Kiedy Carson wrócił do ambulatorium odłożył swoje 'narzędzia lekarskie' na biurko i umył ręce, następnie udał się do wyodrębnionego pomieszczania, gdzie leżała Elizabeth. Gdy wszedł do środka zauważył, że przy łóżku siedział Lorne i trzymał ją za rękę. Podszedł do nich, położył swoja rękę na ramieniu majora, na co ten się odwrócił i spojrzał na lekarza.
-Gdzie jest reszta?- zapytał Beckett.
-Podzieliliśmy się na zmiany. Teyla i McKay zajmują się miastem, a Ronon poszedł na sparing z nowymi rekrutami. Ja wziąłem pierwszą zmianę. – zmilkł i skupił swoją uwagę na delikatnym głaskaniu ręki ukochanej.- Byłeś u pułkownika, prawda?
-Tak. Ronon nieźle go posiniaczył. Nie popieram jednak przemocy, to nie jest rozwiązanie, mimo iż należało mu się, za to co zrobił 'Liz.- doktor spojrzał na majora, a następnie na najlepszą przyjaciółkę, która leżała w jego ambulatorium podłączona do aparatów podtrzymujących życie.- Wyjdzie z tego, mój drogi. Nie martw się tak. Będzie dobrze.
Carson odszedł zostawiając majora sam na sam z nieprzytomną kobietą. Lorne uścisnął jej dłoń i rozejrzał się po ambulatorium. Było puste.
-Nie wiem czy mnie słyszysz. Mam nadzieję, że jednak tak. Hm… jeśli nie, no cóż. W każdym bądź razie, chciałbym ci podziękować, za wszystko. Jesteś wspaniałą i piękną kobietą, mądrą i sprawiedliwą przywódczynią. Atlantyda nie może cię stracić. Ja nie mogę cię stracić, Elizabeth. Kocham cię i nie wiem co zrobię jeśli się nie obudzisz! Proszę walcz. – wyszeptał nie przestając trzymać jej dłoni.- Wiem, że to co się wydarzyło jest dla ciebie trudne. Dziecko, Sheppard, ale proszę cię. Tutaj są ludzie, którzy cię potrzebują, którzy cię kochają. Pomożemy ci, jak tylko będziemy mogli. Bez ciebie ta ekspedycja się rozpadnie. Elizabeth, proszę walcz. Walcz, kochanie.
Lorne pozostał przy jej boku przez kolejne kilka godzin. Po nim wizytę Elizabeth złożyła Teyla razem z Rononem. McKay przyszedł na samym końcu, kiedy praktycznie całe miasto kładło się do snu. Naukowiec usiadł na krześle zaraz przy łóżku przyjaciółki i położył sobie na kolanach tacę z kolacją.
-Wiesz Elizabeth w zasadzie to nie wiem co ma ci powiedzieć. Nie jestem dobry w tych rzeczach, ale Carson kazał nam do ciebie mówić.- chwila ciszy, podczas której Rodney przeżuł kawałek soczystego steku. Popił go wodą, a następnie kontynuował.- Jak już wiesz z moich akt jestem Kanadyjczykiem. Urodziłem się w Vancouver. Mam siostrę, z którą no powiedzmy nie dogaduje się najlepiej. Nie żebym tego nie chciał, lecz ona ma tendencje do podszywania się pod moją pracę. W dodatku jest samolubna i egocentryczna. Nadal nie mogę zrozumieć tego, że porzuciła karierę i dała się zapłodnić jakiemuś nauczycielowi. Ma ogromne ego. Ale wracając do mnie. Lubię koty. I jestem uczulony na cytryny. Jak się obudzisz powinnaś porozmawiać z kucharzem. Ostatnio wydaje mi się, że chce mnie otruć, we wszystkim co gotuje, mógłbym przysiądź, znajduje się cytryna. Musisz coś z tym zrobić, to jest niedopuszczalne…
-A ja myślałem, że posiadasz jednak trochę współczucia. Zamiast rozmawiać z nią, ty jej opowiadasz historię swojego życia. Brawo McKay!- naukowiec obrócił się i ujrzał opartego o ścianę Shepparda, który spoglądał na łóżko, gdzie leżała dr Weir.
-Co ty tutaj robisz? Mało ci wrażeń na dziś?- wycedził przez zęby i odkładając widelec sięgnął do radia.
