Betowała: AngelsDream
Feeling good by Nina Simone
Call nie zadawał pytań. Najprawdopodobniej Jake wyjaśnił mu, że im mniej wie, tym lepiej. Spoglądał tylko na ciekawskiego Steffena, który nie chciał usiedzieć na miejscu i spoglądał to przez okno boczne, to tylne. Wyrywał się z moich rąk, by pójść do Jacoba. W końcu Black wziął go do siebie i chłopiec, siedząc na jego kolanach, momentalnie się uspokoił.
- Jakie, nie myślałeś, żeby sprawić sobie takiego brzdąca. Chyba się nadajesz do prokreacji – zażartował Embry, który pewnie dusił w sobie tę myśl już od pewnego czasu, ponieważ, jak widziałam w lusterku, uśmiechał się ciągle pod nosem.
- Zamknij się, Call, chyba ustalaliśmy, że podwozisz nas bez gadania.
- Dobra, dobra. Wyluzuj. To gdzie was mam zawieźć? – zapytał.
- Do Eldon. Stamtąd już damy sobie radę sami, tylko pamiętaj. Gęba na kłódkę. Nikt o niczym nie może wiedzieć.
- Spoko, Jake. U mnie wasze tajemnice są bezpieczne jak w sejfie Obamy, ale serio, zastanawia mnie wasza działalność i szmuglowanie dzieci.
- Lepiej nie myśl, bo to ci nie wychodzi na zdrowie, Emb. Zaczynam żałować, że nie wynajęliśmy samochodu.
- Spoko, bracie. Już się przymykam.
Embry zamilkł i już do końca drogi nie powiedział ani słowa. Zatrzymaliśmy się na obrzeżach miasteczka i kiedy wypakowaliśmy skromne bagaże, Indianin zapytał tylko, czy ma po nas przyjechać. Jacob pokręcił przecząco głową i bez słowa, ruchem ręki kazał Embry'emu odjechać. Po chłopaku było widać, że jest zły o takie traktowanie, ale posłusznie wypełnił polecenie.
Po tym jak straciliśmy samochód z pola widzenia, a przy naszym wyostrzonym wzroku trwało to dłuższą chwilę, ruszyliśmy do centrum. O wczesnym poranku sklepy nie były jeszcze czynne, ale otwarto piekarnię, do której zapakowaliśmy się ze swoim ekwipunkiem i zamówiliśmy solidne śniadanie. W dużym pomieszczeniu wygospodarowano miejsce na stoliki, przy których można było zjeść kanapki czy ciasto i napić się świeżo parzonej kawy. Sprzedawczyni niemal zaniemówiła, gdy poprosiłam o dziesięć kanapek z pieczonym schabem, dwie duże kawy oraz dwa rogaliki mleczne i kubek mleka dla dziecka. Jeszcze bardziej zdziwiła się, patrząc na nas pochłaniających pożywienie. Steffen też miał apetyt i po zjedzeniu swoich rogalików dobierał się do mojej mięsnej kanapki. Właśnie szykowaliśmy się do wyjścia, ale spostrzegłam wychodzącą ze sklepu starszą kobietę. Zostawiłam małego z Jake'iem i podbiegłam do niej.
- Veroniko? To ty? - Położyłam rękę na jej ramieniu. Kobieta odwróciła się do mnie i po chwili rozpoznała.
- Bella! - wykrzyknęła radośnie. Kochana – powiedziała, całując mnie na przemian to w jeden, to w drugi policzek - myślałam, że już nigdy się nie spotkamy. Tak się cieszę. - Wreszcie uwolniła mnie z uścisku. Byłam ciekawa, skąd w tej staruszce tyle siły.
- Zamierzałam do ciebie wpaść po spotkaniu z Julianne, ale chyba bym cię nie zastała w chatce, co? - zapytałam zaciekawiona jej obecnością w mieście.
- Nie, raczej nie, choć czasem tam bywam. Jeżdżę do Henry'ego, dbam o swój ogród. A, i zostawiłam kartkę dla ciebie, w razie gdybyś mnie nie zastała. Anthony jest kochany. Przygarnął mnie do siebie, zgodził się na wzięcie kozy i jeszcze co tydzień towarzyszy mi w drodze do mojego starego domu.
- Bardzo się cieszę, że zdecydowałaś się na zamieszkanie w mieście. Inaczej sama bym cię zaciągnęła do Forks. A Filip? – zapytałam ciekawa, co z łoszakiem.
- Anthony zabrał go do rezerwatu. Tam się nim dobrze opiekują, a jak podrośnie wypuszczą go na wolność. Czasem jeździmy z Issy go odwiedzać, to córeczka Tony'ego. Mówię ci, jest urocza jak aniołek, ale potrafi też rozrabiać. - Veronika z przejęciem opowiadała o swojej nowej rodzinie. Cała promieniała. Cieszyłam się, że jest teraz bezpieczna i ma dla kogo żyć.- Ale powiedz mi, złotko, co u ciebie? Już uwolniłaś się od niechcianego daru?
- Jeszcze nie, ale jestem na dobrej drodze. Widzisz tego malca. - Wskazałam na Stevie'ego, który siedział na kolanach Jake'a i przy okazji machnęłam do nich ręką, żeby podeszli. - To następca. Będzie Lykosem.
- Świetnie, nawet nie wiesz, jak się cieszę. Cieszę się, że nie będziesz sama. Ten młodzieniec to twój chłopak?
- Nie, bliski przyjaciel. - Zerknęłam na Jake'a, który po chwili znalazł się przy nas. Postrzegałam go w tym momencie zupełnie inaczej i bałam się swojej własnej reakcji.
- Dzień dobry, pani. Miło mi poznać. Babcia Veronika?
- Tak, chłopcze. Mam nadzieję, że dbasz o tę pannę, bo coś mi zmizerniała! - Poklepała go po plecach.
- Pani wybaczy, ale niestety nie jestem takim dobrym kucharzem jak pani. Słyszałem o tym niesamowitym gulaszu. Chętnie bym kiedyś spróbował.
- O, to w takim razie, zapraszam was na moje urodziny. To już za miesiąc. Będzie gulasz, będą ciasta. Tony ucieszy się, jeśli przyjdziecie.
- Będzie mi miło. Jeśli Bella weźmie mnie jako osobę towarzyszącą, z przyjemnością przyjdę.
- No, no. Nie wyobrażaj sobie, Jake. Zaraz tam osobę towarzyszącą. Przyjdziemy razem, ale osobno. - Lubiłam się z nim droczyć. Jego mina była bezcenna. Cieszę się, że nie wywlokłam jeszcze Edwarda, bo bym z pewnością tego pożałowała.
Odprowadziliśmy Veronikę do jej nowego domu. Mieszkała teraz w mieście, ale posesja była otoczona ogrodem i znajdowała się na skraju alejki. Z tyłu za domem widać było jezioro. Myślę, że czuła się tu wyśmienicie. Z ludźmi, a jednak nieco na uboczu. Wiem, że chwaliła sobie spokój. Cieszyłam się, że znalazła tu swoje szczęście. Że nie jest sama. Zanotowałam jeszcze jej numer telefonu, żebyśmy mogły się potem skontaktować, a następnie wraz z Jacobem i małym udaliśmy się już w stronę lasu.
Z naszym słodkim balastem nie mogliśmy sobie pozwolić na bieg, dlatego szliśmy marszem. Steffen przykleił się do pleców Jake'a jak mała małpka i zadowolony trącał liście na mijanych drzewach. Na miejsce dotarliśmy późnym wieczorem. Oczywiście nie wiedziałam, gdzie znajdę Lykainę, ale często spotykałam się z nią nad stawem, dlatego tam robiliśmy nasz namiot. Chłopiec był senny, więc położyliśmy go do środka. Od razu zasnął, trzymając w rączce swojego drewnianego niedźwiedzia. Żałowałam, że nie kupiłam mu pluszowego misia w Eldon, żeby mógł się w niego wtulić, ale z drugiej strony twarda zabawka z drewna pasowała do przyszłego Lykosa. Patrząc na niego, zastanawiałam się, jaka będzie przyszłość i jak będzie wyglądał. Oczyma wyobraźni widziałam postawnego, umięśnionego mężczyznę z półdługimi, prostymi blond włosami, które zaczesywał gładko do tyłu. Ubranego tylko w lniane spodnie... Chyba wyobraźnia za bardzo mnie poniosła – mentalnie skarciłam się za nieprzyzwoite myśli o tym małym stworku. Byłam jednak pewna, że będzie przystojny i, jeśli nadarzy się okazja, złamie serce każdej dziewczynie, jaką napotka na swojej drodze.
