Rozdział dziewiąty: To ostre ukłucie zdrady
Ręka Harry'ego wystrzeliła do przodu, łapiąc znicza kiedy ten próbował śmignąć koło niego. Flint zagwizdał dwukrotnie, sygnalizując koniec treningu quidditcha.
Harry zawrócił i zapikował w dół. Ledwie pamiętał, by wyhamować w ostatnim momencie. Coś w nim chciało, by nurkował dalej, sprawdził jak nisko może zejść, czy dałby radę dotknąć trawy nim dogonią go pęd i siła ciążenia. Jego krew tętniła, wypełniając jego żyły w ten sam sposób co powietrze wypełniało jego płuca. Miotła, którą dostał od Malfoyów, była rewelacyjna. Harry nie spodziewał się tego jak bardzo inny rodzaj miotły zmieni jego styl lotu, ale było to nieuniknione przy dodatkowej lekkości przy skrętach i jeszcze szybszej reakcji na jego ruchy.
Tuż przed lądowaniem zrobił jeszcze obrót wokół siebie, po czym zeskoczył z miotły. Obrócił się i zobaczył, że cała drużyna się na niego patrzy. Harry zawahał się na chwilę. Nie byli z niego zadowoleni, zwłaszcza Flint, kiedy Harry wreszcie przyznał się tydzień wcześniej na pierwszym treningu quidditcha, że ma Nimbusa 2001, tylko się jeszcze nikomu tym nie pochwalił. Szybko przeszli z tym do porządku dziennego, ale patrząc na ich miny Harry zastanawiał się, czy wciąż nie mają mu tego za złe.
Wreszcie Flint uśmiechnął się szeroko – mina, która sprawiała, że stawał się podobny do buldoga.
– W następną sobotę zmiażdżymy Gryfonów. – Spojrzał po reszcie drużyny. – Mamy najsilniejszych pałkarzy, najszybszych ścigających, najgroźniejszego – rzecz jasna – obrońcę i najlepszego szukającego. – Tu znowu spojrzał na Harry'ego. – Prawda, Potter?
Harry spojrzał mu ze spokojem w oczy. Nie wiedział jeszcze jak odda następny mecz Connorowi, ale nie miał wątpliwości, że to zrobi. Connor pięknie latał. Harry wiedział, że nie będzie musiał się bardzo napracować, żeby ludzie uwierzyli, że wygrał dzięki swoim własnym umiejętnościom.
Fint pochylił się ku niemu.
– Nawet tego nie ukrywaj – warknął. – Teraz to jest jasne, że podczas pierwszej gry w zeszłym roku się ograniczałeś. Wiem, że nie robiłeś tego w pozostałych meczach, Potter, ale w tym roku dasz z siebie we wszystkich. Slytherin gra, żeby wygrać.
Harry doszedł do wniosku, że teraz najlepiej będzie spuścić wzrok. Pochylił głowę, zupełnie jakby dał się przekonać Flintowi.
– Oczywiście – wymamrotał.
Flint odsunął się od niego, usatysfakcjonowany, po czym ruszył w stronę pryszniców. Powiedział coś do Adriana Puceya, co sprawiło, że ten się roześmiał głośno, a reszta drużyny stłoczyła wokół nich, dzięki czemu Harry został nieco w tyle, sam. Co było mu właściwie na rękę. Widział nieśmiałą postać czającą się na brzegu boiska quidditcha i Harry od dłuższego czasu miał nadzieję z nią porozmawiać.
– Harry – powiedział głos, którego Harry spodziewał się usłyszeć.
– Connor – powiedział Harry, obracając się i uśmiechając do swojego brata. – Przyszedłeś na przeszpiegi? – Uśmiechnął się jeszcze szerzej, żeby pokazać, że to był żart.
Connor drgnął, ale nie pozwolił droczeniu się rozproszyć. Patrzył na miotłę w rękach Harry'ego.
– Kiedy miałeś zamiar mi powiedzieć, że masz Nimbusa 2001?
Harry westchnął.
– W dzień meczu Gryffindora ze Slytherinem, jeśli tylko byłbym w stanie.
– Czemu? – Connor podniósł głowę i spojrzał Harry'emu w oczy. – Wydawało mi się, że obiecywałeś mi więcej o niczym nie kłamać.
– Ponieważ w lecie doprowadziłoby to zbędnych kłótni – odparł Harry. – A ty i tak miałeś wtedy wystarczająco dużo na głowie. Wciąż nie wiemy, kto wysłał tego domowego skrzata, prawda? I wiem też o innych rzeczach – dodał. – Powinieneś był mi powiedzieć, że nie mogłeś zasnąć, Connor. Mogłem pomóc.
Connor patrzył na niego przez dłuższą chwilę.
– O czym ty mówisz?
– Ron mi powiedział – westchnął Harry. – Tak bardzo się o ciebie martwił, że sam, z własnej woli, podszedł do mnie i zagadał.
– Ron cię lubi... – Connor zaczął, próbując obronić przyjaciela.
