ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY – SIŁA LOJALNOŚCI


Nowa sypialnia Hermiony okazała się tak naprawdę małym mieszkaniem. W Hogwarcie nie przewidziano osobnych pokojów; jedynym, co wchodziło w grę, były komnaty na wzór kwater nauczycielskich. Tym sposobem Gryfonka dorobiła się sypialni, niewielkiego, ale przytulnego saloniku, łazienki i pomieszczenia, które w przypadku kadry przeznaczane było na prywatną pracownię czy gabinet. Szybko jednak stało się jasne, że kwatery Hermiony z prywatnością nie będą miały wiele wspólnego. Kiedy tylko Dumbledore zorganizował zabezpieczoną hasłem salę z kominkiem podłączonym do wewnętrznej sieci Fiuu, mieszkanie zaczęło stanowić centrum spotkań nowych członków Zakonu.

Hermionie niespecjalnie to przeszkadzało. W Hogwarcie zdążyła się przyzwyczaić do dzielenia dormitorium z Lavender i Parvati, nie wspominając już o spędzaniu czasu w zatłoczonym Pokoju Wspólnym. Poza tym była na tyle zaprzyjaźniona z odwiedzającymi, że nie czuła skrępowania, zostawiając ich samych w salonie, gdy chciała się wcześniej położyć albo szła omawiać z Malfoyem wejście w rolę Pansy. Obecność przyjaciół była pokrzepiająca, dziewczyna nie miała pojęcia, jak by sobie radziła, gdyby musiała zachować wszystko w sekrecie. W dodatku musiała przyznać, że czuła dziwną przyjemność, występując w roli pani domu – częstując ich drobnymi przekąskami czy proponując coś do picia. Była wręcz zawiedziona, kiedy przynosili ze sobą coś z kuchni.

Osobne kwatery miały jeszcze jedną niezaprzeczalną zaletę. Uczniowie mogli w nich dyskutować o wszystkim, nie martwiąc się, że zostaną podsłuchani. Było to o wiele bezpieczniejsze, a także wygodniejsze niż korzystanie z pustych klas lub Pokoju Życzeń. Stąd już w pierwszy wieczór, kiedy tylko Snape opuścił kwatery, warcząc: „Oklumencja w środę o 19:00, nie spóźnij się, Potter!", a Dumbledore przesłał notkę o przygotowanej sali, Harry poprosił Hermionę o zebranie wybranych członków GD. Dziewczyna nie namyślała się długo. W końcu mieli zadanie jako członkowie Zakonu – przygotować uczniów do walki pod przykrywką Fanklubu Pottera. Hermiona znalazła fałszywy galeon i przesłała datę spotkania do Rona, Neville'a, Ginny i Luny, a Harry pobiegł do dormitorium po Mapę Huncwotów, żeby jak najbardziej niezauważenie przeprowadzić przyjaciół spod Pokoju Życzeń do wskazanej przez Dumbledore'a sali.

– Hermiono, miałem cię przygotować do udawania Pansy – mruknął Malfoy, opadając na wygodny fotel. – Nie obraź się, ale myślę, że to zajmie sporo czasu. Nie wiem, czy dobrym pomysłem jest wykorzystywanie ostatnich wolnych chwil do organizowania tych lekcji.

Hermiona zmarszczyła brwi.

– Tylko dzisiaj – oznajmiła po chwili namysłu. – Jutro po zajęciach zaczniemy, a oni będą w tym czasie pracować sami. Dzisiaj muszę po prostu pomóc im ze stworzeniem planu. Jeden wieczór niczego nie zmieni.

Malfoy wzruszył ramionami. Obawiał się, że Hermiona nie poradzi sobie w nowej sytuacji, jednak zdawał sobie sprawę, że to ona była mózgiem większości operacji Złotego Trio, jak nazywał ich czasem w myślach. Nie mógł wymagać, żeby nagle zaczęli działać bez niej. Poza tym, jeśli Weasley i Lovegood mieli coś do powiedzenia w kwestii tworzenia tajnego stowarzyszenia, to lepiej, żeby Granger ich pilnowała. Inaczej na pewno skończyłoby się katastrofą.

Czekając na przyjaciół, zaczęli oglądać kwatery. Malfoy na początku tylko zerkał ukradkiem na wszystkie strony, jednak w końcu Hermiona zlitowała się nad nim.

– Draco, tu nie ma nawet jeszcze żadnych moich rzeczy – prychnęła. – Nie musisz udawać, że jedynym, co cię interesuje, jest fotel, na którym siedzisz.

Ślizgon zarumienił się lekko i wymamrotał pod nosem coś o pieprzonym wychowaniu młodych paniczów, ale już po chwili zerwał się z miejsca i ochoczo wściubiał nos w każdy kąt.

Wyposażenie było dość skromne, ale zdecydowanie wystarczające. Hermiona uznała, że pewnie większość nauczycieli sama urządza kwatery, ale ona z oczywistych względów nie zamierzała przywozić tu własnych mebli. Miała wszystko, czego potrzebowała. Brakowało jej tylko okien, ale miała nadzieję, że się do tego przyzwyczai.