Jacob upolował dla nas potężnego zająca, który już piekł się na przygotowanym z gałęzi rożnie. Dobrze jest mieć przy sobie zmiennokształtnego. Jest lepszy niż niejeden doświadczony myśliwy. Kiedy zajadaliśmy się ostatnimi kęsami mięsa, zauważyłam, że Lykaina przybyła.. Nie zwrócilibyśmy uwagi na nią, bo nie podeszła do nas, a cicho przysiadła na skale, ale z jej oblicza emanowała jasność. Zastanawiałam się teraz nad tą mistycznością jej wizerunku. Inge nie używała nigdy podobnej mocy. Gdy nie zmieniała się w wilczycę, wyglądała jak zwykła, młoda kobieta. Julienne ukrywała się często za magiczną mgłą i stwarzała wokół siebie aurę, którą odgradzała się od świata, od innych. Jakby nie chciała dopuścić nikogo do siebie. Podeszłam do niej i położyłam rękę na ramieniu. Odwróciła głowę w moją stronę i zajrzała mi prosto w oczy. Była taka spokojna i jakby lekko podekscytowana, jednak emocje przebijały się przez marmurowy wyraz twarzy tylko dzięki spojrzeniu.
- Udało się, prawda. Jest tu z wami? - zapytała ostrożnie.
- Tak, śpi teraz w namiocie. Ma na imię Steffen i jest rozkosznym, małym chłopcem.
- Dziękuję, Bello – odparła z przejęciem i objęła mnie. Poczułam jej ciepło. Było mi tak dobrze, jakby jej pragnienie miłości osiągnęło taki poziom, że wylewało się z niej mimowolnie.
- Proszę. Cieszę się, że mogłam pomóc. Jutro przedstawię cię małemu. Myślę, że nie będzie żadnego problemu, by zostawić go od razu. Nie jest płaczącym dzieckiem, bez problemu zniósł rozstanie ze swoją mamą i z pewnością ucieszy się na nową.
- Jesteś niesamowitym człowiekiem, Bello. Ludzie coraz bardziej mnie zdumiewają. Myślałam, że są tylko źli, ale ty, Veronika, Mark... Dziękuję za wszystko - dodała po dłuższej pauzie.
- Byłam ci to winna, chciałam pomóc. Naprawdę nie masz mi za co dziękować, to ja dziękuję, że dałaś mi wybór. - odpowiedziałam. - Lykaino, jeśli teraz nie muszę zostawać twoją następczynią, w jaki sposób zostanę uwolniona od tych mocy, które posiadam? – zapytałam po chwili.
- Bello, przepraszam, że wcześniej ci nie powiedziałam. Jest mi głupio, ale zrobiłaś mi nadzieję swoją propozycją i obawiałam się, że będziesz chciała zmienić zdanie. - Spojrzałam na nią pytająco. - Jesteś wolna. Nigdy nie stałabyś się lykainą bez mojej duszy, a dar, który otrzymałaś ode mnie, sam przeminie. Nie powinien już się wzmacniać. Osiągnęłaś wszystko, co mogłaś, bym mogła uczyć cię być strażniczką. Nie wiem dokładnie, kiedy wszystkie twoje moce stracą na sile. Rozumiesz, że nigdy nie doszło do takiej sytuacji, żeby ktoś wybrany nie został strażnikiem. Owszem zdarzało nam się źle wybierać, ale wówczas naszym zadaniem było zlikwidować tę niewłaściwą osobę, aby nie dostała się w szeregi wroga. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
- I tak bym ci pomogła, ale rozumiem cię. Chciałam jeszcze zapytać, kim są rebelianci. - Lykaina otworzyła szeroko oczy. Widocznie nie spodziewała się tego pytania.
- Dlaczego pytasz?
- Mieliśmy przyjemność się z nim spotkać i po tym spotkaniu została mi mała pamiątka. - Uchyliłam bluzkę, by pokazać jej zabandażowany bok.
- Walczyliście z nimi? Na Noela, myślałam, że już ich pokonaliśmy. Pokaż mi ranę. - Strażniczka nie czekała nawet na zgodę, od razu zdjęła opatrunek i przyłożyła ręce do rany.
- Noel, onei se de male, per me kades curas – szeptała w nieznanym mi języku, a z jej ręki rozchodziły się ciepłe promienie po całym moim brzuchu. Kiedy zdjęła dłoń, na skórze nie było widać ani jednego zadrapania. - Widzę, że rana sama dobrze się goiła, ale kiedy nie będziesz już miała wilczej mocy, mogłoby się to odezwać. Uważaj na siebie, moja droga. Dbaj o dobre odżywianie, by zasiane ziarno przyniosło plony.
- Dobrze, będę o siebie dbała, ale skoro mnie uleczyłaś pewnie nie ma już żadnych obaw. - Nie lubiłam jej enigmatycznych gadek. Inge była zdecydowanie bardziej bezpośrednia.
- W takim razie zjawię się tu o świcie – odpowiedziała, delikatnie się uśmiechając, a potem zniknęła. Chciałam ją zawołać, ale ugryzłam się w język. Nie powiedziała, skąd wzięły się czarne wilki! Stwierdziłam, że nie będę naciskać, skoro i tak moje „być" w tym świecie właśnie się kończy.
Jacob leżał na kocu przy dogasającym ognisku. Kiedy do niego podeszłam, spostrzegłam, że śpi. Zagasiłam ogień i weszłam do namiotu, kładąc się potem obok Stievie'ego. Spał tak słodko. Przez chwilę wpatrywałam się w tę anielską buźkę, a następnie sama zasnęłam – nawet nie wiem, jak długo to trwało. Rano ułożyłam rzeczy chłopca na kocu. Te, które dostał od swojej mamy i te od nas, a potem zwinęłam je i zawiązałam. Mały zjadł z apetytem śniadanie i po chwili wstał z kocyka, na którym siedział, po czym podszedł do stojącej nieopodal Lykainy. Chwycił ją za dłoń, uśmiechał się i wyciągnął do niej drugą rączkę. Julienne natychmiast się rozpromieniła i wzięła go na ręce.
- Dziękuję wam, dziękuję za wszystko. Jake, jeśli kiedyś będziecie potrzebować pomocy, możecie na mnie liczyć. Bello, to tyczy się oczywiście również ciebie. Wiecie, gdzie mnie znaleźć.
- To rzeczy Steffena. Ubranka na pewno się przydadzą, ma też zabawkę od swojej pierwszej mamy i drobiazgi od nas. W takim razie to już pożegnanie? - zadałam pytanie sama sobie. - Julienne, myślę, że teraz możesz już używać swojego imienia. Dziękuję za to, co dla mnie zrobiłaś. Na początku myślałam, że to, co mnie spotkało było koszmarem, ale myślę, że dzięki temu, odnalazłam siebie. Wiem już, kim jestem. - Podeszłam do niej, by ją uścisnąć. Pocałowałam chłopca w główkę.
Jacob również zbliżył się do strażniczki i podał dłoń. Nic nie mówił, ale z tego gestu wydać było respekt i podziw. Mały wyciągnął do niego rączki.
- No, kolego, teraz musimy się pożegnać. Daj buziaka Jake'owi. Jak będziesz większy, to może razem sobie pobiegamy. - Chłopiec uśmiechnął się radośnie.
Wzięliśmy swoje plecaki i ruszaliśmy w drogę. Obejrzałam się za siebie. Lykaina i jej nowy następca machali nam na pożegnanie. Odpowiedziałam tym samym.
- Kto ostatni w Parku Olympic, załatwia obiad – rzuciłam wyzwanie, a następnie zaczęłam biec. - I pamiętaj, że nie można się przemienić – krzyknęłam. - Jake momentalnie zaczął mnie gonić, po chwili dorównał i biegliśmy łeb w łeb prawie całą drogę. Późnym popołudniem dotarliśmy do celu. Przyspieszyłam na ostatnich metrach i wbiegłam do parku jako pierwsza.
- Oszustka, myślałem, że już się nie ścigamy - odparł z wyrzutem Jacob.
- Chyba żartujesz - odpowiedziałam, chichocząc. - Wiesz, jak nie lubię polować, a ty masz już niezłą wprawę. - Moje maślane oczy musiały zadziałać, Jake zmienił się w wilka i pognał na poszukiwanie pożywienia.
Ja tymczasem zbierałam gałęzie na ognisko i rozbiłam namiot. Oddanie Steffena było wykonaniem ostatniej powinności wobec wilczycy. Ostatnim zadaniem, którego, jak się okazało, nie musiałam wypełniać. Od teraz byłam wolna i choć zaakceptowałam siebie oraz fakt, że jeszcze przez trochę będę miała przy sobie magiczne moce, wiedziałam, że czeka mnie to, co najtrudniejsze. Zastanawiałam się, nad tym, co ma nastąpić, ale po chwili odgłos kroków wyrwał mnie z rozmyślań.