– Nie, nie lubi – przerwał mu Harry. – Wiem, że mnie nie lubi. Ale posłuchaj mnie przez chwilę, dobrze? Powiedział mi, że miałeś koszmary o ataku Voldemorta z zeszłego roku i że brałeś eliksir Słodkiego Snu, żeby je zwalczyć. – Pokręcił głową. – Przynajmniej teraz wiem, dlaczego przez całe lato przychodziło do ciebie tyle paczek. Myślałem, że to po prostu słodycze.
Connor spuścił wzrok.
– Nie chciałem ci tym zawracać głowę – wymamrotał. – I eliksir naprawdę mi pomógł, spałem bez snów przez większość wakacji. – Szybko poderwał głowę i spojrzał na Harry'ego z wyrzutem. – A co z tobą w takim razie? Czemu tak często wymykałeś się na zewnątrz w nocy?
– Żeby się pobawić z Sylaraną – powiedział Harry. – To było jeszcze wtedy, kiedy nie sądziłem, że możesz znieść fakt, że jestem wężousty.
Sylarana poruszyła się leniwie na jego ramieniu.
– Wciąż nie może tego znieść – powiedziała. – Nigdy na mnie nie patrzy.
Jesteś teraz pod moją szatą, zauważył Harry.
To żadna wymówka.
Harry zerknął w górę i z zaskoczeniem zobaczył pełną odrazy minę swojego brata. Harry pokręcił głową.
– Czym ona się różni od tych wszystkich magicznych stworzeń, które pokazał ci Hagrid? – zapytał.
– No wiesz – prychnął Connor, krzyżując ręce na piersi. – One nie były wężami.
Harry wywrócił oczami.
– Myślę, że powinniśmy zapytać Hagrida co o niej sądzi. Wiem, że odwiedzasz go w soboty. Idziesz tam teraz? Mogę pójść z tobą? Chyba czas najwyższy, żebym go poznał jak należy i podziękował za to, że mnie przyniósł do szkoły w zeszłym roku.
Connor kiwnął głową, wyglądając na zaskoczonego.
– Ale nie zostanę tam długo. No wiesz, dzisiaj jest uczta halloweenowa i w ogóle. Ale obiecałem mu, że i tak do niego zajrzę. No i... tak, myślę, że z przyjemnością zobaczy na żywo to... coś – dodał, zerkając na ramię, wokół którego Sylarana nie była owinięta. Jego usta wykrzywiły się w odrazie.
– A może chciałby zobaczyć na żywo jak prawdziwa locusta kogoś zabija? – zapytała Sylarana. – To się da zorganizować.
Harry klepnął się lekko po ramieniu, żeby ją uciszyć i kiwnął Connorowi.
– W takim razie daj mi się tylko przebrać i...
– Harry!
Harry obrócił się z zaskoczeniem. Nie zauważył, żeby Draco obserwował trening quidditcha, ale musiało tak być, bo teraz biegł w ich stronę przez boisko, z włosami tak rozwianymi jakby co najmniej latał. Zatrzymał się dopiero przy Harrym i spojrzał chłodno na Connora, jakby chciał zapytać A ty co tu robisz?
Connor skrzywił się.
– Malfoy – powiedział.
– Draco – powiedział Harry. – Niedługo przyjdę. Zobaczymy się na uczcie.
– Co za miłe przywitanie – powiedział Draco z wyższością. Miał lekko przymknięte oczy i cała jego uwaga skupiała się na Connorze. – Jest sobotnie popołudnie i jeszcze nie udało mi się spędzić nawet chwili dzisiaj z moim najlepszym przyjacielem. – Tu zerknął na ułamek sekundy na Harry'ego. – Nie chcę się spotkać z tobą dopiero na uczcie, Harry. Wolałbym pograć z tobą w eksplodującego durnia do tego czasu. I porozmawiać o twoich prywatnych lekcjach z profesorem Snape'em – dodał groźnym tonem, prawdopodobnie po to, żeby dać Harry'emu znać, że nie pozwoli mu zwlekać dłużej z wyjaśnieniami.
Harry wciąż nie powiedział Draconowi o opętaniu i dlatego nie umiał mu wyjaśnić, czemu lekcje oklumencji były takie ważne. Na dobrą sprawę nawet tego nie chciał. Ojciec Dracona był śmierciożercą. Było możliwe, że wciąż wykonuje rozkazy Voldemorta, w dowolnej formie w jakich Mroczny Pan mógłby je przysłać. Fakt, że posiadał pamiętnik, dobrze o nim nie świadczył. Harry nie miał zamiaru zmusić Dracona do wyboru między nim a jego własną rodziną. Do tego i tak dojdzie, prędzej czy później, jeśli Draco dalej będzie się upierał przy tej całej przyjaźni, ale jak wojna zacznie się na dobre, Harry stanie po stronie Connora, a Draco będzie mógł z czystym sumieniem wybrać stronę swojej rodziny. Ale na pewno nie stanie się to teraz, w takich okolicznościach, gdzie Draco byłby przerażony tym, co zrobił jego ojciec i rozdarty między lojalnością do swojego przyjaciela a rodziną.