– No i? – spytał w końcu Malfoy, jakby na coś czekał. – Co zmieniasz?

Hermiona uniosła brwi.

– Zmieniam? Przecież nie wrócę do Londynu po rzeczy, a nawet nie wiem, gdzie obecnie są ukryci moi rodzice.

Malfoy spojrzał na koleżankę z niedowierzeniem.

– Nie miałem na myśli… Czekaj, chcesz powiedzieć, że wy niczego nie zmienialiście u siebie? Znaczy, w Gryffindorze?

– O co ci chodzi?

– Boże, Granger – mruknął Malfoy. – I dziwić się, że ludzie nie traktują mugolaków poważnie – parsknął śmiechem, w którym jednak nie było złośliwości, a czyste rozbawienie. – Czy ty kiedykolwiek wykorzystywałaś wiedzę do czegoś użytecznego, czy tylko wkuwasz te wszystkie zaklęcia po to, żeby mieć dobre oceny?

Hermiona zarumieniła się z oburzenia, ale już po chwili wypełzł jej na usta cyniczny uśmieszek.

– No nie wiem, Malfoy… – udała, że się zastanawia. – Nie jestem pewna, czy na przykład uratowanie przyjaciół przed diabelskimi sidłami i przejście przez zabezpieczenia chroniące kamień filozoficzny można nazwać czymś użytecznym – wycedziła. – Ale może odkrycie, że po szkole śmiga bazyliszek się do tego zalicza? Albo złapanie nielegalnego animaga i szantażowanie go? Nie? Och, to nie będę nawet wspominać o pozbyciu się Umbridge i wycieczce do ministerstwa, gdzie wyszliśmy cało z walki z dorosłymi śmierciożercami, to na pewno też jest nieistotne – zakończyła drwiąco.

Malfoy wpatrywał się w Hermionę szeroko otwartymi oczami. Gwałtownie zamrugał, zorientowawszy się, że skończyła i przygryzł lekko wargi.

– Ee… tak, Hermiono – wymamrotał. – Miałem na myśli bardziej ee… sprawy codzienne. Wiesz, zmiana koloru, krzesła w fotel, knuta w stolik, dodanie firanek… – wyjaśnił niepewnie. – Normalnie czarodzieje tego nie robią, bo co jakiś czas trzeba odnawiać zaklęcia, ale hm… w tymczasowych miejscach zamieszkania to jest dość powszechne. Ee… mogę ci pomóc, jeśli chcesz. Jestem w tym niezły.

Hermiona zamyśliła się. Sypialnia wyglądała całkiem dobrze, ale wolałaby mieć wystrój bardziej zbliżony do dormitorium Gryfonów. Z kolei salonikowi przydałby się porządny podmuch świeżości i więcej miejsc do siedzenia, zważywszy na to, ile osób miał zamiar przyprowadzić tu Harry. Problem w tym, że Hermiona nie miała żadnych zdolności artystycznych i im pokrewnych, w związku z czym nie umiała sobie wyobrazić, co będzie wyglądało dobrze, a co źle.

– Hmm… Draco? To możesz zrobić coś z salonem? – spytała w końcu.

– Coś?

– Nie mam żadnych umiejętności, jeśli chodzi o wystrój wnętrz – przyznała, krzywiąc się lekko. – Wymyśl coś.

Draconowi zaświeciły się oczy.

– To powiedz chociaż, co chcesz tu mieć, a ja zaraz coś ogarnę – powiedział Malfoy radośnie.

– Hm… kanapa? Jakieś krzesła, fotele? Stół, jeśli się zmieści? – wymieniała dziewczyna niepewnie. – Ee… jakieś szafki z półkami? Dywan? I nie lubię pomarańczowego.

– Nuda – mruknął Malfoy. – To nie to, że nie masz umiejętności… Ty nie masz gustu – prychnął, ale i tak było widać, że jest zachwycony zadaniem. – Zaraz ci tu wszystko zrobię, a ty spadaj!

Hermiona uśmiechnęła się pobłażliwie i posłusznie przeszła do sypialni. Równie dobrze mogła zająć się tym teraz.

W transmutacji była bardzo dobra, więc – mając przed oczami swój pokój w Gryffindorze – poszło jej szybko. Już po chwili rzuciła się na łóżko z czterema kolumienkami, otoczone ciemnoczerwonymi zasłonami. Oprócz niego w pomieszczeniu znajdowała się szeroka szafa, niska komoda z zawieszonym nad nią lustrem i mała szafka nocna. Podłogę zdobił puszysty, czerwony dywan. Hermiona przymknęła oczy z zadowoleniem. Naprawdę tyle jej wystarczyło. To i tak było więcej, niż kiedykolwiek miała do dyspozycji w Hogwarcie.

– Hermiona! Chodź, gotowe! – Dziewczyna usłyszała podekscytowany głos Malfoya.

