Ten tekst nie jest całym rozdziałem, a jedynie fragmentem, ponieważ Fanfiction służy mi tylko za reklamę! Jeżeli was zainteresowałam, dokończenie możecie znaleźć na moim blogu:

yaoi - my - revolution .com - usuń spacje

###

Tę noc zdecydowanie mogę zaliczyć do najgorszej w całym moim życiu. Gorszej nawet od tamtej pamiętnej imprezy, na której koło trzeciej nad ranem przykleili mnie do żyrandola i próbowali wyruchać kijem od miotły. Nie ma to jak robić za istną ułomność na krzywych nóżkach, do której niby wszyscy się uśmiechają, ale jak przychodzi co do czego, to w temacie głupich kawałów ją jako pierwszą biorą na swój bezlitosny celownik.

Mniejsza. Wracając do sedna sprawy, myślałem, że tutaj skonam. Raz, że ból w chuj, jakby mi stado ruskich czołgów po mordzie przejechało; dwa, nafaszerowali mnie taką ilością proszków, że po wszystkich niezbędnych zabiegach czułem się jak po wiadrze twardych narkotyków. Z tą różnicą, że po dragach to bym wstał, rozebrał się i zaczął wywijać hołubce na głowie doktora, będąc przekonanym, że właśnie walczę z hordą narwali z nadwagą w jakimś postapokaliptycznym świecie bez klamek, a tymczasem po tych lekarstwach byłem w stanie co najwyżej raz na jakiś czas mrugnąć. I to każdym okiem osobno.

Szczęście, że Złotko odebrało i zgodziło się przynieść mi rzeczy, bo lekarz jasno się wyraził, że posiedzę tutaj przynajmniej trzy dni, o ile wszystko będzie w porządku i nie wykryją u mnie jakiegoś nowego raka w dupie.

Nie miałem za dużo czasu na sen. Większość nocy zajęły badania i inne pierdółki, a z samego rana obudził mnie słodki jazgot pielęgniarki, no bo leki. Jak ja nienawidzę szpitali! Pomijając fakt, że opuszczone psychiatryki z horrorów to moja ukryta słabość, to trzeba jeszcze podkreślić, że żarcie tutaj mieli po prostu okropne. Ono aż krzyczało: „Karminy was, bo musimy, ale na luksusy nie liczcie, w końcu szpital musi na czymś oszczędzać, a wam – grubasy – dieta się przyda!".

Bo oczywiście nikt nie pomyśli, że moje spasione dupsko będzie smutne, jak nie dostanie na obiadek ziemniaczków! Ja nie jestem Spring! Muszę spożywać regularne posiłki!

Aż do godziny odwiedzin nudziłem się niemiłosiernie. Z ręką w gipsie, toną bandaży na ciele, a w szczególności mordzie, musiałem wyglądać jak człowiek-WC, któremu ktoś zrobił spłuczkę, uprzednio wkładając do muszli kosiarkę.

Pozytywne myślenie zawsze było moją mocną stroną.

W końcu drzwi do pokoju otworzyły się. Miałem to nieszczęście, że leżałem tu sam, trzy inne łóżka były puste, więc przez większość czasu nie było się do kogo odezwać. Z drugiej strony teraz, jak pojawił się tu blondyn, to nawet cieszyło mnie, że mogliśmy porozmawiać w cztery oczy, a nie być non stop śledzeni przez podejrzliwe spojrzenia uprzedzonych staruszków.

– Jesteś kompletnym debilem – przywitał mnie na wstępie, kładąc torbę z rzeczami na małej, pustej szafce obok mnie, a sam usiadł na jednym z wolnych łóżek. – Jak ty się tak załatwiłeś? – zapytał wkurzony. No nie ma co, mamusia roku z niego.

– A czy to ważne? – Spierdzieliłem wzrokiem i posłałem mu słodki uśmiech pod tytułem: „skończmy-ten-temat".