- Dziś na kolację to samo – oświadczył roześmiany Indianin. - Nic innego nie stanęło na mojej drodze. - Uśmiechnęłam się w odpowiedzi.
Zjedliśmy posiłek w milczeniu, a potem zagasiliśmy ogień. Weszłam do namiotu, Jake rozkładał koc przy wygaszonym ognisku.
- Chodź do środka. Nie chcę być dzisiaj sama – wyszeptałam. Nic nie odpowiedział, ale posłuchał mojej prośby. Położył się obok mnie na wznak. Oddychał ciężko, chociaż wiedziałam, że nie jest zmęczony. - Jake, mogę się do ciebie przytulić? - zapytałam, a w myślach dodałam: Ostatni raz. W odpowiedzi wyciągnął ramię i zagarnął mnie do siebie. Wtuliłam się w jego pierś i zasnęłam. Usypiało mnie głaskanie po ramieniu i jego ciepły oddech, który czułam na swoich włosach.
Następnego ranka obudziłam się sama. Wyszłam na zewnątrz. Wszystko było już spakowane, resztki z ogniska uprzątnięte. Wystarczyło tylko złożyć namiot. Jake nie odezwał się słowem. Biegliśmy umiarkowanym tempem. Od Forks dzieliło nas tylko parę kilometrów. Stanęłam i poprosiłam go o to, żebyśmy się tu rozstali. Nie oponował, po prostu spojrzał na mnie w taki sposób, że zrobiło mi się gorąco i pobiegł w swoją stronę. Postanowiłam, że najpierw pójdę do Cullenów. Edward na pewno umiera ze zmartwienia. Embry miał trzymać język za zębami, więc nikt jeszcze nie wiedział, że już niebawem mieliśmy wrócić. Gdy dotarłam pod drzwi ich willi, zawahałam się. Nie wiedziałam, jak zareaguję na taką ilość wampirów, zakładając, że wszyscy byli w domu. Jadnak nie mogłam sprzeciwiać się temu, co nieuchronne – zapukałam.
Momentalnie drzwi się otworzyły i ujrzałam roześmianą twarz Esme.
- Bella! Jak się cieszę, że już jesteś! Witaj, skarbie, Edward odchodzi od zmysłów – Przygarnęła mnie do siebie, a po chwili znów się odsunęła. - Przepraszam cię, zapomniałam. Nadal reagujesz na nas alergicznie? - zapytała z troską.
- Obawiam się, że niestety tak - odparłam nieco oszołomiona duszącym zapachem kobiety. - Chciałam się tylko przywitać i powiedzieć Edwardowi, że jestem z powrotem.
- Wejdziesz? Nie ma go w domu. Wszyscy są w szkole, a Carlisle w szpitalu, ale możesz tu zaczekać na niego.
- Wolałabym nie. Esme, jeśli mogę cię prosić, to przekaż Edwardowi, że już po wszystkim. Jestem wolna, strażniczka ma już nowego następcę, niestety moce, jakie otrzymałam będą ze mną jeszcze trochę. Nie wiem dokładnie, ile to potrwa, bo jestem pierwszym przypadkiem, który nie zostanie przemieniony do końca. Chciałam tylko was wszystkich uspokoić, ale teraz pójdę do domu. Tata pewnie stracił już nadzieję, że wrócę. Tęskniłam za nim, chcę mu zanieść dobrą nowinę.
- Oczywiście. Rozumiem.
- Powiedz, proszę, Edwardowi, że sama się do niego odezwę. Niech nie przychodzi do mnie, dobrze?
- W porządku, Bells – odpowiedziała wyraźnie zmartwiona moim oświadczeniem.
- Dziękuję.
Czułam się okropnie. Kochałam ich. Byli dla mnie jak rodzina, a ja nie potrafiłam tego w pełni docenić. Z drugiej strony nie mogłam oszukiwać, że wszystko jest jak kiedyś. Gdy tylko Esme zamknęła drzwi, poczułam ulgę, nie musząc patrzeć w te smutne oczy, jakimi mnie żegnała. Pobiegłam do domu. Wreszcie dom. Zdawałam sobie sprawę z tego, że Charlie'ego nie będzie, ale nie chciałam zjawiać się na komendzie i od razu robić wokół siebie pełno szumu. I tak pewnie nie obejdzie się bez zainteresowania moją osobą, ale wolałam to odsunąć na później. Klucz do domu znalazłam w niedziałającym, starym lampionie.
Salon i kuchnia wyglądały na zadbane. Charlie może nie potrafił ugotować sobie obiadu, ale starał się utrzymywać porządek. Otworzyłam lodówkę – była prawie pusta. Stał w niej tylko karton mleka i pudełko z jajkami. W zamrażalniku piętrzył się za to stos opakowań z pizzą. Cały Charlie. Jadał jajecznicę, mrożone fast foody lub posilał się w barze. Z tego, co mam, a sprawdziłam jeszcze spiżarkę, gdzie znalazłam mąkę, cukier i inne trwałe artykuły spożywcze uda mi się zrobić tylko naleśniki lub omlety. Postawiłam na to drugie dla odmiany. Do ciasta dodałam drobno posiekane pieczarki ze słoika. Zapach roznosił się po całej kuchni. Nagle usłyszałam trzask upadających kluczy i torby z zakupami. Butelka z sokiem pomarańczowym roztrzaskała się w drobny mak. Pomarańczowa plama straszyła z kremowej wykładziny, ale nie to było teraz ważne. Mina taty bardzo mnie zaskoczyła. Miał łzy w oczach.
- Bells, ty żyjesz? - powiedział po chwili, a ja podbiegłam i wtuliłam się w niego.
- Żyję, tato. Przepraszam.
- Dziecko, tak się martwiłem. Gdzie ty byłaś? Dlaczego się nie odezwałaś? - zaczął zadawać nerwowo pytania.
- Tato, nie mogę ci powiedzieć. Przepraszam. Byłam ranna, znalazłam się w środku nieznanej głuszy, straciłam pamięć i zaopiekowała się mną pewna staruszka. Wiem, że to brzmi niczym bajka, ale tak było.
- Już dobrze kochanie. Przepraszam, że się uniosłem. Najważniejsze, że jesteś. Myślałem, że straciłem najważniejszą osobę w życiu – powiedział spokojniej. - Ale już wszystko w porządku? Wszystko pamiętasz? Musisz koniecznie zbadać się u doktora Cullena.
- Tak, tato. Już wszystko pamiętam.
- A jak trafiłaś do domu. Daleko byłaś?
- W okolicach Eldon. Jacob mnie znalazł.
- To ma sens. Pocieszał mnie, że wszystko będzie dobrze, a potem zniknął. Muszę mu podziękować. - Nie ustalałam z Jake'iem wersji wydarzeń, ale taki wariant – bez nadzwyczajnych kreatur i bez mówienia, że ja również stałam się takim potworem była najbardziej odpowiednia. - Boże, jak się cieszę, że jesteś. - Ojciec przytulił mnie jeszcze bardziej. Nie wiedziałam, że ma w sobie tyle miłości do mnie. Nigdy jej nie okazywał.
- Kocham cię, tato – powiedziałam mimowolnie, choć oczywiście kocham mojego ojca, ale mówiłam mu to niezmiernie rzadko, ostatnio wcale.
- Ja ciebie też, skarbie. Bardzo. Tylko już nigdzie mi nie znikaj. Nie zniosę tego, że nie można się z tobą skontaktować.
- Tato, uwierz mi. Do szkolnych biwaków mam już wielki uraz, a przez moją nieobecność ogromne zaległości w szkole. To ostatni rok. Chciałabym skończyć ze wszystkimi. Będę siedziała w swoim pokoju zakopana książkami.
- Jesteś niemożliwa. Przecież możesz wydłużyć szkołę, pójść na wakacyjny kurs.
- Tak, ale wtedy nie załapie się na studia. Nie chcę zmarnować roku.
- Dobrze, jak chcesz, Bello. Co tak pachnie?
- Zrobiłam omlet z pieczarkami. Jest w piecyku, zjedz, a ja pójdę się odświeżyć.
- Nie zjesz ze mną? - zapytał ze skwaszoną miną.
- Już zjadłam swojego, a przydałby mi się prysznic. Zaraz wrócę, nie martw się – powiedziałam i, klepnąwszy go po ramieniu, pobiegłam na górę.
Całe popołudnie spędziłam z Charlie'em. Opowiadałam mu o Veronice, o tym jak się mną opiekowała, skrzętnie omijając wszelkie informacje dotyczące Lykainy i podróży do Europy. Kiedy nadeszła godzina meczu, który tata chciał bardzo obejrzeć, czego domyśliłam się, obserwując, jak przekładał ciągle nogę na nogę, powiedziałam, że i tak muszę się spotkać z Edwardem, bo na pewno również się o mnie martwił. Charlie zgodził się chyba tylko z powodu tego meczu. Przyniosłam mu piwo z lodówki i wyszłam przed dom. Napisałam w międzyczasie esemesa do Cullena, który zjawił się już po kilku minutach.
