów po lodowisku.

- Za kim idziemy? - odważył się wreszcie zapytać Amerykanin.

Co robić? Rzucać monetą? Czekać, aż kogoś zaswędzi oko? Phichit żałował, że nie zainstalował w telefonie jakieś ułatwiającej wybór apki, na którą mógłby zwalić winę w razie niepowodzenia, jednak zbyt bardzo zależało mu na miejscu na foty, żeby przejmować się takimi trywialnymi rzeczami. Klonowanie. Przede wszystkim musiał zainwestować w klonowanie.

- Trio. Będzie ciekawiej - zakomenderował wreszcie, kiedy każda z grup oddaliła się tak bardzo, że dalsze sekundy zwłoki groziły ich zgubieniem. Machnął ręką i niczym przyczajony tygrys ruszył za nową ofiarą. - Poza tym mam już nieco zdjęć Ju... znaczy, kanadyjskiej koszki.

- To zdecydowanie nie brzmi jak niewinny challenge - zauważył truchtający za nim Leo i westchnął. - Ale jakby co to ja nic nie widziałem i nic nie słyszałem. Bylebym nigdy nie doczekał dnia, gdy zaczniesz śledzić mnie.

- I to mi się podoba, szeregowy de la Iglesia. Dostajesz awans. Od dziś jesteś starszym szeregowym.

- Leo i tak jest starszy. Przynajmniej ode mnie - przypomniał Guang-Hong, pozwalając sobie na niewielki, ironiczny uśmieszek.

Phichit obrócił się i pogroził mu palcem.

- Wy mnie pod włos puentami nie bierzcie, bo wam polecę po pensji - ostrzegł, a potem klepnął się w czoło. - Zapomniałem! Przecież ja wam nie płacę.

Zachichotali wspólnie, władowując się za jedną z ławek tuż obok parku; zrobili to w samą porę, bo czujny Emil na dźwięk ich iście nieszpiegowskiego śmiechu wyprostował się i obejrzał za siebie. Taj machnął rękami, wykonując dziwny wężowy taniec, który miał nakazać pozostałym konspiracyjne milczenie, a potem ze wstrzymanym oddechem czekał, aż Czech zajmie się swoim ulubionym włoskim rodzeństwem przy budce z... No właśnie, z czym?

Do ich kryjówki powoli dochodził nęcący aromat jakiegoś jedzenia przypominającego swym ciastowo-czekoladowym bukietem naleśniki. Guang-Hong przełknął ślinę, poszturchiwaniem dając znać Leo, że to on tutaj ma więcej władzy jako starszy szeregowy, więc powinien użyć autorytetu ku chwale ojczyzny. I brzuchów.

- Co tam jest? Nie umiem w krzaki - zapytał cicho Amerykanin, mrużąc oczy.

- Ja też nie, ale zaraz się dowiem. - Phichit uruchomił w kamerze zoom i najechał nią na okienko w budce. Zamiast jednak próbować odcyfrować skomplikowane japońskie hieroglify, skupił się na wnętrzu straganu. - Ach, już kojarzę. To taiyaki. Takie gofry z nadzieniem.

Kolejna fala zapachów dochodząca z budki wprawił trzy żołądki w zgodne burczenie.

- Miałem długi lot - odparł przepraszająco amerykański łyżwiarz, zerkając na pozostałych. - A wy co? Przecież macie blisko do Japonii. Nie mieliście czasu zjeść?

- Nic nie poradzę. Ładnie pachnie - zauważył prostodusznie Guang-Hong.

- Za mocno zająłem się zwiedzaniem. - Dowódca westchnął, unosząc ręce w górę. - Dobra, chłopaki, to chyba ten czas, kiedy trzeba ze sceny zejść... i tak dalej. Przepraszam za zwłokę. Wujcio Phichit już wraca do normalności.

- A to teraz nie była twoja normalność? - pocisnął Leo i zaśmiał się, kiedy dostał kuksańca w bok. - Spoko, wybaczamy. Tylko darujmy sobie ten szałowy challange.

- Czyli to już koniec pościgów? Idziemy coś przegryźć?.- ucieszył się Chińczyk, wyraźnie rozluźniony. Od razu zdjął ciemne okulary i wyciągnął ze spodni swoją wściekle różową komórkę. - Super. Mam ochotę sfotografować jakieś lokalne żarełko. Wybacz, Phichit, ale ludzie to twoja działka.

Taj uniósł się z kucek i po kolei wyciągnął dłoń do kolegów, pomagając im wstać.

- I bardzo dobrze, bo wtedy ta okolica byłaby za mała na nas dwóch. Musiałbym cię zlikwidować.

- Ej, przypominam, że to ja jestem asasynem przestępczego półświatka. - Guang-Hong skinął głową, dziękując za pomoc, a potem spojrzał tęsknie w kierunku obleganej przez znajomych budki. - To może dołączymy do kolejki po taiyaki?

Phichit parsknął krótko, gasząc smartfona i wsuwając go do kieszeni. Miał zdjęcia wszystkich poza Otabekiem, ale wierzył, że jemu wystarczy obecność Jurija.

- Nie, teraz nie. Mickey i tak ma mnie dosyć po tym, jak mu zbałamuciłem dziś Sarę na całe cztery minut. - odparł, pozbywając się z twarzy obciążającego przebrania szpiega. - Chodźmy lepiej na ramen. I wiecie co? Niech stracę. Ja stawiam.

Chwilę potem Leo i Guang-Hong wnosząc radosne okrzyki "Jeeej! Darmowe!" poszli za swoim ustępującym ze stanowiska dowódcą.