Harry nie był pewien, jak dłużej unikać pytań Dracona, ale na szczęście, teraz nie musiał o tym myśleć.
– Najpierw idę wziąć prysznic – powiedział. – A potem idę z Connorem odwiedzić Hagrida. Obiecałem. Muszę też podziękować Hagridowi za to co dla mnie zrobił w zeszłym roku, po walce Connora z Voldemortem. – Z cichym rozbawieniem zauważył, że Draco się wzdrygnął na imię Mrocznego Pana. – Zobaczymy się na uczcie.
– Nie, nie zobaczymy – powiedział Draco.
– A co, chcesz ją przesiedzieć w swoim pokoju, dąsając się na cały świat? – zakpił z niego Connor.
Draco nie uśmiechnął się z wyższością, ale rzucił Connorowi tak zimne i przeszywające spojrzenie, że uśmiech Connora zbladł, a Harry poczuł jak w żołądek zwija mu się jak wąż.
– Kolejny wąż? – Sylarana odwinęła się w połowie z jego ramienia. – Gdzie? Jesteś moim człowiekiem. Nie zapominaj o tym.
To była metafora, wyjaśnił Harry, po czym spojrzał na Dracona.
– Mógłbyś rozwinąć tę myśl?
– Odwiedzę Hagrida razem z wami – oznajmił Draco z wyższością.
– Co... ale nie możesz! – zaperzył się Connor. Zapluł się, kiedy to mówił i Harry skrzywił się, rad, że wokół nie ma żadnych potencjalnych sprzymierzeńców, którzy mogliby zobaczyć Connora w takim stanie. – Hagrid cię nie lubi!
– Nigdy mnie nawet nie spotkał – wycedził zimno Draco.
– Jesteś Malfoyem – powiedział Connor. – Was nie da się lubić.
– Wpływy mojego ojca w ministerstwie są innego zdania. – Draco wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu. – Tak samo jak moja przyjaźń z Harrym. – Przysunął się w bok i stuknął ramieniem w ramię Harry'ego.
Connor spojrzał Harry'emu w oczy z wyrzutem. Harry westchnął.
– Dasz nam kilka minut? – zapytał.
Connor kiwnął głową.
– I tak potrzebujesz się jeszcze umyć – powiedział, patrząc się na Dracona. – Poczekam na ciebie na brzegu boiska.
Odwrócił się i odszedł, kręcąc głową.
– Nawet nie zaczynaj, Harry – powiedział Draco zanim Harry zdążył powiedzieć cokolwiek, żeby go przekonać, żeby jednak z nimi nie szedł. – Pierwsze trzy tygodnie spędziłeś na ignorowaniu mnie, a teraz próbujesz spędzić więcej czasu ze swoim bratem niż ze mną. Nie.
Miał upartą, zawziętą minę, jak nadąsane dziecko. Harry syknął lekko.
– Skoro nalegasz...
– Nalegam.
Harry wywrócił oczami.
– W takim razie zaczekaj tutaj – powiedział, po czym poszedł pod prysznic.
– Jaka ona pinkna, Harry – powiedział Hagrid z uczuciem, głaszcząc łuski Sylarany. Ku zaskoczeniu Harry'ego, wyglądał jakby ledwie się powstrzymywał przed podniesieniem locusty i przytuleniem jej z całych sił. Wyglądało na to, że Hagrid naprawdę kochał wszystkie magiczne stworzenia, bez względu na to, jak niebezpieczne czy nieprzewidywalne by były. Pół–olbrzym spojrzał na niego, uśmiechając się szeroko. – Mówi coś o mnie?
– Że lepiej, żeby nie przestawał – powiedziała Sylarana, przechylając łeb, kiedy Hagrid pogłaskał ją po karku.
– Naprawdę lubi jak tak ją głaszczesz – powiedział Harry, czując się dziwnie nierealnie. On sam nigdy nie dotykał Sylarany tak bardzo jak Hagrid to teraz robił, a obserwowanie jak jego locusta owija się wokół czyichś palców z takim entuzjazmem i bez żadnej chęci do ukąszenia, było po prostu dziwne.
Jeszcze dziwniejszy był fakt, że Connor i Draco siedzieli w domu Hagrida już od pół godziny, sącząc herbatę i żując herbatniki tylko odrobinę mniej twarde niż kamienie, i wciąż nie wciągnęli na siebie różdżek. Och, parę razy było blisko, jak wtedy, kiedy Draco rzucił uwagę o zwyczajach czarodziejów czystej krwi i ich kompletnym braku w domu Gryffindora, czy wtedy, kiedy Connor wymamrotał, że Narcyza Malfoy wygląda jakby trzeba ją było wyszorować od środka, żeby usunąć z niej skażenie mroczną magią. Ale póki co szło...
Nieźle, pomyślał Harry z uporem. Idzie całkiem nieźle.
– Hagridzie – spróbował jeszcze raz. – Naprawdę chciałbym ci podziękować za to, że mnie zaniosłeś w zeszłym roku z powrotem do Hogwartu...