- Cześć – odezwał się, myśląc, że nie dostrzegłam jego przyjścia.
- Witaj. - Nie potrafiłam z siebie wydobyć nic więcej. Milczeliśmy dłuższą chwilę. Usiadłam na bujanej ławce i wskazałam mu fotel obok siebie. Gdy już zajął miejsce, nabrałam odwagi, by się odezwać, choć do końca nie wiedziałam, od czego zacząć. - Dziękuję, że mi pomogłeś. Bez ciebie nic by się nie udało.
- Bells, wiesz, że dla ciebie zrobiłbym wszystko. Nie masz za co dziękować. Powiedz mi, już po wszystkim? Tak bardzo tęskniłem za tobą – odpowiedział pożądliwie, chwytając moją dłoń w swoje zimne ręce.
- Nie, jeszcze nie jest po wszystkim – wyszeptałam, powoli uwalniając swoją rękę z delikatnego uścisku. Widziałam ból w jego oczach. Znaliśmy się już od dawna. Obserwowałam jego spojrzenia po incydencie z Jamesem. Nigdy nie było w nich tyle bólu jak w tej chwili. - Jestem już wolna od obowiązków, jakie na mnie rzuciła wilczyca – zaczęłam powoli, choć wiedziałam, że wie to już pewnie od Esme. - Nadal jednak mogę się przemieniać i nie straciłam wszystkich mocy. Podobno z czasem wszystko osłabnie, ale nie wiadomo kiedy, bo jestem pierwszym takim przypadkiem, który przeżył nieudaną transformację. - Wampir spojrzał na mnie z obawą. - Nie, nic mi się nie stanie. Lykaina powiedziała, że gdy ktoś nie nadawał się do pełnienia funkcji, musiał zostać unicestwiony. Mój przypadek jest wyjątkowy. Edward, myślę, że powinniśmy od siebie odpocząć. Nie możemy się spotykać – zmieniłam temat. - Przez ten czas zrozumiałam, że uczucie, jakim cię darzyłam, może być fałszywe. - Cały czas milczał. Nie wiem, skąd wzięłam odwagę, by mówić. Nie wiem, skąd dobywały się akurat te słowa, skoro ja nadal nie byłam pewna, czy chcę z niego zrezygnować. Czy go kocham... Przecież nadal sterują mną zapędy wilczycy, która gdzieś tkwi w środku. - Ed, spójrz mi w oczy. - kontynuowałam. - Byłam w tobie zakochana. Uwielbiałam cię i podziwiałam. Za nieziemski wygląd, niesamowitą wiedzę i wrażliwość. Za maniery, których nie posiada w takim stopniu żaden chłopak w Forks, ba, żaden w całej Ameryce. Uwielbiałam cię za to, że ty – doskonały w każdym calu mężczyzna chcesz na mnie w ogóle spojrzeć. W tym nastoletnim zakochaniu zapomniałam jednak o tym, że jesteś wampirem. Życie z tobą nie byłoby zwykłe.
- Bello, przecież już to przerabialiśmy. Chciałaś być ze mną na wieczność. Nie różnilibyśmy się niczym – wtrącił się, próbując znów chwycić mnie za rękę.
- Proszę cię, nadal czuję wrogość w stosunku do twego rodzaju. Nie wiem, kiedy to minie – odrzekłam, wbijając mu kolejny mentalny sztylet w pierś. Jestem pewna, że wszystkie dziewczyny znienawidziłby moją postać, gdyby to była tylko fikcyjna opowieść. Ja – zwykła szara myszka, odrzucam przystojnego wampira, który ma mi do zaoferowania wieczne młodość i życie. - Daj mi dokończyć. Chodzi o to, że po tym jak stałam się wilczycą, jak doświadczyłam pewnego rodzaju niezwykłości, którą ty posiadasz, zrozumiałam, że to nie jest coś, czego chcę dla siebie. Nie zostanę wampirzycą z własnej woli, a jako człowiek, nie chcę mieć za chłopaka mężczyznę zaklętego w ciele siedemnastolatka, z którym nie mogę się nigdzie pokazać w słoneczny dzień, z którym nie będę mogła dojrzewać i starzeć się. Edward, kochałam cię, nadal kocham w pewien sposób, ale na razie nie mogę przebywać w twoim towarzystwie ze względu na wilcze atrybuty, którymi nadal dysponuję. Nie chcę ci również robić nadziei, że gdy to się kończy, moje uczucia się zmienią, dlatego myślę, że nie powinniśmy się spotykać.
- Rozumiem. Nie mogę od ciebie żądać, byś mnie kochała. Nie mogę ci zabierać człowieczeństwa, którego sam pragnąłbym dla siebie. W takim razie wyjedziemy. Jeśli taka jest twoja wola, nie będziesz miała znaku o naszym istnieniu.
- Nie, Edward. Chcę cię pamiętać. Jesteś częścią mnie. Chciałabym być z tobą w kontakcie, choć rozumiesz, że na razie nie osobistym.
- Odezwij się do mnie tylko wtedy, gdy będziesz chciała, żebym wrócił. Będę czekał na ciebie.
- Nie warto – wyszeptałam niemal bezgłośnie, choć miałam pewność, że wampir mnie usłyszy, a potem dodałam na głos: - Obiecaj mi, że nie będziesz czekał. Jestem pewna, że kiedyś znajdziesz kogoś, kogo pokochasz tak jak mnie. Nie broń się przed tym uczuciem, bo ja nie byłam ciebie warta.
- Bells, przestań. Znasz mój numer telefonu, nigdy go nie zmienię. Zadzwoń, jeśli będziesz gotowa.
- Dziękuję. Dziękuję ci za wszystko – odpowiedziałam, pewna iż ciągnięcie dalej tej konwersacji na nic się nie zda. Dotknęłam jego policzka. Dziwne drżenie ręki spowodowało, że natychmiast ją odsunęłam. - Dziękuję.
Edward spojrzał na mnie i uśmiechnął się delikatnie, a potem odszedł bez słowa. Mówił prawdę. Jeszcze tego samego dnia cała rodzina Cullenów zniknęła. Charlie mówił tylko o jakimś nagłym transferze Carlisle'a, ale nikt nie wiedział, dokąd pojechali. Dostałam e-mail od Alice. Strasznie żałowała, że nie mogłyśmy pożegnać się osobiście. Napisała, że wysyła wiadomość w sekrecie przed Edwardem, który prosił o niekontaktowanie się ze mną. Przesłała pozdrowienia od Jaspera, Rosalie, która cieszyła się z mojego wyboru i życzyła mi szczęścia, Emmetta oraz doktora i Esme. Wszyscy zaakceptowali taką decyzję i kazali napisać, że będzie im mnie brakować. Jak bardzo by mnie znienawidzili, gdyby dowiedzieli się, że zdradziłam ich syna i brata? Nie wiem. To jedno ciążyło mi na sumieniu, ale skoro doszłam do wniosku, iż nie będę częścią ich życia, równie dobrze mogę im zaoszczędzić zawodu, a Edwardowi większego bólu. Skrycie liczyłam na to, że zwróci się do Tanyi, a ona go przyjmie. Ta kobieta kochała go prawdziwie, nie tak jak ja.
W szkole huczało od plotek. Wiedziałam to tylko od Angeli, bo dla własnego zdrowia psychicznego i bezpieczeństwa innych nie zjawiłam się w murach budynku od chwili powrotu. Przynajmniej nie w części, gdzie odbywają się lekcje. Nie było mnie miesiąc. To niewiele, ale zważając na okoliczności, w jakich zniknęłam, sporo. Do egzaminów zostały trzy tygodnie. Tata załatwił z dyrekcją, że będę uczyła się sama w domu i przystąpię do kończących szkołę średnią testów z resztą uczniów. Z uwagi na moje traumatyczne przeżycia i zaświadczenie lekarskie, które Charlie zdobył z drugiej ręki – nie chciałam pójść do szpitala i na szczęście ojciec nie nalegał – dyrektorka wyraziła zgodę. Przychodziła do mnie raz w tygodniu pedagog, by odebrać zadane prace i przeprowadzić zaległe sprawdziany. Z Jake'iem kontaktowałam się telefonicznie, nadal nie miałam pomysłu, jak rozwikłać naszą sytuację, byśmy mogli być przyjaciółmi. To, co powiedziałam Edwardowi była prawdą i tyczyło się nie tylko jego. Nie miałam zamiaru wiązać się z niezwykłym mężczyzną, który przeżyje mnie młodo. Do takich osobników należał również Jacob.