– Nie, cholera, wcale. Przecież wziąłem sobie urlop, żeby tu przyjść i rozmawiać o naleśnikach, a nie twoim zdrowiu. – Uniósł wzrok ku niebu, najwidoczniej mając nadzieję, że wymowne spojrzenie ogarnie te leniwe chóry anielskie, które zerwą się na równe nogi i ześlą na niego nową dawkę cierpliwości.

A przynajmniej modliłem się by tak było, bo nie chciałem, żeby połamał mi też drugą rękę. Albo urwał tę złamaną…

– Em… jakby to powiedzieć… wpierdoliłem się pod auto. – Podrapałem się po policzku. Większość twarzy zaklejały mi plastry, więc to był dość trudny zabieg.

– … Serio? Mam nadzieję, że nie upiłeś się do tego stopnia by stwierdzić, że zabawnie będzie wpaść pod samochód. – Zmrużył groźnie oczy.

– No pewnie, że nie! Co ty masz mnie za jakiegoś pijaka, który nic tylko wódą żyje?! – obruszyłem się, trochę za szybko podnosząc do siadu. – Po prostu zaczęło lać i nie zauważyłem, że coś jedzie. Szkoda tylko, że ten ktoś przejechał sobie po mnie i średnio wzruszony pomknął dalej. Przecież ci mówiłem, że nie będę pił dużo… poza tym nie wpuściłbyś mnie do mieszkania, jakbym przedobrzył. Nie miałem zamiaru ryzykować!

– Mhm… – Pokiwał powoli głową na znak, że rozumie. Moja odpowiedź wyraźnie go uspokoiła. – Momentami serio ciężko mi uwierzyć, jakiego ty potrafisz mieć pecha.

– Zaraz pecha, to po prostu seria niefortunnych wypadków, która ciągnie się za moim życiem. – Wzruszyłem zdrowym ramieniem.

– Nie tylko wypadki się za tobą ciągną, nieudolne próby zaruchania również. Mam ci przypomnieć tamten wieczór, kiedy…

– OBEJDZIE SIĘ, MILCZ, BO MI GORZEJ. – Natychmiast mu przerwałem. Nie. Akurat tamtego wieczoru wolałem nie pamiętać.

Nim Złotko zaczęło kontynuować doprowadzanie mnie do stanów skrajnie depresyjnych, mój telefon – który na szczęście przeżył i bezpiecznie leżał sobie na wolnej półce w szafce – rozdzwonił się głośno. Zerknąłem na wyświetlacz i od razu odłożyłem go z powrotem. BonBon. Nie chciałem z nim gadać.

– Odbierz. – Polecił Spring.

– Nie. Ty odbierz. I powiedz gnidzie, że nie żyję. Niech się zapłacze na śmierć! – stwierdziłem z grobową miną.

Blondyn, na ten akt nienawiści wobec członka rodziny, westchnął głośno, wziął mój phone i wstał, wychodząc z nim z pomieszczenia.

O kurwa, pewnie poszedł kuzynowi nagadać jakichś pojebanych pierdół. A ten przyjedzie tu w sukni żałobnej z wieńcem i butelką argentyńskiego soku z narwala.

Za dużo mi tych proszków dali. Zdecydowanie. Nawet w myślach pierdolę gorzej, niż zazwyczaj… chyba.

Po kilku minutach Złotko wróciło do środka i zajęło swoje poprzednie miejsce.

– Co mu powiedziałeś…? – zapytałem czujnie. Jeszcze doczepić mi takie stojące na baczność, psie uszy i wyglądałbym w tym momencie jak rasowy Burek, który podejrzliwie patrzy na rzuconą mu przez jakiegoś nieznajomego ćpuna, szynkę.