Nie mogąc powstrzymać rozbawienia pomieszanego z ciekawością, zerwała się z łóżka i poszła sprawdzić efekty pracy Ślizgona. Otworzyła drzwi do salonu i zamarła. Dobrych kilka minut wpatrywała się w pokój, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów, podczas gdy Ślizgon z napięciem czekał na werdykt.

– O kurwa – oznajmiła w końcu Hermiona. – O kurwa.

Z reguły nie przeklinała, ale to, co zobaczyła, sprawiło, że – zwykle wygadana – miała pustkę w głowie.

Podłoga stanowiła lśniącą czarną taflę, niemal jak ze szkła, na której leżał gładki i – co niewiarygodne – równie lśniący biały dywan. Na lewo od drzwi wejściowych, przy szklanym stoliku stała narożna biała skórzana sofa. W miejsce dwóch starych, zakurzonych foteli pojawiły się trzy bardzo nowoczesne niewielkie siedziska, wykonane z tego samego materiału, co sofa. Ostatnim elementem kompletu była stojąca przed kominkiem niska, obita skórą ława, na której spokojnie mogły zmieścić się ze trzy osoby. Wyposażenia dopełniały dwa szklane regały stojące w rogu po lewej stronie sofy. Hermiona jednak przede wszystkim zachwycona była wyglądem ścian. Draco miał naprawdę niesamowity pomysł. Cała ściana, na której znajdowały się drzwi wejściowe, oraz kawałek tej po prawej stronie, aż do końca drzwi prowadzących do pracowni, były idealnie białe. Ścianę po lewej, za sofą i regałami, oraz większość – do krawędzi drzwi do sypialni – tej leżącej naprzeciwko pokrywała czerwień. Prawdziwe dzieło sztuki jednak stanowiła reszta – od wejścia do pracowni po drzwi do sypialni. Całą tę powierzchnię pokrywało coś w rodzaju czarno-białego malowidła, przedstawiającego Hogwart, błonia i fragment jeziora. Hermionie przypominało to mugolską fototapetę, z tym że na mugolskich fototapetach światła nie zwykły mrugać, woda – falować, a drzewa – poruszać się na wietrze. Gryfonka wpatrywała się jak urzeczona. Nawet kominek znajdujący się na tej ścianie wydawał się pasować do całości.

Delikatne chrząknięcie Malfoya przywróciło Hermionie przytomność.

– Draco, to… to jest genialne. Nigdy nie lubiłam nowoczesnych wnętrz, ale to… tu jest tak przytulnie, mimo tego całego połysku, szkła, skóry… Jest idealnie.

Draco odetchnął z ulgą i natychmiast spojrzał na koleżankę z wyższością.

– Bo to pomieszczenie jest małe, Granger – oznajmił, wydymając wargi. – W taki sposób można je optycznie powiększyć – dodał, wskazując na malowidło Hogwartu. – A gdyby dać tu jakichś ciężkich, starodawnych mebli, to byłoby tu raczej przytłaczająco. Kolorami ścian też można uzyskać wiele rzeczy – tłumaczył, coraz bardziej tracąc wystudiowany chłód na rzecz entuzjazmu. – Jak masz na przykład długi, wąski pokój, to na tę mniejszą ścianę dajesz ciemniejszą barwę, wtedy się optycznie przybliża. Jest wiele takich sztuczek – zakończył, z trudem opanowując ekscytację.

Hermiona tylko pokręciła głową w osłupieniu.

– To twoja pasja, prawda? Powinieneś się tym zajmować zawodowo. Jesteś świetny.

Nie wiedzieć czemu Draco skrzywił się i zmienił temat.

– Te szklane stożki, co są na ścianach... To kinkiety. Możesz w nich umieścić cokolwiek dającego światło. Teraz masz tam zwykłe kule świetlne, ale możesz tam też wyczarować kolorowe ognie albo…

Draco nie dokończył, co jeszcze mogłaby tam umieścić Hermiona, gdyż przerwało mu pojawianie się kolejnych osób w kominku. Członkowie Zakonu wychodzili z paleniska, otrzepywali się z popiołu i – wzorem Hermiony – zamierali wpół kroku.

– H-harry – wyjąkał Ron po chwili milczenia – czy jak mówiłeś, że u Dursleyów miałeś nie najlepsze warunki, to miałeś na myśli to samo, co tutaj?

– Nie bądź głupi – prychnął zapytany. – Przecież widziałeś moją sypialnię na Privet Drive.

– To dzieło Draco – Hermiona wskazała na Malfoya, który pokraśniał z zadowolenia, widząc podziw w oczach przybyłych.

– No właśnie, pochwal mnie! – wymruczał, udając nadąsanego.

– Dobra robota, Draco – oznajmiła śpiewnie Luna. – Nie wyczuwam żadnych gnębiwtrysków.

– Och, hm… to świetnie. To może ee… zaczniemy? – odparł spłoszony Ślizgon.