Na egzaminach czułam się dziwnie. Wszyscy patrzyli na mnie, jakbym była duchem. Jessica przepraszała mnie oczami, Angela pocieszała uśmiechem, Mike patrzył na mnie z zawodem miłosnym wymalowanym na twarzy, a reszta po prostu jak na dziwoląga. Nikt na szczęście do mnie nie podszedł wedle rozporządzenia dyrektorki. Za każdym razem wychodziłam wcześniej i nie musiałam przepychać się w tłumie. Gdy szkoła się zakończyła, Charlie poszedł odebrać moje świadectwo. Nie brałam udziału w uroczystościach, ponieważ uważałam Forks za rozdział zamknięty. Nie znalazłam tu prawdziwych przyjaciół, oprócz wampirów, którzy na moje życzenie zniknęli z mojego życia i Angeli, z którą zamierzałam mieć kontakt na studiach, choćby telefoniczny czy mailowy. Paczka z LaPush też radziła sobie dobrze beze mnie, a Jacob... Może jeszcze uda nam się pozostać w przyjaźni. Według wcześniejszych ustaleń spakowałam się, by pojechać na wakacje do mamy. Zanim jednak wyjechaliśmy, poprosiłam Charlie'ego o krótką wizytę w rezerwacie. Pożegnałam się z Jacobem. Ustaliliśmy, że porozmawiamy po moim powrocie. Starałam się mu dać do zrozumienia, że należymy do dwóch różnych światów, a to, co nas łączy, niedługo przeminie. On jednak był uparty jak osioł. Miałam nadzieję, że po wakacjach zmądrzeje i zrozumie moją decyzję. Niestety po wakacjach nie zjawiłam się już w Forks...
2 lata później, grudzień
Dzisiejsze wykłady zupełnie mnie przytłoczyły. Uświadomiłam sobie, że moja wiedza na temat angielskiej literatury jest niewielka i bardzo wybiórcza, a o literaturze na świecie wiem mniej niż mój chomik.
Pogłaskałam Łobuza, a on położył po sobie uszka zadowolony z pieszczoty. Dotykanie jego delikatnego, karmelowego futerka bardzo mnie uspokajało. On odwdzięczał się marszczeniem pyszczka i przymykaniem ocząt. Kiedy już wypełniliśmy nasz rytuał na powitanie, odłożyłam go ponownie do klatki i dosypałam mu ziarna do prawie pustej miseczki. Poszłam też po świeżą marchewkę, którą starannie obrałam nożykiem. Łobuz chrupał zawzięcie i wypełniał po brzegi swoje pucułowate policzki.
Uśmiechnęłam się pod nosem i usiadłam do komputera, by sprawdzić pocztę.
Jak co piątek, mogłam się spodziewać wiadomości od Blacka. Był w tym względzie regularny niczym szwajcarski zegarek. Przyzwyczaiłam się do tych elektronicznych listów. Zdawał mi relację z wydarzeń w LaPush, a działo się sporo. Opowiadał o swoim ojcu, który przeważnie leżał, bardzo osłabiony po chemii. Wygrał z rakiem, ale kosztem swoich sił witalnych. Bardzo chciałam go zobaczyć, niestety do tej pory nie mogłam się zdobyć na wizytę w tym miejscu, które było przepełnione bolesnymi wspomnieniami. Starałam się skupić na nauce, by w przyszłości uczyć w szkole. Wybierając studia, myślałam o dziennikarstwie, jednak szybko zrewidowałam swoje marzenie i doszłam do wniosku, iż najlepiej będę się spełniać jako nauczycielka literatury.
Bello,
Wiem, że i tak musiałaś wyjechać. Studia, nowe życie. Na Twoim miejscu też bym się nie wahał. Forks to dziura i gdybyś nie pojechała na studia, pewnie utknęłabyś w sklepie Newtonów albo do emerytury obsługiwała gości w Grill Barze. Tysiąc razy mi tłumaczyłaś powody wyjazdu, ale nie mogę zrozumieć, dlaczego nas nie odwiedzasz, dlaczego nie pozwalasz, żebym do Ciebie przyjechał.
Nic wcześniej o tym nie pisałem, nie chciałem zapeszyć, ale od roku się nie przemieniam. Postarzałem się. Chciałbym zobaczyć Twoją minę.;)
Trzymaj się, Bells, i pamiętaj, że ja czekam na Twą wizytę. Nie możesz mnie unikać do końca życia.
Jake.
Black znów w sentymentalnym nastroju... Czasami potrafił pisać długie i radosne opowieści, które ani troszkę nie poruszały drażliwego tematu, ale zdarzało mu się wracać do przeszłości, próbować. Wiem, że nikogo nie miał. Żył jak mnich, jakby chciał powiedzieć, że jest tylko mój... Nie wiedział jednak czegoś, co popsułoby nasze relacje. On bardzo często zajmował moje myśli, lecz jest takie powiedzenie, że dwa razy nie wchodzi się do tej samej rzeki. Ja w rzece Blacka teoretycznie nie byłam, ale mamy wspólną historię, która na pewno w jakiś sposób wszystko zmieniła. Przez te dwa lata od wyjazdu skupiłam się przede wszystkim na nauce. Po zajęciach pracowałam w pobliskiej kawiarni i raczej nie udzielałam się towarzysko, przez co robiłam za dziwadło. Tylko moja współlokatorka Melly pokładała we mnie nadzieje i wierzyła, że kiedyś wrócę do żywych. Możliwe.
Tydzień minął mi bardzo szybko. Zbliżały się święta i postanowiłam wszystkich zaskoczyć. No, może nie wszystkich. W plany wtajemniczyłam tylko mamę, która zaplanowała święta u Charliego. Phil był dla niej przeszłością. Romansował z jakąś modelką, o czym Renee dowiedziała się z prasy. Ciężko to przeżyła. Tym bardziej, że on nie potrafił się sam przyznać, a o fakcie dowiedziała się po tym, jak światek celebrytów huczał od plotek. Przyznał się, że to prawda, ale nie przepraszał. Rozstali się w zgodzie. Na szczęście nie byli małżeństwem i Renee ominęła afera rozwodowa najsławniejszego futbolisty, która pewnie niosłaby się echem przez tygodnie, a mama musiałaby żyć w świetle fleszy nieprzejednanych paparazzi. Wspaniałomyślnie chciał jej podarować dom, ale odmówiła. Po prostu spakowała się i wyjechała, gdy go nie było. Wróciła na stare śmieci do Phoenix. Dawała radę, ale skończyła z mężczyznami. Przynajmniej tak mówiła.
Cieszyłam się, że będę miała ich razem na święta, choć zdawałam sobie sprawę z tego, że raczej się ze sobą nie zejdą. Od porzucenia Phila mamą opiekował się tata, wspierał ją i wiem, iż prowadzili ze sobą długie rozmowy telefoniczne, ale traktował ją tylko jako przyjaciółkę i matkę jego dziecka.
Renee namówiła go na wspólne święta, konspiracyjnie nie wspominając nic o moim przyjeździe. Zapakowałam Łobuza do podróżnej klatki, spakowałam niewielką torbę ciuchów, prezenty i książki do nauki, a potem wsiadłam do mojego pick-upa.1 Samochód dostałam od Charliego, bo moja stara furgonetka nie dojechałaby nawet do Port Angeles, nie mówiąc już o Seattle i czasie podróży. Niebieski dodge Dakota spełniał swoją rolę bardzo dobrze i pokochałam go prawie tak samo jak mój czerwony złom. Droga do domu minęła mi bardzo szybko, szczególnie trasa na terenie Olimpic National Park. Widok drzew, przebiegające między nimi sarny – to wszystko przypominało mi chwile spędzone w lesie. Moje umiejętności dość szybko wygasły. Po lykainie została mi blizna, wrażliwsze zmysły i chyba zmniejszyła się moja nieporadność. Po prostu byłam zwykłą, niewyróżniającą się dwudziestoletnią dziewczyną. Kiedy zaparkowałam przed domem, czułam lekkie poddenerwowanie. Dom to nie tylko rodzice, znajomy pokój, kuchnia. To też wspomnienia o wampirze, o pierwszym chłopaku, pierwszej miłości. Serce ciążyło mi, jakbym sobie przywiązała do ciała ciągnący mnie do ziemi kamień. Stanęłam na ganku z klatką chomika pod pachą i torbą w ręce. Właśnie gdy uniosłam ściśniętą w pięść dłoń, by zapukać, drzwi się otworzyły. Renee puściła mi oczko, a potem, nie mówiąc słowa, wzięła ode mnie pakunki i pokręciła głową w stronę salonu. Kroczyłam cicho w kierunku kanapy, a potem stanęłam z tyłu za Charliem, zakrywając mu oczy.
- Co to za zimne łapska? Bella, to ty?
- Ja, tato – zaśmiałam się. Skąd wiedziałeś?