– Nic. Pytał co z tobą, a jak mu powiedziałem, że jesteś w szpitalu, rozryczał się, kazał ci powiedzieć, że… jak to było: „ból porodowy to nic przy cierpieniu, jakie odczuwa jego targana rozpaczą duszyczka na wieść, że przeżywasz katusze w samotności". Nie dał rady się dzisiaj zwolnić, ale obiecał, że jutro do ciebie wpadnie. – Spring przekazał wszystko od deski do deski z podejrzanym zadowoleniem na swojej ślicznej buźce. Chyba bawiło go, jak z każdym słowem bladłem coraz bardziej.

###

Rozmowa szybko zeszła na nieco luźniejsze tory, nim się obejrzałem, skupiliśmy się na kompletnych pierdołach w stylu: „Ależ to słońce mocno grzeje!".

Nawet nie wiem kiedy zleciało tych kilka godzin. Złotko ciągle prowokowało nowe tematy, więc się nie nudziłem. Pytanie, czy serio chciał ze mną spędzić czas, czy może przyszedł się tu ponabijać, bo co chwila komentował moje gapiostwo?

– Rany, daj spokój, jak tak się martwisz to mi o tym wypadku nie przypominaj, a nie co drugie zdanie dodajesz: „Ale żeś się głupio wpierdolił pod to auto!" – prychnąłem.

– A kto powiedział, że się martwię, hmm? – Uniósł brew, jakby zdziwiony moim stwierdzeniem.

– No a nie? Czekasz na mnie do późna, gdy dowiadujesz się, że jestem w szpitalu, raczysz mnie dramatycznym westchnięciem szoku i przerażenia, a potem bierzesz niespodziewanie urlop i zjawiasz się u mnie jak tylko ta gruba pielęgniarka zgadza się w końcu wpuścić cię do środka. Springi, mów słońce co chcesz, ale to wygląda jak pieprzona komedia romantyczna – podsumowałem zgrabnie.

– Komedia to twoje życie uczuciowe. – Uśmiechnął się wrednie w odpowiedzi na mój pełen znaków zapytania wzrok. – Tak, znalazłem ten twój zeszycik jak pakowałem ci ciuchy. Naprawdę sądziłeś, że go nie zauważę, jak włożysz go do jednej z par bokserek?

– Zaraz… znalazłeś… i czytałeś…?! – Straszne fakty zdawały się docierać do mnie w spowolnionym tempie. Ta blond pizda znalazła i przeczytała mój tajny zeszycik, w którym opisywałem wszystkie swoje miłości i skrupulatnie notowałem postępy w związkach z nimi!

– Owszem. Muszę przyznać, że masz duszę pisarza, niektóre fragmenty aż by się cytować chciało. Jak to szło? „Pierwsza randka z Judy obudziła we mnie setki, a wręcz tysiące uśpionych dotąd emocji. Dziewczyna była przepiękna, jej wąska talia, opięta ładnie przylegającą koszulką, krągłe biodra, tak ponętnie kołyszące się przy każdym jej zgrabnym kroku…" – zaczął recytować moje młodzieńcze wypociny, a ja szybko mu przerwałem celnym rzutem poduszką. No proszę, jakie to sypialne wyposażenie potrafi być przydatne!

– Jesteś chorym gnojem, na pamięć żeś się tego uczył?! – zaatakowałem go od razu, nie dając mu szansy na kontynuację, bo serio spaliłbym się ze wstydu.

– Jakoś tak mam, że zapamiętuję ulubione cytaty bez konieczności uczenia się ich. – Wzruszył ramionami. – Ale to serio było dobre i ładnie opisane! A ja żyłem w przekonaniu, że twoim najambitniejszym dziełem literackim, o ile można to tak nazwać, był podpis na umowie o mieszkanie…

– Kto ci to w ogóle pozwolił czytać?! – Agresja ze mnie nie schodziła, czułem się obdarty z sekretów! Szczęście, że już od jakiegoś czasu zeszycik leżał w szafie i nie zacząłem w nim pisać o blondynie, bo serio miałbym teraz powód, żeby rozłupać sobie czaszkę tym gipsem na ręce.