Małe zebranie przebiegało nadzwyczaj sprawnie, co nieco zdziwiło Malfoya – młodzież robiła dużo więcej szumu podczas spotkania Zakonu. Teraz jednak wszyscy automatycznie skupili się wokół trójki Potter-Granger-Weasley, a zamiast wygłupiających się bliźniaków przy stoliku siedziała spokojnie Gabrielle. Po kilkunastu minutach okazało się, że jest całkiem cennym nabytkiem – nie będąc zaznajomiona z realiami Hogwartu, tylko pozornie nie mogła zbyt wiele doradzić. Jej pytania często nadawały nowy tor dyskusji, a uwagi – nieskrępowane przyzwyczajeniami – pozwalały spojrzeć z innej perspektywy na dany problem.

– No tak, ale ja nie rozumi jednego – przerwała w końcu zawziętą dyskusję między Ronem a Ginny. – Mamy fanklub i wy rozmawiaci o sposoby zapisania się. Ale my nie chcemy zapisania się, n'est–ce pas?

Ginny prychnęła pod nosem.

– Gabrielle, cały czas rozmawiamy o pozyskaniu nowych członków. Jeśli chcemy uczyć, to musimy mieć kogo – oznajmiła lekko zirytowana. – A najlepiej jak najwięcej osób, które nie stoją po stronie Sama–Wiesz–Kogo.

– Oui, ja tego nie negui. Nowe osoby tak, ale nie zapisania. Ty sama mówi, że nie Sama-Wiesz-Kto. A jak się dowie, jeśli – jak chce – wywiesi ogłoszenie albo będą te zapisania u każdego, jak chce Ron?

Hermiona przyjrzała się Francuzce z namysłem. To było dość błyskotliwe jak na trzynastolatkę.

– Gabrielle, w gruncie rzeczy masz rację, ale w takim razie skąd wziąć nowe osoby, jeśli nikt nie będzie o tym wiedział? – powiedziała w końcu.

– A skąd mieli osoby do tego, co w zeszłym roku? GD, tak? Rozmawiać i pytać. Sprawdzać. Ostateczni to nie będzie fanklub, tylko uczeni się pojedynki. I tak musie… musi… musielibyści wyjaśnić kandydatów wcześni.

– Kandydatom – mruknęła Hermiona, rozważając słowa Delacour. – Potrzebuję… – tu rozejrzała się po pomieszczeniu – Uch! Moje rzeczy zostały w Gryffindorze.

Harry uniósł brwi.

– Zgredku! – zawołał i poczekał na pojawienie się skrzata. – Czy mógłbyś przynieść tu rzeczy Hermiony tak, żeby nikt nie widział?

– Oczywiście, Harry Potter, sir! – odparł Zgredek, kiwając energicznie głową i zniknął, zanim ktokolwiek zdążył mu podziękować.

Hermiona posłała przyjacielowi potępiające spojrzenie, którego siła zwiększyła się jeszcze, kiedy skrzat wrócił razem z kufrem, ewidentnie oburzonym takim traktowaniem Krzywołapem i tacą pełną rozmaitych ciasteczek.

– Dziękuję, Zgredku – powiedział szczerze Harry, na co skrzat uśmiechnął się z wyrazem błogości na twarzy.

– To zaszczyt dla Zgredka, Harry Potter, sir! Harry Potter to dobry czarodziej, Ha…

– Emm… tak, Zgredku, naprawdę, dzięki – mruknął zażenowany chłopiec, a skrzat zniknął z cichym pyknięciem.

– No, to pierwszego członka fanklubu mamy z głowy – zadrwił Draco, nie chcąc okazać, że poczuł się nieco dotknięty kompletną obojętnością ze strony Zgredka. Owszem, to był tylko skrzat, ale na Merlina, to był wcześniej jego skrzat, a on był Malfoyem! Malfoyów się nie ignoruje!

Hermiona przewróciła oczami, wyciągając z kufra pióro i pergamin.

– No co – mruknęła w odpowiedzi na zaskoczone spojrzenia pozostałych. – Lepiej pewne rzeczy mieć zanotowane.

Ron szturchnął Harry'ego i parsknął śmiechem.

– Pewne rzeczy się nie zmie…

– Sądzi, że Hermiona ma rację. Sama by zrobiła notatki, ale boi się, że ktoś je przeczyta w dormitorium – weszła Ronowi w słowo Gabrielle.

Ron natychmiast zamilknął i zaczął rozglądać się za kolejnym piórem. Ginny zachichotała.

– Możemy wrócić do tematu? – westchnął zniecierpliwiony Harry.

– Moment – rzuciła Hermiona. – Ginny, czy mogłabyś zaopiekować się Krzywołapem? Nie może zostać ze mną w lochach.

– Nie ma sprawy, uczniom się powie… cóż, prawdę. Że zostawiłaś go pod moją opieką.

– Dzięki. Okej, Harry, mów.

– I tak nie ustalimy dzisiaj wszystkiego, bo pewnie coś wyjdzie w trakcie, ale podsumujmy to, co o czym rozmawialiśmy i e… ewentualnie inne rzeczy, o które chciałbym was prosić – zaczął niepewnie chłopiec.