- Tylko ty w naszej rodzinie masz takie lodowate ręce. Chodź, uściskam cię! - dodał, wstając z rozpostartymi ramionami. - Mówiłaś, że nie przyjedziesz na święta. Staremu ojcu nie robi się takich niespodzianek. Mogę zejść na zawał.
- Złego diabli nie biorą! - zripostowałam. - Słuchajcie, mam jeszcze kilka rzeczy w aucie pójdę po nie, a potem odświeżę się po podróży.
- Byle szybko, kochanie. Twoja mama gotowała kolację wedle wskazówek córki – dodała Renee.
- Bells, idź od razu na górę, a ja się zajmę bagażami – powiedział Charlie tonem nieznoszącym sprzeciwu. A co to za szczur w klatce?
- To nie szczur, tylko mój chomik bengalski – Łobuz. Ale z nim lepiej ostrożnie, nie lubi obcych.
- Dobra, dobra. I tak nie mam zamiaru zbliżać się do tego paskudnego gryzonia
- Tato!
Charlie zawsze bał się nawet myszki. To całkiem śmieszne, że został policjantem i zdarza mu się brać udział w groźnych sytuacjach czy nawet egzaminować zwłoki, a lęka się przed małymi futrzakami. Poszłam na górę. Najbardziej obawiałam się zobaczyć mój pokój. Niewiele tam zmieniłam przed wyjazdem. Nie miałam na to czasu i ochoty. Stwierdziłam, że nowy rozdział zacznę na studiach, w innym miejscu, a przeszłość zostawię za sobą taką, jaka była. Z lękiem otworzyłam drzwi do mojego starego królestwa i ze zdziwieniem spostrzegłam, że wszystko się w nim zmieniło. Ściany były pomalowane na ciepłą brzoskwinię. Stare drewniane biurko zastąpił szklany blat na metalowych nogach, a na nim stał płaski ekran. Pod biurkiem znajdował się nowy komputer, świecił też router – to znaczy, że Charlie zmienił wreszcie źródło Internetu. Z podłogi ściągnięto wszystkie warstwy farby i położono na nią tylko lakier. Odzyskała naturalny odcień jasnej sosny i była... No cóż, była idealna. To samo stało się z łóżkiem. Dostałam też nowe zasłony, komplet czerwonej pościeli. Wszystko zachowywało ciepłe barwy. Jasne drewno, szkło z metalem i pomarańczowo- czerwone dodatki. Uśmiechałam się do siebie jak głupia. Wiedziałam, że to sprawka Renee, choć musiała nadzorować remont z Phoenix, a dekoracje dodała już po przyjeździe. Muszę ich za to wyściskać. To naprawdę najlepszy prezent, jaki mogli mi zrobić. Rzuciłam torbę z ciuchami obok łóżka, a Łobuza usadowiłam na komodzie. Nie był nawet zdenerwowany podróżą. Zamontowałam mu poidełko, nasypałam jedzenie i wsadziłam kołowrotek, do którego ochoczo wskoczył i zaczął biegać. Kiedy upewniłam się, że daje radę w nowym otoczeniu, chwyciłam za kosmetyczkę, by pójść pod zasłużony prysznic. Odświeżona i świeżo ubrana zeszłam na premierową kolację mojej mamy. Muszę przyznać, że zapiekanka wyszła jej całkiem smacznie. Na pewno damy radę z przygotowaniem świątecznego obiadu.
W dzień Bożego Narodzenia byłam poddenerwowana. Do tej pory nie dałam znaku życia. O mojej wizycie wiedzieli tylko rodzice, chyba że ktoś wścibski zainteresował się nowym samochodem na podjeździe.
Byłam pewna, że Angela i Ben są w Forks na święta. Angie to tradycjonalistka i nie wyobrażała sobie spędzać Gwiazdki poza rodzinnym domem. W tym względzie musieli z Benem wypracować kompromis. Ben i Angela wzięli ślub – niespełna rok temu. Niestety nie mogłam przyjechać, choć dostałam zaproszenie. Właściwe, jeśli mam być szczera, nie chciałam. Było za wcześnie na wizytę. Na konfrontację z Jacobem, przed którą bym się nie wymigała. Postanowiłam, że zadzwonię do nich jutro. Może wybaczą mi milczenie. Chciałabym odnowić z nimi kontakt, bo naprawdę brakowało mi starych przyjaciół.
Zamiast rozmyślać, skupiłam się na gotowaniu. Renee radziła sobie w kuchni coraz lepiej, ale wolała, żebym ja zajęła się indykiem. Osolony i opieprzony na noc ptak czekał teraz na nadziewanie. Wypełniłam go garściami świeżego tymianku i pokrojonym w cienkie plasterki czosnkiem. Na wierzchu posypałam go sproszkowaną papryką i obłożyłam gałązkami ziela. Podczas długiego pieczenia podlewałam go białym winem i sokami, jakie wypuścił, a na koniec posmarowałam aromatycznym miodem.2 Renee rejestrowała każdy mój ruch i skrzętnie zapisywała uwagi w notatniku. Miałam wrażenie, zresztą nie pierwszy raz, że rolę się odwróciły, ale w naszym domu nigdy nic nie działo się normalnie. W międzyczasie mama przygotowała sałatkę z ruccoli, mozzarelli, orzechów, suszonych pomidorów i ziół, a potem upiekła w prodiżu ciasto bananowe na deser. Pod koniec pieczenia mięsa dołożyłam jeszcze na dodatkową blachę ziemniaki pokrojone w ósemki, oblane oliwą i posypane rozmarynem. W całym domu pachniało świąteczną kolacją, a Charlie co rusz dopytywał się, o której zasiądziemy do stołu, a gdy nadszedł ten czas, nie mógł wręcz oderwać oczu od indyka. Cieszyłam się, że straciłam wilczy apetyt, bo musiałabym się grubo tłumaczyć, dlaczego pochłaniam ogromne ilości jedzenia, ale przypomniał mi się w tej chwili obiad u Blacków i kurczak zaserwowany przez Billy'ego. To miłe wspomnienia.
Wieczorem siedzieliśmy wspólnie na kanapie, oglądając jakąś świąteczną komedię. Nic śmiesznego, ale film był idealny na rodzinny seans. Na komedii romantycznej Charlie musiałby się męczyć, a horror czy film akcji nie pasował do Bożonarodzeniowego nastroju oraz gustu Renee. Nagle zadzwonił dzwonek do drzwi. Nie spodziewaliśmy się nikogo w taki dzień i tym bardziej o tej porze. Zerwałam się z kanapy, szczęśliwa, że nadarzyła się okazja do ruszenia się po sycącej kolacji. Otworzyłam drzwi i zamarłam. Moim oczom ukazała się rosła sylwetka Indianina. Wysoki, dobrze zbudowany, ale już zdecydowanie męski, nie chłopięcy, Jacob oparł się o balustradę werandy.
- Wszystkiego najlepszego, kłamczucho. - powiedział, wręczając mały pakunek.
- Jacob! Wszystkiego najlepszego. Miałam się do ciebie odezwać...
- Ale zapomniałaś? - wtrącił mi się w zdanie.
- Nie, nie zapomniałam. Po prostu tak dobrze czułam się z rodzicami, że nie chciałam nic psuć. Nie zrozum mnie źle – uprzedziłam jego komentarz. Chciałam, żeby ta rodzinna atmosfera taka pozostała przynajmniej do dzisiejszego dnia. Dawno nie byliśmy razem w trójkę. Dobrze przypomnieć sobie stare czasy. - Nic na to nie powiedział.
- Zaprosisz mnie do środka, czy mam stać na tym mrozie? - odezwał się po chwili milczenia.
- Pewnie, wejdź. Myślałam, że zimno wam nie przeszkadza. - Musiałam sobie pozwolić na uszczypliwą uwagę. Miałam nadzieję, że to trochę rozluźni atmosferę.
- Nie przy takiej lodowej księżniczce jak ty, która zapomina o przyjaciołach. - Wyszczerzył zęby zadowolony z riposty. - Klepnęłam go po plecach, popychając do środka.
- Mamo, tato. Jake przyszedł, pójdziemy do mnie.
- Witaj, Jake – krzyknął Charlie. - Miło cię widzieć.
- Miło mi cię poznać, Jacob. Wiele o tobie słyszałam – odparła Renee, podając mu dłoń.
- Mnie również, pani Swan. - Mama zachowała nazwisko po tacie. Uważałam, że to słodkie, choć wiem, że zrobiła to dla mnie, żebyśmy chociaż z nazwiska przypominali rodzinę.
- Mów mi Renee – odpowiedziała nieco zawstydzona. Jacob uśmiechnął się, a ja pociągnęłam go za rękę na górę. - Przyniosę wam ciasto i grzane wino, co wy na to? - krzyknęła jeszcze, a ja przytaknęłam na zgodę.