Hagrid machnął ręką, rumieniąc się i po raz kolejny nie dając Harry'emu skończyć podziękowań jak należy. Drugą rękę miał zajętą Sylaraną, która właśnie wydała z siebie pełen miłości syk, którego Harry słyszał do tej pory tylko wtedy, kiedy proponował jej, żeby coś ugryzła.
– Daj no spokój, Harry. Jesteś bratem Connora. I źle było z tobą. – Pochylił się nagle i spojrzał uważnie na Harry'ego. – W cośty się wtedy wpakował, co? Nigdym nie miał okazji zapytać.
Harry odchrząknął. Connor powiedział Hagridowi o Sami Wiecie Kim, jakby to ujął Hagrid, ale nie o tym, że Harry przeszedł męki od rzuconego przez Quirrella Crucio. Harry podejrzewał, że jego brat nawet nie miał szans usłyszeć, jakie zaklęcie padło, kiedy był w magicznej klatce Voldemorta. Sam Harry też nikomu o tym nie mówił. Wystarczyło, że Snape wiedział, ale wyciągnął to od Harry'ego wykorzystując jego chwilę słabości i Veritaserum...
Złapał rozbudzającą się od tego wspomnienia złość i wrzucił ją do pudełka z wytrenowaną wprawą. Pudełko naprawdę mu się przydało w ciągu ostatnich kilku tygodniu, pozwalając mu jakoś znosić lekcje oklumencji i te momenty, kiedy chciał się zdenerwować na swojego brata czy Rona.
Był do tego jeszcze jeden powód, dla którego wolał nikomu o tym nie mówić. Zerknął w górę i kątem oka zauważył, że Draco wpatruje się w niego. Draco zacząłby wydziwiać, gdyby wiedział. Pewnie Connor też, chociaż on z kolei wykazywał się w tych sprawach znacznie bardziej praktycznym spojrzeniem; było, minęło, powiedziałby. Draco jakoś nigdy nie mógł tego pojąć.
– To od zaklęcia rzuconego przez Sam Wiesz Kogo – powiedział, unikając imienia Voldemorta przez wzgląd na wrażliwość Hagrida. – Nie jestem pewien, co to było.
– Oczywiście, że nie – powiedział Draco z boku.
Harry spojrzał na niego surowo. Draco się nie wzdrygnął, nawet nie mrugnął. Harry odwrócił wzrok. Draco go ostatnimi czasy martwił. Chciał spędzać cały swój czas z Harrym i Harry nie sądził już, że robił to dlatego, żeby go odseparować od Connora. To pozostawiało go z kolei z problemem, bo nie wiedział, o co w takim razie Draconowi chodzi. Harry nie uważał, żeby to mogła być prawdziwa przyjaźń, nawet jeśli Draco tak to widział, ponieważ wtedy Draco miałby problemy z rozstawaniem się z Harrym na czas spotkań z własną rodziną. Wciąż nie do końca pojmował zasady, jakie panowały wśród Ślizgonów, ale Draco zdecydowanie był z nich wszystkich najgorszy.
– Ach, mniejsza z tym – westchnął Hagrid. – Cieszę się, że jesteś zdrów i cały, Harry. I ty też, Connor – dodał, kiwając głową w stronę Connora. Następnie spojrzał znowu w dół i na jego twarzy pojawił się szeroki, głupawy uśmiech. – Czy piękna locusta życzy sobie zjeść kilka jajek? – zapytał uniżenie.
– Powiedz mu, że piękna locusta w rzeczy samej życzy sobie zjeść kilka jajek – poinstruowała Sylarana Harry'ego, obracając się tak, żeby słońce wpadające do chatki Hagrida przez okno zamigotało na jej łuskach. – Ujmij to dokładnie tak, jak powiedziałam.
Harry pokręcił głową i przekazał Hagridowi słowa Sylarany, zdeterminowany, by nie patrzeć więcej na Connora i Dracona. Uznał, że to popołudnie i tak zakończyło się dla nich sukcesem.
Harry przyśpieszył nieco, kiedy zaczęli się zbliżać do Hogwartu. Connor i Draco zaczęli się kłócić w drodze powrotnej z chatki i stopniowo robili się coraz głośniejsi i irytujący. To, że kłócili się o niego, tylko jeszcze bardziej denerwowało Harry'ego. Nie rozumiał, po co to robili. Wyjaśnił każdemu z nich, jakie są jego relacje z nimi – Connor pierwszy, Draco drugi; Connor jego brat, Draco jego przyjaciel; Connor jest jego rodziną, Draco jest jego współlokatorem. Harry powiedział to głośno i wyraźnie już nie raz. Draco nawet zdawał się to przyjąć do wiadomości po ich kłótni we wrześniu.
A teraz to.
– Ale on naprawdę powinien być w Gryffindorze – mówił Connor. – Wszyscy to wiedzą.
– Wygląda na to, że ktoś zapomniał o tym powiedzieć Tiarze Przydziału – powiedział z wyższością Draco. – I dyrektorowi Dumbledore'owi. I profesorowi Snape'owi. I mnie. I...
