W tym oto rozdziale – w sumie ostatnim, bowiem w końcu się zmusiłam i dopisałam [praktycznie, bo nie do końca] resztę historii, aby nie ryzykować, że szybciej napiszę maturę (w 2017) niż epilog tego – spotkamy się z bohaterami, którzy w sumie nie zajmują się niczym więcej niż śmiechem, rozmowami [dużo, naprawdę dużo monologów] i szczęśliwymi zakończeniami.
Ergo – właśnie odkryłam, że nie nadaję się do pisania romansów. Ani powieści obyczajowych.
Rozdział dziewiąty
Czasem wystarczy przez chwilę pomyśleć, by rozwiązania same przyszły do głowy
Powiedzieć, że historia rozbawiła Sue, to jakby stwierdzić, że tylko trochę była sympatyczna. Jack musiał przyznać, że jak na osobę, która nigdy nie słyszała dźwięków –a przynajmniej ich nie pamiętała- w tym konkretnym momencie była bardzo głośna. Śmiejąc się z całych sił, przyciągała uwagę przechodniów. A to musiał być ważny znak, bowiem znajdowali się w centrum Paryża, miasta, gdzie tolerowało się wiele odchyleń od normy i czymś całkowicie naturalnym było wyjście do sklepu w piżamie w różowe krasnoludki w środku grudnia. Tak więc nieświadomie Sue została sensacją ostatnich pięciu minut.
Właśnie ocierała oczy z łez, ciągle chichotając, gdy skończył swoją opowieść słowami „i właśnie wtedy cię zobaczyłem".
- Muszę przyznać… - wykrztusiła, powoli się uspokajając – że jesteś gorszym agentem niż się spodziewałam. Żeby dać się podejść drugim sprawdzaniem informacji? – pokręciła głową, próbując przybrać poważny wyraz twarzy. Co nawiasem mówiąc nie za bardzo jej wychodziło, gdyż co i rusz przypominała sobie śmieszniejsze fragmenty opowieści Jacka.
- To wina Garretta. Za dobrze go wyszkolili – powiedział nieco naburmuszonym głosem, aczkolwiek w głębi duszy musiał przyznać, że kamień spadł mu z serca, gdy zobaczył, jak dobrze Sue przyjęła informację o nagłym dodaniu do jej ściśle amerykańskiego, no może też trochę angielskiego pochodzenia polskiego akcentu.
- Jasne, zasłaniaj się szkolnictwem. To takie dojrzałe. Amerykański system zawsze winny, co?
- A żebyś wiedziała.
Uśmiechnął się do niej szeroko po czym objął ją w talii jedną ręką i upewniwszy się, że Sue patrzy na niego, powiedział:
- To teraz prowadź, pani Hudson i pokaż, jak tu żyjesz.
Roześmiała się, po czym oboje wraz z Levim – nie należy bowiem zapomnieć, że wierny towarzysz Sue cały czas się tam znajdował*- niczym w filmowym zakończeniu, ruszyli w stronę zachodzącego słońca. A raczej w tę stronę, gdzie słońce zachodziło kilka godzin wcześniej. Czego zakochani bohaterowie mieli prawo nie zauważyć, bowiem zdawali się nie dostrzegać niczego więcej poza twarzą swojego wybranka.
Tymczasem po drugiej stronie globu – to znaczy, trzeba byłoby tu zaznaczyć, że nie był to aż taki druga strona globu, jedynie drugi koniec oceanu plus kilka krajów po drodze – państwo Lelland wracali do domu nucąc wesoło piosenki dobiegające z samochodowego radia. Choć głównie śpiewali w myślach. Ukradkiem spoglądali na siebie, gdy jedno sądziło, że to drugie nie patrzy i mimo że postronny widz uznałby, że cisza – a raczej brak jakiekolwiek ludzkiego głosu pochodzącego od osób siedzących w samochodzie- że owa cisza panująca w aucie jest krępująca, to Myles i Lucy czuli się komfortowo pośród tego milczenia. Rozmowa, którą odbyli poprzedniego wieczora, jakkolwiek nie wyjaśniała wszystkiego, odświeżyła atmosferę i podtrzymała lekko chyboczącą się konstrukcję zwaną inaczej ich małżeństwem.
Miles zadowolony, że żona nie wplątała się w coś głupiego lub/i niebezpiecznego, ciągle w głowie rozważał kolejne scenariusze dotyczące tajemnicy Lucy. A że wcześniej pomysły krążyły wokół tematów w rodzaju „Jest ktoś jeszcze" czy „Rozprowadza narkotyki" – nie wiedział, która możliwość przerażała go bardziej, teraz miał koncepcje znacznie przyjemniejsze – prezent, Micheal to naprawdę bliźnięta – co z tego, że wcześniejsze zdjęcia tego nie pokazały, wakacje w tropikach bądź – ta propozycja należała do jego ulubionych – Lucy znalazła jakiś sposób, by pozbyć się na zawsze Randy'ego.