Usiedliśmy na puchatym, pomarańczowym dywaniku oparci o bok łóżka. Rozpakowałam paczuszkę. Ujrzałam piękny srebrny naszyjnik z wisiorkiem przedstawiającym pazur. W jego zakończeniu mienił się świecący kamyk. Był skromny, ale bardzo ładny.
- Dziękuję. Naprawdę nie musiałeś. Założysz mi? - Podniosłam włosy, by ułatwić mu zapięcie łańcuszka. Lekko musnął moją szyję, co spowodowało przyjemne dreszcze. Szybko wstałam i podeszłam do biura. - Ja też mam coś dla ciebie. - Podałam mu prezent.
- Czyli jednak zakładałaś, że się spotkamy? - zapytał radośnie.
- Miałam nadzieję, choć gdybym stchórzyła, przekazałabym paczkę Charlie'emu.
- Masz szczęście, że zadecydowałem za ciebie. Dość już unikania. Okej, zobaczymy, co tu mamy.- Rozrywał niedbale papier, plącząc się w taśmie klejącej. - Czy ty zawsze musisz być taka dokładna, Bells? - zapytał, nie oczekując odpowiedzi, a potem na chwilę zamarł. Spoglądał z otwartymi ustami na rysunek, który dla niego naszkicowałam. Milczał dłuższą chwilę, po czym złożył na moim policzku krótkiego całusa – znów przyjemne dreszcze. - Łał, Bells. Jeśli naprawdę tak wyglądam, to jestem niezłym przystojniakiem. Kiedy to narysowałaś? W ogóle nie wiedziałem, że umiesz. Dzięki.
- Rysowałam z pamięci, kiedy czułam się samotna. Nawet nie wiesz, ile powstało nieudanych Jacobów Blacków. Ten jest pierwszy, którego można ukazać na światło dzienne.
- Czyli jednak nie tylko ja miałem zajęte tobą myśli. Ty też o mnie pamiętasz.
- Tak, nie pozwalałeś o sobie zapomnieć – zripostowałam uszczypliwie, ale po chwili dodałam już na poważnie: - I tęskniłam. - Uśmiechnął się, ale nic nie powiedział.
Znów usadowiliśmy się na podłodze, w rękach trzymając kubki z ciepłym, aromatycznym napojem. Jake zjadł całą porcję bananowca, która miała wystarczyć dla nas dwojga, ale ja nie miałam nic przeciwko. Nie byłam głodna - wolałam patrzeć, jak pałaszuje pierwszy wypiek mojej mamy. Z głośników sączyła się muzyczna składanka, którą dostałam od niej. Śpiewała Nina Simone:
Ptaki fruwające wysoko
Wiesz jak się czuję
Słońce na niebie
Wiesz, jak się czuję
Falująca trzcina
Wiesz, jak się czuję
To nowy świt
To nowy dzień
To nowe życie
Dla mnie...
I czuję się dobrze.3
Oboje w milczeniu rozkoszowaliśmy się chwilą, spijając magiczne słowa doprawione winem. Położyłam głowę na materacu, przez chwilę patrzyłam w sufit, a potem zamknęłam powieki i wczuwałam się w klimat piosenki. Mogłaby być o mnie. Czułam się wolna. Czułam, że zaczyna się nowe życie. Jake chwycił mnie za rękę. Najpierw delikatnie wsunął dłoń pod moją, a potem ujął ją i lekko ścisnął.
Nie cofnęłam się, było mi dobrze.
Uśmiechnęłam się sama do siebie, a po chwili poczułam, że druga ręka przyjaciela chwyta mnie za kark, przysuwa do siebie i poczułam jego ciepłe usta na swoich.
Nie cofnęłam się, było mi dobrze jak nigdy.
Black zachęcony akceptacją subtelnie chwycił zębami moją górną wargę, następnie rozchylił usta i wsunął język do mojej buzi. Był taki ciepły, przyjemny i korzenny. Oddałam pocałunek. Nie mogliśmy przestać. Całowaliśmy się coraz intensywniej. Jake wziął mnie na ramiona i położył na łóżku. Przysunął swoje rozgrzane ciało do mojego, rozpiął dwa guziki bluzki i położył dużą, lekko szorstką dłoń na moim dekolcie. Czułam, że płonę. Chciałam, by kontynuował, ale musiałam wszystko przerwać, dla naszego dobra.
- Jake, przestań. Nie możemy. - Odsunęłam się od niego. Nigdy nie widziałam jeszcze tak zawiedzionej miny. On czekał na mnie dwa lata. Kochał mnie i wierzył, że w końcu będziemy mogli być razem. Ja też tego chciałam. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy wyjechałam na wakacje, ale coś stało na przeszkodzie. Coś, do czego się nigdy nie przyznałam, nie chcąc go zranić. Coś, co uciska mi serce, niemal odkąd opuściłam Forks. Coś, z czym sama będę się zmagać do końca życia. Nie wiedziałam, od czego zacząć.
- Nie zrozum mnie źle, Jake. Kocham cię. Kocham cię tak jak się kocha mężczyznę, z którym chce się spędzić resztę życia, ale żaden związek jeszcze nie przetrwał zbudowany na nieszczerości. - Spojrzał na mnie, nie mając pojęcia, co mam na myśli.
- Bells, kochasz mnie. Nie mógłbym sobie wymarzyć niczego lepszego. To jest dla mnie najważniejsze i nic innego się nie liczy. Zawsze chciałem być z tobą i nic nie może tego zmienić – odparł z entuzjazmem.
- Jeśli odejdziesz, nie zdziwię się – kontynuowałam, nie zważając na jego deklaracje. Nie chciałam robić sobie złudnej nadziei, że mi wybaczy. - Pamiętasz, że szybko wyjechałam po skończeniu roku szkolnego? Wakacje spędziłam u Renee, a potem od razu pojechałam do Seattle, prosząc Charlie'ego o przywiezienie moich rzeczy do kampusu. Nie planowałam tego. Pobyt u Renee miał potrwać co najwyżej dwa tygodnie, ale dowiedziałam się, że jestem w ciąży. - Usłyszawszy tę wiadomość, Jake zbladł. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, jakby zastygła w odlewie. Mówiłam dalej, choć było mi ciężko rozdrapywać ledwo zabliźnione rany. - Nie miałam miesiączki, ale nie przejmowałam się tym. Złożyłam to na karb stresu przedegzaminacyjnego i burzy hormonalnej wywołanej przemianą w wilczycę. Dopiero na Florydzie w domku letniskowym Phila zaczęłam mieć inne objawy. Omdlenia, mdłości, wymioty. Z początku myślałam, że to tylko zmiana klimatu, ale to trwało zbyt długo. Renee domyśliła się, co mi może dolegać i zjawiła się w moim pokoju z papierową torebką. Powiedziała, żebym wykluczyła lub potwierdziła jeden z możliwych powodów mojego stanu, skoro odpoczynek w łóżku i czas nie wpływały na poprawę. Zrobiłam test i okazało się, że jest pozytywny. - Jacob patrzył na mnie niczym w hipnotycznym transie, ale wiedziałam, że słucha uważnie, ciekaw i pełen obaw, co wydarzyło się potem.