– Dobra, Malfoy, mniejsza z tym – powiedział Connor. Harry nawet nie musiał się oglądać, żeby wiedzieć, że jego brat właśnie machnął ręką, jak to robił zawsze, kiedy przerywał linię rozmowy, która ewidentnie prowadziła donikąd. – Widziałem tę miotłę, którą twoi rodzice kupili Harry'emu. Naprawdę wydaje się wam, że to zrobi aż taką różnicę podczas meczu w przyszłym tygodniu?
– Oczywiście, że zrobi – powiedział Draco. – Ale nie dlatego ją mu kupili, ty durniu półkrwi. Kupili ją Harry'emu ponieważ jest moim przyjacielem i dlatego, że to były też jego urodziny, a nie tylko twoje.
– Zastanawiam się tylko, jak długo powinien pozostać twoim przyjacielem – powiedział Connor, zniżając głos. Harry, który zatrzymał się przy drzwiach do Hogwartu, obejrzał się na nich z irytacją. Connor stał naprawdę blisko Dracona. Harry patrzył, jak Connor szepcze. – Wiesz przecież, że przestałby być twoim przyjacielem, gdybym tylko go o to poprosił.
Draco otworzył szeroko oczy i przez chwilę zdawał się nie wiedzieć, co zrobić. Potem wyciągnął różdżkę.
Harry warknął i pognał do nich, ignorując marudzenie Sylarany na trzęsienie. Connor też już miał wyciągniętą różdżkę, ale na szczęście Harry wleciał między nich zanim zdążyli rzucić jakieś zaklęcia. Stanął plecami do swojego bliźniaka. Wiedział, że może zaufać, że Connor nie będzie próbował jakichś sztuczek zza jego pleców, bardziej niż mógł z tym zaufać Draconowi.
– Obaj zachowujecie się jak para pierwszorocznych – powiedział, czując, że niemal dławi się swoim gniewem. Pomyślał o wrzuceniu go do pudełka, ale nie był pewien, czy jest w stanie to zrobić. Zamiast tego musiał go z siebie wyrzucić. W najgorszym przypadku może to pozwoli im zrozumieć tak prosty koncept, którego najwyraźniej obaj mieli problem z przyjęciem do wiadomości. – Albo jak dzieci kłócące się o zabawkę. – Zerknął na Connora, który się zarumienił. Nie znosił być traktowany jakby był młodszy niż jest, i to właśnie było powodem dla którego Harry wybrał dokładnie ten argument. Harry spojrzał znowu na Dracona, którego twarz płonęła z nieukrywanej furii i który wciąż nie schował swojej różdżki. – Powiedziałem ci, że jestem twoim przyjacielem – powiedział Harry. – I naprawdę miałem to na myśli. I powiedziałem też, że Connor jest moim bratem. I to też naprawdę mam na myśli. Czego wy w tym kurwa nie rozumiecie?
Jego wściekłość sprawiła, że stracił dech. Pokręcił głową. Musiał się uspokoić, albo może powiedzieć coś, czego naprawdę potem będzie żałował, a nie tylko coś niefortunnego.
Upchnął swoją złość do pudełka i odetchnął, czując jak jego myśli się oczyszczają. Spojrzał znowu na Connora i zobaczył, że jego brat zrobił się jeszcze bardziej czerwony. Otworzył usta, żeby coś powiedzieć.
Harry pokręcił głową.
– Nie chcę tego słuchać – powiedział. – Jestem twoim bratem, Connorze, i to się nigdy nie zmieni. Wiesz o tym, więc proszę, przestań się zachowywać w moim pobliżu jak idiota. – Zerknął na Dracona. – I Draco, jestem twoim przyjacielem. Rozmawialiśmy już o tym. Znasz ograniczenia i wymagania wiążące się z naszą przyjaźnią. Czy cię kiedyś okłamałem w tej kwestii? – dodał cicho.
Draco opuścił różdżkę i potarł twarz dłonią.
– Nie – szepnął. – Ale Harry...
Harry zrobił krok w jego kierunku. Connor już sobie poradzi, więc nic się teraz nie stanie, jeśli Harry dla odmiany posłucha przez chwilę Dracona.
– Tak? – zapytał.
Nigdy nie dowiedział się tego, co Draco chciał wtedy powiedzieć – a przynajmniej nie w tamtym momencie – ponieważ ktoś wyleciał ze szkoły wrzeszcząc z całych sił:
– Malfoy!
Harry obrócił się szybko. To był Ron i miał wyciągniętą różdżkę, którą wycelował w Dracona. Harry westchnął z irytacją i obrócił się, tak że teraz stał między Draconem i czymkolwiek, co rozwścieczony przyjaciel Connora mógł w niego rzucić.
– Coś się stało, Weasley?
Harry skrzywił się, słysząc ton Dracona. To było nieporównywalnie gorsze od wrogości, jaką Draco okazywał Connorowi. To była czystokrwista nienawiść. Jakakolwiek zadra siedziała między Malfoyami i Weasleyami – a Harry nie znalazł w żadnej książce od historii początków tej wzajemnej niechęci – obie rodziny karmiły ją i podsycały.
Harry zobaczył, że twarz Rona jest czerwona i mokra od łez, i z miejsca domyślił się, co się stało. Wyglądało na to, że tę rundę wygrali Malfoyowie.