Malfoy spojrzał z zazdrością na Pottera. Czy on nie widział, że wszyscy spijali każde słowo z jego ust, a Granger nawet, do jasnej cholery, robiła z tego notatki? Za Draco, chociaż umiał się o wiele lepiej wysławiać, nikt nigdy by tak ślepo nie podążał. Ślizgonowi nie pomagał również fakt, że sam znalazł się w tej ślepo podążającej grupie, a ponadto – że wbrew wszystkim chęciom czuł zainteresowanie tym, co Potter ma do powiedzenia.

– Więc… musimy podzielić się zadaniami – oznajmił Harry. – Gabrielle ma rację, nie możemy ogłosić naboru do fanklubu. Chciałbym, żeby Ginny, Luna i Neville zajęli się wyłapywaniem potencjalnych członków, jednak hm… nie zapraszajcie sami nikogo, najpierw dajcie znać mi, Hermionie albo Ronowi. Gabrielle, na razie nie znasz uczniów, ale mimo wszystko nie chciałbym skreślać Ślizgonów. Ty i Draco jesteście w takim wieku, że powinniście mieć kontakt ze wszystkimi rocznikami Slytherinu. Jeżeli znaleźlibyście kogoś, kto chciałby walczyć przeciwko Voldemortowi, też powiedzcie któremuś z nas – skończył Harry i rozejrzał się, sprawdzając reakcję zebranych.

Wszyscy kiwali głowami na znak zgody, nawet Malfoy zmusił się do lekkiego skinięcia, widząc, że Potter czeka na jakieś potwierdzenie.

– Dzięki. Ja i Ron zbierzemy resztę GD i zobaczymy, jak zapatrują się na taki pomysł. Potrzebujemy jak największej ilości osób, które ćwiczyły już coś wykraczającego poza standardowy program.

Malfoy dystyngowanie uniósł jedną brew. Proszę, proszę, Potter zna takie słowa, jak „zapatrywać się" i „standardowy". Gdzie podział się nieśmiały dzieciak, który jąka się, kiedy tylko się odzywa?

– Potrzebujemy? Nie robimy armii, tylko chcemy, żeby umieli się bronić. To oni potrzebują nas, nie? – zapytał Ron.

Hermiona zamyśliła się.

– Chcesz, żeby oni też zaczęli uczyć, prawda, Harry?

– A my?!

– Ron, Hermiona ma rację – odparł Potter, masując skronie. – Nas jest garstka i będą nas uczyć członkowie Zakonu. Na pewno będzie nam szło szybciej, niż większej ilości uczniów uczonych przez nas czegoś, co sami dopiero poznaliśmy, nawet jeśli dostaniemy kogoś dorosłego do pomocy.

– Poza tym nie wiemy, w jakim wieku będą zainteresowani – dodała Hermiona. – Nie będziesz uczył pierwszaków magii bezróżdżkowej ani siódmoklasistów, jak rzucić Drętwotę. Będzie trzeba podzielić wszystkich tak, żeby utworzyć jak najwięcej grup o różnym poziomie. Sami nie damy rady, zwłaszcza, że przez pierwszy semestr nie będę wam pomagać.

– No dobra, a skąd pewność, że oni zgodzą się uczyć małolatów?

– Nie będą mieli wyjścia – odpowiedział zmęczonym głosem Harry. – Jeżeli się nie zgodzą, nie zostaną przyjęci. Coś za coś.

Ron wytrzeszczył oczy, a Hermiona przyjrzała się uważnie przyjacielowi. To nie było do niego podobne – ani żeby żądać czegoś od innych, ani żeby kogoś skreślać. Harry naprawdę się zmienił i dziewczyna bardzo chciała znać powód.

– No a jeśli dalej się nie zgodzą? – spytał niepewnie Ron. – Zostawimy ich samych sobie?

– Tak samo jak oni zostawiliby dzieci – warknął Potter. – Mamy poświęcać czas na kogoś, kto nie chce pomóc? To wolę już sam uczyć najmłodszych, żeby mieli chociaż jakiekolwiek szanse na przeżycie.

– Uważa, że Harry mówi dobrze – oznajmiła Gabrielle. – Ja mogę pomóc z najmłodsi, jestem całkiem dobra z zaklęć.

– Dobrze, zanim się tym podzielimy, zbierzemy GD i zrobimy jakiś test. A na razie myślę, że wystarczy. Wszyscy wiedzą, za co są odpowiedzialni?

Harry'emu odpowiedziały tylko pełne zamyślenia twarze, jednak wszyscy posłusznie podnieśli się i skierowali do kominka.


Kolejne dwa dni Hermiona spędziła na poznawaniu Pansy. Okazało się, że Malfoy był całkiem dobrym obserwatorem i mógł powiedzieć wiele na temat koleżanki ze Slytherinu. Przyswojenie informacji nie sprawiło Hermionie kłopotu, gorzej było z zastosowaniem ich w praktyce.