-Wiesz nie musisz zaraz zwoływać Ronona i reszty. Spokojnie nic jej nie grozi, tobie także nie. Chciałem trochę z nią pobyć.- John zauważył groźne spojrzenie naukowca i westchnął.- Oczywiście, jeżeli mi można.
-Nie powinno cię tutaj być. Nie powinieneś stać teraz przede mną, to ty powinieneś leżeć na jej miejscu. Zdajesz sobie sprawę ile poświęciła dla tego miasta? Ile dobrego zrobiła? A ty co?
-McKay! Nie przyszedłem się tutaj kłócić! Chce po prostu pobyć z nią przez chwilę! Porozmawiać!
-Porozmawiać? Jak? Z nią się nie da rozmawiać! Ona jest nieprzytomna, w śpiączce! I to dzięki tobie!- wykrzyknął Rodney wstając i podchodząc do Johna.- McKay, zazwyczaj szalony naukowiec największy tchórz w galaktyce Pegaza, w tym momencie wyprostował się wysuwając swoja pierś do przodu. Gotów był bronić Elizabeth całym swoim życiem, mimo iż wiedział, że nie ma najmniejszej szansy przeciwko Sheppardowi. To jednak nie mógł pozwolić, aby jego najlepsza przyjaciółka znowu cierpiała. Po prostu nie mógł.
-Ok, rozumiem, ale to nie znaczy, że i tak nie chce z nią…
-Nie! Nie powinno cię tutaj być. Nie chce cię przy niej widzieć, już dość krzywdy wyrządziłeś…
-Panowie, proszę.- rozległ się bardzo cichy szept, jednak dwójka najlepszych kiedyś przyjaciół nie usłyszała go przez swoje krzyki.
-…Ty nic nie rozumiesz. Nie! Jesteś! Tutaj! Mile! Wracaj do Clarysy!- wycedził przez zęby Rodney nadal mierząc pułkownika wzrokiem.
-Dobrze wiesz, że ona nic dla mnie nie znaczyła. To była pomyłka. Dla mnie liczy się tylko…
-Och proszę, znowu zaczynasz! Myślisz, że ci uwierzę w tą gadkę o miłości? Gdybyś ja kochał, to by jej teraz tutaj nie było! A jest! Leży podłączona do aparatów podtrzymujących życie, PRZEZ CIEBIE!
-Kocham ją, nie ważne czy mi wierzysz czy nie. Wiem, że ją skrzywdziłem, ale chce to naprawić, czy proszę o wiele?
-Za wiele, nie uważasz!
-Chce to tylko naprawić. Myślisz, że mi nie zależy, aby stąd wyszła?- zapytał poirytowany John.
-Myślę, że…
-Panowie! Proszę!- ponownie rozległ się głos, tym razem trochę głośniej.
John i Rodney zamilkli, spojrzeli na siebie, a następnie w kierunku skąd dochodził. Potem znowu na siebie. Umilkli na dobre, stracili zdolność wypowiadania się. Byli oszołomieni, nie wiedzieli co zrobić.
-CARSON!- rozległ się potężny krzyk obydwóch panów, zdolny obudzić połowę miasta. Jednak na szczęście nie obudził, zamiast tego skutecznie przywołał lekko zaspanego lekarza.
Doktor Beckett, dość poirytowany tym, że Rodney i John mieli, nawet nadal mają ochotę się pozabijać w jego ambulatorium wkroczył do sali. Zbadał ich wzrokiem pytając o co chodzi, jednak nie odpowiedzieli. Wpatrywali się z otwartymi ustami w jednym kierunku. Carson pokręcił głową, a następnie spojrzał tam gdzie oni. Ujrzał leżącą na łóżku dr Weir, słabo uśmiechającą się w ich kierunku.
-O boże Elizabeth!- odparł po krótkiej chwili lekarz i szybko podszedł do jej łóżka. Odłączył ją z części aparatury, a następnie zaczął badać.
-Ciebie też dobrze widzieć, Carson.- kobieta uścisnęła delikatnie jego dłoń, kiedy ten podał jej kubek z wodą. Wypiła wszystko jednym ciągiem, a następnie podciągnęła się na łóżku do pozycji siedzącej, tyle na ile pozwalały jej na to siły.- Co… co się stało?