Lucy tymczasem, szczęśliwa, że jedna tajemnica nie doprowadziła do rozpadu małżeństwa – już widziała tę czystą radość na twarzy Garretta, że druga para się rozleciała w ich zespole – zastanawiała się, nieświadoma, że szef już za nią tę sprawę załatwił, jak doprowadzić do szczerej rozmowy Sue i Jacka. Tyle, że najpierw musiałaby mieć jedno albo drugie pod ręką. Pokręciła głową, wzdychając. Niby jak ma im pomóc, jeśli żadne z dwojga nie wyświadczyło jej tej drobnej przysługi i nie zostało na miejscu, by ona mogła wykorzystać swoje nieocenione umiejętności swatki?
- Rzeczywiście, trudna sprawa – stwierdził Myles, co uświadomiło Lucy, że w którymś momencie jej wewnętrzny monolog stał się jak najbardziej zewnętrznym.
- Jak długo mówiłam głośno? – spytała lekko zaniepokojona.
- Nie martw się, usłyszałem tylko pytanie kończące twój chytry i ściśle tajny plan – uśmiechnął się i bębniąc palcami po kierownicy – kto by pomyślał, że o tej godzinie mogą być, aż tak wielkie korki – zanucił za Taylor Swift „Shake it off" – do czego ten świat zmierza, skoro produkują obecnie takie piosenki. Aczkolwiek, trzeba przyznać, wpadają w ucho – spojrzał na Lucy i dodał – Nie martw się, twój sekret jest ze mną bezpieczny. Zwłaszcza, że znam tak mało szczegółów.
- Myles… - zaczęła z wahaniem.
- Taak? – spytał, naśladując jej przeciąganie głosek.
- Tak w sumie, to chyba mogę ci powiedzieć. A zatem… - zaczerpnęła głęboki oddech i rozpoczęła swoją opowieść.
Podczas monologu Myles zdołał przebyć dwadzieścia metrów, co biorąc pod uwagę ilość samochodów, godzinę i fakt, że był to Waszyngton, równało się czterdziestu minutom w normalnym świecie. Lucy teoretycznie zdołałaby skrócić swoją opowieść pięciokrotnie, ale często się rozpraszała lub dodawała anegdotki, które z punktu widzenia kluczowego wątku były całkowicie niepotrzebne, ale znacznie ubarwiały opowieść i sprawiły, że Lelland III odbył szybką lekcję z dziejów seriali telewizyjnych oraz poznał kilka plotek w większości mu do życia niepotrzebnych – lub o których wolałby zapomnieć i udawać, że nigdy ich nie usłyszał.
-… i to by było na tyle – zakończyła swoją historię i spojrzała uważnie na męża, który przez cały czas, gdy mówiła, wpatrywał się z poważną miną przed siebie – Pozostaje tylko ustalić, kiedy to Jack zamierza wrócić, o co się tak dokładnie pokłócili i doprowadzić do spotkania – wyłuszczyła mu swój plan.
- I to wszystko? – zapytał po chwili milczenia, ciągle z nic niemówiącym wyrazem twarzy.
- To wszystko – potwierdziła Lucy, czekając na jego reakcję. Nie spodziewała się jego złości, jeśli już to jego gotowości do pomocy, lekkiego zdenerwowania, że „przecież oni się tu zamartwiali, a ona co" bądź „czy ty kiedykolwiek przestaniesz się mieszać w sprawy innych?". Jednakże każda z możliwości nie mogłaby doprowadzić do darcia szat czy podpisywania papierów rozwodowych.
Jednak przedłużająca się cisza ze strony Mylesa – który najwyraźniej ciągle trawił usłyszane nowiny –zaczęła ją nieco niepokoić.
- Wszystko w porządku? – spytała.
Myles otworzył usta, aby coś powiedzieć i właśnie w tym momencie wybuchnął donośnym śmiechem, niemalże dorównując pod tym względem Sue. Lucy przyglądała się temu z obawą, bowiem śmiejący się Myles – śmiejący się naprawdę, nie złośliwie, nie naśladując disnejowskie czarownice, gdy jego plan szedł po jego myśli, wreszcie – śmiejący się pełną piersią – to było coś, czego Lucy praktycznie nigdy nie widziała na własne oczy.
Poczekała zatem aż się uspokoi, żałując nieco, że torebka znajduje się poza jej zasięgiem – nierozważnie schowała ją do bagażnika wraz z torbą Mylesa – gdyż nie będzie mogła uwiecznić tego zdarzenia dla potomności. Raczej zespół nie uwierzy jej na słowo.
- Co cię tak rozbawiło? – zapytała nieco urażona.
- To był twój sekret?
- A bo co? – Zrewanżowała się pytaniem za pytanie.
- Wiedziałem o tym – odparł krótko.
- Jak to?
- Bobby wespół z Tedem wszystko mi opowiedzieli – pokręcił głową - Ale, aby cię pocieszyć – dodał, widząc jej nieco skwaszoną minę – muszę ci powiedzieć, że znam rozwiązanie twojego diabolicznego planu.
I w tym momencie rozpoczął swoją opowieść.
*tak naprawdę, to dzisiaj czytając powtórkowo całe to fanfiction [jakoś bowiem w mojej głowie nigdy nie zapisuję, co dzieje się w moich poszczególnych tworach] zdałam sobie sprawę, że pomiędzy dwoma czy trzema rozdziałami Levi to znikał, to się pojawiał. Ale udajmy, że wszystko cały czas było w porządku