– Chcesz wiedzieć, co się stało, Malfoy? – zawył Ron, zatrzymując się kilka stóp od Harry'ego. – Chcesz wiedzieć, co się stało?! – Oddychał teraz ciężko, a jego dłoń była tak mocno zaciśnięta na różdżce, że Harry bał się, że ją sobie złamie. – Twój ojciec usadził mojego! – wrzasnął wreszcie Ron. – Oto, co się, kurna, stało!
– Ron!
Harry pokręcił głową, widząc jak Hermiona wybiega z zamku i biegnie w ich stronę. Nie sądził, żeby była w stanie coś tutaj zdziałać. Miał tylko nadzieję, że skończy się na lekkich klątwach.
– Ron – zaczął łagodnie. – Pomyśl o tym, przecież to wina Lucjusza, nie jego. Musiał...
Ale Ron nie słuchał.
– Taratallegra! – krzyknął i zaklęcie wystrzeliło z jego różdżki w stronę Dracona.
Harry podniósł rękę.
– Haurio! – powiedział, nie mając czasu na wymyślenie czegoś innego. Nie mógł użyć Protego; to by odbiło zaklęcie z powrotem w Rona, a tym razem nie było w pobliżu profesora, który by uchronił kogoś przed efektami klątwy.
Ciemnozielona tarcza uformowała się przed jego dłonią i natychmiast powiększyła. Światło klątwy Rona uderzyło w nią i zniknęło. Harry odetchnął lekko. Haurio zadziałało tak, jak miał na to nadzieję – absorbując rzucone zaklęcie, zamiast je odbijając.
Ron nie dał mu wiele czasu na pogratulowanie sobie.
– Petrificus Totalus! – spróbował tym razem i kolejna klątwa została wchłonięta przez tarczę Harry'ego. Ron parsknął ze złością. – Opuść tarczę, Harry! – wrzasnął. – Daj mi go sprać!
– Nie – powiedział Harry, po czym poczuł delikatny ruch za sobą. – Draco, jeśli spróbujesz rzucić w niego zaklęciem, to opuszczę tarczę i sam cię przeklnę – dodał.
Draco zamarł. Harry zerknął ostrożnie za siebie, żeby się upewnić, że nic mu nie jest, i ze zdumieniem stwierdził, że Draco się do niego uśmiecha.
– Mój bohater – powiedział.
Harry wywrócił oczami i odwrócił się znowu w stronę Rona. Ten miał znowu wycelowaną różdżkę, ale Harry zauważył coś i odprężył się.
– Expelliarmus!
Różdżka Rona wyleciała w górę i wylądowała bezpiecznie w dłoni Hermiony. Ron zwrócił się w jej stronę.
– Hermiono! – krzyknął. Wyglądało na to, że miał zamiar wyładować swoją złość na każdym, kto się napatoczył. – Powinnaś...
– Uspokój się, Ron – powiedziała Hermiona. Podeszła i stanęła obok niego, dysząc lekko. Harry domyślił się, że musiała go gonić aż z wieży Gryffindoru i wzdrygnął się. – Wszystko będzie dobrze – dodała miękko, głaszcząc Rona po plecach. – Możemy porozmawiać z profesorem Dumbledore'em. Jestem pewna, że on...
– Harry.
Harry gwałtownie obrócił głowę. Connor nie powiedział słowa przez całe starcie i Harry'emu wydawało się, że nie będzie mu przeszkadzało to, że Ron i Draco wyrównają rachunki między sobą osobiście – albo i nie, jak się okazało. Ale teraz zrobił krok przed siebie. Na jego twarzy widniało skupienie i Harry aż zadrżał na ten widok. Domyślał się, że kiedyś, w odległej przyszłości, taką właśnie minę będzie musiał mieć ciągle jego bliźniak: postawę pełną spokoju i świadomości posiadania ogromnej władzy, która testuje wszystkich dookoła niego. Widział, jak wiele będzie w stanie zdziałać tylko przez wzgląd na swój tytuł, Chłopca, Który Przeżył. Będzie musiał się przyzwyczaić do przejmowania kontroli nad innymi jeśli będzie musiał uratować i prowadzić za sobą magiczny świat.
Harry tylko naprawdę, naprawdę wolałby, żeby Connor nie decydował się zaczynać akurat teraz.
– Harry – powiedział Connor. – Odsuń się od niego i pozwól Ronowi go dorwać. To, co ojciec Malfoya zrobił tacie Rona jest okropne. Chyba sam to widzisz?
Harry zamknął oczy. Poczuł jak dłoń Dracona dotyka jego ramienia. Gdzie są prefekci, kiedy są najbardziej potrzebni? pomyślał Harry. Gdzie są profesorowie?
Prawdopodobnie przygotowują się do uczty halloweenowej. Ta odpowiedź nie zadowoliła Harry'ego.
– Widzę – szepnął. – Ale Connor, nie mogę. Ron go skrzywdzi. Albo Draco skrzywdzi Rona. Albo skrzywdzą się nawzajem. Nie chcę, żeby komuś stała się krzywda.