– Twoje bokserki mi pozwoliły, nie stawiały się specjalnie, jak wyciągałem z nich ten notesik. – Uśmiechnął się perfidnie. – Albo raczej nie miało co się w nich stawiać… – Ton jego głosu dał mi do zrozumienia, że dobór słów nie był przypadkowy.

– Ty mi tutaj oczu nie zamydlaj! Ja się zemszczę, gnido. Zemszczę! Zobaczysz, jak kiedyś znajdę u ciebie jakieś brudy, to też się nie zawaham i wszystko przeczytam! – wyraziłem kategoryczny bunt na taką niesprawiedliwość losu.

Niestety Złotko nie przejęło się, a wręcz zareagowało śmiechem.

– Uroczo. Nie martw się, deklu. Nie czytałem tego. Po prostu wypadł z szafki i otworzył się na stronie o tej Judy. Rzuciłem na to okiem, ale jak zobaczyłem czym to jest, od razu zamknąłem. W przeciwieństwie do ciebie ja mam kulturę i nie czytam cudzych pamiętniczków miłosnych. – Wyraźnie go to bawiło. Szatan mały.

– Och jak mi ulżyło, łaskawco – burknąłem. – A tak swoją drogą…

Urwałem, bo drzwi do pomieszczenia otworzyły się nagle, a do środka wparowała dwójka osób, momentalnie dopadając do mojego łóżka i rzucając się na mnie jak łysi na skład peruk.

Spring był tak samo zaskoczony jak ja, widząc starszą, puszystą panią i wysokiego, ubranego w garnitur, mężczyznę w okularach.

– Bonnie! O mój Boże, dziecko! Jak ty wyglądasz?! – lamentowała kobieta, najpierw łapiąc mnie za obklejone policzki, potem kładąc dłoń na czole, po chwili wahania decydując się także na obmacanie mi gipsu po całej długości, a kończąc na bezradnym ściskaniu powietrza wokół mnie, najwyraźniej bojąc się normalnie przytulić.

– Jak… człowiek potrącony przez auto? – podsunąłem. – Mamo, daj spokój. Nie jestem ze szkła. Tak w ogóle to skąd wiedzieliście, że jestem w szpitalu? – Uniosłem brew, zdziwiony ich nagłym, heroicznym przybyciem.

– Twój kuzyn do nas zadzwonił cały zapłakany, że wpadłeś pod tir i leżysz tutaj na krawędzi życia i śmierci, więc szybko zwolniliśmy się z ojcem z pracy i przyjechaliśmy! – Kochana mamusia ledwo powstrzymywała szloch, mówiła to z takim przekonaniem, jakby serio w to wierzyła. A ja obiecałem sobie w duchu, że jednak muszę BonBona zakopać w jakimś wyjątkowo często obsikiwanym przez psy, miejscu.

– Jak widzisz żyję, oddycham, rozmawiam z tobą i kategorycznie NIE UMIERAM – podkreśliłem ostatnie, mając nadzieję, że to ją trochę uspokoi.

– Tak… tak… nie umierasz – wzięła kilka głębszych wdechów i usiadła na krańcu mojego łóżka. – Myślałam, że skonam ze strachu. Bonnie, nie rób mi tak więcej! – W końcu, nie zważając na gips, postanowiła mnie przytulić. Trochę za mocno, ale co tam, poświęcę się i chwilę wytrzymam.

– Już, już. Jest dobrze, nie płacz, mamo. – Objąłem ją zdrowym ramieniem, a gdy miałem pewność, że smarka mi w ramię i nie widzi, posłałem ojcu wymowne spojrzenie pod tytułem: „Ręka mnie nakurwia, ale nie mam pojęcia jak ją od siebie odsunąć, żeby nie poczuła się skrzywdzona.".

Ojczulek na szczęście był o wiele bardziej ogarnięty i trzeźwo podchodził do życia. Też się martwił, ale widząc, że nic mi nie jest, postanowił w ciszy przeczekać lament mamy.