– Na Merlina, Granger, nie możesz tak siedzieć! I jak chodzisz, to kręć bardziej tyłkiem!

Hermiona skrzywiła się lekko. Mimo że przyzwyczaiła się do dość bezpośrednich wskazówek Dracona, to nadal miała pewne opory przed robieniem swoim ciałem czegoś… czegoś takiego.

– Będzie mi łatwiej, jak dostanę wielosokowy! – burknęła po raz setny.

– Ale to kompletnie bez sensu, nie rozumiesz? Przecież ja zdaję sobie sprawę, że udajesz, więc zacznij w końcu poruszać tymi cholernymi biodrami!

Wraz z kończącym się czasem oboje stawali się coraz bardziej nerwowi. Został im ostatni wieczór, ale Hermiona miała zaplanowaną pierwszą lekcję oklumencji, co jeszcze ograniczało ich możliwości.

Dziewczyna przygryzła wargi i zawzięła się w sobie. O nie, ona się nie podda, chociażby miała defilować przed lustrem przez całą noc!

– Lepiej – oznajmił łaskawie Draco. – Teraz mina. Nie możesz wyglądać, jakbyś chciała iść do toalety na coś większego.

Hermiona spróbowała przywołać na twarz kokieteryjny uśmiech.

– Tak dobrze, mój Dracusiu? – zaszczebiotała dźwięcznie.

Rzeczony Dracuś parsknął śmiechem.

– Być może. Wiesz, że to zależy od…

– …miejsca, czasu i ludzi – dokończyła dziewczyna. – Wiem.

Draco na samym początku rzucił sporo światła na sylwetkę Pansy. Hermiona miała nieodparte wrażenie, że jego zapał do nauczania zwiększył się znacznie, kiedy zaczęła robić notatki, ale nie narzekała. Szczególnie, kiedy wyszło na jaw, że jej opinia o Parkinson była w większości błędna. Malfoy twierdził, że Ślizgonka była inteligentna i błyskotliwa. Może nie posiadała zbyt wielkiej wiedzy, natomiast wiele spraw rozumiała w lot i potrafiła je wykorzystać. Jej maniera słodkiej idiotki była właśnie tym – czystą manipulacją, a nie charakterem. Wbrew założeniom Hermiony nie była wzmocnioną wersją chichoczącej Lavender; nie otaczała się wianuszkiem przyjaciółek, pełniła raczej rolę liderki i płeć piękną traktowała z góry. Chichotanie było zarezerwowane wyłącznie dla kilku chłopców i to w przypadku większej publiczności.

– Dobra, Hermiono, koniec na dzisiaj. Muszę wyciągnąć Gabrielle z łap Gryfonów, żeby mieć wymówkę, gdzie byłem tyle czasu. Poradzisz sobie jutro, tylko powtórz, kogo traktujesz jak robala wprost, a kogo otaczasz niechętnym szacunkiem. Jakby ktoś cię pytał o coś, czego nie wiesz, to patrz na niego jak na gówno i każ spadać. I gardzisz mną, bo jestem zdrajcą. I jeszcze…

– Draco, uspokój się – roześmiała się lekko Hermiona. Sama zmieniała się w kłębek nerwów na myśl o czekającym ją zadaniu, ale w obecności spanikowanego Draco – paradoksalnie – uspokajała się. W obliczu wystraszonej lub zdenerwowanej osoby od razu włączało się w niej coś, co kazało być podporą dla innych. – Słuchaj, mam wszystkie notatki, informacje o rodzinie, znajomych, nawet znam jej ulubiony kolor. Jakoś to pójdzie, to tylko kilka lekcji, a w razie czego będziemy dalej ćwiczyć wieczorami.

– Może masz rację, ale jakbyś się chciała kogoś pozbyć, to wołaj do siebie Gabrielle. Znaczy, wiesz, mów, że musicie pogadać. Wymyśliliśmy, że…

– Draco…

– No słuchaj! Wymyśliliśmy, że jak będziesz potrzebować przerwy, to łapiesz Gabrielle pod pretekstem rozszerzania wpływów Czarnego Pana na Beauxbatons. Parkinson zawsze była ambitna, więc…

– DRACO! Mówiłeś mi to już kilka razy! Mam zaraz oklumencję, idź już!

Draco przygryzł wargi, uświadamiając sobie w końcu, że chyba nieco przesadził. Skinął Hermionie na do widzenia, wskoczył w kominek i zniknął w płomieniach.

Dziewczyna odwróciła się i parsknęła histerycznym śmiechem. Kiedy pozbyła się Malfoya, wszystkie wątpliwości wróciły. Już nie musiała być oparciem, teraz sama go potrzebowała. Podeszła do regałów i zaczęła przeglądać woluminy. Tak dobrze byłoby się teraz zwinąć w kłębek z jakąś książką, uciec od rzeczywistości… Nie miała jednak na to czasu. Powinna przejrzeć notatki albo poćwiczyć chód Pansy, albo… cokolwiek, co odegnałoby panikę i upewniłoby ją, że jest przygotowana. Hermiona westchnęła ciężko i zerknęła na zegarek. Zdąży jeszcze wziąć prysznic i powtórzyć w myślach podstawowe informacje o Parkinson.