Nie śmiał otworzyć oczu i spojrzeć znowu na Connora.
– Harry, spójrz na mnie.
Szlag.
Harry zdołał zmusić się do otwarcia oczu. Ręka Dracona była teraz zaciśnięta na jego ramieniu, a Sylarana była cicho. A potem nagle powiedziała w jego głowie, Zabiję go. Jej głos był cichy i zdecydowany.
Nie! powiedział Harry, ale nie umiał wymyślić niczego ponad to. Zauważył wbity w niego wzrok Connora. Miłość i lojalność, tak, ale była tam też ostrożna kalkulacja, jakby Connor widział Harry'ego po raz pierwszy.
– Harry – powiedział Connor cicho. – Jeśli naprawdę uważasz, że powinieneś być w Gryffindorze, to zejdź z drogi. To jest gryfońska zemsta. Musisz to zrozumieć. Poza tym, Draco jako pierwszy wyciągnął różdżkę.
– Connor, nie powinniśmy używać magii poza klasą! – Hermiona próbowała się wtrącić.
Connor tylko uniósł rękę.
– To jak, Harry? – zapytał, spokojny i nieporuszony. – Jak myślisz? Powinieneś być w Gryffindorze?
Harry oddychał szybko, a jego myśli znowu latały wokół jakby w jego głowie panowała burza. Jeśli Connor powiedział coś o nim, to musiała to być prawda. Dobrze o tym wiedział. Ta wiedza uspokajała go raz po raz, w zeszłym roku i w tym również, kiedy Connor powiedział, że nie był zły, mimo, że go przydzielono do Slytherinu, albo że jest wężousty. Ta wiedza była dla niego najważniejsza na świecie.
Jeśli Connor powiedział, że powinien zejść z drogi, albo udowodni, że tak naprawdę nie jest Gryfonem...
I jeśli Connor powiedział, że wciąż jest Gryfonem, przez przypadek przydzielonym do złego domu i to znaczyło, że wciąż jest dobry...
Harry chciał stamtąd uciec i wrzeszczeć i się porzygać. Oczywiście, jedna z tych opcji oznaczała by odsunięcie się z drogi, inna pochylenie się, a do tego gdyby zaczął teraz wrzeszczeć, to nie był pewien, kiedy by przestał.
Więc tylko tam stał. I czy to nie był tak naprawdę jego wybór, tak mimo wszystko, zrobiony na oczach wszystkich?
Spojrzał w górę i zobaczył jak Connor kiwa głową, raz. Patrzył się na Harry'ego, a jego oczy były pełne oskarżenia o zdradę.
– Wygląda na to, że jednak Tiara Przydziału się nie pomyliła – powiedział, po czym odwrócił się i podszedł do Rona, żeby go odprowadzić z powrotem do zamku. Nie odwrócił się, nawet kiedy Harry spróbował go zawołać – dziwnym, zachrypniętym i spiętym głosem, który w ogóle nie brzmiał jak jego własny.
Hermiona zawahała się przez chwilę, patrząc na Harry'ego i przygryzając wargę. Harry pomyślał, że pewnie próbuje ustalić, co chce powiedzieć, żeby nie wyszło na to, że okazuje Draconowi sympatię, albo zdradza Connora.
Wreszcie pokręciła głową.
– On nie chciał – szepnęła słabo, po czym pobiegła za Ronem i Connorem.
Harry zamknął oczy i zamarł, spięty, starając się przyjąć ten cios. Musiał postawić to w jakiejś perspektywie. Musiał spróbować sobie wmówić, że tylko dlatego, że pokłócił się z Connorem wcale nie znaczy, że sprzeciwił się swojemu bratu, albo że wybrał przeciwną do jego stronę. Już w przeszłości zdarzało mu się z nim kłócić, kiedy Connor nie miał racji, jak w zeszłym roku, kiedy obraził Hermionę w Halloween, albo Dracona w Hogwart Expressie.
Już zdarzało mu się widzieć te orzechowe oczy przepełnione zawodem, mówił sobie.
Ale nigdy zdradą.
Już kiedyś robi rzeczy, których Connor nie chciał, żeby zrobił, ponieważ Connor się mylił.
Ale do tej pory od razu wiedział, że się pomylił.
Harry opuścił głowę i wciągnął kilka głębokich oddechów. Podskoczył, kiedy para ramion objęła go w mocnym uścisku. Wreszcie opuścił Haurio i odwrócił się w stronę Dracona.
– Mój bohater – powiedział Draco. – Naprawdę miałem to na myśli, Harry. Dziękuję.
Harry kiwnął głową. Nie sądził, żeby był teraz w stanie mówić. Na szczęście Draco zdawał się to zrozumieć.
– Czujesz się na siłach, żeby się pojawić na uczcie? – szepnął.
Harry pokręcił głową. Draco westchnął.
– W takim razie odprowadzę cię do lochów – powiedział. – Porozmawiamy o tym jak się porządnie wyśpisz.