- W pierwszym momencie byłam zszokowana i przerażona, ale uśmiech mamy - ta jej niema akceptacja i radość, że zostanie babcią, utwierdziły mnie w tym, że w gruncie rzeczy cieszę się z tej wiadomości. Nie ja pierwsza i nie ostatnia. Przecież dam radę pogodzić wychowanie dziecka i studia – mówiłam sobie w duchu. Gładziłam się po brzuchu. Wymyślałam nawet imiona. No i przygotowywałam się psychicznie na rozmowę z ojcem dziecka. - Spojrzałam na niego wymownie. - Następnego dnia poszłam z mamą do ginekologa. Płód rozwijał się normalnie. Wszystko było w porządku. Dostałam nawet zdjęcie ultrasonograficzne. W porządku... Ale niestety do czasu. Kiedy Renee odwoziła mnie na lotnisko i wypakowałyśmy bagaże, uparłam się, że wezmę jedną walizkę. Tę mniejszą, ale i tak bardzo ciężką. Mama nie mogła mnie nawet zatrzymać, bo już pognałam z nią do wejścia. Musiałam pokonać trzy stopnie, by dostać się na podwyższenie prowadzące z podziemnego garażu do ruchomych schodów. Byłam głupia, bo mogłam wtoczyć bagaż po rampie dla wózków inwalidzkich, ale zamiast tego dźwignęłam go. I w tej samej chwili złapał mnie potężny skurcz. - Czułam napływające łzy. Najchętniej przerwałabym opowieść, o której wolałabym zapomnieć, ale byłam mu to winna. - Zwinęłam się w kłębek, nie mogąc wytrzymać tego kłucia w podbrzuszu. Renee natychmiast podbiegła i zadzwoniła po karetkę. Byłam w ciężkim stanie, ale dziecko żyło i to było najważniejsze. Musiałam leżeć w szpitalu, by podtrzymać ciążę. Lekarz nic mi nie mówił, zachował pokerową twarz, ale wiedziałam po Renee, że nie jest najlepiej. Wiesz, nigdy nie czułam potrzeby do modlitwy, ale wtedy modliłam się cały czas. Prosiłam Boga, żeby uratował moją małą kruszynkę. Niestety nie pomógł. Dostałam krwotoku, lekarze byli bezradni. Organizm przestał walczyć o mojego synka. O naszego synka – dopowiedziałam prawie bez głosu. - Jacob nadal trwał w posągowej pozie. Położyłam mu rękę na ramieniu, spojrzałam prosto w oczy. - Jake, nie mogłam wtedy stanąć z tobą oko w oko. Nie chciałam nikogo oglądać. Miałam wrażenie, że świat się dla mnie skończył, a Bóg o mnie zapomniał. Renee mi pomogła, ale też kategorycznie obstawała przy tym, żebym poszła do colleage'u. Było mi wszystko jedno. Nie chciałam już wracać do Forks, nie chciałam być ciężarem dla niej. Udawałam, że jakoś sobie radzę, by upewnić ją, że może mnie puścić samą, lecz w środku czułam się pusta i wypalona. Bolało, ale starałam się jak najmniej myśleć. Poszłam do pracy, a w wolnym czasie przesiadywałam w bibliotece, ucząc się. Przełomem była rocznica śmierci. Płakałam całą noc. Myślę, że właśnie wtedy udało mi się przełamać. Dodatkowo, krótko potem znalazłam sobie współlokatorkę. Melly była dla mnie oparciem, chociaż poza kontaktem z nią, gram wyrzutka. - Bałam się jego reakcji, dlatego zwróciłam się do niego, jak najczulej potrafiłam. - Jacob, ale chcę to zmienić. Nie chcę już żyć w żałobie. Nie chcę być sama.
- I co teraz przychodzisz z tym do mnie? Jak mogłaś... Dlaczego mi nie powiedziałaś? To było też moje dziecko, miałem prawo wiedzieć. - Wstał energicznie z łóżka, strącając tym samym moją rękę z jego ramienia.
- Wiem, że źle zrobiłam, ale wtedy nie potrafiłam inaczej.
- Nie ufałaś mi, nie mogę teraz być z tobą. Muszę to wszystko przemyśleć – wyrzucił siebie na jednym wydechu. Widziałam, że w środku się gotuje. Jego mięśnie były napięte, oczy wyrażały obłęd. Odwrócił się do mnie i po chwili wyskoczył przez okno. Kilka sekund później słyszałam tylko wycie wilka. To już koniec. Straciłam i jego.
Ostatnie dni w domu upłynęły mi na przebywaniu w pokoju. Nie próbowałam nawet skontaktować się z Blackiem. Myślę, że sam przyszedłby do mnie, gdyby mi wybaczył. Nie mogłam go winić, to ja znów wszystko zepsułam. Nie miałam już ochoty spotykać się ze znajomymi. Wiedziałam, że rozdział życia pod tytułem Forks jest już definitywnie zamknięty, gdy nie ma w nim Jacoba.
Pakowałam rzeczy do mojego pick-upa. Jeszcze raz podziękowałam ojcu za odremontowanie pokoju, chociaż zdawałam sobie sprawę, że być może spałam w nim ostatni raz. Ostatecznie to ten sam pokój, który został naznaczony przykrymi wspomnieniami. Nie pierwszy raz. Mama postanowiła zostać jeszcze trochę. Była dziwnie rozpromieniona. Może jednak się myliłam. Może jest jeszcze dla nich jakaś szansa. Chciałam, żeby byli szczęśliwi, a widok ich machających z werandy, jak odjeżdżałam, Charlie'ego, który obejmował moją mamę w pasie, sprawiał, że czułam się nieco lepiej. Wyjechałam na główną drogę, kierując się w stronę Seattle. Tuż za miastem na ulicę wybiegł półnagi mężczyzna. Stanął pewnie na asfalcie, blokując mi przejazd.
Miałam wrażenie, że moje serce stanęło na chwilę. Nie mogłam nabrać powietrza. Stał tam i wpatrywał się we mnie, przewiercając mnie na wskroś. Wysiadłam nieśmiało z samochodu i, przymknąwszy uprzednio drzwiczki, poszłam w jego kierunku ze spuszczoną głową. Kiedy nasze ciała dzieliły tylko milimetry, spojrzałam na niego. Nadal prześwietlał mnie swoimi oczami.
- Przepraszam cię, Jake – powiedziałam półszeptem. - Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz i będziemy mogli być jeszcze przyjaciółmi.
- Zamknij się, Swan – odparł i chwycił mnie w pasie, lekko unosząc do swoich ust, a potem złożył na nich czuły, ale śmiały pocałunek. - To ja powinienem cię przeprosić – powiedział, odrywając się niechętnie ode mnie. - Nie chcę nawet sobie wyobrażać, co musiałaś przejść.
- Ale powinnam ci powiedzieć. Tak mi przykro, że cię zawiodłam.
- Powinnaś, ale czasu nie cofniemy. Dziękuję ci za szczerość, na nią nigdy nie jest za późno. Jeśli nadal chcesz być moją dziewczyną, to będzie to spełnienie wszystkich moich marzeń.
- O, Jake. Chcę. Pewnie, że chcę! - Rzuciłam mu się na szyję, a on okręcił się ze mną dookoła. Byłam szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa, bo zdałam sobie sprawę z tego, że Jacob jest tym, z którym chce być do końca moich dni. Zmiennokształtność mogła sprawić, że będzie miał zbyt dojrzałą żonę, ale jeśli jemu to nie przeszkadza, to mi też nie.
Tego dnia zostałam w La Push. Całą noc przegadaliśmy, próbując nadgonić stracony czas. No może nie całą noc. Jeśli mam być szczera, to robiliśmy też inne rzeczy, żeby... nadgonić stracony czas. Jake przeprowadził się do Seattle, bo złożył tam papiery na inżynierię mechaniczną. Dostał się na te studia. Postanowiliśmy wynająć wspólnie mieszkanie. Łobuz bardzo polubił nowego pana. Pewnego dnia Jake wrócił do domu z małym papierowym pudełkiem. Troskliwe położył je na stole i uchylił wieczko z dziurkami. Z kartonika wychyliła się biało-kremowa główka.
- No co? Łobuz też musi mieć swoją Łobuzicę – skwitował Jake, spoglądając na moją zdziwioną minę. Wybuchnęliśmy śmiechem.
KONIEC
OD AUTORA:
Lykaina na pewno zostanie w moich myślach tym pierwszym literackim dzieckiem, mimo iż nie jest wolna od błędów, niedoskonałości, mimo iż jest tylko opowiadaniem fanfiction, za które nie mogę wziąć pełnej chwały. ;)
Bella, Jacob, Edward, Alice, Jasper, Charlie, Renee, Esme, Rosalie, Emmett – należą do Stephanie Meyer. Dziękuję jej za to, że zainspirowała mnie swoją historią do pisania.
Lykaina – Julienne Dominique, Lykaina – Inge, Steffen, Bruno, Veronika i jej mąż Harry, Samir, Noel, rebelianci, zwierzaki – to już moje. :)
Chciałam Wam powiedzieć na koniec, że zamierzam znacznie rozszerzyć tę historię i sprawić, że będzie moją autorską. Nie od razu, bo to zajmuje czas i musi dojrzeć, ale na pewno Was o tym poinformuję. :)
Możecie się też spodziewać krótkiej kontynuacji tego opowiadania, więc odwiedzajcie co jakiś czas mój profil. Zapraszam też do komentowania, chciałabym poznać Wasze wrażenia, szczególnie z zakończenia!
Pragnę podziękować betom: AngelsDream i thingrodiel za trwanie przy mnie, dobre rady, komentarze do tekstu i wspieranie w trudnych momentach.
Wszystkim czytelnikom za to, że ze mną byli. Dziękuję, kochani i zapraszam Was na moją nową opowieść, pod tytułem Esencja.
Do miłego!
1Samochód: .com/f/featuredvehicles/8565086+pheader/mopp_9902_01_z+1992_dodge_dakota_pickup_truck+
2W opisie korzystałam z przepisu: .tv/kuchnia_przepis_0-0-2491_
3Piosenka Feeling good; tłumaczenie ze strony (tłum dopisane jako słowa Muse, ale ten utwór wykonywało wielu artystów. Mnie najbardziej podoba się interpretacja Niny Simone):
.pl/piosenka,muse,feeling_