Doktor odpowiedział na jej pytanie, a następnie pobrał krew i wezwał pielęgniarkę. Po kilku drobnych badaniach opuścił pomieszczenie, praktyczne wyciągając Rodney'a za rękę. Zamknął drzwi. Elizabeth i John musieli ze sobą porozmawiać. Może i pułkownik skrzywdził jego przyjaciółkę, ale za bardzo się kochali, aby po prostu odpuścić. Powinni rozwiązać swoje problem i teraz była na to odpowiednia chwila.
John stał w tym samym miejscu przez cały czas. Nie wiedział co ze sobą zrobić. Włożył ręce do kieszeni i spojrzał w dół. W końcu się obudziła, w końcu się nawet uśmiechnęła. Od momentu wypadku nie rozmawiał z nią wcale. Praktycznie jak tylko na nią natrafił to łamał jej serce. Przeklną się za to w myślach. Za bardzo ją kochał, aby ją ranić. Jednak prawda była taka, że ją zranił i to dogłębnie. Pułkownik nie wiedząc co ze sobą zrobić podszedł do okna. Spojrzał na ocean. „Elizabeth go uwielbiała, kiedyś wspominała mi że nie potrafiła bez niego zasnąć. W dodatku tyle razy znajdowałem ją w środku nocy na 'naszym' balkonie, wpatrującą się w wodę i gwiazdy." Odwrócił się i zauważył, że dr Weir mu się przygląda. Westchnął i wyciągając ręce z kieszeni podszedł do jej łóżka. Usiadł na jego krańcu i spojrzał w jej zielone oczy. Chwycił jej dłoń, uniósł do ust i pocałował.
-'Liz'beth!- zbliżył się do ukochanej, następnie delikatnie przysunął ją do siebie i mocno do siebie przytulił.- Przepraszam. Przepraszam. Byłem kretynem, gdybym tylko wiedział… Boże, nigdy bym cie nie zostawił, ciebie ani dziecka. Zawsze chciałem być ojcem! Przepraszam, przepraszam za wszystko. Że cię zostawiłem, za Clarysę. To wszystko moja wina, zabiłem nawet nasze dziecko. Nie zasługuje na ciebie. Wiem, że nigdy mi nie wybaczysz, ale proszę cię pozwól mi jakoś naprawić krzywdy jakie ci wyrządziłem.
-John.- wyszeptała, odrywając się od niego. Gdy spojrzała mu w oczy, ujrzała w nich łzy. Prawdziwe łzy. Dotknęła ręką jego policzka, a on momentalnie zamknął jej dłoń w swojej.- Już dawno ci wybaczyłam. Nie mogłabym żyć z myślą, że nie wytłumaczyliśmy sobie wszystkiego.
Mężczyzna uśmiechnął się do niej i pocałował jej powieki oraz kącik jej ust.
-John? Czy to co powiedziałeś Rodney'owi, czy… czy to prawda? Czy ty naprawdę…?- zapytała niepewnie. Nie widziała jakiej odpowiedzi się spodziewać.
-Tak to prawda, Elizabeth. Kocham cię! Tylko ciebie!
-Ja też cię kocham, całym moim sercem. I przepraszam, za wszystko, za to że ci nie powiedziałam, za to, że… za to, że… że je straciłam… przepraszam.
-Nie masz za co przepraszać, kochanie. To nie była twoja wina.- pocałował ją w czoło, a następnie ponownie przytulił.- Tak się cieszę, że nic ci nie jest. Masz dożywotni zakaz przechodzenia przez wrota, zdajesz sobie z tego sprawę prawda? Nie mogę cię ponownie stracić!
-Nie stracisz. Zawsze będę twoja, nie ważne co się stanie. Kocham cię. Zbyt długo to ukrywałam, ale teraz mam zamiar się tym cieszyć, John.- odparła uśmiechając się.
Elizabeth położyła swoja dłoń na jego policzku. Przeszedł go znajomy przypływ ciepła. Ten, który potrafiła obudzić w nim tylko ona. Następnie zamknęła odstęp między nimi, delikatnie muskając jego usta. Zanim zdążyła się od niego oderwać, pułkownik odpowiedział czułym całusem. Z początku niewinny, przerodził się w bardziej zmysłowy i namiętny. Pocałunek, który wreszcie przypieczętował ich miłość. Na zawsze.
THE END