Harry zwrócił się bez namysłu w stronę pokoju wspólnego Slytherinu. Ręka Draco wciąż ściskała jego ramię. Naprawdę potrzebował teraz snu. Nie mógł się doczekać, aż Sylarana to jakoś skomentuje.
– Chcę go zabić – powiedziała Sylarana.
Nie możesz, powiedział Harry słabo. To by mnie zabolało jeszcze mocniej.
– Wiem – powiedziała Sylarana. – Nie obiecałam, że go zabiję. Ale obiecuję ci, że bardzo tego chcę.
Harry rozważał przez chwilę zapytanie ją o to, ale ostatecznie odpuścił. Przeszli przez pokój wspólny Slytherinu i dotarli do swojego pokoju nie ściągając na siebie zbyt wiele uwagi. Draco popchnął Harry'ego na jego łóżko i zawisł nad nim na moment.
– Idę na ucztę – szepnął. – Powiem wszystkim, co się stało.
Harry otworzył oczy i spojrzał na niego surowo, na tyle, na ile był w stanie to zrobić w słabym świetle, jakie przebijało się przez kotary jego łóżka.
– Nie przeklinaj Rona.
Draco kiwnął głową, jego szare oczy były zupełnie poważne.
– Nie przeklnę go, Harry.
Powoli opuścił rękę, delikatnie wygładzając materiał na ramieniu Harry'ego, po czym zaplątał kilka palców w jego włosach. Wreszcie dokładnie zaciągnął kotary i wyszedł z pokoju.
Harry leżał w bezruchu, po prostu oddychając. Sylarana wypełzła na wierzch i zwinęła mu się na piersi.
– Czy umiesz płakać? – zapytała. – Myślę, że dobrze by ci zrobiło, gdybyś umiał.
– Nie mogę sobie na to pozwolić – wymamrotał Harry, po czym wziął się za długi proces zbierania całego cierpienia, bólu i wykończenia, i wrzucania ich do pudełka.
Harry zamrugał, budząc się. Nie był pewien, ile czasu minęło, ale jego mięśnie były tak zesztywniałe, że musiał spać w bezruchu dłuższy czas. Sylarana zasyczała na jego piersi.
– Nie wiedziałam, że tak potrafisz – powiedziała.
– Co potrafię? – zapytał Harry przeciągając się. Musiał przyznać, że czuł się odświeżony, nawet bardziej niż zwykle po upchnięciu wszystkiego do pudełka. To pozwalało mu funkcjonować, ale nie przywracało mu wcale sił.
– Uśpić mnie w ten sposób – powiedziała Sylarana wyginając swój kark. – Przyznaję, potrzebowałam tego, ale to ja zwykle wpływam na twoje myśli. A nie na odwrót.
Harry leniwie pogłaskał ją po grzbiecie.
– Chcesz sprawdzić, co zostało po uczcie? Możemy się wybrać do kuchni i wyprosić coś od skrzatów, jeśli chcesz.
Sylarana wywąchała drogę do kuchni już w drugim tygodniu roku szkolnego.
– Chętnie – powiedziała Sylarana. Wślizgnęła się pod jego sweter i Harry wstał, przeczesując sobie włosy ręką i wygładzając je na tyle, na ile to było możliwe. Zastanawiał się, czy to, że uśpienie Sylarany nie było powodem dla którego tak dobrze się wyspał. Naprawdę potrzebował tego odpoczynku.
Kiedy wyszedł z pokoju wspólnego Slytherinu, jego umysł wrócił torami do awantury, ale tym razem zmusił się do spojrzenia na tę sytuację z perspektywy. Tak, zrobił coś, co Connor uznał za złe i będzie musiał później znaleźć swojego brata i go przeprosić. Ale to nie znaczyło, że postawił się po przeciwnej stronie barykady, albo że zrobił coś, czego nie można było odkręcić. Zmusi Connora, żeby to zauważył, choćby miał się z nim o to znowu pokłócić. Jednym z argumentów będzie na pewno fakt, że Ron straciły dla Gryffindoru punkty i dostałby szlaban, gdyby przeklął Dracona. Powie też, że...
Zamarł i rozejrzał się wokół ostrożnie. W powietrzu wisiał... jakiś osobliwy zapach. Harry nie był w stanie dokładnie tego określić. To było coś pomiędzy mieszanką mrocznej magii i silnego zapachu wilgotnej ziemi.
– Czuję to – syknęła Sylarana i po raz kolejny w jej głosie nie było krzty rozbawienia. – Dochodzi z góry.
Harry wbiegł po schodach. Dotarł do drugiego piętra, kiedy Sylarana wysunęła łeb z jego rękawa i okręciła się jak kompas.
– Teraz w lewo.
Harry skręcił. A potem zatrzymał się i z całych sił starał nie zacząć wrzeszczeć.
Stał tuż przed łazienką dla dziewczyn, obok wielkiej kałuży wody. Ponad nim, wykute w kamieniu i zabarwione czymś, co wyglądało na krew, zostały wypisane słowa: Komnata Tajemnic została otwarta. Strzeżcie się, wrogowie dziedzica!
Obok kałuży, zaraz pod napisem, leżało w bezruchu ciało Luny Lovegood.