Z zamyślenia wyrwał ją hałas dobiegający z kominka.

– Cholerni Ślizgoni – warknęła pod nosem, ale wystarczająco wyraźnie, by ją usłyszeć. – Spadaj, chyba że zamierzasz sprawdzić, jak dobrą Pansy jestem pod prysznicem!

– Doceniam pani propozycję, panno Granger, ale podziękuję. Jestem świeżo po kolacji – Dziewczyna usłyszała drwiący głos i odwróciła się przerażona.

– Ja… przepraszam, nie wiedziałam, że to pan, profesorze – wymamrotała niepewnie. – Myślałam, że to znowu Draco.

– Doprawdy? W takim razie niezmiernie mi przykro, że rozwiałem pani marzenia o takiej formie spędzania czasu – zakpił Snape, świetnie bawiąc się jej skrępowaniem.

Hermiona sapnęła oburzona.

– Wie pan, że nie o to chodziło! Jak pan śmie?!

– Granger, jak zamierzasz udawać raczej bezpruderyjną Ślizgonkę, kiedy rumienisz się i przestajesz nad sobą panować przy najgłupszej aluzji? – zapytał mistrz eliksirów, nagle całkowicie poważny. Zmierzył dziewczynę uważnym spojrzeniem i usiadł sztywno na fotelu. – Słucham.

Hermiona wciąż stała bez słowa na środku, przygryzając wargi. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. Faktycznie, nawet jeśli udałoby jej się powstrzymać oburzone okrzyki, to reakcje ciała pozostawały poza jej kontrolą. W końcu uniosła wzrok na nauczyciela.

– Ja… hm… nie wiem, mam nadzieję, że będzie mi łatwiej, kiedy będę miała świadomość, że coś skierowane jest do Pansy, a nie do mnie – wymamrotała, widząc, że Snape cały czas czeka na odpowiedź.

Snape skinął głową z namysłem.

– Lepiej, żeby tak było, Granger – oznajmił z wyczuwalną groźbą w głosie. – Jeżeli przez twoją głupotę wszystko się wyda, to dyrektor będzie miał poważne problemy. Na razie, póki reagujesz tak idiotycznie, będziesz przychodziła do mojej prywatnej pracowni na lekcje. Pan Malfoy mógł nauczyć cię wielu rzeczy o Parkinson, ale ty masz nie tylko ją udawać, a wyciągać informacje. Czy to jasne?

– Tak, profesorze – odparła już pewniejszym głosem dziewczyna. – Czyli… zajęcia z bycia szpiegiem?

– Owszem, Granger. I podczas tych zajęć będziesz zachowywała się jak panna Parkinson, nawet jeśli nie będziesz używać eliksiru wielosokowego. Musisz się z tym oswoić, każde zachowanie musi być naturalne, rozumiesz? – syknął nauczyciel, rzucając jej piorunujące spojrzenie. – To nie ma być odgrywanie roli, a bycie Parkinson w każdym aspekcie!

Snape nie wiedział, czego oczekiwał, natomiast mógł stwierdzić z całą pewnością, że nie tego, co się stało. Panna Granger wytrzeszczyła oczy w nagłym zrozumieniu (czego – nie wiedział), zaczerwieniła się jeszcze bardziej niż wcześniej i opadła na fotel ruchem sugerującym, że jest bliska omdlenia.

– Wydaje mi się, że ma pani jakieś… wątpliwości, panno Granger – powiedział szyderczym tonem mistrz eliksirów, zastanawiając się jednocześnie, o co tej durnej Gryfonce chodzi. Mimo najszczerszych chęci nie dostrzegał w swojej wypowiedzi niczego, co mogłoby wywołać taką reakcję. Tym bardziej, że jego ostatnie zdanie spowodowało jedynie, że dziewczyna ukryła twarz w dłoniach i potrząsała głową, jakby chciała się od czegoś opędzić.

– Granger! – Snape stracił cierpliwość.

Hermiona naprawdę starała się uspokoić, ale nie bardzo jej to wychodziło. Uniosła głowę i zaczęła głęboko oddychać, wbijając w nauczyciela pełen rozpaczy wzrok.

– Minus dziesi…

– Dobrze! Czy musimy uprawiać seks?! – wypaliła, starając się patrzeć wszędzie, byle nie na Snape'a.

Mistrz eliksirów spojrzał na Gryfonkę w osłupieniu. Gdzieś na obrzeżach świadomości przemknęła mu myśl, że dobrze, że siedział, bo inaczej zapewne powtórzyłby całe przedstawienie dziewczyny – z opadaniem na krzesło, hiperwentylacją i zasłonieniem się dłońmi włącznie. Seks? Oni? Skąd ta idiotka to wzięła? Wieloletnie doświadczenie w byciu szpiegiem przyszło mu jednak z pomocą. Otrząsnął się szybko i ponownie przybrał swoją standardową, pozbawioną emocji maskę.

– My, panno Granger? – zapytał ostrożnie, nie chcąc wywołać kolejnej dziwnej reakcji. – Dlaczego?

– Jako szpiedzy – wymamrotała cicho dziewczyna, wpatrując się uparcie w kominek.

– A co skłoniło panią do postawienia tezy, jakoby szpiedzy mieli uprawiać ze sobą seks?

– No bo… – zaczęła Granger i nagle podniosła się z miejsca, patrząc na Snape'a z przerażeniem. – Ze sobą?! Nie! Chodziło mi o to, czy Pansy… czy będąc szpiegiem… mówił pan, że być nią w każdym aspekcie, a Draco twierdził… Chciałam wiedzieć, czy jako szpieg trzeba…

Snape uniósł dłoń. Zrozumiał. Nie chciał tracić autorytetu, do czego doprowadziłoby to, na co miał ochotę, czyli zwinięcie się w kłębek na fotelu i umieranie ze śmiechu przez najbliższą godzinę. Wstał więc, podszedł do kominka i zapatrzył się w płomienie, upewniając się, że jego twarz nie wyraża niczego poza powagą. Dopiero po chwili milczenia odwrócił się w stronę dziewczyny i zaczął łagodnie:

– Panno Granger… rozumie pani, że informacje, które może pani zdobyć, są na wagę złota, więc jeśli zaszłaby taka konieczność…

Hermiona spuściła głowę.

– Rozumiem – szepnęła tylko w odpowiedzi.

Snape zaklął pod nosem, zarabiając zaskoczone spojrzenie Gryfonki.

– Na Merlina, Granger! – warknął ze złością. – Naprawdę jesteś aż taką kretynką, żeby sądzić, że dyrektor żądałby od pani czegoś takiego? Że zrobiłby z uczennicy jakąś kurtyzanę dla kilku słów usłyszanych od bandy gówniarzy?!

– Ja… – zaczęła niepewnie dziewczyna, ale Snape jeszcze nie skończył.

– Najmądrzejsza czarownica w szkole, doprawdy – rzucił drwiącym tonem. – I to od ciebie ma zależeć, czy ten kretyński plan się powiedzie… Już dzisiaj możemy się wszyscy poddać – zakpił. – Powiedz, ty naprawdę zaczęłabyś się puszczać, gdyby ktoś ci powiedział, że tak trzeba?!

– Tak! – wrzasnęła Hermiona. Strach przed jutrzejszym dniem, nerwy związane z tym, co myślała, że będzie musiała robić i wściekłość na Snape'a, który bawił się jej kosztem, sprawiły, że całkowicie straciła opanowanie. – Tak, zrobiłabym to, gdyby to miało w jakikolwiek sposób pomóc Harry'emu! On musiał znosić gorsze rzeczy! – wyrzucała z siebie.

Przeklęty Potter, pomyślał mistrz eliksirów ze złością. Wszyscy i wszystko dla Harry'ego Pottera! Już miał uczynić jakiś jadowity komentarz na ten temat, ale Granger zwróciła jego uwagę – nagle jakby cała złość z niej wyparowała i dziewczyna wyraźnie oklapła. A tej co znowu?

– Jeżeli tylko tak mogłabym jakoś pomóc, to… – Hermiona podjęła wątek łamiącym się głosem. – Czy to naprawdę takie złe albo… albo zabawne? – zakończyła, nieudolnie powstrzymując łzy i zwinęła się w kłębek na fotelu, chowając głowę w ramionach.

Snape stanął jak wryty. Coś w jej słowach uderzyło go. Prostolinijność? Całkowite odsłonięcie się? Wbrew sobie zastanowił się nad pytaniem, które zadała. Nie, to nie było ani złe, ani zabawne. Jeśli chciał być szczery, musiał przyznać, że był pod wrażeniem. Wiedział, że była przyjaciółką Pottera, ale że w imię tej przyjaźni mogłaby poświęcić tak wiele? Przecież ona nie miała nawet siedemnastu lat! Bijąc się z myślami, podszedł bezszelestnie do jej fotela i uklęknął przy nim.

– Nie, Granger – powiedział spokojnie – to jest godne podziwu.

Zaskoczona Hermiona uniosła zapłakaną twarz, ale nie zdążyła nic powiedzieć – w kominku pojawił się Harry.

– Co się stało? – zapytał od razu, widząc przyjaciółkę w takim stanie.

Hermiona zaczęła szukać odpowiedniej wymówki, ale ubiegł ją Snape.

– Nic, co by pana dotyczyło, panie Potter – oznajmił już swoim normalnym – zimnym – głosem. – Panna Granger źle się czuje, zostań z nią. Oklumencją zajmiemy się jutro o tej samej porze. Żegnam – warknął i opuścił kwatery odprowadzany dwoma niebotycznie zdumionymi spojrzeniami.